freederike
03.07.09, 15:56
nieswojo się czuję, więc piszę. Zmarła mi sąsiadka, nie dzisiaj, z
tego co wiem, pewnie jakieś kilka dni temu. W ogóle nie rozmawiałam
z kobietą, nawet dzień dobry sobie nie mówiłyśmy, lubiła sobie
chlapnąć, często widywałam ją pod osiedlowym sklepem w towarzystwie
lumpów, awantur wielkich nie wszczynała, no może raz na jakiś czas.
Jej sąsiedztwo przeszkadzało mi tyle, że niósł się smród ruskich
fajków, taniego wina i co 3 miechy musiałam wylewać mieszkanie na
wypadek karaluchów. I teraz tak siedzę i myślę, ona tam za ścianą,
policja już pojechała, karetka i straż też, jeden człek z opieki od
kilku godzin czeka pod blokiem chyba na ludzi z zakładu
pogrzebowego i życie toczy się dalej. Ja muszę na balkonie pranie
wieszać, jutro wyjeżdżamy, ptaki latają, słońce świeci.
Dziwnie się czuję, bo zmarł człowiek, blisko, ale nikt bliski i nie
odczuwam żalu. Przeciwnie, jeszcze rano na myśl o nią złościłam się,
bo w zeszłym miesiącu mało nie puściła bloku z dymem, usnęła i
zajęła się patlenia na kuchence, gdyby ogień się rozprzestrzenił
odciąłby nam drogę ucieczki bo mieszkamy za nią, na końcu korytarza,
a babka kuchenkę miała przy drzwiach (kawalerka). Nieswojo mi jakoś,
myśli latają jak szalone, musiałam się wypisać, bo małżonek ma młyn
w pracy i gadać nie może. Uff...