scoutek
09.07.14, 09:50
obiecałam, że się przyznam i opowiem, choć czerwienię się, jak o tym myślę
po jakiejś dłuższej przerwie spotkałam na mieście kumpla ze studiów, z którym to (oraz jego dziewczyną, a później żoną) z moim prywatnym M. się bardzo lubiliśmy, grywaliśmy w karty i raz czy dwa byliśmy na wakacjach
po chwilowej rozmowie doszliśmy do wniosku, że musielibyśmy się znowu we czwórkę spotkać i po chwiliy ustaliliśmy wstępnie, że ponieważ jest luty, to spotkamy się gdzieś w kwietniu, o, sobota 21 (powiedzmy) będzie dobra
pożegnaliśmy się, on wrócił do siebie, ja do siebie, mieszkamy (nadal) w prawie sąsiadujących miejscowościach, wiecie jak to na Śląsku, tu jedno miasto wchodzi w drugie
minęły dwa miesiące, mamy (powiedzmy) sobotę 21 kwietnia, ok. godziny 16
ja sobie prasuję, mój M nad czymś pilnym pracuje
telefon
(oj gdybym to ja odebrała)
słyszę, że M odbiera i z kimś rozmawia
i mówi wyraźnie: ale ja nic o tym nie wiem
i do mnie: pytają na którą mają być, ale przecież nie czekamy na nich?
i wręczył mi słuchawkę
nogi się pode mną ugięły
z a p o m n i a ł a m kompletnie
gdybym to ja odebrała telefon naściemniałabym inaczej, bo zanim przyjechaliby ze swojego miasta, zdążyłabym zrobić imprezę jak ta lala za pomocą okolicznego sklepu itd., ale gdy M. stwierdził, że nie czekamy na nich, to już musiałam się przyznać
do tej pory kilkakrotnie potwierdzają odwiedziny, na szczęście nie pogniewali się
ale słabo mi zawsze