pan.toranaga
31.08.26, 21:06
Rozpoczynam nowy wątek, ale on pasuje idealnie do sąsiedniego, z artykułem prof. Pacholskiego.
Bodaj Trzy.14 trzeźwo zauważył, że jakaś tam pozycja w rankingu szanghajskim nie jest powodem, dla kttórego wśród absolwentów pączkują firmy i startapy. Do tego potrzeba kapitału, otoczenia, w ogóle pewnej kultury startapowej. Jakość nauki i nauczania to ważny, ale dalece nie jedyny warunek.
youtu.be/57-OZSXGcxA?si=wtezCuaC5UV9SqMK
Na yt długi film o owej kulturze startapowej. Jest na Stanfordzie bardzo silna, wiele osób idzie właśnie tam, żeby się na to załapać. Profesorowie od pierwszego roku, wśród 17-latków wypatrują takich, którzy wyglądają na przyszłych startaperów.
Ważniejsze jest wszakże co innego: nasz Saule Technologies działa wg najlepszych stanfordzkich wzorów. Większość start-upów jest równie poważna jak stand-upy. Robienie inwestorów w konia, to część tej kultury. Ładowanie grubych pieniędzy w bagno, to część tego otoczenia. Kto ma zrobić na tym interes ten robi, większość tylko przepala pieniądze w nadziei, że kupi akcje przyszłego Googla czy Fejsa.
Jedno piękne zdanie: Elizabeth Holmes jest w tym samym stopniu produktem Stanfordu, co William Hewlett i David Packard.