eryk2
10.04.12, 01:10
Kiedyś zastanawiałem się, co bym zrobił, gdybym mógł zmienić na naszej uczelni jedną jedyną rzecz. Przed wyjazdem do Stanów powiedziałbym, że zmieniłbym sposób wybierania władz uczelni. Po powrocie ze Stanów: sprawiłbym, żeby biblioteka była otwarta przez 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Co mnie obchodzą władze? Liczy się biblioteka. Ona jest po to, żeby studenci w niej siedzieli. By student mógł siedzieć w bibliotece nawet dwa dni non stop, jeśli tego potrzebuje, a jedyne ograniczenie sprowadzało się do tego, że nie może wynieść książek na zewnątrz między trzecią a piątą rano. U nas kiedyś usłyszałem, że biblioteka nie jest po to, żeby udostępniać książki, tylko żeby je chronić. No, to my chronimy te książki. Chronimy książki przed studentami. Jeszcze poplamią albo skserują kawałek.
Z tej perspektywy Georgetown to nie jest świat za oceanem, to jest świat na innej planecie.
Więcej... wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,11491243,Uczelnie_polskie_i_amerykanskie__kosmiczna_przepasc.html?as=2&startsz=x#ixzz1raTdodoW
I jeszcze straszliwszy cytat: "Wszystkie istotne rozwiązania, które tam widziałem, da się przenieść do nas, łącznie z wyborem prezydenta uczelni. Wszystkie. Teoretycznie. W sensie praktycznym przepaść mentalna jest tak wielka, że moim zdaniem nie da się przenieść żadnego"
Czy naprawdę jeśmy skazani na to, aby nie tylko nie uczyć się na cudzych błędach, ale nawet na własnych? Skąd ta inercja? Czy nikt z osób odpowiedzialnych za stan szkolnictwa wyższego (od szczebla ministerialnego począwszy, poprzez konferencję rektorów, a na dziekanach skończywszy) nie widzi, że jedziemy po równi pochyłej? Nie porównują się z innymi krajami? A może porównują - z Górną Woltą, Surinamem albo Andorrą?