miss-alchemist
17.05.12, 22:11
Mieszkam w akademiku.
.
.
.
W zasadzie to powinno wystarczyć, ale nie wiem ile z Was mieszkało w akademiku, więc objaśnię.
Oazą spokoju może nie jestem, ale mam dość wysoki poziom tolerancji na różne dziwne zachowania ludzi, z którymi mieszkam, nie przeszkadza mi jakoś zwyczajny bałagan, nie budzą mnie nocne imprezy, nie dziwią pijani ludzie toczący się po korytarzu.
Ostatnie dwa tygodnie to było jednak jakieś apogeum ludzkiej bezmyślności i głupoty. Otóż:
Najpierw zapchał się kibel. Kibel akurat zrobiony jest dosyć porządnie, nie zatyka się tak łatwo, a jednak komuś się udało! Geniusz zła i zniszczenia uznał, że najłatwiejszą metodą pozbycia się rolek po papierze toaletowym (bo chyba nikt poza mną nie wyrzuca rolki - łatwiej wszak zostawić) będzie wrzucenie ich do muszli. A następne osoby uznały, że najłatwiej jest po prostu spuszczać wodę. Jak przyszłam i to zobaczyłam, to się za głowę złapałam. Co mogłam, wyjęłam (yummy), bo reszta już częściowo spłynęła. Od tego czasu kibel wylewał wodę na łazienkę, dopóki nie poszłam zgłosić tego w zeszycie do hydraulika. Tak, nikt inny na łączniku nie wpadł na tak genialny pomysł.
Jednoczesnie przytkały się obie umywalki, bo geniuszki z pokoju naprzeciwko non stop zmywają w nich naczynia, do czego te umywalki przystosowane nie są. Miałam nadzieję, że ktoś inny pójdzie to zgłosić, bo na mnie portier się już czasem dziwnie patrzy, ale nie. Po co.
Nie mówiąc o tym, że łazienka posprzątana jest porządnie RAZ NA CZTERY TYGODNIE, bo wtedy ja i moja współlokatorka mamy dyżur. Sąsiadka, która ma dyżur przed nami sprząta, ale pobieżnie. Pozostałe dwa pokoje za sprzątanie uznają umycie lustra i ewentualnie umywalek, bo to są jedyne rzeczy, na które kierowniczka zwraca uwagę przy sprawdzaniu czystości. Dodam, że kierowniczka ma najwyraźniej dużą wadę wzroku, bo czasem nie widzi takiego syfu, o który wręcz można się potknąć.
Jedna sąsiadka z naprzeciwka notorycznie nie spłukuje po zrobieniu "dwójeczki". Początkowo przyjęłam taktykę, że gdy idę zaraz po niej do kibla, ostentacyjnie, przy otwartych drzwiach spłukuję wodę długo i treściwie, ale chyba głupia %$%@$^ nie załapała aluzji. I tu pojawia się pytanie - jak powiedzieć komuś "ej, spłukuj po sobie wodę"? Dodam, że nie rozmawiam z nią, bo z pokoju wychodzi chyba tylko na tę kupę właśnie.
Gdyby to był koniec... W zeszłym tygodniu zatkał się ostatecznie zlew w kuchni. Przytykał się od dłuższego czasu, nawet chodziła mi po głowie myśl, żeby potraktować go kretem, ale zorientowałam się zbyt późno. Nie zatkał się sam z siebie, oczywiście. Notorycznie kilka osób, zmywający, odcedzając makaron, płucząc mięso zostawia po sobie resztki jedzenia i upycha je do tego odpływu, zamiast wziąć i wyrzucić. Hydraulik w zeszły piątek po mojej interwencji to odetkał, ale średnio skutecznie, bo dzisiaj znowu jest zapchany. Nie wspomnę o tym, że notorycznie na blacie oraz w zlewie zostają naczynia, zarówno czyste, jak i brudne. Te osoby, które je zostawiają, chyba mają w nosie to, że nie jako jedyni korzystają z kuchni. Nie mówiąc już o tym, że chyga nikt poza mną nie wyciera po sobie kuchenki, jak upaprze ją sosem czy mlekiem, wychodząc z założenia, że sprzątaczka przyjdzie i posprząta. Sprzątaczka nie przychodzi w weekend, więc w niedzielę od samego patrzenia na kuchenkę chce mi się rzygać.
Wisienką na torcie było natomiast moje ostatnie pranie. Otwieram szufladkę, a tam proszek, wymoczony już, w szufladce na płyn do płukania. JAKIM TRZEBA BYĆ DEBILEM, ŻEBY WSYPAĆ TAM PROSZEK I NIE WYGRZEBAĆ GO, ZORIENTOWAWSZY SIĘ, ŻE SIĘ POMYLIŁO? Wyjęcie tego proszku zajęło mi mniej niż minutę, tylko chyba nie ja powinnam to robić, prawda?
I jeszcze raz mój tata zasugeruje mi, że wyprowadzka z akademika to zły pomysł, to go chyba zamorduję.
Doceńcie, że udało mi się w tym wywodzie nie użyć żadnego wulgarnego słowa (chyba), bo jak zobaczyłam, że ten zlew w kuchni jest znowu zapchany, to niejeden szewc czułby się przy mnie speszony.