fantastyczna
24.04.14, 11:52
Witam. Mam 30 lat, dwa lata temu nagle zachorowałam. Wcześniej byłam zdrowa, moje relacje z mężem były dobre, prowadziliśmy bezstresowe życie- nie mamy dzieci, wolny czas czyli weekendy spędzaliśmy na wycieczkach, generalnie high life. Mąż jest obcokrajowcem ,dzieli nas 130 km czyli dwie godziny jazdy. Jako ,że ja kończyłam studia widzieliśmy się zazwyczaj w środku tygodnia oraz w weekendy pt- pon. Cenię sobie przestrzeń, więc zanim ktoś zapyta- tak nie czułam potrzeby zamieszkania z nim, w moim mniemaniu byłam kochana, poświęcał mi dużo uwagi, docelowo mieliśmy zamieszkać razem po ukończeniu studiów. Niestety los chciał inaczej, tuż przed wakacjami 2012 zaczęłam mieć różne dziwne objawy neurologiczne, z dnia na dzień czułam się coraz gorzej. Dla mnie wielki szok, niestety zdrowia się nie czuje i to zderzenie z objawami które mi dokuczały było dla mnie straszne. Początkowo widziałam, jak mój mąż się martwi, wszelkie badania, pobyt w szpitalu wykonywane były za granicą. Niestety mimo licznych badań nie otrzymałam diagnozy, na samym początku podejrzewano stwardnienie rozsiane (mam zmiany w mózgu takie jak występują w sm), natomiast z czasem moje objawy zaczęły od tej choroby odbiegać. Niestety moje samopoczucie się pogarszało, byłam przerażona, non stop bóle głowy, w zasadzie całej twarzy, osłabienie- najprościej można to sobie wyobrazić jako gigantyczny kac, lub grypa, uczucie zatrucia organizmu. Popadłam w depresję, nie chciałam mieszkać sama, postanowiłam przenieść się na okres wakacji do męża. Od teściowej usłyszałam, że dlaczego nie pojadę do swoich rodziców.. Lekarze wypisali mnie ze szpitala z receptą na antydepresanty i skierowaniem na rezonans głowy za 3 miesiące w celu kontroli tych zmian. Antydepresanty oczywiście mi nie pomogły objawy pozostawały a ja każdego dnia myślałam że umieram. Z moim mężem mieszkałam równo 6 miesięcy, po czym wyprowadziłam się z powrotem do siebie ,żeby ratować nasze małżeństwo. Mój mąż nie wierzył (nie wierzy) w to, że jestem chora, bo skoro zostały mi przepisane wtedy antydepresanty to oznacza to wiadomo co.. Do lekarzy ze mną nie chodził, opisów rezonansu nie czytał ('no bo nie wie i tak co to wszystko oznacza'), wszelkie próby rozmowy , podsuwanie mu prostych publikacji nt zmian jakie mam kończyło się słowami że on tego czytać nie będzie bo nie rozumie, i że on mi wierzy że ja się źle czuję, ale to nie jest żadna choroba.. I teraz żeby nie było- ja nie zamęczałam go swoim samopoczuciem- odkąd się wyprowadziłam do siebie (ponad rok temu) chciałam, żeby było jak kiedyś czyli widzimy się w weekendy (przestał przyjeżdżać do mnie w środku tygodnia) i spędzamy miło czas. Prawda jest taka, że wyprowadziłam się od niego bo czułam ,że przestał mnie kochać. Myślałam że za mną zatęskni, ale tak się nie stało i ta sytuacja trwa do dzisiaj. Rok temu tuż po mojej wyprowadzce mój mąż zaplanował z teściową wycieczkę i poinformował mnie o tym 2 dni przed wyjazdem (kupili ją 3 miesiące wcześniej)- tłumaczył że teściowa zaprosiła tylko jego. Oprócz braku wsparcia była to najgorsza rzecz jaką mi zrobił. Nie mam pretensji do teściowej, to on jest moim mężem ,mógł powiedzieć że nie jedzie albo zapytać czy ja mogę dołączyć (nie jestem typem zazdrośnicy, niech jeździ z mamą, ale ta sytuacja była nie fair). Generalnie cały ten rok czułam i czuję taką dziwną oziębłość. Niby jest tak samo, bo przyjeżdża ale widzę że mu nie zależy. W międzyczasie były też dziwne sytuacje z chowaniem telefonu, na dwóch różnych imprezach podrywał dziewczyny praktycznie na moich oczach. Mnie śmiał się parę razy w twarz twierdząc że cierpię tylko i wyłącznie na depresję- dla mnie to bardzo frustrujące, bo wiem co czuję ,wiem że nie jestem zdrowa a diagnoza to tylko kwestia czasu. Jestem rozczarowana, że kiedyś najbliższa mi osoba jest tak cyniczna i skoncentrowana na sobie. Niedawno miałam kontrolny rezonans (po 12 miesiącach), w poniedziałek mam wizytę u neurologa, mój mąż chce iść ze mną, bo jak twierdzi chce od niego usłyszeć, że jestem chora, jaka to choroba i jak się ja leczy. Zapytałam co to zmienia i dlaczego nie wierzy mi, w końcu to ja mam objawy a nie lekarz. Chcę się rozwieźć, te 2 lata to był dla mnie koszmar- nie wyobrażam sobie być takim "wsparciem" dla mojego męża czy kogokolwiek na kim mi zależy. Aha, życie seksualne też u nas leży, co dziwne już jakiś rok po ślubie uprawialiśmy seks rzadziej (wcześniej było super), ale teraz to raz na miesiąc dosłownie. Przepraszam ,że tak chaotycznie- mogłabym napisać dużo więcej ale chciałam zwięźle ;) Nie liczę na porady, po prostu trudno mi to sobie wszystko poukładać.