Jezu jak ja mam juz wszystkiego dość! Moje dziecko tak mnie dziś
wyprowadziło z rownowagi, że nie mam siły i ochoty na nic. Młody ma
4,5 roku, jest tak nieusłuchany że wymiekam. Jego ucieczki to już
standard. Kuźwa nic na niego nie działa, prośby, groźby. Za rękę się
nie chce trzymać, cały czas się wyrywa. Wbiega na ulicę... Jakaś
porażka wychowawcza normalnie. Ale dziś już przegiął na maksa.
Byliśmy w sklepie, ja już płaciłam przy kasie. A ten glut mi zwiał.
Wychodzę, patrzę w prawo, w lewo, nie mam go. No to lecę obładowana
2 cięzkimi siatkami w stronę domu, ale go nie ma. Dzwonię do męża
(ten w pracy), mówię że dziecko mi się zgubiło i lecę z wywieszonym
jęzorem. Ale tego nie ma. Wróciłam pod sklep, i ruszyłam w drugą
stronę. Lecę na plac zabaw. tam też go nie ma. A starszy syn akurat
grał tam z kolegami w piłkę. Więc wołam go czy nie widział młodego.
A on mówi ze widział przed chwilą, ale mu sie wyrwał i pobiegł na
plac zabaw. I nagle słyszę "Mamusiu A kuku!!!" A ten gnojek schował
się w takim tunelu i tylko łeb wystaje. Nosz kurwa, myślałam że go
rozerwę. Az się poryczałam z nerwów i bezsilności
Dodam że starszy jest bardzo grzeczny i nie trzeba mu nic 2 razy
powtarzać. Już naprawdę nie wiem jak mam z nim postępować. Nawet nie
wiem jaka karę mu wymyśleć, chyba tylko zakaz kupowania lodów by go
ruszył... albo i nie. Jestem wściekła!