Dodaj do ulubionych

Weekendowa choroba

03.12.11, 17:14
śmiałam się zawsze z partnerki mojego ojca, że co weekend, to ona chora. I mnie dopadło. Mam fatalną odporność, co sezon rozkładam się kilka razy. Teraz było co drugi weekend, teraz drugi z rzędu. Albo potem idę do lekarza, albvo biorę wolny dzień, potem i tak muszę iść do pracy, jest lepiej i weekend znowu. Dużo pracuję, jestem zmęczona, chciałabym spędzić miły weekend, a nie stresować się, że znowu jestem chora i czy dam radę iść do pracy. Mam plany weekendowe, cholera mnie bierze jak na coś miesiąc czekam i potem nic z tego nie ma.

Internista mnie olewa, bo nie umieram. Aspirynka, witaminka C. Nie umieram, ale się fstalnie czuję, rozbita, bolą mnie mięśnie, skóra, oczy, raz katar, raz ból gardła, raz kaszel. Od wczoraj się duszę od rozrywającego kaszlu. Różni mądrzy radzę: echinaceę, rutinoscorbin, tran, lekarz dał mi jakiś Immuno Infec, co ma podnosić odporność. Nic, biorę i co kilka dni się rozkładam. Mleko z czosnkiem imiodem -nic. Żadne herbatki rozgrzewające. Scorbolamid jem ciągle. Do teo jem antybiotyk od dermatologa, więc innego nie dostanę, a tylko to mi pomagało...

Czytałam o chorobach weekendowych w Wysokich Obcasach. Byłam wczoraj u mojego psychiatry, bo biorę leki na depresję (jak zaczęłam, zdecydowanie mniej chorowałam, potem wróciło do stanu poprzedniego). Powiedział, że tak bywa id stresu i nie ma na to rady. XXI wiek i nie ma rady na to? Mam do kwietnia wykorzystać cały urlop na dni wolne, bo nawet nie mam siły chodzić do lekarza i dostawać aspirynkę, wyłazić z domu, umawiać się, dostawać zwolnienie... Mam dość.


W ten weekend jest wystawa kotów, mam bilety do teatru na "Boską" kupione z 1,5 miesiąca temu... Znowu mam przeleżeć przed telewizorem?
Obserwuj wątek
    • mela1 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 17:15
      Przepraszam za jęczenie, ale jestem ekstremalnie zmęczona praćą i jeszcze tym, że się wiecznie źle czuję i nawet nie mam jak odpocząć, zrelaksować się.
    • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 17:51
      Całkiem możliwe, że po całotygodniowym spięciu (by funkcjonować), wszystkie te depresyjne symptomy i słabości, przed którymi się bronisz, dopadają cię właśnie w weekend. Depresja to nie tylko smutek i negatywne podejście do świata (wcale nie konieczne do diagnozy), tylko także cała masa przeróżnych psychosomatycznych symptomów odczuwanych jako fizyczne dolegliwości. I nie jest tak, że jesteś chora z urojenia, ale nasze zdrowie fizyczne jest połączone ze zdrowiem psychicznym, więc jedno bardzo mocno wpyłwa na drugie i odwrotnie. Powinnaś nieco intensywniej pomyśleć skąd bierze się twoja depresja, bo przyczyny mogą bardzo różne, od genetycznych skłonności, organicznych zaburzeń w pracy neuroprzekaźników po nierozwiązane problemy i obciążenia wynikające z niedopasowania do zewnętrznych warunków. I czasem nie wystarczą leki na depresję, które zresztą powinny być stosowane tylko przez krótki czas, tylko właśnie praca nad tymi sprawami, które nas obciążają, czyli psychoterapia. Ja to widzę bowiem tak (w dużym skrócie), że organizm najwyraźniej broni się u ciebie przed aktywnością, którą mu narzucasz i w momencie, kiedy mentalnie zwalniasz i popuszczasz trochę kontrolę, chorobą przypomina o sobie i nakazuje ci bezczynność oraz odpoczynek. Następną stacją może być burn out.
      • mela1 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 18:06
        Antydepresanty biorę 2 lata. Na początku widziałam wielką poprawę, potem chyba się przyzwyczaiłam do tej lepszej sytuacji. Kilka miesięcy chodziłam na terapię, ale czułam, że nic mi to nie daje, tylko generuje problemy. I nie miałam na to kasy. Zmieniła mi się sytuacja życiowa (jeden z czynników, które mnie dobijały), finansowa, mam nową pracę. Pracuję dużo, ale w godz. 8-16 w urzędzie. Jeśli ktoś ma stereotyp pani malującej paznokcie, to jest inaczej. Bardzo się staram. Pracuję już rok, jestem zmęczona, po pracy nie mam na nic siły, nie wychodzę nigdzie. Wcześniej miałam inną pracę, mało roboty, nieregularne godziny, mało płacili, słaby status w firmie. Wcześniej studiowałam, nie pracowałam. I co sezon, to ja jestem wiecznie chora.


        Wkurza mnie mówienie w pracy, że się ciągle źle czuje, bo to jest odbierane jak leserstwo. Wkurza mnie branie zwolnień. Chodzenie do lekarza, który uznaje, że jak nie mam wielkich objawów i jestem młoda, to mi samo przejdzie. Odwoływanie wszystkich spotkań, bo znowu chora, mówienie "teściom", że nie przyjadę, bo chora. Nie mam siły się z tego tłumaczyć. Może to hipochondria, ale co ja poradzę, jak czuję się podle, pot mnie oblewa, płuca wykaszlam. Nawet jak się zbiorę i udaję, że nie będę chorować, to i tak zero zabawy, bo czuję się jak się czuję...

        Weekendy mam luźne, zawsze starałam się dawać sobie dużo czasu na odespanie, na relaks. Pracę staram się codziennie ogarnąć tak, żeby poza jednym prjektem nic nie zostawało na następny dzień, żebym o tym nie myślała. Wyrabiam się w terminach, doceniają mnie. Po pracy zmuszam się czasem, żeby chociaż do jakiejś kosmetyczki iść. Pogoda nienajgorsza, a ty trzeci weekend...

        Rozwalił mnie psychiatra, któremu ufam, dogadujemy się, a coraz częściej na moje problemy mówi mi, że się nic nie da zrobić.
        • magdalaena1977 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 18:24
          mela1 napisała:

          > Wkurza mnie mówienie w pracy, że się ciągle źle czuje, bo to jest odbierane jak
          > leserstwo. Wkurza mnie branie zwolnień. Chodzenie do lekarza, który uznaje, że
          > jak nie mam wielkich objawów i jestem młoda, to mi samo przejdzie.

          Ale przecież nie przechodzi!

          Mela, czy Ty aby nie chodzisz do lekarza rodzinnego z NFZ, który nie wgryza się porządnie w Twoje problemy?
          Nie daj sobie wmówić, że takie przedłużające się złe samopoczucie jest normalne i poszukaj sobie sensownego lekarza prywatnie. Ja bym na Twoim miejscu oprócz psychiatry zaliczyła alergologa i endokrynologa (a wcześniej badania hormonów - tarczyca, prolaktyna).
          Czy miałaś RTG płuc? sprawdzałaś WZW ?
          • mela1 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 18:43
            A nie, żaden lekarz, do którego chodze od lat nie był z NFZ. I 99% mogłabym zastąpić w zapisaywaniu leków, nawet bezreceptowych. Hormony w porządku, krew parę razy robłam, raz sobie zafundowałam anemię, ale wyeliminowałam już przyczynę i jest ok.
            RTG płuc nie robiłam, wirusowe zapalenie wątroby typu C kiedyś sprawdzałam. To nie jest tak, że ja się wiecznie źle czuję, tylko w sezonie częściej przeziębiam niż nie przeziębiam.
            • nomina Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 19:26
              Mela, słyszałam o tzw. weekendowej chorobie - w tygodniu adrenalina czy inne rzeczy jakoś nas trzymają, a jak mobilizacja odpada, to rozwijająca się infekcja atakuje w pełni. Ale czy to prawda, to nie wiem.

              Natomiast jeśli chorujesz tak często, to zrób sobie badania immunologiczne. I to zarówno Ig we wszystkich klasach, jak i odporność komórkową (ja mam Ig cud miód, a w CD potrafię mieć ilość komórek na poziomie 38 przy normie 400-800).
            • kocio-kocio Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 19:55
              Sprawdź czy nie masz cytomegalii.
              Mnie po pół roku czucia się tak, że czytając o Tobie, widzę siebie sprzed roku, wyszło właśnie to.
              Oczywiście po nastu wizytach u przeróżnych lekarzy (prywatnie! miałam złoty pakiet w LIMie), którzy traktowali mnie jak hipochondryczkę/wyłudzaczkę zwolnień lekarskich/histeryczkę/ogólnie wariatkę (naprzemiennie).
              W końcu jeden, do którego trafiłam z przyplątanym przy okazji zapaleniem pęcherza, popatrzył na moją historię w komputerze i dał mi listę badań do zrobienia, długą na 3 strony.
              No i wyszła cytomegalia.
              Nijak tego nie leczyłam, samo przeszło, ale mam wrażenie, że sama świadomość, że coś mi jest i nie jest to żadna choroba psychiczna, znacznie się przyczyniło do poprawy mojego samopoczucia.
              • mela1 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 20:32
                wyslesz mi na maila jego nazwisko? Tez mam dobre ubezpieczenie i mam wrażenie, że jestem dla tych lekarzy za młoda na chorobę. Z trądzikiem dermatolodzy nie mogą sobie poradzić, internisci z wiecznym zapaleniem zatok. A mi naprawde nie sprawia przyjemności lażenie do lekarzy. Z głupią ością z sushi, która mi sie wbiła w język byłam u 3 laryngologow, bo nie umieli wyjąć. Chciałam zrobić łaserową korekcje wzroku, to pani doktor tylko się zasępiła i wysłała do innej przychodni na konsultację, ale bez nadziei. Wada mała, ale tak skomplikowana, że ona nie wie.
                Moja mama umarła w wieku 37 lat na białaczke. Długo leczono ją na gastroenterologii...
                • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 20:37
                  mela1 napisała:

                  > Moja mama umarła w wieku 37 lat na białaczke. Długo leczono ją na gastroenterol
                  > ogii...


                  Ale to nie znaczy, że ciebie też coś takiego czeka. Można naturalnie zawsze być zdania, że szklanka jest do połowy pusta, zamiast do połowy pełna. A już przejście z odmowy laserowej korektury wzroku do białaczki jest co najmniej dziwne.
                • magdalaena1977 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 20:43
                  mela1 napisała:

                  > Tez mam dobre ubezpieczenie i mam wrażenie,
                  > że jestem dla tych lekarzy za młoda na chorobę.

                  Napiszę coś jeszcze. Ja mam małe łyse ubezpieczenie ;-) do Medycyny Rodzinnej, z którego potrzebuję w zasadzie tylko internistów w razie przeziębienia, bo poziom specjalistów jest żenująco niski.
                  Ale od dawna mam problemy ze zdrowiem, wydaję na leczenie sporo pieniędzy i szukam naprawdę dobrych lekarzy. I dziwnym trafem ci najlepsi przyjmują w małych gabinetach / prywatnych przychodniach. Nie znam żadnego super specjalisty z medicoveru czy Luxmedu. Tzn. to nie są źli lekarze, potrafią wyleczyć typowe schorzenia, ale czasami brakuje im tej iskry.
                  • nomina Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 18:34
                    Pierwszalitero, mam wrażenie, że Meli chodzi o to, że jak młoda osoba (jak jej mama), to jest zbywana. Miałam to samo. Pierwsze badania (poza morfologią i ogólnym moczu) zrobiono mi po 5 latach od pierwszego poważnego ataku, a po 8 od czynnika, który wyzwolił chorobę. W ciągu kilku lat zrobiono ze mnie kalekę, której lekarze boją się nawet operować. Oczywiście, dzięki zaangażowaniu paru (dosłownie - kilku sztuk) innych lekarzy siedzę teraz na STOFF i nawet składam literki, ale zaczęło się od _naprawdę_ banalnego problemu, tyle że lekarze olali, że ten banalny problem dotknął skrajnego wcześniaka z niedorozwojem układów neurologicznego i immunologicznego.
                    Tak że niepokój Meli, zwłaszcza gdy dolegliwości utrudniają życie, jest wskazany i wytłumaczony.

                    Magdaleno, generalnie mam to samo odczucie. Ale wiesz, czemu tak jest? Bo Ci z NFZ mają to w d... (czy się stoi, czy się leży, sto kontraktów się należy) i nie są pociągani do odpowiedzialności prawnej za niedopatrzenia. A ci z kombinatów znowu mają prikaz nie generować kosztów. Te maluchy zaś muszą się nastarać, bo ich status i renoma zależą tylko od ich jakości.
                • kocio-kocio Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 20:46
                  Z moim trądzikiem też sobie nikt nie radzi.
                  Nazwisko napiszę jak odnajdę, ale to nie od ręki, bo nie pamiętam gdzie mam papier, na którym je zapisałam.
                  Ale obiecuję poszukać jutro.
                • turzyca Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 02:23
                  Z trądzikiem dermatolodzy nie m
                  > ogą sobie poradzić, internisci z wiecznym zapaleniem zatok.

                  A to tylko mnie tu zadzwonilo?
                  Ale moze dlatego, ze ja mam dluga historie problemow z zatokami i swego czasu podobny rytm chorobowy.
                  Ja bym zaczela od zadbania o te zatoki, bo one jako potencjalne zrodlo problemow sa moim zdaniem na pierwszym miejscu. A do tego oprocz srodkow domowych - chlodniejsze powietrze do oddychania, niesuche, wietrzenie pomieszczen, grzanie zatok, noszenie nakryc glowy, regularny ruch na swiezym powietrzu - potrzebny jest dobry laryngolog.
                  • kasica_k Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 02:49
                    I alergolog.
                    • turzyca Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 19:05
                      Alergolog tez niezly, ale dla mnie raczej jako lekarz drugiego rzutu, jesli laryngolog uzna, ze od strony laryngologicznej wszystko w porzadku. Ale tego bez dobrej diagnozy laryngologicznej z przeswietleniem nie da sie zrobic. Tylko warto wybrac lekarza, ktory stosuje sie do nowych standardow leczenia i patrzy na gorne drogi calosciowo, a nie tylko zalecza ostry stan zapalny.
                      • kis-moho Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 19:35
                        Tylko wart
                        > o wybrac lekarza, ktory stosuje sie do nowych standardow leczenia i patrzy na g
                        > orne drogi calosciowo, a nie tylko zalecza ostry stan zapalny.

                        No, dokładnie. Znajomy tak się bujał z zaleczaniem stanu zapalnego przez cztery lata. Co zima, to choroba, katar, kaszel gruźlika i nie wiadomo co jeszcze. Aż mu lekarka sprawdziła, co w tych zatokach siedzi, dobrała odpowiedni antybiotyk, i przeszło jak ręką odjął. Dwa lata temu, do tej pory nie wróciło.
                        • anka_z_lasu Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 20:04
                          Żeby skomplikować - ja nie miewam praktycznie żadnych infekcji. Tymczasem moje zatoki i nos zostały już zapisane na operację (usunięcie polipów i udrożnienie). Znaczy, poważny stan może nie dawać jakichś gwałtownych objawów. Więc tym bardziej martwiłabym się nawracającymi infekcjami. Wystarczy wymaz z nosa i wiadomo, co tam siedzi.
                  • kis-moho Zatoki 04.12.11, 14:59
                    Turzyca ma rację, zacznij od dobrego laryngologa i zatok. Jak masz z nimi problem, będziesz ciągle chora. Sport i wietrzenie też dobra rzecz, jak możesz się trochę cieplej ubrać, a przykręcić kaloryfery - też nie zaszkodzi. Czerwone swędzące plamy na skórze też mogą (ale nie muszą oczywiście) świadczyć o wysuszeniu skóry (znowu kaloryfery). Ale jak nie wyleczysz zatok, to wszystkie dobre rady świata nie pomogą, będziesz i tak chorować...
            • a_gneskka A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 01:14
              Bo ona ma wpływ na wiele rzeczy, w tym na odporność też, i większość kobiet ma ponoć mniejszy albo większy niedobór (mnie w zeszłym roku wyszła nawet nie połowa dolnej granicy normy, dostałam suplementację, i to była pierwsza zima od nie wiem kiedy, której nie przekichałam...).
              • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 01:29
                a_gneskka napisała:

                > Bo ona ma wpływ na wiele rzeczy, w tym na odporność też, i większość kobiet ma
                > ponoć mniejszy albo większy niedobór (mnie w zeszłym roku wyszła nawet nie poło
                > wa dolnej granicy normy, dostałam suplementację,

                Do tego nie trzeba wcale suplementacji. Wystarczy wystarczająco często wychodzić na powietrze i korzystać z dziennego światła. Jeszcz jeden argument na wyjście na długi spacer. ;-)
                • kocio-kocio Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 09:54
                  W naszej części Europy pracując od 8 do 16, szczególnie w zimie, bardzo łatwo korzystać z dziennego światła, prawda?
                  • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 13:44
                    kocio-kocio napisała:

                    > W naszej części Europy pracując od 8 do 16, szczególnie w zimie, bardzo łatwo k
                    > orzystać z dziennego światła, prawda?
                    >

                    Wszyscy mamy ten sam problem, a istnieją nawet kraje w Europie z o wiele mniejszą ilością światła. Polska ze swoim śniegem i słońcem zimą jest moim zdaniem nawet uprzywilejowana. Ja mogę w moim miejscu zamieszkania przy ciągle zachmurzonym niebie tylko o tym pomarzyć. Do fotosyntezy witaminy D wystarczy też na przykład 10-15 minut dziennie, można więc wykorzystać przerwę w pracy na wyjście na dwór i zrobienie paru kroków na zewnątrz. Przy siedzącej pracy, jest to nawet wskazane. I mamy jeszcze weekendy, które nie służą tylko do spędzania czasu w centrum handlowym i w knajpach. Jeżeli do tego ktoś ma wyraźne obajwy depresji jesienno- zimowej (można poznać po stale powracających o tej porze roku symptomach) może szarpnąć się na lampę ze światłem UV. Kupujemy sobie drogie prezenty, ciuchy, wydajemy forsę na wyjazdy, restauracje i kosmetyczkę, więc dlaczego nie na to?
                    • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 16:14
                      > Wszyscy mamy ten sam problem, a istnieją nawet kraje w Europie z o wiele mniej
                      > szą ilością światła. Polska ze swoim śniegem i słońcem zimą jest moim zdaniem
                      > nawet uprzywilejowana.

                      Zimowe słońce nic nie daje, jest za słabe. Od listopada do lutego pozostaje tylko suplementacja.
                      • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 16:46
                        leute napisała:

                        > Zimowe słońce nic nie daje, jest za słabe. Od listopada do lutego pozostaje tyl
                        > ko suplementacja.

                        Nie masz racji. Ta ilość światła jest wystarczająca, inaczej ludzie nie mogliby żyć w tej szerokości geograficzej. W Europie niedobory witamin są bardzo rzadkie, a suplementacje witaminowe podwyższają nawet śmiertelność, patrz sławna już metaanaliza duńskich naukowców (Kobenhavns Universitet). Coraz więcej aktualnych badań potwierdza te wyniki. To, że wielu lekarzy nie informuje się o nowościach w medycynie i/albo jest na usługach farmaceutycznych koncernów, to inna sprawa. Sprzedaż suplementów to miliardowy interes.
                        • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:00
                          > Nie masz racji. Ta ilość światła jest wystarczająca, inaczej ludzie nie mogliby
                          > żyć w tej szerokości geograficzej. W Europie niedobory witamin są bardzo rzadkie

                          Być może większości witamin, ale nie D3. I nie, ta ilość światła nie jest wystarczająca. Do wytworzenia wit D3 potrzebna jest taka ilość promieni UV, która również powoduje opalanie (choćby minimalne), a zimą się nie opalamy. Zimą organizm korzysta z witaminy D3 zgromadzonej w organizmie, wytworzonej w okresie większego nasłonecznienia.

                          Powyższe informacje pochodzą z książki "The Depression Cure: The Six-Step Programme to Beat Depression Without Drugs", autor: dr Steve Ilardi.
                          • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:26
                            leute napisała:

                            > rczająca. Do wytworzenia wit D3 potrzebna jest taka ilość promieni UV, która ró
                            > wnież powoduje opalanie (choćby minimalne), a zimą się nie opalamy. Zimą organi
                            > zm korzysta z witaminy D3 zgromadzonej w organizmie, wytworzonej w okresie więk
                            > szego nasłonecznienia.

                            I te zapasy wystarczą. Ja się nigdy nie opalam, czyli nigdy nie mam opalenizny, a jakoś udało mi się przeżyć bez większych uszczerbków na zdrowiu ponad 40 lat. Powiedziałbym nawet, że jestem ponadprzeciętnie zdrowa, a byłam raczej słabowitym dzieckiem. Dużą część mojego zdrowia zawdzięczam higienicznemu trybowi życia i unikaniu lekarstw oraz suplementów. Normalne odżywianie nam wystarczy. Mieszkam też powyżej 52 stopnia szerokości geograficznej, dla niektórych zwolenników wysokiej normy witaminy D strefa śmierci. ;-)
                            Jedna książka nie jest też jeszcze naukowym dowodem.
                            • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:44
                              pierwszalitera napisała:

                              > I te zapasy wystarczą.

                              O ile jest ich wystarczająco dużo. Mnóstwo ludzi nie wychodzi na słońce w godzinach 10-16 niemal przez okrągły rok, więc niektórzy mają niedobór wit D nawet latem.

                              > Ja się nigdy nie opalam, czyli nigdy nie mam opalenizny,
                              > a jakoś udało mi się przeżyć bez większych uszczerbków na zdrowiu ponad 40 lat

                              Nie musi to być zaraz wielka opalenizna, wystarczy nieznaczne przyciemnienie skóry. Synteza witaminy D jest częścią tej samej reakcji, która wywołuje opalanie.

                              > Powiedziałbym nawet, że jestem ponadprzeciętnie zdrowa, a byłam raczej słabow
                              > itym dzieckiem. Dużą część mojego zdrowia zawdzięczam higienicznemu trybowi życ
                              > ia i unikaniu lekarstw oraz suplementów. Normalne odżywianie nam wystarczy.

                              Generalnie się zgadzam, tylko witaminy D3 nie ma w pożywieniu, a o innych się nie wypowiadam.

                              > Jedna książka nie jest też jeszcze naukowym dowodem.

                              Nie jest. Książka ta jednak opiera się na publikacjach naukowych, są spisanie na końcu. Dla mnie jest wystarczająco wiarygodna. Ale nie przywołałam jej jako dowodu, a jedynie aby zaznaczyć, skąd czerpię informacje. Jeśli kogoś temat zainteresuje, to może zechce poczytać więcej.
                              • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 18:04
                                leute napisała:

                                > Nie musi to być zaraz wielka opalenizna, wystarczy nieznaczne przyciemnienie sk
                                > óry. Synteza witaminy D jest częścią tej samej reakcji, która wywołuje opalanie
                                > .

                                No to nie wiem skąd ja biorę moją witaminę D, bo u mnie nic nie ciemnieje. Ale poczekaj, może właśnie dlatego mam taką jasną skórę, by dotarła do niej wystarczająca ilość światła w naszym warunkach klimatycznych? ;-) Nigdy nie przyszło ci do głowy, że dlatego nie posiadamy tak ciemnej skóry jak ludzie żyjący na południu? Natura przy pomocy ewolucji przystosowała nas do życia w takich warunkach, by nic nam nie brakowało, a suplementy to nowy wynalazek, więc nie wierzę, że to one właśnie są naszym ratunkiem przed zagładą. ;-)


                                > Nie jest. Książka ta jednak opiera się na publikacjach naukowych, są spisanie n
                                > a końcu. Dla mnie jest wystarczająco wiarygodna. Ale nie przywołałam jej jako d
                                > owodu, a jedynie aby zaznaczyć, skąd czerpię informacje. Jeśli kogoś temat zain
                                > teresuje, to może zechce poczytać więcej.

                                Ok, niech każdy czyta i porównuje, ale zanim sięgnie po suplementy za twoją radą.
                                • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 18:23
                                  > No to nie wiem skąd ja biorę moją witaminę D, bo u mnie nic nie ciemnieje.

                                  A może różnica jest na tyle nieznaczna, że jest nie zauważasz.

                                  > Natura przy pomocy ewolucji przystosowała nas do życia w takich warunk
                                  > ach, by nic nam nie brakowało, a suplementy to nowy wynalazek, więc nie wierzę
                                  > , że to one właśnie są naszym ratunkiem przed zagładą. ;-)

                                  Ewolucja przystosowała nas do życia w takich warunkach, ale przy określonym trybie życia. Ewolucja nie nadążyła jeszcze za tym, że teraz większość dnia ludzie spędzają w budynkach, często w pozycji siedzącej (oczywiście nie wszyscy). To są nowe warunki życia, do których wcale nie jesteśmy przystosowani i często mamy z ich powodu problemy. Możemy temu przeciwdziałać prowadząc "higieniczny tryb życia", ale wymaga to wysiłku, na który nie każdy jest gotowy (a szkoda, bo to by było najlepsze). Suplementy mogą w takiej sytuacji pomóc (mogą, nie muszą, no i stosowane z rozwagą itp.).

                                  > Ok, niech każdy czyta i porównuje, ale zanim sięgnie po suplementy za tw
                                  > oją radą.

                                  Zgadzam się, zresztą to chyba oczywiste.
                          • ochanomizu Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:46
                            > I nie, ta ilość światła nie jest wysta
                            > rczająca. Do wytworzenia wit D3 potrzebna jest taka ilość promieni UV, która ró
                            > wnież powoduje opalanie (choćby minimalne), a zimą się nie opalamy.

                            Nie opalamy się zimą? A w górach, spacerując lub jeżdżąc na nartach? Czy według Ciebie taka zimowa opalenizna to ściemniała odmrożona skóra ;)
                            • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:57
                              > Nie opalamy się zimą? A w górach, spacerując lub jeżdżąc na nartach? Czy według
                              > Ciebie taka zimowa opalenizna to ściemniała odmrożona skóra ;)

                              No ok, pisząc to miałam na myśli zwykły tryb życia, a nie wycieczki w góry.
              • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 16:40
                > Bo ona ma wpływ na wiele rzeczy, w tym na odporność też, i większość kobiet ma
                > ponoć mniejszy albo większy niedobór

                O tak, witamina D3 ma niebagatelny wpływ na odporność na infekcje wirusowe. I jest szczególnie wskazana przy depresji. Mnóstwo ludzi ma jej niedobór, nie tylko kobiety. Można oczywiście zbadać jej poziom we krwi dla pewności, ale i branie "w ciemno" prawie na pewno nie zaszkodzi, a może bardzo pomóc.
                • kis-moho Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 16:53
                  ale i brani
                  > e "w ciemno" prawie na pewno nie zaszkodzi, a może bardzo pomóc.

                  Witaminę D można przedawkować, to nie jest wit C, którą można jeść ile się chce, bo i tak się jej pozbędziemy. Z suplementami trzeba ostrożnie, przy zbilansowenej diecie i braku wskazań lekarza zwykle nie są potrzebne. A na pewno nie można mówić, że "na pewno nie zaszkodzi, a może pomoże".
                  • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:04
                    kis-moho napisała:

                    > Witaminę D można przedawkować, to nie jest wit C, którą można jeść ile się chce
                    > , bo i tak się jej pozbędziemy. Z suplementami trzeba ostrożnie, przy zbilansow
                    > enej diecie i braku wskazań lekarza zwykle nie są potrzebne. A na pewno nie moż
                    > na mówić, że "na pewno nie zaszkodzi, a może pomoże".

                    Ale witaminy D3 praktycznie nie ma w pożywieniu (chyba że jest specjalnie witaminizowane), więc dieta jest tu bez znaczenia. Poza tym w książce "The depression cure" dr Steve Ilardi opisuje przypadki kuracji bardzo wysokimi dawkami wit D3 (wielokrotnie przekroczone normy spożycia), które nie miały żadnych negatywnych skutków zdrowotnych. Tak więc normalne stosowanie (do 50 mikrogramów dziennie) prawie na pewno nie zaszkodzi.
                    • kis-moho Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:26
                      Poza tym w książce "The depressio
                      > n cure" dr Steve Ilardi opisuje przypadki kuracji bardzo wysokimi dawkami wit D
                      > 3 (wielokrotnie przekroczone normy spożycia), które nie miały żadnych negatywny
                      > ch skutków zdrowotnych.

                      Normy vs. słowo pana Ilardi. Rozumiem, że jedno zdanie w książce (która nie jest weryfikowaną przez innych fachowców publikacją) przekonało Cię, że normy nie mają sensu? Jak lekarz stwierdzi niedobór witaminy D, to jasne, że trzeba brać, ale tak "na zaś" to sorry, ale to totalna bzdura.
                      • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:55
                        > Normy vs. słowo pana Ilardi.

                        Nie pana, tylko doktora. I nie jego słowo jako takie, tylko cytowane przez niego badania naukowe.

                        > Rozumiem, że jedno zdanie w książce (która nie jes
                        > t weryfikowaną przez innych fachowców publikacją) przekonało Cię, że normy nie
                        > mają sensu?

                        Jedno zdanie, taa... Poza tym, nie piszę, że normy nie mają sensu.

                        > Jak lekarz stwierdzi niedobór witaminy D, to jasne, że trzeba brać,
                        > ale tak "na zaś" to sorry, ale to totalna bzdura.

                        Nie "na zaś", tylko mając objawy sugerujące jej niedobór. Oczywiście można zrobić badania, ja twierdzę, że nie jest to konieczne, niedobory wit D są częste, więc jeśli mamy objawy sugerujące jej niedobór, to bardzo prawdopodobnie ten niedobór mamy.
                        • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 18:09
                          leute napisała:

                          > Nie "na zaś", tylko mając objawy sugerujące jej niedobór. Oczywiście można zrob
                          > ić badania, ja twierdzę, że nie jest to konieczne, niedobory wit D są częste, w
                          > ięc jeśli mamy objawy sugerujące jej niedobór, to bardzo prawdopodobnie ten nie
                          > dobór mamy.

                          No a po czym ty to zdiagnozowałaś? Depresja może być spowodowana również guzem mózgu, więc może lepiej sprawdzić zamiast zaczniemy leczyć się witaminą D3? ;-)
                          • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 18:30
                            > No a po czym ty to zdiagnozowałaś? Depresja może być spowodowana również guzem
                            > mózgu, więc może lepiej sprawdzić zamiast zaczniemy leczyć się witaminą D3? ;-)

                            O depresji zaledwie napomknęłam i bynajmniej nie utrzymuję, że witamina D ją wyleczy, a jedynie, że może pomóc. Jednak pisząc o objawach niedoboru wit D miałam na myśli częste łapanie infekcji (co sugeruje obniżoną odporność).

                            Wreszcie, nigdzie nie piszę, żeby się w ogóle nie badać, a tylko łykać D3. Wspomniałam jedynie, że moim zdaniem niekoniecznie trzeba badać jej poziom. Ale jeśli ktoś ma okazję, to czemu nie.
                        • kis-moho Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 18:49
                          > Nie pana, tylko doktora.

                          Dwie literki przed nazwiskiem nie robią z nikogo wyroczni ;o) i nie robią na mnie szczerze mówiąc specjalnego wrażenia.

                          > Nie "na zaś", tylko mając objawy sugerujące jej niedobór. Oczywiście można zrob
                          > ić badania, ja twierdzę, że nie jest to konieczne, niedobory wit D są częste, w
                          > ięc jeśli mamy objawy sugerujące jej niedobór, to bardzo prawdopodobnie ten nie
                          > dobór mamy.

                          Leute, na to, na co się skarży autorka wątku jest 1000 wyjaśnień - co widać w odpowiedziach. Co osoba, to inna diagnoza. Nie mówię, że nie masz racji, może to jest witamina D. A może zatoki. A może brak sportu. A może ukryta choroba tropikalna. Autorce trzeba dobrego lekarza, który się nią porządnie zajmie. Rady są cenne, bo autorka może się różnym rzeczom przypatrzeć - ale nie da rady stwierdzić, że to na pewno wit. D.
                          • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 20:39
                            kis-moho napisała:

                            > > Nie pana, tylko doktora.
                            >
                            > Dwie literki przed nazwiskiem nie robią z nikogo wyroczni ;o) i nie robią na mn
                            > ie szczerze mówiąc specjalnego wrażenia.

                            Zaraz tam wyroczni. Tym niemniej tytuł naukowy zazwyczaj coś znaczy, ale nie zamierzam cię przekonywać.

                            > Rady są
                            > cenne, bo autorka może się różnym rzeczom przypatrzeć - ale nie da rady stwier
                            > dzić, że to na pewno wit. D.

                            Dlatego nie twierdzę, że to na pewno.
                            • kis-moho Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 21:30
                              > Tym niemniej tytuł naukowy zazwyczaj coś znaczy, ale nie zamierzam cię przekonywać.

                              Czasem znaczy wiele, czasem nie znaczy kompletnie nic. Ale racja, że to już OT.

                              > Dlatego nie twierdzę, że to na pewno.

                              Nie, jasne, i to może być jakiś trop. Tylko ja bym raczej sugerowała skonsultowała suplementy z lekarzem, nie brała na własną rękę, tylko w tym punkcie się nie zgadzamy.
                • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:10
                  leute napisała:

                  > O tak, witamina D3 ma niebagatelny wpływ na odporność na infekcje wirusowe. I j
                  > est szczególnie wskazana przy depresji. Mnóstwo ludzi ma jej niedobór, nie tylk
                  > o kobiety. Można oczywiście zbadać jej poziom we krwi dla pewności, ale i brani
                  > e "w ciemno" prawie na pewno nie zaszkodzi, a może bardzo pomóc.


                  A skąd pewność, że nie zaszkodzi? Naiwnością jest też wierzyć, że jedna, jedyna substancja odpowiedzialna jest za utrzymanie zdrowia fizycznego i psychicznego. Długo przypisywano właśnie witaminom takie działanie, dziś coraz więcej naukowców jest zdania, że sprawa jest bardziej skomplikowana i to inne substancje i mechanizmy są równie ważne, a może nawet ważniejsze, bo witaminowa suplementacja przy domniemanych niedoborach nie przynosi zamierzonych efektów, czasem nawet szkodzi. Niedawno udowodniono nawet, że witaminowe suplementacje tzw. antyoksydanty niwelują znaczną część efektu treningu u sportowców.
                  • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:22
                    > A skąd pewność, że nie zaszkodzi?

                    Bo tę akurat witaminę trudno jest przedawkować, trzeba by ją łykać garściami.

                    > Naiwnością jest też wierzyć, że jedna, jedyna
                    > substancja odpowiedzialna jest za utrzymanie zdrowia fizycznego i psychicznego

                    A kto tak twierdzi?

                    > Długo przypisywano właśnie witaminom takie działanie

                    Jakie działanie? Takie, że "jedna, jedyna substancja odpowiedzialna jest za utrzymanie zdrowia fizycznego i psychicznego"? No to "jedna, jedyna substancja", czy "witaminy" w liczbie mnogiej?

                    > dziś coraz więcej nauko
                    > wców jest zdania, że sprawa jest bardziej skomplikowana i to inne substancje i
                    > mechanizmy są równie ważne, a może nawet ważniejsze, bo witaminowa suplementacj
                    > a przy domniemanych niedoborach nie przynosi zamierzonych efektów, czasem nawet
                    > szkodzi.

                    Mówisz o witaminach zbiorczo, ja natomiast odnoszę się tylko do witaminy D3.
                    • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 17:55
                      leute napisała:

                      > Bo tę akurat witaminę trudno jest przedawkować, trzeba by ją łykać garściami.

                      Suplementacja to jest łykanie garściami. Istnieją naukowe dowody na to, że dodatkowe witaminy szkodzą. Tak jest na przykład w przypadku witamin A i E. Co do reszty nie ma jeszcze wystarczających badań, ale już teraz zaleca się ostrożność, bo jak raz obalony został długoletni mit, nie ma już pewności, że inne stare zalecenia mają jeszcze ważność.


                      > Jakie działanie? Takie, że "jedna, jedyna substancja odpowiedzialna jest za utr
                      > zymanie zdrowia fizycznego i psychicznego"? No to "jedna, jedyna substancja", c
                      > zy "witaminy" w liczbie mnogiej?

                      W tym przypadku witamina D3. Piszesz o odporności, depresji, ciekawe co jeszcze? Tak można prawie o każdej witaminie.


                      > Mówisz o witaminach zbiorczo, ja natomiast odnoszę się tylko do witaminy D3.

                      Dziś wiadomo na przykład, że witaminy A i E wpływają na podwyższenie śmiertelności u ludzi. Witamina C prawdopodobnie w dużych ilościach nie szkodzi, nie ma jednak najmniejszego wpływu na przebieg i zapobieganie przeziębień. Tzw. antyoksydanty mają nawet niekorzystny wpływ na metabolizm i prawdopodobnie podwyższają nawet ryzyko raka, a nie obniżają. Nowe badania kliniczne pokazują też, że suplementacja witaminy D przy osteoporozie nie ma wpływu na grubość kości w grupie ryzyka. To są wiadomości, które zalecają więcej sceptyzmu wobec witaminowego optymizmu i masowej suplementacji na wszelki wypadek, obojętnie jaka literka i cyferka. Naukowcy są zresztą zdania, że to nie "wielkie" witaminy w warzywach i owocach mają pozytywny wpływ na nasze zdrowie, tylko te inne, małe substancje w nich zawarte, wiele z nich nie jest nawet jeszcze poznana. W niektórych przypadkach przyjmowanie niektórych witamin może by sensowne, na przykład B12 przy wegańskim odżywianiu, albo kwas foliowy u kobiet w ciąży, ale nie tak - jestem stale przeziębiona, bo prowadzę niezdrowe życie, więc łyknę parę kolorowych pigułek i będzie dobrze.
                      • leute Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 18:46
                        > > Bo tę akurat witaminę trudno jest przedawkować, trzeba by ją łykać garści
                        > ami.
                        >
                        > Suplementacja to jest łykanie garściami.

                        Nie, ja tutaj miałam na myśli dosłownie garści tabletek. Przy normalnej suplementacji nie łykamy całej garści.

                        > W tym przypadku witamina D3. Piszesz o odporności, depresji, ciekawe co jeszcze
                        > ? Tak można prawie o każdej witaminie.

                        Co jeszcze? Już nic! Tzn. nie miała zamiaru nic dodawać, staram się trzymać tematu wątku. Czy rzeczywiście można tak o każdej witaminie? W końcu każda ma inne funkcje. W każdym razie w kontekście odporności czytałam jeszcze tylko o witaminie C, a w kontekście depresji o żadnej innej oprócz D.

                        > To są wiadomości, które zalecają więcej sceptyzmu wobec witaminow
                        > ego optymizmu i masowej suplementacji na wszelki wypadek, obojętnie jaka liter
                        > ka i cyferka.

                        Zgadzam się. Toteż nie postuluję masowej suplementacji na wszelki wypadek, tylko sugeruję, że w przypadku objawów wskazujących na niedobór witaminy D można spróbować jej suplementacji.

                        > ale nie tak -
                        > jestem stale przeziębiona, bo prowadzę niezdrowe życie, więc łyknę parę kolorow
                        > ych pigułek i będzie dobrze.

                        Zmiana trybu życia jest jak najbardziej wskazana, ale teraz może nie pomóc. Przy faktycznym niedoborze wit D trudno będzie podnieść jej poziom zimą, nie wyjeżdżając. A bez tego odporność może pozostać niska. Pomoże za to następnej zimy, jeśli "wyrobimy" sobie odpowiedni poziom wit D wiosną, latem i jesienią.
                      • nomina Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 05.12.11, 10:14
                        Z wit. C i rzekomym brakiem wpływu absolutnie nie mogę się zgodzić. Większość znanych mi przewlekle chorych na choroby alergiczne czy infekcyjne bez dawek wit. C rzędu 500 mg na dobę ledwo by na nogach stały. O dobroczynnym wpływie kwasu ALA wie każdy SM-owiec czy inny "neuralgik". SM-owcy też dostają końskie dawki wit. B (to zrozumiałe) i D3 (tu mechanizmu nie znam). Leczenie przewlekłego bólu wspomagane jest wit. C, magnezem, wit. B, D3, kwasami ALA i GLA (len, wiesiołek, ogórecznik, konopie, kokos, ale olej naturalny) oraz selenem (wysokie dawki, min. 200 mcg, potrafią mieć działanie p/bólowe zbliżone do co najmniej NLPZ, ale poprzez endofriny działają w bólu neuropatycznym). Wysokie dawki manganu (ja testowałam 4-8 mg na dobę) podnoszą produkcję DAO (wtórne działanie p/histaminowe) i bardzo podnoszą produkcję insuliny.

                        A co do norm - nasze 60 mg wit. C dawno zostało wyśmiane jako "tylko tyle, żeby nie dostać szkorbutu". Suplementy brytyjskie i amerykańskie mają dawki witamin i minerałów rzędu 500-2000% naszych norm. Nie demonizowałabym przedawkowania w większości witamin/minerałów.
                        • izas55 Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 05.12.11, 10:51
                          nomina napisał(a):

                          . O dobroczynnym wpływie kwasu
                          > ALA wie każdy SM-owiec czy inny "neuralgik". SM-owcy też dostają końskie dawki
                          > wit. B (to zrozumiałe) i D3 (tu mechanizmu nie znam). Leczenie przewlekłego bó
                          > lu wspomagane jest wit. C, magnezem, wit. B, D3, kwasami ALA i GLA (len, wiesio
                          > łek, ogórecznik, konopie, kokos, ale olej naturalny) oraz selenem (wysokie dawk
                          > i, min. 200 mcg, potrafią mieć działanie p/bólowe zbliżone do co najmniej NLPZ,
                          > ale poprzez endofriny działają w bólu neuropatycznym). Wysokie dawki manganu (
                          > ja testowałam 4-8 mg na dobę) podnoszą produkcję DAO (wtórne działanie p/histam
                          > inowe) i bardzo podnoszą produkcję insuliny.
                          >
                          > A co do norm - nasze 60 mg wit. C dawno zostało wyśmiane jako "tylko tyle, żeby
                          > nie dostać szkorbutu". Suplementy brytyjskie i amerykańskie mają dawki witamin
                          > i minerałów rzędu 500-2000% naszych norm. Nie demonizowałabym przedawkowania w
                          > większości witamin/minerałów.

                          Wybacz nomino, ale to jest naukawy bełkot.

                          Wytłumacz mi proszę co to znaczy?
                          > Z wit. C i rzekomym brakiem wpływu absolutnie nie mogę się zgodzić. Większość z
                          > nanych mi przewlekle chorych na choroby alergiczne czy infekcyjne bez dawek wit
                          > . C rzędu 500 mg na dobę ledwo by na nogach stały

                          Czy możesz pokazać jakieś badania dotyczące przewlekłych chorób alergicznych i witaminy C? Czy piszesz to na podstawie badań jakie prowadzisz na reprezentatywnej statystycznie grupie swoich znajomych?

                          Podaj mi proszę wyniki badań, a nie twoich jednostkowych doświadczeń, dotyczących wpływu takich dawek witamin na cokolwiek. A akurat witamina C i jej wpływ np. na przeziębienie jest jednym z lepiej pokazanych przykładów, że jednak nie działa w normalnej populacji. Np. jedna z metaanaliz
                          www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/17636648
                          I co to znaczy nie demonizowanie przedawkowania? I zaręczam że dawka 2000% normy witaminy C zostanie usunięta z moczem, jako że witamina C akurat jest rozkładana i usuwana z organizmu niezwykle wydajnie. Amerykańskie końskie dawki wszelakich suplementów spowodowane są tylko próbami zwiększenia ich sprzedaży.
              • a_gneskka Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 04.12.11, 23:02
                pierwszalitera napisała:

                > a_gneskka napisała:

                > Bo ona ma wpływ na wiele rzeczy, w tym na odporność też, i większość kobiet ma
                > ponoć mniejszy albo większy niedobór (mnie w zeszłym roku wyszła nawet ni poło
                > > wa dolnej granicy normy, dostałam suplementację,


                > Do tego nie trzeba wcale suplementacji. Wystarczy wystarczająco często wychodz
                > ić na powietrze i korzystać z dziennego światła. Jeszcz jeden argument na wyjśc
                > ie na długi spacer. ;-)

                Poziom wit. D3 badałam w połowie listopada. Jakim cudem w ciemnych zimowych miesiącach bez suplementacji mój organizm miałby nadrobić to, czego nie udało mu się wytworzyć słonecznym latem? Suplementacja nie była moim widzimisię, tylko została przepisana przez lekarza na podstawie wyników badań.


                > - W naszej części Europy pracując od 8 do 16, szczególnie w zimie, bardzo łatwo k
                > orzystać z dziennego światła, prawda?

                >- Do fotosyntezy witaminy D wystarczy też na przykład 10-15 minut dziennie.

                Spełniam wymóg z nawiązką, nie filtruję się przesadnie, plus zdrowa dieta, tłuste ryby etc. Jak widać nie wystarcza, i to nie tylko u mnie, ale i u ludzi na takich np. słonecznych Hawajach:

                www.reuters.com/article/2007/06/29/us-vitamin-d-idUSCOL95757920070629
                The 93 participants in the study spent an average 22.4 hours per week outside without sunscreen and 28.9 hours per week outside with and without sunscreen. This translates to a mean of 11.1 hours per week of total body skin exposure with no sunscreen used, the authors calculate.
                Despite this abundant sun exposure, 51 percent of these individuals were found to have low vitamin D levels, the researchers found.
                "This implies that the common clinical recommendation to allow sun exposure to the hands and face for 15 minutes may not ensure vitamin D sufficiency.




                > Jeżeli do tego ktoś ma wyraźne obajwy depres
                > ji jesienno- zimowej (można poznać po stale powracających o tej porze roku symp
                > tomach) może szarpnąć się na lampę ze światłem UV.

                Lampy do światłoterapii stosowane w celu leczenia i zapobiegania sezonowej depresji nie emitują w ogóle promieni UV ani nie mają wpływu na omawianą tu witaminę.
                • pierwszalitera Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 05.12.11, 02:25
                  a_gneskka napisała:

                  > Poziom wit. D3 badałam w połowie listopada. Jakim cudem w ciemnych zimowych mie
                  > siącach bez suplementacji mój organizm miałby nadrobić to, czego nie udało mu s
                  > ię wytworzyć słonecznym latem? Suplementacja nie była moim widzimisię, tylko z
                  > ostała przepisana przez lekarza na podstawie wyników badań.

                  Nie masz najmniejszego dowodu na to, że suplementacja akurat witaminy D3 miała faktycznie korzystny wpływ na twój organizm.


                  > Spełniam wymóg z nawiązką, nie filtruję się przesadnie, plus zdrowa dieta, tłus
                  > te ryby etc. Jak widać nie wystarcza, i to nie tylko u mnie, ale i u ludzi na t
                  > akich np. słonecznych Hawajach:

                  Jeżeli słońce na Hawajach nie wystarczy do pokrycia normy, to tym gorzej dla normy. Widocznie taki wynormowany poziom nie jest organizmowi do niczego potrzebny. Ja ufam w to, że natura już sobie to sama unormowała by przy zwykłych warunkach niczego nam nie brakowało. Wiadomo też, że ludzie mieszkający w słonecznej części ziemi mają wyższy poziom witaminy D, nikt jednak nie udowodnił, że są przez to zdrowsi. A hipoteza, że jedna jedyna, szczególna witamina D3 miałaby być tu kluczowa jest śmiesza.


                  > Lampy do światłoterapii stosowane w celu leczenia i zapobiegania sezonowej depr
                  > esji nie emitują w ogóle promieni UV ani nie mają wpływu na omawianą tu witamin
                  > ę.

                  Ale mają udokumentowany pozytywny wpływ na depresję jesienno- zimową i mnie jest wsio ryba jak to działa, najważniejsze, że działa. Poziom witaminy D3 jest mi przy tym całkowicie obojętny.
                  • a_gneskka Re: A poziom wit. D3 badałaś kiedyś? 06.12.11, 03:15
                    pierwszalitera napisała:

                    > a_gneskka napisała:
                    >
                    > > Poziom wit. D3 badałam w połowie listopada. Jakim cudem w ciemnych zimowy
                    > ch mie
                    > > siącach bez suplementacji mój organizm miałby nadrobić to, czego nie udał
                    > o mu s
                    > > ię wytworzyć słonecznym latem? Suplementacja nie była moim widzimisię, ty
                    > lko z
                    > > ostała przepisana przez lekarza na podstawie wyników badań.
                    >
                    > Nie masz najmniejszego dowodu na to, że suplementacja akurat witaminy D3 miała
                    > faktycznie korzystny wpływ na twój organizm.
                    >

                    Nie masz najmniejszego dowodu na to, że nie miała.


                    > > Spełniam wymóg z nawiązką, nie filtruję się przesadnie, plus zdrowa dieta
                    > > tłuste ryby etc. Jak widać nie wystarcza, i to nie tylko u mnie, ale i u ludzi na takich np. słonecznych >>Hawajach:

                    > Jeżeli słońce na Hawajach nie wystarczy do pokrycia normy, to tym gorzej dla no
                    > rmy. Widocznie taki wynormowany poziom nie jest organizmowi do niczego potrzebn
                    > y. Ja ufam w to, że natura już sobie to sama unormowała by przy zwykłych warunk
                    > ach niczego nam nie brakowało.



                    Jaki jeszcze "wynormowany" poziom nie jest do niczego niepotrzebny, może wyniki morfologii? TSH może? żelazo? chętnie się dowiem, a i naukowcy badający i ustalający takie normy z pewnością też.



                    >Wiadomo też, że ludzie mieszkający w słonecznej
                    > części ziemi mają wyższy poziom witaminy D, nikt jednak nie udowodnił, że są przez to zdrowsi.




                    journals.cambridge.org/action/displayAbstract?fromPage=online&aid=5297047
                    Volunteers inoculated with live attenuated influenza virus are more likely to develop fever and serological evidence of an immune response in the winter. Vitamin D deficiency predisposes children to respiratory infections. Ultraviolet radiation (either from artificial sources or from sunlight) reduces the incidence of viral respiratory infections, as does cod liver oil (which contains vitamin D). An interventional study showed that vitamin D reduces the incidence of respiratory infections in children. We conclude that vitamin D, or lack of it, may be Hope-Simpson's ‘seasonal stimulus’.

                    www.ajcn.org/content/91/5/1255.short
                    Conclusion: This study suggests that vitamin D3 supplementation during the winter may reduce the incidence of influenza A, especially in specific subgroups of schoolchildren.





                    www.scientificamerican.com/article.cfm?id=more-about-vitamin-d
                    D Makes a Difference
                    Growing evidence suggests that chronically low levels of vitamin D raise a person’s risk for certain major illnesses. Examples of findings based on a population’s blood serum D levels or UV exposure include:
                    • 30% to 50% higher risk for breast, prostate and colon cancers at serum 25D levels below 20 ng/ml
                    • Five times higher risk of ovarian cancer among women living at high latitudes (for example, Norway and Iceland) than women living at equatorial regions
                    • 77% lower risk for all cancers among Nebraska women age 55 and older taking 1,100 IU of D3 daily over a three-year period compared with a placebo group
                    • 62% lower risk for multiple sclerosis at serum 25D levels above 40 ng/ml than at 25 ng/ml or less
                    • 80% lower lifetime risk for autoimmune (type 1) diabetes in Finnish children given 2,000 IU of D3 daily during first year of life



                    > A hipoteza, że jedna jedyna, szczególna witamina D3 miałaby być tu kluczowa jest śmieszna.

                    A gdzie Ty takową hipotezę widzisz? Tak jak inne dziewczyny wypowiadające się tutaj, podsunęłam zwyczajnie jeden z tropów do sprawdzenia. Ktoś wspomniał o cytomegalii, ktoś o alergii, ja o witaminie. Nie wiem czemu akurat do mojego postu dopowiadasz sobie kluczowość i jedyność.
        • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 18:30
          mela1 napisała:

          Kilka miesięcy chodziłam na terapię
          > , ale czułam, że nic mi to nie daje, tylko generuje problemy. I nie miałam na t
          > o kasy.

          Nie ten psychotereputa, albo nie ten kierunek terapii.


          > Pracuję już rok, jestem zmęczona, po pracy nie mam na nic siły, nie wychodzę
          > nigdzie. Wcześniej miałam inną pracę, mało roboty, nieregularne godziny, mało p
          > łacili, słaby status w firmie. Wcześniej studiowałam, nie pracowałam. I co sezo
          > n, to ja jestem wiecznie chora.

          Dobrze płatna praca nie gwarantuje jeszcze szczęścia. Nie mówię, że masz ją rzucić, tylko zastanów się, co dawałoby ci więcej satysfakcji i spróbuj zrobić plany na przyszłość w odpowiednim kierunku. Często można coś zmnienić, a sama myśl, że pracujemy na tą zmianę bardzo poprawia nam humor. Najgorsze jest uczucie braku kontroli nad naszym życiem, także zawodowym.

          > Po pracy zmuszam się czasem, żeby chociaż do jakiejś kosm
          > etyczki iść.

          Zadaj sobie pytanie, czy naprawdę potrzebujesz tego nowomodnego luksusu, który narzucają nam kolorowe magazyny. Kosmetyczki, wyjazdy, imprezy, atrakcje, życie na pasie do wyprzedzania. Możliwe, że chcesz się wcisnąć w życiowy model, który ci imponuje, ale który w ogóle nie pasuje do twojego temperamentu. Zastanów się, co jest ci naprawdę ważne i nie orientuj się na życzeniach i wyobrażeniach innych, tylko na swoich własnych.

          > Rozwalił mnie psychiatra, któremu ufam, dogadujemy się, a coraz częściej na moj
          > e problemy mówi mi, że się nic nie da zrobić.

          Psychiatra to lekarz przepisujący lekarstwa, a ty potrzebujesz czegoś innego.
          • mela1 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 18:51
            Boję się ciebie, bo zwykle trafiasz z diagnozami, ale teraz nie:)

            > Dobrze płatna praca nie gwarantuje jeszcze szczęścia.

            Nie jest aż tak dobrze płatna:) Miałam niby fajną, ale długo beż żadnej umowy, za grosze. Nawet terapeutka radziła mi zmianę, bo muszę mieć pracę. Z tej się niezmiernie cieszę, czasem nawet tak sobiesiadam i się cieszę. Mam etat, świadczenia, premie, jakieś pieniądze, prawie zawsze kończę o 16. Jestem doceniana, sprawdzam się. Poza papierami robię coś kreatywnego, samodzielnego, w kierunku, o którym dawno myślałam. Jestem zmęczona, wstaję nie o mojej porze, ale nie myślę o zmianie tylko, żeby tu pozostać jak najdłużej.

            > Zadaj sobie pytanie, czy naprawdę potrzebujesz tego nowomodnego luksusu, który
            > narzucają nam kolorowe magazyny. Kosmetyczki, wyjazdy, imprezy, atrakcje, życie
            > na pasie do wyprzedzania. M

            Też nie tak. Po pracy siedzę wdomu, w weekendy spotykam się z chłopakiem, jemy, chodzimy do kina albo leżymy u niego na kanapie. Wyjazd to wakacje raz w roku, teraz zaplanowałam raptem weekend. Kosmetyczki i zakupy to poprawiacze humoru - nie było mnie wcześniej stać. Generalnie mój wolny czas, to właśnie telewizor, kanapa. Nuda. Trochę mam żal do siebie, że gnuśnieję, ale ja taka jestem. Jak nie mam przynajmniej pół soboty na pranie (relaks:), prasowanie, czytanie gazet, telewizor, to nie wypocznę. Czasem mam cały weekend taki. Jak biorę zwolnienie, to kilka dni. Jestem leniem, zmuszam się czasem, żeby się z kimś spotkać, ale naprawdę mam teraz stabilny, nudny tryb życia.
            • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 19:50
              mela1 napisała:

              > Boję się ciebie, bo zwykle trafiasz z diagnozami, ale teraz nie:)

              Uważaj, by nie oszukać samą siebie. :-)


              > Też nie tak. Po pracy siedzę wdomu, w weekendy spotykam się z chłopakiem, jemy,
              > chodzimy do kina albo leżymy u niego na kanapie.

              No to nie rozumiem, przeczysz trochę sama sobie. Jeżeli jest tak luzacko i nie poddajesz się naprawdę stresowi czasu wolnego, to masz po prostu taką gorszą fazę, którą trzeba przeczekać nie planując sobie nic wielkiego na weekend. Możliwe, bo to bardzo częste, że brak światła o tej porze roku pogłębia symptomy depresyjne. Zamiast kina i jedzenia przy świecach radzę ciepło się ubrać i zrobić spacer na świeżym powietrzu o jasnej porze dnia. I poczekać, niedługo dni będą robiły się coraz dłuższe i będzie lepiej, a czas do świąt wykorzystaj wieczorami na miłe lenistwo i wcześniejsze pójście do łóżka. Robisz sobie sama za dużą presję. ;-) I nie daj się wciągać w hipochondryczną spiralę wyszukiwania organicznych problemów. Uprawiasz w ogóle jakiś sport? Na zachowanie młodzieńczej siły i odporności trzeba sobie zasłużyć. ;-) Czasem rozwiązanie jest bardzo proste i nie trzeba biegać po egzotycznych lekarzach.
              • mela1 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 20:43
                ale mi chodzi o przeziębienia. Luzacka czy nie, co weekend jestem chora i zestresowana, bo w poniedziałek nie mija, a ja muszę do pracy. Co to za luzacji weekend i odpoczynąk jak płuca sobie wypluwam i ryczeć mi się od tego chce. Humor to inna sprawa, z ktorą sobie nie radzę: 2-tygodniowy PMS...
                • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 21:19
                  mela1 napisała:

                  > ale mi chodzi o przeziębienia. Luzacka czy nie, co weekend jestem chora i zestr
                  > esowana, bo w poniedziałek nie mija, a ja muszę do pracy. Co to za luzacji week
                  > end i odpoczynąk jak płuca sobie wypluwam i ryczeć mi się od tego chce. Humor t
                  > o inna sprawa, z ktorą sobie nie radzę: 2-tygodniowy PMS...

                  Ojej, ojej, zaczyna być coraz bardziej skomplikowanie. ;-) Jak widać temat chorób i lekarzy interesuje cię bardziej od prostych rozwiązań. Wykręcasz się z tematów o możliwych psychologicznych przyczynach, wszystko jest easy, nie odpowiedziałaś na pytanie o sporcie, bo też nie pasuje ci w schemat. Jak wielu ludzi liczysz, że ktoś rentgenowskim okiem i super wypasionym medycznym testem znajdzie organiczny problem, który da się wyleczyć kolorowymi tabletkami i już będziesz na zawsze zdrowa, piękna, szczęśliwa i będziesz mogła do woli prowadzić niehigieniczny tryb życia. ;-) Wybacz mi złośliwość, ale twój psychiatra może mieć rację, nie dostrzegasz w tym wszystkim możliwości własnego udziału. Z przeciągniętego jesiennego przeziębienia na skutek osłabionej odporności robisz zupełnie niepotrzebnie dramat.
                  • mela1 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 21:41
                    mój psychiatra ma rację, że nie dostrzegam w tym swojego udziału? A kiedy tak powiedział? Powiedział, że nic sie z tym nie da zrobić. Nie odpowięziałam na pytanie o sport, bo go nie lubię. Probowałam, żadnych endorfin tylko wrustracja i wiecej przeziebień. Nie robie dramatu, uważam ze choroba co tydzień od nowa nie jest normalna i przeszkadza mi w funkcjonowaniu. Mam tak od kilku lat, nie mogę zaakceptować tego, że jedno wyjście na dwór i zmarzniecie to tydzień choroby. Nie działa na mnie tłumaczenie, że za bardzo się tym przejmuję. Każdy miał grypę, przeziebienie i wie, że trudno funkcjonować takim obolałym i rozbitym. Gdybym miala tylko katar to bym to zlekceważyła.
                    • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 22:00
                      mela1 napisała:

                      > mój psychiatra ma rację, że nie dostrzegam w tym swojego udziału? A kiedy tak p
                      > owiedział? Powiedział, że nic sie z tym nie da zrobić. Nie odpowięziałam na pyt
                      > anie o sport, bo go nie lubię. Probowałam, żadnych endorfin tylko wrustracja i
                      > wiecej przeziebień. Nie robie dramatu, uważam ze choroba co tydzień od nowa nie
                      > jest normalna i przeszkadza mi w funkcjonowaniu. Mam tak od kilku lat, nie mog
                      > ę zaakceptować tego, że jedno wyjście na dwór i zmarzniecie to tydzień choroby.
                      > Nie działa na mnie tłumaczenie, że za bardzo się tym przejmuję. Każdy miał gry
                      > pę, przeziebienie i wie, że trudno funkcjonować takim obolałym i rozbitym. Gdyb
                      > ym miala tylko katar to bym to zlekceważyła.

                      Czyli nie dosypiasz, stresujesz się w mało satysfakcjonującej pracy i w wymagającym życiu prywatnym, prowadzisz mało aktywny fizycznie tryb życia, unikasz świeżego powietrza, łykasz antybiotyki i antydepresywa, i jeszcze chciałabyś wiecznie skakać po pracy jak młody konik. Nie napisałaś jeszcze tylko, że palisz, jesz tylko jeden posiłek dziennie wieczorem (fast foodowy) i zalewasz go winem. ;-) Życzę ci autentycznie dużo szczęścia na zdrowotnej loterii.
                      • mela1 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 22:17
                        masz tezę i wszystko pod nią podciągniesz. Dosypiam, 8 godzin, ale od zawsze lubiłam wstawać o 11, a nie o 6. Napisałam, że cieszę się z mojej pracy, że mam satysfakcję. Mam jej dużo, ale zwykle 8 godzin. Mam regularny tryb życia, nie jem fast foodów, poza ostatnim okresem, kiedy nie mam czasu nic zjeśc w pracy, jem regularnie. Wino pije raz w tygodniu do posiłku. Palę, ale mało. Nie lubię sportu. Nie faszeruję się, tylko leczę trądzik i depresję. Decyzja lekarzy. Znam ludzi żyjacych bardziej lub mniej zdrowo, ktorzy tak nie chorują. Ja wymagam tak dużo, że nie chcę się przeziębiać?
                        • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 22:37
                          mela1 napisała:

                          Znam
                          > ludzi żyjacych bardziej lub mniej zdrowo, ktorzy tak nie chorują. Ja wymagam ta
                          > k dużo, że nie chcę się przeziębiać?

                          Ci inni ludzie mają inną genetyczną naturę, a ty widocznie musisz robić odrobinę więcej, by być zdrowa. A skąd twoim zdaniem bierze się ta niska odporność na przeziębiebia u ciebie, jak nie z cieplarnianego i leniwego fizycznie trybu życia? Chcesz naprawdę, by doszukano się u ciebie jakiejś poważnej choroby? Byłoby to lepszym rozwiązaniem twoich problemów od zwykłego hartowania organizmu? Pewnie wygodniejszym, bo wtedy odpowiedzialności nie musisz szukać u siebie. Może to i teza, ale nie raczyłaś jej nigdy sprawdzić, wolisz kierować się własną. Tylko, że ta twoja jakoś ci nie pomaga pozbyć się przeziębień.
                    • slotna Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 22:05
                      > Probowałam, żadnych endorfin tylko wrustracja i
                      > wiecej przeziebień.

                      Wydaje mi sie, ze w twoim przypadku nie chodzi o te blyskawiczne endorfiny, tylko o poprawe kondycji fizycznej, zahartowanie, lepszej jakosci sen i w rezultacie wieksza odpornosc organizmu.

                      > Mam tak od kilku lat, nie mog
                      > ę zaakceptować tego, że jedno wyjście na dwór i zmarzniecie to tydzień choroby.

                      Przeziebienie to choroba wirusowa, nie mozna sie jej nabawic od "wyjscia na dwor i zmarzniecia".
                      • szarsz Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 22:19
                        Można, jeśli się ma niską odporność. Dlaczego nie?
                        • slotna Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 22:40
                          Dlatego, ze jest to choroba wirusowa i nie nabywa sie jej od zmarzniecia na swiezym powietrzu, tylko zarazajac sie od innych, chorych ludzi. Po za tym to wlasnie ciagle przebywanie w mieszkaniu z podkreconymi na maksa kaloryferami moze powodowac wieksza podatnosc na takie infekcje, zwiazana z przesuszeniem sluzowek.
                          • szarsz Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 22:48
                            No dobrze, ale jak się wychodzi z domu, to raczej nie na pustynię? Ludzie są wszędzie, kichają, prychają, kaszlą, wycierają się w różne miejsca. Silnemu człowiekowi z reguły to nie zrobił krzywdy, ale osłabionemu czy to przebywaniem w przegrzanym, przesuszonym domu, czy też wręcz przeciwnie, takiemu co przemókł i przemarzł, to i owszem.
                            • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 23:00
                              szarsz napisała:

                              > No dobrze, ale jak się wychodzi z domu, to raczej nie na pustynię? Ludzie są ws
                              > zędzie, kichają, prychają, kaszlą, wycierają się w różne miejsca. Silnemu człow
                              > iekowi z reguły to nie zrobił krzywdy, ale osłabionemu czy to przebywaniem w pr
                              > zegrzanym, przesuszonym domu, czy też wręcz przeciwnie, takiemu co przemókł i p
                              > rzemarzł, to i owszem.

                              Ale nasza autorka wątku musi wychodzi do pracy i chętnie odwiedza też inne miejsca, gdzie są ludzie, jak kina, restauracje, sklepy, teatry, zakłady usług, więc zamykanie się w domu i unikanie chłodu jej nie pomoże.
                              • slotna Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 23:14
                                No wlasnie. Predzej zlapie przeziebienie w pracy niz np. biegajac po parku. Zreszta lekkie zmarzniecie czy przemokniecie nie obnizy odpornosci normalnemu czlowiekowi, to taki mit jest. Gdyby tak bylo, to w ogole bysmy nie mogli funkcjonowac. A mit moze powstal dlatego, ze objawy wyziebienia sa podobne do tych towarzyszacych przeziebieniu, stad tez nazwa.
                                • szarsz Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 14:04
                                  slotna napisała:
                                  > Zreszta lekkie zmarzniecie czy przemokniecie nie obnizy odpornosci normalnemu czlowiekowi,
                                  > to taki mit jest.

                                  No to widać dla każdej z nas przemarznięcie co innego oznacza. Zmarznięcie takie, że wracam do domu, mija pięć minut i jest mi ciepło, to nie jest przemarznięcie. Przemarznięcie dla mnie zaczyna się wtedy, kiedy np. źle się ubiorę i po powrocie do domu dłuższy czas nie mogę się rozgrzać (np. godzinę). Kiedy na przykład buty mi przemokną a nie mogę wrócić do domu, żeby się przebrać. Takie przemarznięcie bywa, że kończy sie chorobą w gorszych dla mnei czasach, niedospania, zmęczenia, stresu. W lepszych nie.
                              • slotna Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 23:35
                                Lekki artykul na ten temat.
                              • szarsz Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 14:06
                                pierwszalitera napisała:

                                > Ale nasza autorka wątku musi wychodzi do pracy i chętnie odwiedza też inne miej
                                > sca, gdzie są ludzie, jak kina, restauracje, sklepy, teatry, zakłady usług, wi
                                > ęc zamykanie się w domu i unikanie chłodu jej nie pomoże.

                                Nie odpowiadałam autorce wątku.
                                Nie sugeruję unikania chłodu.
                                Polemizuję ze zdaniem, że przemarznięcie nie może skończyć się chorobą, szczególnie przy obniżonej odporności
                                • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 14:32
                                  szarsz napisała:

                                  > Nie odpowiadałam autorce wątku.
                                  > Nie sugeruję unikania chłodu.
                                  > Polemizuję ze zdaniem, że przemarznięcie nie może skończyć się chorobą, szcz
                                  > ególnie przy obniżonej odporności


                                  Jeżeli chcesz już dyskutować teoretycznie o połączeniu chłodu i przeziębień, to może ustalimy fakty. Faktycznie mocne i dłuższe przechłodzenie organizmu powoduje krótkoterminowy spadek odporności i łatwiej wtedy o złapanie bakcyla. A raczej o jego rozwój, bo z wirusami mamy ciągle do czynienia, u jednych tylko doprowadza to do choroby, u innych jakoś nie. Jaki z tego wniosek? Cieplarniane warunki? Na pewno nie. Im lepiej zahartowany organizm, tym chłód (nawet ekstremalny) mniej mu robi. Nie bardzo wiem też, o co chodzi z tym marznięciem. Czyżby nie było u nas ciepłej odzieży i zmuszeni jesteśmy na boska kopać kartofle przy przymrozkach? Wychodząc na powietrze należy stosownie do pogody się ubrać, trochę się ruszać, bo masa mięśniowa jest naszym wewnętrznym kaloryferem i wrócić do domu, gdy zaczynamy naprawdę marznąć, nikt nie musi maszerować godzinami w terenie. Więc zgadzam się z tobą, że przemarznięcie może u kogoś nieprzyjemnie się skończyć, ale 10 stopni za oknem nie oznacza jeszcze przymusu przemarznięcia. A lekka stymulacja chłodem nie jest też wcale taka zła. Naprzemienne prysznice zimne- ciepłe powodują nawet ekspolzję produkcji nowych komórek odpornościowych.
                                  • szarsz Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 20:00
                                    > Jeżeli chcesz już dyskutować teoretycznie o połączeniu chłodu i przeziębień, to
                                    > może ustalimy fakty. Faktycznie mocne i dłuższe przechłodzenie organizmu powod
                                    > uje krótkoterminowy spadek odporności i łatwiej wtedy o złapanie bakcyla. A rac
                                    > zej o jego rozwój, bo z wirusami mamy ciągle do czynienia, u jednych tylko dopr
                                    > owadza to do choroby, u innych jakoś nie.

                                    To właśnie napisałam. Nic więcej i nic mniej.

                                    A z całą resztą Twoich wniosków też się zgadzam w zupełności.

                                    > Nie bardzo wiem też, o co chodzi z tym marznięciem. Czyżby nie było u nas ciepłej odzieży i
                                    > zmuszeni jesteśmy na boska kopać kartofle przy przymrozkach?

                                    :)
                                    Ja nie jestem idealna i zdarza mi się ubrać źle czy też nie przewidzieć gwałtownej zapaści pogody.
                                • slotna Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 20:06
                                  Jak ktos ma AIDS albo jest skrajnie niedozywiony, to pewnie tak. Ale nie o tym mowimy, a badania ochotnikow, ktorym wszczepiano do nosa wirusy, po czym narazano ich na wyziebienie, nie stwierdzily, zeby zapadali oni na przeziebienie czesciej, niz trzymani w cieple ochotnicy z grupy kontrolnej. Przeciwnie, wystawianie sie na zimno, zwlaszcza polaczone z wysilkiem fizycznym, pomaga sie zahartowac i poprawic odpornosc, a nie ja obnizyc, jak twierdzisz:
                                  journals.lww.com/acsm-msse/Abstract/2002/12000/Cold_exposure__human_immune_responses_and.23.aspx
                                  jap.physiology.org/content/87/2/699.full
                                  www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/8925815
                                  Nasz mozg strasznie nas oszukuje po prostu. Sama, kiedy sie wyziebilam, a nie przeziebilam, zapominalam o tym wyziebieniu, uznawalam za niewielkie, przypominalam sobie, ze szybko sie potem rozgrzalam, wzielam aspiryne, wlazlam do wanny z goraca woda, wiec to na pewno pomoglo. Kiedy bylo odwrotnie - przeziebilam sie, a wczesniej nie wyziebilam, przypominalam sobie, ze przeciez dwa dni temu bylo mi chlodno w nogi, albo wyszlam rano na chwile przed dom bez kurtki. Typowe. Smieje sie teraz, ze od kiedy zdalam sobie z tego sprawe, blyskawicznie przestalam przeziebiac sie od zimna ;)
                                  • szarsz Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 21:24
                                    slotna napisała:

                                    > Przeciwnie, wystawianie sie na zimno, zwlaszcza polaczone z wysilkiem fizycznym, pomaga sie
                                    > zahartowac i poprawic odpornosc, a nie ja obnizyc, jak twierdzisz:

                                    Nigdzie tego nie napisałam. Wręcz przeciwnie, napisałam, że jeśli ktoś ma obniżoną odporność, to przemarznięcie może skończyć się chorobą, popularnie zwaną przeziębieniem.

                                    > jap.physiology.org/content/87/2/699.full

                                    Do pierwszego nie mam dostępu dzisiaj, drugi przejrzałam. Nie ma związku z dyskusją. Po pierwsze było ich siedmiu. Po drugie byli młodymi, zdrowymi, średnio wysportowanymi mężczyznami, a ja pisałam o ludziach o obniżonej odporności. Konkretnie o sobie w chwilach sporego stresu i niedospania. Po trzecie wystawienie na zimno było krótkie, powietrze było bardzo suche - 40% w porównaniu ze średnią powyżej 80% i praktycznie bezwietrzne, a po czwarte autorzy analizowali wyłącznie odpowiedź układu immunologicznego. Nie zauważyłam (może przegapiłam?) informacji o ich dalszym stanie zdrowia (czyli czy mobilizacja układu immunologicznego była wystarczająca). Po piąte mieli suche, bawełniane skarpetki na nogach ;)
                                    • slotna Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 21:57
                                      > Nigdzie tego nie napisałam. Wręcz przeciwnie, napisałam, że jeśli ktoś ma obniż
                                      > oną odporność, to przemarznięcie może skończyć się chorobą, popularnie zwaną pr
                                      > zeziębieniem.

                                      Przeziebienie to choroba wirusowa. Rozumiem, ze chodzi ci o to, ze ktos lapie wirusa, ale ten go nie rozklada, dopoki osoba nie zmarznie. Oznacza to dla mnie, iz twoim zdaniem przemarzniecie obniza odpornosc, nie widze innej mozliwosci.

                                      > Do pierwszego nie mam dostępu dzisiaj, drugi przejrzałam. Nie ma związku z dysk
                                      > usją.

                                      Owszem, ma - rozmawiamy o mozliwosciach poprawienia odpornosci, jakie ma autorka watku. Nie chce uprawiac sportu, bo zmarznie i sie przeziebi, a ja chce ja przekonac, ze ani sport ani zmarzniecie nie musi do tego prowadzic, wrecz przeciwnie.

                                      > Po pierwsze było ich siedmiu. Po drugie byli (...)

                                      W ten sposob mozesz olac dowolne badanie piszac "po pierwsze, to sie dzialo w Ameryce" :P Do takich badan nie zbierzesz tysiaca ochotnikow. Mieli na sobie wlasnie skarpetki i szorty, a przebywali przez 2 godziny w temperaturze 5 stopni celsjusza, to malo? Podsumowanie mowi:
                                      "This study suggests that, despite popular beliefs that cold exposure can precipitate a viral infection, the innate component of the immune system is not adversely affected by a brief period of cold exposure. Indeed, the opposite seems the case."
                                      • szarsz Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 22:31
                                        > Przeziebienie to choroba wirusowa. Rozumiem, ze chodzi ci o to, ze ktos lapie w
                                        > irusa, ale ten go nie rozklada, dopoki osoba nie zmarznie. Oznacza to dla mnie,
                                        > iz twoim zdaniem przemarzniecie obniza odpornosc, nie widze innej mozliwosci.

                                        Nie. Oznacza to, że niekorzystnych warunkach dla organizmu radzi on sobie jak może i walczy z potencjalnym zakażeniem. A jak nie może to polegnie w walce, czyli choroba się rozwinie.

                                        > W ten sposob mozesz olac dowolne badanie piszac "po pierwsze, to sie dzialo w A
                                        > meryce" :P

                                        No ja podałam konkretne zarzuty... Jeśli uważasz, że niesłusznie, to odnoś się do nich, a nie sprowadzaj dyskusję do absurdu.

                                        > Do takich badan nie zbierzesz tysiaca ochotnikow. Mieli na sobie wla
                                        > snie skarpetki i szorty, a przebywali przez 2 godziny w temperaturze 5 stopni c
                                        > elsjusza, to malo?

                                        Jeśli nie wspomina się o kluczowych czynnikach, to bardzo mało. Maluśko, rzekłabym.
                                        Nie uwzględnili wilgotności, a powietrze, w jakim ich trzymali było ekstremalnie suche. Być może zbyt dawno uczyłam się biologii, ale pamiętam, że wirusy i bakterie namnażają się doskonale w chłodnym (5 - 8 stopni) i wilgotnym (powyżej 80 - 85%) powietrzu, mróz zaś przede wszystkim wysusza powietrze, stąd spadek liczby zachorowań obserwowanych zimą w porównaniu z jesienią. Tak mnie uczyli jeszcze na studiach. Być może ta wiedza (naukowa przecież) została w międzyczasie zweryfikowana, ale wtedy usiądę sobie i poczekam na weryfikację dzisiejszej.

                                        No i jak się ma obserwowana odpowiedź immunologiczna do czynnika, jakim jest kilkugodzinne przemoczenie nóg? Czy jest wystarczająca?

                                        > Nie chce uprawiac sportu, bo zmarznie i sie przeziebi, a ja chce ja przekonac, ze ani sport
                                        > ani zmarzniecie nie musi do tego prowadzic, wrecz przeciwnie.

                                        Czym innym jest "nie musi" a czym innym "nie może". Bo to ja pisałam, że przemarznięcie może, choć nie musi skończyć się chorobą. Ty zaś, że jedno z drugim nie ma związku. Otóż moim zdaniem jest, ale nietrywialny i ma znaczenie choćby i stan psychiczny (od początku piszę o stresie), o którym wspominają też autorzy linkowanej przez Ciebie pracy.

                                        Sport jak najbardziej jest krokiem w stronę budowania odporności. Zimna nie ma się co bać, a jakąś akceptowalną aktywność da się znaleźć. Każda jest lepsza niż żadna. Jedyne z czym się nie zgadzam, to całkowity brak związu między warunkami atmosferycznymi a możliwością zachorowania. W szczególności nie dowodzi tego ten akurat artykuł.
                                        • slotna Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 22:58
                                          > Nie. Oznacza to, że niekorzystnych warunkach dla organizmu radzi on sobie jak m
                                          > oże i walczy z potencjalnym zakażeniem. A jak nie może to polegnie w walce, czy
                                          > li choroba się rozwinie.

                                          No jak nie, przeciez napisalas to samo, tylko innymi slowami.
                                          niekorzystnych warunkach dla organizmu -> czyli jak jest oslabiony, cokolwiek to znaczy
                                          radzi on sobie jak może i walczy z potencjalnym zakażeniem -> czyli ma jeszcze jakas odpornosc
                                          a jak nie może -> bo sie wyziebi (o tym mowimy)
                                          to polegnie w walce -> bo mu ta odpornosc padla

                                          > No ja podałam konkretne zarzuty... Jeśli uważasz, że niesłusznie, to odnoś się
                                          > do nich, a nie sprowadzaj dyskusję do absurdu.

                                          To nie jest absurd - po prostu rzadko sie zdarza znalezc badanie idealnie pasujace do sytuacji. A ja chcialam zilustrowac cos innego, niz to z czym polemizujesz, co zreszta widac dalej:

                                          > Nie uwzględnili wilgotności, a powietrze, w jakim ich trzymali było ekstremalni
                                          > e suche. Być może zbyt dawno uczyłam się biologii, ale pamiętam, że wirusy i ba
                                          > kterie namnażają się doskonale
                                          itd.

                                          Napisalam wczesniej "wystawianie sie na zimno, zwlaszcza polaczone z wysilkiem fizycznym, pomaga sie zahartowac i poprawic odpornosc" i to jest jedna z ilustracji tegoz, o badaniu, gdzie infekowano ochotnikow wirusem tylko wspomnialam.

                                          > No i jak się ma obserwowana odpowiedź immunologiczna do czynnika, jakim jest ki
                                          > lkugodzinne przemoczenie nóg? Czy jest wystarczająca?

                                          Jesli twierdzisz, ze kilkugodzinne przemoczenie nog (a w realnym zyciu komu mieszkajacemu w miescie i nie uprawiajacemu sportu to sie w ogole zdarza?) jest bardzo oslabiajacym czynnikiem, to ty powinnas to udowodnic.

                                          > Czym innym jest "nie musi" a czym innym "nie może". Bo to ja pisałam, że przema
                                          > rznięcie może, choć nie musi skończyć się chorobą. Ty zaś, że jedno z drugim ni
                                          > e ma związku.

                                          Ja mowie, ze nie ma zwiazku z przeziebieniem, bo przeziebienie wbrew nazwie, wywoluja wirusy, a nie zimno. Jakiejs dowonej choroby to sie pewnie mozna nabawic, czemu nie.

                                          > W szczególności nie dowodzi tego ten akurat artykuł.

                                          To znakomicie, bo nie tego mial dowodzic. Mial pokazac, ze sa przeslanki swiadczace o tym, iz ekspozycja na zimno moze zwiekszac odpornosc, a nie - wbrew popularnemu przekonaniu - ja obnizac.

                                          Btw, trzeci rok z rzedu mam potwornie zimno w pracy (dwa lata temu obiecali nam drzwi wewnetrzne, taaa), dzisiaj wrocilam do domu i niespodzianka, nie ma oleju, czyli nie ma ogrzewania. Siedze w ostatnim pokoju, na dworze 2 stopnie, tu chyba niewiele wiecej. Napalilim w kominku, ale co to da... ;)
                                          • szarsz Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 23:16
                                            slotna napisała:
                                            > to polegnie w walce -> bo mu ta odpornosc padla

                                            Nie. Bo wirusów jest zbyt dużo na przykład w wilgotnym i chłodnym powietrzu i odpowiedź immunologiczna jest niewystarczająco duża.
                                            Stąd może historycznie pochodzić też odpowiedź immunologiczna organizmu - chłód, większe zagrożenie, szykujmy się na wojnę w skali mikro. A to, czy ta wojna będzie wygrana (nie zachoruję) czy wygrana (zachoruję) zależeć może także od innych czynników niż sam fakt stwierdzenia obecności wzrostu liczby przeciwciał.

                                            > Jesli twierdzisz, ze kilkugodzinne przemoczenie nog (a w realnym zyciu komu mie
                                            > szkajacemu w miescie

                                            Mi na przykład. Ubiegłą zimą. Bo śniegu się u mnie w mieście nie usuwa porządnie, tylko rozgarnia na boki, więc każde przejście przez ulicę przez dwa, trzy dni to brodzenie po kolana w mieszaninie śniegu z błotem pośniegowym. A ulic do przejścia do pracy mam z pięć + czasem tylko wydeptane wąskie przejścia w śniegu, gdzie dwie osoby się nie miną. Koszmar.
                                            Tak, to niby cywilizowane miasto w środku europy, nie ganiamy niedźwiedzi polarnych :D

                                            > Mial pokazac, ze sa przeslanki swiadczace o tym, iz ekspozycja na zimno moze zwiekszac
                                            > odpornosc, a nie - wbrew popularnemu przekonaniu - ja obnizac.

                                            Popularne przekonanie mówi o hartowaniu organizmu. Czyli cbdu :)
                                            • slotna Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 23:32
                                              > Nie. Bo wirusów jest zbyt dużo na przykład w wilgotnym i chłodnym powietrzu i o
                                              > dpowiedź immunologiczna jest niewystarczająco duża.

                                              Logika wskazywalaby raczej na to, ze wirusow bedzie wiecej w cieplych pomieszczeniach, w ktorych zima wszyscy sie tlocza, niz na swiezym, chlodnym powietrzu.

                                              > Mi na przykład. Ubiegłą zimą. Bo śniegu się u mnie w mieście nie usuwa porządni
                                              > e, tylko rozgarnia na boki, więc każde przejście przez ulicę przez dwa, trzy dn
                                              > i to brodzenie po kolana w mieszaninie śniegu z błotem pośniegowym.

                                              I tak przez pare godzin mialas mokre te nogi, serio? Ja miewalam mokre, miewalam zimne (dwa palce mam nawet odmrozone), ale nie mokre przez pare godzin, nie w miescie - zawsze mozna wrocic szybko do domu, wysuszyc skarpetki na kaloryferze w pracy, kupic nowe. Mozna tez nosic ze soba zapasowe buty, co czynie regularnie przez caly rok, zwazywszy na kraj zamieszkania.

                                              > Popularne przekonanie mówi o hartowaniu organizmu. Czyli cbdu :)

                                              Chyba w Irlandii ;) Jak widze dzieci w Polsce, to slabo mi sie robi, najwiekszy upal, a te opatulone na maksa. Tutaj ida w druga strone, ja nosze grube skarpety, welniany sweter, a widze malucha z golymi, sinymi nozkami (bo skarpetek nie lubi i sciaga, to po co go zmuszac), raczkujacego po kamiennej podlodze, dzieci w wieku szkolnym w spodniach dresowych i t-shirtach, nastolatki w japonkach itp.
                          • zenobia44 Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 23:07
                            nie jestem lekarzem, ani nawet pielęgniarką:)
                            ale widzę to tak:
                            - raz na jakiś czas każdy ma skłonność do częstszych przeziębień i chorowania, jakoś jesteśmy osłabieni nie wiadomo skąd, i jak nagle przyszło tak nagle się kończy, ale ponieważ ty się martwisz to prawdopodobnie sprawa już trwa za długo, więc może powodem jest
                            - depresja? chyba każdy kto słyszał co nieco o depresji, wie że organizm (czy na lekach czy bez) jest w kiepskim stanie, poddaje się chorobom, jest osłabiony, zwłaszcza, że cyklicznie zapadasz na te dolegliwości, no chyba, że to
                            - rzeczywiście "choroba weekendowa", ale jak rozumiem (nie czytałam WO) jest ona związana ze stresem i adrenaliną w pracy, a ty twierdzisz, że nic takiego nie ma miejsca, no to ostatnie wyjście pozostaje
                            - masz jakąś egzotyczną chorobę, której ci tu nie wywróżymy, a zwiedzać internetu pod tym kątem nie radzę, bo zmęczenie i skłonność do przeziębień jest w repertuarze każdego naciągacza na ocet siedmiu złodziei i babiloński kleik - znanych lekarstw na wszelkie dolegliwości ducha i ciała

                            Co możesz zrobić?
                            Imho - poobserwować się, może jednak są inne czynniki, których nie wzięłaś pod uwagę
                            - zrobić jakieś podstawowe badania (część z tego co pisałaś już masz, więc nie wiem dokładnie jakie, sorry) - może spróbować rzeczywiście się zahartować, przecież to nie jest ogromny wysiłek pójść na półgodzinny spacer, jeśli nie pomoże to trudno, ale raczej nie zaszkodzi, a będziesz mieć kolejną jasność - w zależności czy coś ci wyjdzie - działać dalej

                            ps. Nie przejmowałabym się lekarzami (tych, którzy ewentualnie mogą myśleć, że jesteś wyłudzaczką zwolnień;)), bo z tego co moi znajomi twierdzili - pacjent, który ma słowo "depresja" w karcie, niestety jest stygmatyzowany. Jest traktowany niepoważnie,np. jako taki, który wymyśla objawy. Zupełnie jakby depresja wykluczała inne choroby! A jedną znajomą nawet odwiedził ZUS, bo miała L4 na depresję (wg nich w domyśle - a to przecież nie jest choroba) i była podejrzana z tego powodu.
                • leute Re: Weekendowa choroba 04.12.11, 16:52
                  mela1 napisała:

                  > Humor to inna sprawa, z ktorą sobie nie radzę: 2-tygodniowy PMS...

                  Być może kwasy omega-3 mogłyby tu pomóc, zwłaszcza, że masz depresję. Jeśli znasz angielski, to bardzo polecam ci książkę "The Depression Cure: The Six-Step Programme to Beat Depression Without Drugs", autor: dr Steve Ilardi. Jest tam dużo o roli kwasów omega-3 w prawidłowym działaniu organizmu i dlaczego współcześnie jest ich najczęściej za mało w naszym pożywieniu. A poza tym o innych sposobach na depresję, wszystko oparte na badaniach naukowych, ale podane przystępnie. Dla mnie była to bardzo interesująca i pomocna książka.
                  • nomina Re: Weekendowa choroba 05.12.11, 10:22
                    Ja znowu wyjadę z moim konikiem :) - u mnie sprawy miesiączkowe po części powiązane są z nietolerancją histaminy (a to też i zatoki, i migreny, i objawy takiego ledwie funkcjonowania, i zmiany skórne, od zaczerwienienia przez trądzik po egzemę, i astma, i zaburzenia pracy jelit). I mimo że mam obiektywnie poziom estradiolu w normie - najwyraźniej "wiązanie receptorowe" szwankuje, bo suplementacja fitoestrogenami dała trochę ulgi z sprawach ginekologicznych (trochę, bo tam jeszcze inne rzeczy są).

                    Mela, jak już sprawdzisz ważniejsze przyczyny, to wpisz sobie na listę rzeczy do zweryfikowania i tę.
                  • mela1 Re: Weekendowa choroba 05.12.11, 10:38
                    Zanim trafiłam do lekarza, "leczyłam" depresję rożnymi depromami i Omega 3 właśnie. Czytałam kiedyś dużo, bo opcja psychiatra wydawała mi się nie do zaakceptowania. Efekt żaden.
                    Nie mam żadnych zaburzeń cyklu, regularnie, elegancko, prawie nic mnie nie boli (trochę pierwszego dnia i przy jajeczkowaniu kilka godzin, ale to żadne bóle). Tylko psychicznie wysiadam przed. Bo to, że puchnę, objadam się, to powiedzmy drobiazgi, chociaż też nic na to nie pomaga. Ale powiedzmy można z tym żyć, ale jak do tego czuję się gruba, nieatrakcyjna, drazliwa i trudna do zniesienia, to przestaje mnie bawić. Ginekolog mówi, że tak bywa, po tabletkach mam tak prawie cały czas, psychiatra mówi, że tak bywa i śmieje się, że trzeba się zamknąć na dwa tygodnie w domu. A to wcale nie ejst śmieszne, bo bywają miesiące, że mogę się opanować, a bywają takie, że źle się to kończy. Do tego psychiatra wspomina o odstawieniu antydepresantów wiosną, a bez tego, to w ogóle byłam do kitu. Sama nie wiem, jak to jest z tą depresją, czasem mam wrażenie, że to PMS. 2 tygodnie męczenia się, a potem kilka dni na powrót do żywych, to niewiele zostaje normalnych dni.
                    • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 05.12.11, 11:44
                      mela1 napisała:

                      Ale powiedzmy można z tym żyć, ale
                      > jak do tego czuję się gruba, nieatrakcyjna, drazliwa i trudna do zniesienia, t
                      > o przestaje mnie bawić. Ginekolog mówi, że tak bywa, po tabletkach mam tak praw
                      > ie cały czas, psychiatra mówi, że tak bywa i śmieje się, że trzeba się zamknąć
                      > na dwa tygodnie w domu. A to wcale nie ejst śmieszne, bo bywają miesiące, że mo
                      > gę się opanować, a bywają takie, że źle się to kończy. Do tego psychiatra wspom
                      > ina o odstawieniu antydepresantów wiosną, a bez tego, to w ogóle byłam do kitu.
                      > Sama nie wiem, jak to jest z tą depresją, czasem mam wrażenie, że to PMS. 2 ty
                      > godnie męczenia się, a potem kilka dni na powrót do żywych, to niewiele zostaje
                      > normalnych dni.

                      PMS to bardzo popularna dolegliwość, tak częsta, że można nazwać ją nawet pospolitą. Ponieważ sama na to cierpię od wielu lat, a wierz mi, z wiekiem jest raczej gorzej, niż lepiej, to wiem dokładnie o czym piszesz. W odróżnieniu od ciebie przestałam widzieć to w kategoriach choroby, według starej psychologicznej zasady nie możesz czegoś zmienić, zmień swoje podejście do tego. Wiele z tym pms-owych symptomów jest nakręcanych własnymi naditerpretacjami i zbyt gorliwym obserwowaniem tego, co z nami się dzieje. Także nierealistycznym wyobrażeniem o tym, co oznacza zdrowie i że człowiek musi zawsze się dobrze czuć, a przy każdym odstępstwie od normy trzeba się koniecznie kurować i leczyć. Nie pms wtedy cię męczy najbardziej, tylko przekonanie, że coś jest z tobą nie w porządku. Może powinnaś się nauczyć żyć z twoim pms-em, przyjąć go jako twoją indywidualną cechę należącą do osobowości i przestać się nim zadręczać. Ponieważ psychika ma tu ogromne znaczenie, być może ze zmianą nastawienia najstraszniejsze minie samoistnie? Ja traktuję ten pms-owy czas z humorem, pielęgnuję swoją "babskość" i pozwalam sobie wtedy na słabość. Nie roztrząsam negatywnych myśli i gorszego samopoczucia, bo wiem, że to przychodzi i odchodzi cyklicznie. Jak pomyślę, to już dawno przestał mi mój pms przeszkadzać, są gorsze rzeczy na tym świecie. Uwierz w siłę pozytywnego myślenia. I znowu będę się upierać w kółko Macieju, sport, aktywność, zwłaszcza taniec brzucha, bardzo mi przy tym pomaga. Dla mnie jesteś wątłą, cieplarnianą mimozą, która trzęsie się ze strachu przy najmniejszym wietrzyku. ;-) Mnie ściągło by już depresyjnie w dół samo wyobrażenie o własnej słabości, przecież to błędne koło. A wiele, nie wszystko, ale naprawdę wiele zależy od ciebie samej. I co znaczy, że źle się to kończy? Nakrzyczysz wtedy na kogoś, potrzaskasz drzwiami, albo sobie popłaczesz w poduszkę klnąc na zły los? No i co z tego?
                      • mela1 Re: Weekendowa choroba 05.12.11, 12:21
                        Próbowałam zaakceptować. Nie jest tak, że się nastawiam i oczekuję . Najczęściej jest tak, że czuję się źle, jest mi smutno itd., narasta mi to do ekstremalnych sytuacji, aż dostaję okres. Źle się kończy to znaczy, że zrobię facetowi kilkugodzinną awanturę z histerią, mówię rzeczy, których nie myślę, nakręcam się. Facet to facet, chociaż nie wiem, ile wybaczy. Nie chcę ryczeć w pracy, bo to nie jest profesjonalne. Nie bardzo mam ochotę przepraszać połowę znajomych co miesiąc. Mam się nie odzywać do ludzi? Ludziom w rpacy nie będę tłumaczyła, że mam PMS i nakrzyczałam na szefa. Albo, że na jakieś słowo krytyki się rozryczałam i powiedziałam, że mam dość i nie będę tu pracować. Zanim zaczęłam brać leki, miałam takie akcje.
                        Jasne, staram się kontrolować. Ale nie zawsze mi się udaje. Skoro już chadzam do pana psychiatry, a moje objawy depresyjne są podobne do PMS-owych, to pytam, co z tym zrobić.
                        Wszyscy polecają aktywność fizyczną - co ja poradzę, że reaguję na sport właśnie tak jak na PMS. Jak ma mi pomagać coś, co mnie irytuje, nudzi, sprawia, że czuję się gorzej. Próbowałam się rpzemóc. Nie chodzi mi o strach, że się przeziębię, o zmęczenie fizyczne, tylko o samopoczucie.
                        Nie rozumiem, dlaczego mnie atakujesz, szufladkujesz. Napisałam, że jestem zmęczona pracą - wg ciebie ejstem sfrustrowana, napisałam, że chcę aktywniej spędzić weekend i gdzies wyjechać - narzucam sobie nowomodne sposoby spędzania wolnego czasu. Z góry przepraszam autorki wątków, ale równie dobrze można napisać pytającej jak czyścić laptopa albo szukającej foremek do ciasta, że ejst leniwą mimozą i nie umie użyć googla, a poza tym ludzie mają większe problemy, więc czemu wydziwia. Mam ochotę o coś zapytać na forum, to pytam. Jeśli łamię jakieś zasady - proszę skasować wątek. Jednak nie rzucam epitetami, nie nazywam nikogo przewrażliwioną mimozą, nie umniejszam cudzych problemów. Każdy ma, jakie ma. Mam też większe, nie rozpisuję się o nich. Mam też zdiagnozowana depresję (to pewnie nowoczesny wymysł z braku hartowania), mam PMS i mam prawo sobie pomarudzić. Chyba jesteś osobą, która komuś w depresji będzie mówiłą: weź się w garść i poćwicz. Nie odpowiada ci moje podejście do życia, zdrowia, nie odpisuj mi.
                        Oczekiwałam rad: jak zwiększyć odporność. Radzisz: hartować się i uprawiać sport. Dziękuję, zbiorę wachlarzyk rad, przemyślę, co dla mnie dobre, co nie, nie wykluczam, że wezmę pod uwagę. Ale proszę, poprzestań na tym i odpuść sobie personalne ataki.
                        • kasiadj07 Re: Weekendowa choroba 05.12.11, 14:50
                          mela1 napisała:

                          > Próbowałam zaakceptować. Nie jest tak, że się nastawiam i oczekuję . Najczęście
                          > j jest tak, że czuję się źle, jest mi smutno itd., narasta mi to do ekstremalny
                          > ch sytuacji, aż dostaję okres. Źle się kończy to znaczy, że zrobię facetowi kil
                          > kugodzinną awanturę z histerią, mówię rzeczy, których nie myślę, nakręcam się.
                          > Facet to facet, chociaż nie wiem, ile wybaczy. Nie chcę ryczeć w pracy, bo to n
                          > ie jest profesjonalne. Nie bardzo mam ochotę przepraszać połowę znajomych co mi
                          > esiąc. Mam się nie odzywać do ludzi? Ludziom w rpacy nie będę tłumaczyła, że ma
                          > m PMS i nakrzyczałam na szefa. Albo, że na jakieś słowo krytyki się rozryczałam
                          > i powiedziałam, że mam dość i nie będę tu pracować. Zanim zaczęłam brać leki,
                          > miałam takie akcje.

                          A myślisz, że przy takich akcjach to wszyscy w koło nie wiedzą, że masz PMS? Przecież to jest bardzo popularne zjawisko, faceci opowiadają sobie o tym kawały. ;)
                          Powiem Ci tak - Pierwszalitera dobrze prawi, to trzeba sobie w głowie przepracować. Jak masz chęć warczeć, to lepiej się do ludzi nie odzywać. I trzeba porozmawiać ze swoim facetem wtedy, kiedy nie masz tych dolegliwości i wyjaśnić, że to nie ty, że to hormony, żeby wtedy, kiedy dostajesz furii przymknął na to oko i nie pogrążał się w kłótni z Tobą.
                          Tego nie trzeba roztrząsać, to to tylko pogarsza sprawę. I z biegiem lat naprawdę bywa gorzej, trzeba nauczyć się siebie akceptować.
                          Ja wyjaśniłam mojemu mężczyźnie, jak ja to czuję. Że naprawdę się staram nie warczeć i nie robić awantury, a to co mówię okropnego, to tylko kropla w morzu tego, co mi się kłębi w głowie. Jak nie daję rady, mówię mu tylko, żeby zszedł mi z drogi, bo skończy się źle. On to rozumie i wspomaga. Niestety u mnie w domu zdarza się też oberwać po głowie moim synom, ale też uczą się nie wdawać ze mną w dyskusje. Obcych ludzi staram się unikać. Naprawdę da się z tym żyć. Trzeba tylko trochę dystansu do siebie i samoakceptacji.

                        • pierwszalitera Re: Weekendowa choroba 05.12.11, 20:22
                          mela1 napisała:


                          > Nie rozumiem, dlaczego mnie atakujesz, szufladkujesz. Napisałam, że jestem zmęc
                          > zona pracą - wg ciebie ejstem sfrustrowana, napisałam, że chcę aktywniej spędzi
                          > ć weekend i gdzies wyjechać - narzucam sobie nowomodne sposoby spędzania wolneg
                          > o czasu. Z góry przepraszam autorki wątków, ale równie dobrze można napisać pyt
                          > ającej jak czyścić laptopa albo szukającej foremek do ciasta, że ejst leniwą mi
                          > mozą i nie umie użyć googla, a poza tym ludzie mają większe problemy, więc czem
                          > u wydziwia. Mam ochotę o coś zapytać na forum, to pytam. Jeśli łamię jakieś zas
                          > ady - proszę skasować wątek. Jednak nie rzucam epitetami, nie nazywam nikogo pr
                          > zewrażliwioną mimozą, nie umniejszam cudzych problemów. Każdy ma, jakie ma. Mam
                          > też większe, nie rozpisuję się o nich. Mam też zdiagnozowana depresję (to pewn
                          > ie nowoczesny wymysł z braku hartowania), mam PMS i mam prawo sobie pomarudzić.

                          Jasne, że możesz pomarudzić, ale skoro wypisujesz swoje problemy na publicznym forum i pytasz o radę, to musisz się przygotować na to, że nie wszyscy będę głaskali cię po główce i płakali razem z tobą. Nie wiem też gdzie ty widzisz te personalne ataki, weź po prostu na luz, przyda się także przy innych sprawach. ;-) A skoro fizyczna aktywność tak cię nudzi i irytuje, to się męcz ze swoimi dolegliwościami dalej, możesz być jednak pewna, że przez pieszczenie się nad sobą żaden z twoich problemów nie zniknie. Ty szukasz łatwych rozwiązań, takich które zadziałają natychmiast i będą jeszcze przyjemne, a przecież niektóre lekarstwa też smakują bardzo gorzko, ale nie ma innego wyjścia, trzeba łykać, by nastąpiła poprawa. Nie piszę ci, że sport wyleczy cię z depresji, ale długoterminowo ją złagodzi i poczujesz się lepiej. Na pewno pomoże ci przy pms, na pewno zahartuje i z bardzo dużym prawdopodobieństwem poprawi ci cerę. Ja nie ma nic przeciwko twojemu stylowi życia, każdemu to, co go uszczęśliwia, ale ty nie wyglądasz na specjalnie szczęśliwą. I nie jestem osobą, która ludziom w depresji mówi, by wzięli się w garść, poradziłam ci nawet, byś poszukała innego psychoterepeuty, bo antydepresywa nie leczą depresji, tylko maskują jej symptomy. Ale skoro uważasz, że wszystko jest w porządku i nic nie musisz zmieniać, to wiesz pewnie lepiej. To twoje życie.
                    • felisdomestica Re: Weekendowa choroba 05.12.11, 12:08
                      Na depresję dobre są też elektrowstrząsy :-). Serio serio :-). I głęboka stymulacja mózgu. Ale to już naprawdę w ciężkich przypadkach.

                    • leute Re: Weekendowa choroba 06.12.11, 17:45
                      mela1 napisała:

                      > Sama nie wiem, jak to jest z tą depresją, czasem mam wrażenie, że to PMS. 2 ty
                      > godnie męczenia się, a potem kilka dni na powrót do żywych, to niewiele zostaje
                      > normalnych dni.

                      Czytałam o podobnym przypadku, więc znowu polecę ci książkę. Tym razem jest to "Change your brain, change your life", autorem jest dr Daniel Amen (psychiatra). Pisze on, że depresja i PMS mogą być wywoływane przez ten sam czynnik - nadaktywność układu limbicznego w mózgu. Rozróżnia dwa typy PMS, jeden leczy się lekami antydepresyjnymi (SSRI lub SNRI), a drugi lekami przeciwdrgawkowymi. Skoro już bierzesz antydepresanty i na PMS nie pomagają, być może dobrze byłoby rozważyć tę drugą możliwość, rzecz jasna z lekarzem. Przy czym leki polecane są w ciężkich przypadkach, istnieją jeszcze inne sposoby na uspokojenie układu limbicznego, opisane w książce.
            • slotna Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 19:56
              Tez jestem mloda, tez nie mam specjalnych stresow i problemow, tez bywam zmeczona bog wie czym, bo przeciez praca az tyle ode mnie nie wymaga i tez miewam fazy, ze non stop sie przeziebiam. Oraz jestem leniwa.

              Rozwiazaniem w moim wypadku jest sport. Brzmi to moze absurdalnie, bo jak czlowiek padniety po robocie, kazdy miesien zdechly, to chce sie tylko lezec, ale rzecz w tym, ze czlowiek padniety, bo ma zla kondycje. Jakby mial dobra, to by padniety nie byl, a do tego zdrowszy. Na mnie dziala ;)
              • kocio-kocio Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 20:01
                Znaczy, że nie jesteś naprawdę leniwa ;o)
                • slotna Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 20:05
                  Hehe, gdybym nie byla, to bym cwiczyla tak, zeby byc zarabiscie wysportowana i zgrabna, bo strasznie sie taka lubie i czuje wtedy wysmienicie. Przed chwila, po napisaniu poprzedniego posta, wlasnie sobie przypomnialam takie momenty w moim zyciu i az mi sie smutno zrobilo. Ale, no wlasnie - lenistwo. Nie chce mi sie i juz.
                  • kocio-kocio Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 20:21
                    Dla mnie jedynym skutecznym mobilizatorem był upierdliwy trener personalny.
                    No ale wtedy miałam go prawie za gratis w związku z sytuacją zawodowo-różną.
                    Teraz taka przyjemność kosztuje ok. 150-200 zł za trening, co w natężeniu 2-3 razy w tygodniu znacznie przekracza nie tylko moje możliwości, ale nawet moje dochody, więc zamiast tego też melancholijnie wspominam rozmiar 38 i plecy wioślarki.
                    Eh.
    • diuszesa Re: Weekendowa choroba 03.12.11, 22:20
      Melu, a jak się odżywiasz? Może tu jest pies pogrzebany?
      Ja wprawdzie nigdy nie byłam chorowita, ale czuję się dużo lepiej, gdy wyeliminowałam z diety pszenicę, słodkie mleko i słodycze; ograniczyłam mięso, zaczęłam jeść więcej kasz i warzyw. A przede wszystkim ciepłe śniadanie codziennie.
    • kasica_k Przeziębienie trwa dłużej niż weekend 04.12.11, 03:10
      ...a przynajmniej mnie jeszcze nigdy nie udało się z tej popularnej infekcji wykurować szybciej niż w dni pięć i wszelkie próby przyspieszenia procesu w postaci wejścia na pełne obroty po 2-3 dniach zawsze kończyły się pogorszeniem aktualnej infekcji albo szybkim złapaniem kolejnego wirusa. Może weź normalne 5 dni zwolnienia zamiast pojedynczych dni wolnych? I w tym czasie naprawdę odpocznij i się nie stresuj. To, że po weekendzie masz siłę wstać z łóżka i pójść do pracy nie oznacza, że jesteś zdrowa. Chodzisz z tym wirusem, i gdy tylko się zmęczysz tygodniem pracy, on znowu podnosi łeb.

      Potem spróbowałabym pomału wdrożyć plan pt. "codziennie odrobina ruchu na świeżym powietrzu". Wystarczy spacer! To naprawdę uodparnia - widzę po swojej rodzinie, która to robi (w przeciwieństwie do mnie) i łapie infekcje dużo rzadziej niż ja. A geny mamy wszak podobne.
      • mela1 Re: Przeziębienie trwa dłużej niż weekend 04.12.11, 14:01
        System zwolnień przerabiałam. 5 dni w domu, niby lepiej, tydzień w pracy i od nowa. Nie szukam egzotycznej choroby, zdaję sobie sprawę z tego, że mam beznadziejną odporność. W pracy kichają wszyscy, połowa działu na zwolnieniu. Więc każde kichnięcie na mnie kończy się chorobą.
        Niby nie ejstem glupia i naczytałam się, że od zmarznięcia nie można się przeziębić, ale nie wiem dalczego to mi się zawsze pieknie układa. 2 godziny łażenia po zimnym boisku, ubrałam się abrdzo ciepło, więc nie zmarzłam, ale okazało się, że moje buty mają za cienkie podeszwy jak na chodzenie po takim podlożu i skostniały mi nogi. 2 dni i chora, 3 tygodnie nie mogę się dobrze wyleczyć.
        Może to kaloryfery i przegrzewanie się, ale co ja poradzę na to, że amrznę. Kostnieję, trzęsę się, dostaję czerwonych swędzących plam. Wietrzę, nie lubię zaduchu, ale lubię ciepło. Może jakiś nawilżaćz powietrza.
        • pierwszalitera Re: Przeziębienie trwa dłużej niż weekend 04.12.11, 14:52
          mela1 napisała:

          >2 godziny łażenia
          > po zimnym boisku, ubrałam się abrdzo ciepło, więc nie zmarzłam, ale okazało się
          > , że moje buty mają za cienkie podeszwy jak na chodzenie po takim podlożu i sko
          > stniały mi nogi. 2 dni i chora, 3 tygodnie nie mogę się dobrze wyleczyć.
          > Może to kaloryfery i przegrzewanie się, ale co ja poradzę na to, że amrznę. Kos
          > tnieję, trzęsę się, dostaję czerwonych swędzących plam. Wietrzę, nie lubię zadu
          > chu, ale lubię ciepło. Może jakiś nawilżaćz powietrza.

          Wiesz co to jest samosprawdzająca się przepowiednia? Kiedy sterujemy naszym zachowaniem tak, by potwierdziło ono niekorzystną tezę dotyczącą przyszłości. I dlatego wychodzisz w nieodpowiednich butach na dwie godziny na zimne boisko. Masz więc urzędowo potwierdzone - przebywanie na chłodzie ci szkodzi. ;-) A normalnie przecież rozpoznajesz związki przyczynowo- skutkowe, więc dlaczego tutaj nie? A może trzeba było założyć ciepłe buty i po godzinie wrócić do ciepła?
          Marzniesz też, bo twoja masa mięśniowa, nasz wewnętrzny kaloryfer, źle pracuje. No bo jak ma to robić skoro ją oszczędzasz? Przypuszczam też mocno, że źle się odżywiasz i nie chodzi mi o te przereklamowane witaminy, które jak pokazują nowe badania wcale nie mają takiego cudownego działania na nasz organizm, tylko o wystarczającą ilość energii. Pewnie mało jesz w ciągu dnia, więc mięśnie przykręcają peryferyjną temperaturę ciała, w takich warunkach szybko się marznie nawet przy relatywnie wysokich temperaturach zewnętrznych. Nie wiem też dlaczego bronisz się tak przed ruchem. Ma przecież tyle zalet - hartuje, zwiększa odporność, chroni przed chorobami cywilizacyjnymi, poprawia kondycję i krążenie, polepsza jakość snu, dodaje sił i energii, poprawia znacznie cerę przez lepsze ukrwienie skóry, pomaga utrzymać młodzieńczą sylwetkę, zwalnia starzenie się i ma udowodnione lekkie działanie antydepresyjne. Nie ma w tej liście naprawdę niczego atrakcyjnego dla ciebie?
          • leute Re: Przeziębienie trwa dłużej niż weekend 04.12.11, 17:10
            pierwszalitera napisała:

            > No bo jak ma to robić skoro ją oszczędzasz? Przypuszczam też mocno, że źle się
            > odżywiasz i nie chodzi mi o te przereklamowane witaminy, które jak pokazują no
            > we badania wcale nie mają takiego cudownego działania na nasz organizm,

            Ale jakiego cudownego działania? Witaminy są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu, co wynika z samej definicji witaminy.
            • pierwszalitera Re: Przeziębienie trwa dłużej niż weekend 04.12.11, 17:29
              leute napisała:

              > Ale jakiego cudownego działania? Witaminy są niezbędne do prawidłowego funkcjon
              > owania organizmu, co wynika z samej definicji witaminy.

              Owszem niezbędne, ale nie są cudowną bronią i rowziązaniem na każdy zdrowotny i kosmetyczny problem. A te ilości, które dostarczamy normalnym odżywianiem są całkowicie wystarczające.
              • kis-moho Re: Przeziębienie trwa dłużej niż weekend 04.12.11, 17:34
                > A te ilości, które dostarczamy normalnym odżywianiem są całkowicie wystarczające.

                Zwykle, chociaż czasem faktycznie trzeba coś suplementować. Ale niech to zaleci zaufany lekarz - branie na zasadzie "żelazo na dobrą krew, multiwitaminka na dzień dobry, selen na tarczycę, a cynk na ładne paznokcie" może byc nie tylko bezproduktywne, ale też szkodliwe.
    • leute Re: Weekendowa choroba 22.02.12, 14:04
      Jak tam, mela? Pomogło ci coś?
      • mela1 Re: Weekendowa choroba 22.02.12, 16:01
        Dzięki za zainteresowanie. Chyba, odpukać, pomogło. W czasie wizyty u dermatologa wspomniałam o przeziebieniach i dostałam coś na wirusy, kompletnie nie pamiętam nazwy, ale moge sprawdzić w domu. Jak czuję, że mnie coś bierze, to biorę Oscillococinum. W ramach wymyślania sobie chorób:) poczytałam o PMDD - ostrzejszej wersji PMS i doczytałam, że tam w objawach są bóle mięśni, kości, a trwa to nawet 2 tygodnie. Więc zastanawiam się czy to sie nie łączy, bo rzeczywiście moje "przeziebienia" zwykle były bezkatarowe, za to po prostu czułam się rozbita, obolała. W każdym razie od tamtego wątku chorowałam może raz i to też chyba była reakcja organizmu na stres i zmęczenie, bo zaspałam do pracy, obudziłam się i bardzo źle się czułam, więc postanowiłam nie iść i następnego dnia w zasadzie wszystko mi rpzeszło. Tak reaguję na stres, pamiętam, że na samą maturę się rozchorowałam i pisałam z jakimś koszmarnym łaskotaniem w gardle, co jest kłopotliwe, kiedy w sali panuje cisza.
        • leute Re: Weekendowa choroba 23.02.12, 16:23
          To super, że jest lepiej. Jak sprawdzisz, to napisz, co to środek przeciw wirusom, jestem ciekawa, a może i komuś jeszcze się przyda. Sceptycznie podchodzę do homeopatii (a Oscillococcinum to środek homeopatyczny), no ale sama najlepiej wiesz, czy coś na ciebie działa. Z PMS/PMDD pewnie najlepiej mógłby poradzić sensowny lekarz (szkoda tylko, że o takiego może być niełatwo). A stresowi i zmęczeniu można do jakiegoś stopnia przeciwdziałać, na przykład przez ruch, jak ci już tu radzono. Wiem, nie przepadasz za wysiłkiem fizycznym, ale nawet spacer jest lepszy niż brak jakiejkolwiek aktywności.
          • mela1 Re: Weekendowa choroba 23.02.12, 16:39
            chodziłam trochę na taką bieżnie w podciśnieniu, ale wyskoczyły mrozy i sobie odpuściłam, bo wracałam cała mokra. Ale już zrobiłam rozeznanie fitnessowe koło nowego mieszkania, może teraz się uda. Do pracy planuję chodzić na piechote, 1,5 przystanku ale zawsze coś.
            • terepak Re: Weekendowa choroba 25.02.12, 21:22
              Przerabiałam taki spadek odporności i ciągłe choroby. Nie da się szybko osiągnąć poprawy, trzeba czasu. ja polecam kąpiele w solance zabłockiej lub soli boheńskiej i częste zmiany klimatu. Krótkie wyjazdy- bałtyk, góry- kilka razy w roku.
              No i to co tu juz było mówione powietrze- nie musisz biegać możesz spacerować, z czasem może rower.
              38f/36g

              Kupię Freya Senses
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka