mariner4
31.05.16, 17:51
Wspomnienie o kapitanie Janie Wiśniakowskim.
Szkołę Morską rozpoczął tuż przed wojną. 1 września 1939 był na praktyce na "Darze Pomorza" . Zawinęli do Stockholmu. Jako statek rządowy został internowany. Uczniowie w większości przedostało się do UK. W Southampton kontynuowano naukę i nasi chłopcy rozpoczęli służbę konwojową.
Jako praktykant pokładowy zamustrowaliśmy na liniowiec towarowy "Jan Matejko" jeden ze słynnych wówczas "dziesięcio tysięcznków". Byłem tam 2 podróże na Daleki Wschód i Australii. Jedna podróż to 6 miesięcy
"Jasiu", bo tak go nazywaliśmy, to był prawdziwy twardziel. Samym wyglądem budził ogromny respekt. Wymagał, ale był uczciwy i sprawiedliwy. Wszyscy go szanowali i lubili.
Kilka hstoryjek, które go znakomicie opisywały.
W Gdyni część załogi się wymieniła. Przy trapie wachtę pełnił nowy. Był ranek, Jasio w jakimś dresie poszedł do kuchni się rozejrzeć. Wyszedł w pobliżu trapu z drzwi kuchennych. Zauważył, ze trap niebezpiecznie wszedł pomiędzy burtę a keję. Kazał marynarzowi to poprawić. Ten spojrzał na faceta w stroju raczej niedbały i warknął
Wyp..... do kuczni gary myć. Jasio się pohamował i wszedł do kuchni. Po chwili przeszdł ponownie w pełnej kapitańskiej gali, przy orderach i w złocie.
Powtórzył spokojnie polecenie. Marynarz mało nie zemdlał z wrażenia. Myślał, że ma przechlapane w długim półrocznym rejsie.
Nie, Jasio nie był taki. Powiedział. "Wyglądałem jak łachudra i tak zostałem potraktowany.
Było nas 15 praktykantów pokładowych ze Szkoły. Jeden z kolegów, Zdzisiek K, chłopisko 188 cm i 92 kg wagi, boksował jako junior.
Za rufowym spardecku urządziliśmy sobie ring i Zdzisiek uczył nas boksu. Jasio to zobaczył i przybiegł. Dajcie mio spróbować. Dostał rękawice i rozpoczął sparring ze Zdziśkiem.
wiadomo, że praktykant oszczędzał kapitana. Wtedy Jasio powiedział. Panie K. W boksie nie ma kapitana, proszę walczyć serio. Po chwili leżał znokautowany na deskach.
Wstał, kazał sobie zdjąć rękawice i poszedł. Wieczorem, kiedy odpoczywaliśmy w messie, steward kapitański przyniósł Zdzichowi butelkę Johnie Walkera.
Djakarta.
"Matejko" stał zacumowany na samym końcu kei. To jest port na rzece i keja ciągnie się kilometrami. Przed nami stał liniowiec niemiecki z "Hapag Lloyda". Poszliśmy 3 praktykantów do miasta i weszliśmy do "Bandung Baru".
W barze było z 10 marynarzy z tego Niemca, duża grupa Norwegów i trochę marynarzy różnych baner. Było gwarno.
To były lata 60, więc w załodze niemieckiej byli jeszcze uczestnicy wojny, marynarze z U-botów, a nasze stosunki dalekie były, nawet od tolerancji. Niemcy się zorientowali, że nas 3 to Polacy. Jeden rudy tłuścioch zaczął nas zaczepiać, a "Polnische Schwein" rozumieliśmy.
W toalecie jeden rosły Norweg powiedział mi, żebym go uderzył w zęby. Ale nas jest trzech, odpowiedziałem. Nie martw się, my się przyłączymy. Zdzisiek był lepszy ode mnie, więc on wyprowadził lewy sierpowy i Niemiec spadł ze stołka.
Zaczęła się bijatyka. Niemcy ponieśli totalną klęskę. Wtedy na własne oczy widziałem scenę, którą potem widziałem tylko w kinie. 2 Norwegów, za ręce i nogo rozkołysało Niemcza i facet wyleciał przy brzęku szkła przez okno wystawowe na ulicę.
Przyjechała żandarmeria indonezyjskiej Marynarki wojennej. Na nasze szczczęście dowodził nimi oficer, który kończył Wyższą Szkołę Marynarki Wojennej w Gdyni ( Wtedy ich wielu tam studiowało)
Mówił świetnie po polsku. Sprawa się rozeszła po kościach. Norwedzy zapłacili za stłuczki i sobie poszli.
Kiedy wracaliśmy na statek w poprzek kei przy niemieckim statku stało ze 20 Niemców czekając wyraźnie na nas. Wróciliśmy na Norwega. Cała ich załoga z odpowiednim sprzętem bojowym ruszyła z pomocą. Niemcy pierzchli na statek
Na drugi dzień wezwano nas trzech do kapitana.
Wchodzimy do jego salonu a tam Jasio i niemiecki kapitan w pełnej tropikalnej gali przy orderach i przy szklankach whisky.
Jasio zagrzmiał; "jak to było?". My z minami niewiniątek, opowiedzieliśmy wydarzenie. "Ilu Was było?"."Trzech". "A ich?", "chyba 10"
Jasiu przetłumaczył szkopowi. Niemiec miał odznaczenia wojenne, więc z całą pewnością brał udział w wojnie.
Wychodząc od kapitana byliśmy pełni złych obaw. Tymczasem pan Zbyszek, steward kapitański przyniósł nam butelkę zacnej whisky od Jasia.
I wiele takich historyjek z naszego prawie rocznego pobytu na "Matejce".
Słyszałem później wiele legend o nim. Żelazna dyscyplina i wyraźnie odczuwalna przez nas jego sympatia do nas i całej załogi. W ogień byśmy za nim poszli.
Wiem, że nie żyje. Po latach, sam jako kapitan, spotkałem jego syna w Houston, w Texasie.
M.