katass
28.02.14, 11:50
W moim małżeństwie nie ma już seksu, jest żebranie o niego.
Jesteśmy ze sobą 9 lat, z czego 5,5 roku po ślubie, mamy prawie dwuletnią córeczkę i żyjemy coraz bardziej "obok siebie".
Nie jestem idealnym mężem, mam mnóstwo paskudnych wad, staram się zmieniać dla swojej żony i dla córki - żeby nasze życie było lepsze. Jestem bałaganiarzem, czasem jestem leniem i czasem "nic mi się nie chce" - jak każdy - czasem ujawniam takie wady kiedy jestem bardzo zmęczony, jednak w odróżnieniu do swojej żony nie kładę się spać o 19 lub 20 kiedy kładziemy małą do łóżka.
Od początku było w naszym związku nieco dziwnie. Byłem jej pierwszym, ona była moją "drugą", choć wcale nie miałem wielkiego doświadczenia, zawsze byłem bardzo nieśmiały, zamknięty w sobie. Nie byłem "wulkanem seksu", ale jakieś potrzeby miałem. Zawsze jednak w bardzo dużym stopniu liczyły się dla mnie uczucia drugiej osoby, więc nasz pierwszy raz - pomimo mojego sprintu - uważałem za udany, ona wówczas zresztą teraz. Wiedziałem, że jestem szybki więc nadrabiałem to grą wstępną, pieszczotami, atmosferą, "pożądaniem".
Niestety, czego bardzo teraz z perspektywy czasu bardzo żałuję to to, że pokazałem jej, że mogę w całości jej się oddać do dyspozycji nie oczekując niczego w zamian.
Wiem, że znajdą się tutaj "feministki" twierdzące, że zmęczona kobieta może nie mieć ochoty na seks, że powinienem ją odciążyć. Zanim jednak tak napiszą, niech wiedzą, że zawsze bardzo staram się - nie wspierać żonę w obowiązkach domowych - tylko dzielić wspólne obowiązki, bo zawsze uważałem, że dbanie o dom to wspólna praca. Wg tego myślenia często gotowałem obiady, przynosiłem zakupy, robiłem i wieszałem pranie, nigdy też nie pozwalałem żonie sprzątać łazienki uważając, że babranie się w Domestosie i innych silnych detergentach nie jest zajęciem dla kobiety. W czasie wymarzonej ciąży było jeszcze "gorzej". Z jednej strony, biorąc pod uwagę to, że była w domu na zwolnieniu starałem się angażować ją w jakieś lekkie zajęcia, żeby nie umarła z nudów, z drugiej zaś strony - wiele spraw organizowałem zupełnie sam znając jej upodobania i potrzeby.
To chyba wtedy coś jej "strzeliło do głowy". Co prawda przed ciążą seks był też żebrany, rzadko i tak jak ona chciała, ale jakoś to znosiłem. Jednak kiedy zaczął rosnąć brzuch, z zalecenia lekarzy musieliśmy się powstrzymać od współżycia ona chyba przelała całe swoje uczucia na dziecko (nie, nie zarzucajcie mi, że nie kocham córki) i rozbuchała swój "instynkt" - wyobraźcie sobie, całe szafy ubranek, loginy na dziesiątkach forów matek, ubieranie psa (mamy ratlerka) albo miśków w dziecięce ubranka. To właśnie wtedy przestałem słyszeć "kocham cię" albo prozaiczne "dziękuję" - w sumie bardzo ważne słowa. Wtedy też chyba, z nieznanego mi powodu przestała potrzebować bliskości ze mną.
Nie jestem ideałem, kilka razy ostro się pokłóciliśmy o dość błahe sprawy, jednak ona ma cokolwiek despotyczny charakter. Nie znosi sprzeciwu, uwielbia też niedopowiedzenia. Ubóstwia wręcz serwowanie mi "docinek" i złośliwych uwag. Ja niestety - nic tego nie usprawiedliwia - kilka razy wybuchłem w takich sytuacjach, kiedy wiedząc na przykład, że jestem bardzo zmęczony, bo pracuję po godzinach, jeżdżę po jakieś zakupy na drugi koniec miasta - zrobiłem syf w łazience (nie interesowało ją przecież, że tylko ja w niej sprzątam, ona nawet nie schyli się kiedy coś upadnie na podłogę albo coś się rozleje - to chyba ja trochę zrobiłem z niej taką "świętą krowę").
Wtedy kiedy przestała potrzebować bliskości ja zacząłem czuć się w naszym małżeństwie gorzej. Wiedziałem, że ona w zasadzie nie ma potrzeb w seksie więc w ogóle unikałem tematu, wspierałem ją słowem w zmartwieniach w ciąży, ale przez to, że odpychała mnie kiedy chciałem ją przytulać albo pocałować jak zakochani odsuwałem się od niej "emocjonalnie". Wewnątrz siebie przestawałem ją szanować.
Urodziło się córeczka. Oboje byliśmy nieopisanie szczęśliwi, z tego powodu zresztą szczęśliwi jesteśmy do dziś. Mamy cudowne dziecko, pomimo różnych zmartwień, chorób radzimy sobie z opieką i wychowaniem doskonale, pomaga nam babcia (moja teściowa). Oczywiście po porodzie - połóg, więc w ogóle tematu seksu nie dotykałem. Nie chciałem, żeby poczuła się naciskana, poganiana. Nie chciałem "popsuć atmosfery".
Mimo wszystko mając ponad pół roku postu radziłem sobie samodzielnie. To chyba nic złego?!
Kiedy skończył się połóg, kiedy odpoczęła po ciąży i początkach opieki nad dzieckiem zacząłem podchody. Tutaj znów wniosę uwagę dla feministek twierdzących, że opieka nad dzieckiem wyczerpuje i kobieta może "nie chcieć". Moja żona w zasadzie nie karmiła piersią - nie udało się, miała z tym ogromne trudności, najpierw bardzo ją wspierałem i "dopingowałem", pomagałem. Potem kupiliśmy odciągacz, też ją wspierałem, sam wiele razy wysłuchując, że to pewnie moja wina, że jestem złym mężem i ojcem, że ją stresuję, nie dbam o nią i dziecko. Było jednak tak, że ona nigdy w nocy do małej nie wstawała, nie kąpała jej ani nie usypiała. Bardzo zaangażowałem się w opiekę nad córką - nigdy jednak nie odsuwałem żony od tego - ona po prostu nie chciała nic z tych rzeczy robić. Popołudnie, wieczór i rano miała dla siebie. Ja zajmowałem się dzieckiem od powrotu z pracy do wyjścia z domu rano. W tym czasie też wyprowadzałem psa, organizowałem pranie, zakupy, umawiałem lekarzy, szczepienia. Być może błędem było to, że od porodu wziąłem miesiąc urlopu (miałem go sporo zaległego) i postawiłem żonie sprawę jasno - sama zdecyduj co mam robić, jakie zajęcia mam przejąć. Wyszło na to, że robiłem w zasadzie wszystko. Był przełom kwietnia i maja, było słonecznie, ciepło. Jej nie chciało się nawet wyjść z małą na spacer, bo za ciężko wózek wynieść. Sam chodziłem z córcią w wózku i psem. Wielokrotnie wtedy rozmyślałem jak miło byłoby iść trzymając się za ręce z ukochaną kobietą.
To chyba właśnie ta moja uległość i zaangażowanie spowodowały to co dzieje się teraz. Krótko tylko powiem, że zachowywałem się tak między innymi dlatego, że mój własny ojciec był typowym "Piotrusiem Panem" - nic go nie interesowało, nic w domu nie robił, nie interesowało go moje wychowanie ani "byt". Chciałem być jego przeciwieństwem, byłem gotów paść na twarz, aby tylko na wszystko starczyło, a także w domu cały swój czas poświęcić rodzinie.
Dziś udało mi się dojść do tego, że żona robi po drodze z pracy drobne zakupy pod domem i bawi się z córką, opiekuje się nią na równi ze mną. Niestety po półtora roku codziennych kąpieli małego brzdąca zupełnie samemu "
"siadł mi" kręgosłup i zaproponowałem kąpiele jej, zasadniczo robimy to razem. Ona ją myje, ja zanoszę do sypialni w ręczniku, wycieram, ubieram (nie jest to proste - jest tak energiczna i szybka jakby petardy w tyłku miała :-P), kładę do łóżka (od roku młoda śpi z nami w łóżku, to niestety w dużej mierze moja wina, bo najpierw zacząłem usypiać ją w naszym łóżku i przenosiłem do łóżeczka, potem kilka razy ze zmęczenia jej nie przeniosłem i przyzwyczaiła się - moja wina, nie bronię się), potem na zmianę ją usypiamy. Jednak - w większości przypadków to ona zaczęła ostatnio małą usypiać, a przy tej okazji sama idzie spać zaraz po niej. Zawsze tłumaczy się zmęczeniem, brakiem nastroju albo coś ją boli. Niestety ostatnio "wypaliłem do niej" ohydnym tekstem - "ty lepiej powiedz co cię nie boli, to już chyba tylko wymówka jest". Kiedy ona idzie spać, ja zabieram się za wstawienie prania, sprzątam w kuchni, pobojowisko zabawek w salonie, robię sobie kolację. Ona już dawno śpi, ja czekam aż skończy się pranie, albo zamiatam i zmywam podłogi.
-