geogeolog
05.07.14, 19:36
Tak, się składa że znam trochę od środka politykę niektórych wydziałów i instytutów. Doktorantów się w naszym drogim kraju przyjmuje z otwartymi rękami - logiczne, przecież są wysokie dotacje ministerialne. Natomiast później się zapomina o takim doktorancie, stypendiów zaledwie kilka na roku, więc szanse niewielkie. Zresztą kryteria całkowicie POronione. Trzeba publikować, bo jak nie publikujesz to nie masz punktów. Jak nie masz punktów, to można tylko pomarzyć o stypendium. Oczywiście najlepiej jeśli jeździ się na konferencje i prowadzi badania za własne pieniądze, bo wiadomo każdy instytut ubogi jest, dyrektor rozkłada ręce, że nie da bo nie ma, bo pracownicy są ważniejsi. Dydaktykę trzeba za darmo odwalić. A i nikt specjalnie nie pogania do pisania i obrony.... Ważna jest kasa z dotacji ministerialnej.
Ale cóż niech się taki doktórant obroni, w terminie. I wiadomo chciałby podjąć pracę najlepiej we własnym Instytucji, bo z nią najsilniej związany przez 4 lata. Cóż więc - kolejna wizyta u dyrektora, który już nie jest miły. Stanowczym głosem, znów z rozłożonymi rękoma mówi: Przykro mi bardzo, ale niestety nie mamy wolnych etatów. Przyczyn rzecz jasna nie podaje.
A przyczyny są takie (nieoficjalne rzecz jasna) - można by utworzyć przynajmniej kilka etatów z nadgodzin które wypracowują pracownicy instytucji (m.in. szanowna dyrekcja) - ale po co, nadgodziny to dodatkowa kasa, którą należy rozdzielić miedzy już zatrudnionych pracowników, ewentualnie podzielić się z jakimś jednym doktorantem, rzecz jasna związanym koneksjami rodzinnymi lub małymi układzikami z szanownym gronem profesorskim. No a pozostali doktoranci - niech szukają roboty w Biedronce, lub na budowie, albo zagranicę niech jadą. Na uczelni niech się nie pokazują, bo tutaj dyrektor zawsze będzie rozkładał dłonie mówiąc, że mu bardzo przykro lecz nie ma godzin by utworzyć etat - słowem błędne koło :)