flamengista
08.09.15, 18:10
szczerej deklaracji. Kawa na ławę:)
Ale po kolei. Mój kolega z zachodniego uniwersytetu zaprosił mnie na organizowaną przez siebie, doroczną konferencję. Normalnie nawet bym nie aplikował - za wysokie progi. W zasadzie wszyscy uczestnicy mają na koncie po min. 5 publikacji w topowych żurnalach ekonomicznych. Keynote speakerzy - same sławy, goście z Hirschem wypasionym w kosmos. Oczywiście same afiliacje "elitarne" - spoza kilku wybranych krajów i ośrodków nikogo nie uświadczysz.
Wszystko pięknie, tylko że byłem tam chodzącą sensacją. Nie Pers, Żyd, Berber, Kurd czy Niemka o ciemnej karnacji. Nie, wydarzeniem konferencji był Polak którego tam być nie powinno. I wieczorem po paru piwach zostałem o tym sympatycznie uświadomiony - wysłuchałem 20 minutowego wykładu o tym, jacy jesteśmy do d..., że nasze nauki ekonomiczne to dno i metr mułu. Wszystko wypowiedziane przez Araba z Francji. Na pytanie o to, skąd taka opinia o nas urocza odpowiedź: bo jego kumpel, ekonomista pracujący w Paryżu jest z Polski. I ciągle mu opowiada jak na naszych uczelniach jest beznadziejnie. Diagnozę miał żywcem wziętą z tego forum, tylko nieco bardziej przejaskrawioną i pesymistyczną. Korupcja, nepotyzm, selekcja negatywna i chów wsobny, dziadowskie prace i pozoranctwo naukowe - czego w tej opowieści nie było. Widać, że nasłuchał się długich godzin narzekań. Naprawdę nasz rodak włożył dużo wysiłku, by obrzydzić temu facetowi jakąkolwiek pomysł na współpracę z polskim ekonomistą.
Zaiste, tylko tego brakowało. Oprócz betonu i leśnych dziadków robiących codzienny wyścig przeszkód, mamy jeszcze dodatkowo pod górkę. Bo paru sfrustrowanych emigracją narwańców którym się udało na Zachodzie opowiada wszem i wobec jak ci naukowcy z kraju nad Wisłą są do niczego.
Cóż, wielokrotnie tu pisałem że my Polacy składając artykuł w dobrym czasopiśmie jesteśmy w sytuacji Borata. Nie dość, że nie mamy kapitału społecznego, to jeszcze musimy udowodnić że nie jesteśmy z lasu i umiemy jednak korzystać z toalety.
I ja od dawna miałem podejrzenia, że coś tu nie halo. Jasne, jesteśmy ogólnie słabi ale przecież nie zarażamy trądem. Dlaczego Litwini, Słowacy czy Czesi nie budzą takiej odrazy. A teraz mam jedno możliwe wyjaśnienie. Po prostu nasza polska mentalność powoduje, że jak już nam się na tym mitycznym Zachodzie udało, to Boże broń by jakiś inny Polak też się pojawił. Włosi, Portugalczycy, Grecy robiący karierę w czołowych brytyjskich, niemieckich czy francuskich uczelniach wspierają się na wzajem: cytują swoje prace i publikują wspólnie. W mojej działce ci którzy jakimś cudem załapali się na pracę w dobrej zachodniej uczelni ustawiają zasieki i opowiadają, że reszta polskich ekonomistów jest do niczego...
I dlatego zastanawiam się, jaki ma sens Polonez w przypadku nauk ekonomicznych. Co to da. Bo jeśli moja teza jest jednak słuszna, to nic - ci ludzie są na polską rzeczywistość tak dalece obrażeni, że absolutnie nie widzą możliwości jakiejkolwiek współpracy z dawną ojczyzną.
I to by się zgadzało, bo badania naszych rodaków na emigracji pokazują, że jesteśmy idealnym przeciwieństwem Żydów. Tamci aż do przesady wspierają się nawzajem. A my podkładamy sobie świnie.