Dodaj do ulubionych

i co teraz?

05.05.11, 16:55
Witam serdecznie. Dzisiaj dostalismy od ex nowine, ktora zmienia cale nasze zycie. Do tej pory mieszkalismy ze starszym chlopakiem, a mlodsze dzieci mielismy w weekendy. Teraz eks chce sie wyprowadzic zdala od naszego miejsca, a ze nie chce dzieciom zmieniac szkoly to chce je wprowadzic do nas. Jakiekolwiek argumenty rozsadnego i w miare sprawiedliwego podzialu rodzicielakich obowiazkow nie wchodza w rachube, bo jak eks oswiadczyla 'musi dbac o swoje szczescie'. Jej decyzja bardzo zmienia nasze zycie, bo musielibysmy poszukac nowego domu w tym miescie gdzie ona mieszkala (choc oboje nie chcielismy tam wracac), starszy syn tez sie nie chce wyprowadzic z miejsca gdzie teraz jestemy. Zupelnie nie wiem co mam robic. Czy ja jakos przekonywac? Rozmawiac? Szczerze przyznam, ze obawiam sie 'posiadania' od razu trojki dzieci, z ktorych dwoje sprawia klopoty. Poradzcie cos prosze.
Obserwuj wątek
      • erillzw Re: i co teraz? 05.05.11, 18:05
        Dobrze, niech wprowadzi. odda prawa rodzicielskie. Zameldujecie dzieci u Was. Ciekawe jak szybko zmieni zdanie o pogoni za swoim szczesciem kosztem dzieci i zrzucaniem obowiazkow na ojca jak jej sie kranik ukreci.
        Nie ogarniam egoizmu takich kobiet.
        • altz Re: i co teraz? 05.05.11, 19:01
          > Nie ogarniam egoizmu takich kobiet.
          Dobrze, że się zdecydowała, może skończą się konflikty? Dostała w kość od dzieci i ucieka.
          Żeby moja tak chciała, to bym się ucieszył, partnerka również. Uszy do góry! Będzie dobrze, za kilka miesięcy wszystko się poukłada.
          • bellinea Re: i co teraz? 05.05.11, 19:37
            Altz, tu masz akurat racje. Mam nadzieje, ze jak raz wyjedzie to my przynajmniej bedziemy mili swiety spokoj, bo macic w zyciu kazdego to ona akurat potrafi. Co z reszta mozna zauwazyc w moim poscie.
          • erillzw Re: i co teraz? 05.05.11, 19:52
            SKoncza sie konflikty na lini ex - ojciec bo pani sie zwczyajnie pozbywa dzieci i zmyka z ich zycia. Tez mi matka, ze dzieci sie pozbywa bo ma takie widzimisie..
      • bellinea Re: i co teraz? 05.05.11, 19:35
        My mieszkamy w Anglii, wiec zadne meldowanie nie wchodzi w gre, choc to tylko tak dla wyjasnienia. Eks dostawala kase na dzieci i jest sie w stanie tej kasy calkowicie pozbyc, tak samo jak dzieci. Choc cos mi mowi, ze jak troche pozyje na wlasny rachunek, bez kasy, ktora dostawala na dzieci, to jej sie szybko oczy otworza. Jednak nie bedzie to dla niej argument zeby zostac.
        Ze szkola jest problem, bo ta, do ktorej dziecko chodzi musi miec specjalny oddzial dla dzieci z problemami z mowa (gdyby mi maz nie powedzial nigdy bym nie powiedziala, ze to dziecko ma jakiekolwiek problemy) wiec z tego powodu eks tez chce sie dziecka pozbyc, bo po co sobie robic klopoty z szukaniem innej szkoly.
        Nie rozumiem tej kobety w ogole. To sa kolejne juz dzieci, ktorych sie pozbywa. Starszego chlopaka doslowanie wywalila na bruk, bo taki akurat miala pomysl.
        Ja sie po prostu tych zmian boje. I boli mnie to, ze przez ta babe nasze plany zupelnie wala w leb.
        • malenka114 Re: i co teraz? 05.05.11, 21:23
          skoro piszesz, ze gdyby nie maz, to nie zauwazylabys problemow dziecka z wymowa, to moze ten ``problem`` jest wyolbrzymiony i dziecko mogloby chodzic do normalnej klasy?
          • karolana Re: i co teraz? 07.05.11, 10:54
            malenka114 napisała:

            > skoro piszesz, ze gdyby nie maz, to nie zauwazylabys problemow dziecka z wymowa
            > , to moze ten ``problem`` jest wyolbrzymiony i dziecko mogloby chodzic do norma
            > lnej klasy?

            Oj, nie do końca tak jest. U "naszego" młodego to ja wyłapałam problemy z mową, których nikt inny nie widział, ani ojciec, ani dziadkowie, ani tym bardziej matka.
    • rybkka24 Re: i co teraz? 05.05.11, 20:41
      a Ja nie rozumiem.
      WY MUSICIE się przeprowadzić bo szanowna mama ma kaprys przeprowadzki do innego miasta?
      jakkolwiek ta kobieta właśnie porzuca własne dzieci pewnie z miłości.
      a w jakim wieku są wszystkie dzieci?
      nie zazdroszczę sytuacji.
      • bellinea Re: i co teraz? 05.05.11, 20:50
        Chlopak co mieszka z nami ma 17 lat, ci chlopcy, ktorzy maja z nami zamieszkac maja 9 i 5 lat. Ja tez tego nie rozumiem, dlatego tez prosze o rade. Ale jak sie baba uparla to wyjscia sa dwa - my powiemy, ze dzieci nie wezmiemy i ona je zabierze z dala od taty, ktory nie chce z nimi tracic kontaktu, albo zostawia je nam, a wtedy przeprowadzamy sie gdzie nie chcemy mieszkac i jeszcze odwozimy dzieci tam gdzie ona mieszka raz na dwa tygodnie, bo ona uwaza, ze to ne fair zeby ona jezdzila w obie strony. Poza tym nie w kazdy weekend, tylko raz na dwa tygodnie bedzie je chciala laskawie widziec. Masakra
        • altz Re: i co teraz? 05.05.11, 21:50
          > Ale jak sie baba uparla to wyjscia sa dwa
          Ale jak matka podrzuci dzieci komuś innemu? Jak by się czuły dzieci? Rozumiem, że to tylko wariant teoretyczny.

          Najpierw będzie się chciała spotykać co dwa tygodnie, potem nie będzie miała tyle czasu.
          Dobrze by było dla dzieci, żeby się zajęła sobą.
        • rybkka24 Re: i co teraz? 05.05.11, 21:51
          Jakkolwiek zawsze jest ryzyko że sytuacja rozwinie się w niepomyślną dla "nas" stronę to jednak jest duża szansa i nadzieja że tak się jednak nie stanie.
          u Ciebie jednak się stało.
          babka z tych wygodnych i z hasłem mi się wszystko należy czyli szczęście, wolność, widzenia z dziećmi kiedy mam ochotę a wy wszystko musicie i powinniście bo to będzie nie fair.
          Ciekawe czy jak by baba te dzieci jednak ze sobą wzięła to czy przywoziłaby wam je co dwa tygodnie bo to by nie było fair żebyście jeździli w obie strony co nie?

          W takim razie nie wiem jak daleko dzieci by się przeprowadziły od was ale może ona by je wam przywoziła co drugi tydzień a co drugi wy byście po nie jeździli?
          zostało by tak jak jest z odwiedzinami.
          nie wiem czy masz dzieci czy nie ALE wychowywanie dwójki dosyć małych obcych dzieci (szczególnie ten pięciolatek) to bardzo duże wyzwanie.
          zwłaszcza że takie porzucenie przez matkę na pewno będzie miało następstwa w psychice tych dzieci.
          to jest bardzo ciężka sytuacja i osobiście byłabym za tym aby dzieci były jednak przy matce.
          • bellinea Re: i co teraz? 05.05.11, 22:12
            ja nie mam swoich dzieci i moze w tym tez jest problem. M i eks wychowuja dzieci w taki sposob jaki oni chca, co nie zawsze idzie w parze z tym jak ja to widze. Wiem, niby nic mi do tego, ale w koncu jak dzieci mieszkaja w NASZYM domu to niby czemu mam przez weekend udawac, ze mnie tam nie ma bo dzieci maja swoje przyzwyczajenia, ktore ja nazywam brakiem jakichkolwiek zasad.
            Jednak nie w tym rzecz, tu chodzi tez o m, ktory nie chce by dzieci byly od niego daleko. Widzi je w ograniczonym czasie i i tak za nimi teskni.
            Moze problemem tutaj jestem ja, bo ja sie nie umiem podporzadkowac dla tzw dobra dzieci. Tylko zaczynam sie czuc jako niepelnoprawny czlonek rodziny - eks cos chce i czy mam sie to podoba czy nie tak ma byc i basta. Kazdy z nas ma w tym wszystkim swoje racje, bo nikt eks prawa do szczescia nie odbiera, ale wydaje mi sie, ze ja jako macocha bardziej sie przejmuje jej dziecmi niz ona sama.
            • jayin Re: i co teraz? 06.05.11, 12:50
              nie ty jesteś problemem, tylko problemem jest brak komunikacji między wami (głównie tobą, a mężem). nie musisz się podporządkowywać dzieciom, ale one tobie też nie. trzeba znaleźć "złoty środek". w takich sytuacjach nigdy nikt nie jest w 100% zadowolony, ale w miarę dobrze można życ wspolnie.
    • rybkka24 Re: i co teraz? 05.05.11, 22:48
      ale jeżeliby się dogadali w sprawie tych weekendów to większych zmian by nie było.
      każdy weekend.


      >M i eks wychowuja dziec
      > i w taki sposob jaki oni chca, co nie zawsze idzie w parze z tym jak ja to widz
      > e. Wiem, niby nic mi do tego, ale w koncu jak dzieci mieszkaja w NASZYM domu to
      > niby czemu mam przez weekend udawac, ze mnie tam nie ma bo dzieci maja swoje p
      > rzyzwyczajenia, ktore ja nazywam brakiem jakichkolwiek zasad.

      jako pełnoprawny mieszkaniec WASZEGO domu i współdecydent masz prawo do ustalenia ogólnie obowiązujących zasad panujących w tymże domu.czyli ustalasz z mężem czy tez niemężem zasady na jakich będzie opierało się wasze życie w domu, również w czasie w jaki przebywają jego dzieci.dzieci w takim wieku w jakim wymieniłaś dosyć łatwo się przystosowują.

      > Jednak nie w tym rzecz, tu chodzi tez o m, który nie chce by dzieci były od nie
      > go daleko. Widzi je w ograniczonym czasie i i tak za nimi tęskni.

      A to już wina eks że ją za przeproszeniem tyłek swędzi i szczęścia szuka po świecie.
      Czy Ty czujesz się na siłach być zastępczą matką? bo to cholernie trudne jest.
      jeżeli pan M. twoimi rękami chce zmniejszyć tęsknotę to jest nie na miejscu.

      już dawno zauważyłam że dzieciaci panowie są strasznie dupowaci jeżeli chodzi o temat dzieci i eks a hasło dla dobra dzieci jest już tak wyświechtane że tak naprawdę wszystko można pod nie podczepić.
      słuchaj facet chce Ci wrzucić na głowę dwoje małych dzieci do wychowania bo eksie zaswędziało a Ty się zastanawiasz czy z Tobą jest coś nie tak.?
      może napisz jak byś TY chciała żeby to wyglądało?
      Jesteś na siłach być matką zastępczą?
      • bellinea Re: i co teraz? 05.05.11, 23:04
        Zanim sie tu przeprowadzilam wiedzialam ze m ma dzieci, ale mowa byla tylko o mieszkaniu z jednym a dwojka dochodzi w weekendy. Nie wiem jaka decyzje podjelabym, gdybym wiedziala, ze bedzie od razu trojka calodobowo. Skoro teraz mam watpliwosci to coz mi mowi, ze by mnie tu nie bylo.
        Kocham swojego meza i dlatego pewnie te watpliwosci. Wedlug mnie nic co sie tu teraz dzieje nie jest sprawiedliwe, bo wszystko jest podporzadkowane decyzji eks, ktora nie chce zostac tam gdzie jest i tyle. Skoro maz nie jest ostatnim dupkiem i nie powie ' bierz dzieci i spadaj gdzie chcesz' to caly problem spada na nas z mysleniem jak to bedzie. Przeprowadzilabym sie do nowego miasta (dziurowatego) zeby dzieci nie musialy zmnieniac szkoly. Mialabym te dzieci caly tydzien, gdyby ona zabierala je na weekendy. Tak by bylo powiedzmy sprawiedliwie. Ale nie, musi byc co drugi weekend i to jeszcze mamy dzieci podwozic.
        Czytam tutaj wasze posty i wiem,ze bycie macocha nawet w weekendy moze byc cholernie trudne nie mowiac juz o byciu macocha na pelny etat. Jak wspomnialam mieszkam z starszym chopakiem, ale mimo jego nastoletnich wybrykow nie jest tak zle, wieszkosc czasu jest poza domem i wraca wieczorami wiec tak jakby go nie bylo czasami. Ale dwojka malych to jest inna historia.
        Wiem, nie cierpie tego sloganu 'dla dobra dzieci'. Jak ktos nie ma solidnego argumentu to sie wymiguje takim sloganem i koniec dyskusji, bo cokolwiek sie powie, to wychodzisz na jedze, bo nie chcesz dobra dziecka. Ja bym tylko chciala troche rownowagi miedzy zyciem z dziecmi i nie (czyli dobra godze sie na caly tydzien, ale daj mi odpoczac w weekendy, bo to w koncu tez nie moje dzieci). Boje sie, ze to wszystko bedzie za trudne.
        • rybkka24 Re: i co teraz? 06.05.11, 00:18
          a bym tylko chciala tr
          > oche rownowagi miedzy zyciem z dziecmi i nie (czyli dobra godze sie na caly tyd
          > zien, ale daj mi odpoczac w weekendy, bo to w koncu tez nie moje dzieci).

          to już musisz ustalić z mężem/niemężem jak to będzie wszystko wyglądać.
          osobiście uważam że Twoje zdanie powinno być brane pod uwagę na równi z rodzicami jak już sytuacji zmusza Ciebie/Was do tego żebyś weszła niejako w rolę matki zastępczej.
          czyli Pani mama nich sobie szuka szczęścia w świecie ale z Wami z Tobą musi uzgadniać różne rzeczy np.kiedy je odwiedza itp.żeby wszystkim było dobrze i na rękę.
          bo ta kobieta właśnie chce scedować swoje obowiązki na Ciebie więc niech to nie będą tylko psie obowiązki a ona jak panna bez zobowiązań od czasu do czasu jak jej się zachce wpadnie do was.
          właściwie to Ja chciałabym uregulowania jej wizyt sądownie i sądownego przyznania miejsca pobytu dzieci u ojca.niech poczuje że właśnie pozbywa się dzieci.
          Ja mam chyba jakieś ekstremalne podejście i albo dziecko/-ci są u nas i wchodzę w rolę matki niejako i matka ma się umówić co do wizyt/kontaktów, płacić alimenty i przyjeżdżać po dziecko.
          albo ona jest matką i nm umawia się z nią co do wizyt /kontaktów, płaci alimenty i jeździ po dziecko.
        • altz Re: i co teraz? 06.05.11, 06:33
          Boisz się nowego, ale to normalne. Nie wyobrażasz sobie pewno odwrotnej sytuacji, gdybyś przyprowadziła nagle swoje dzieci i mąż miałby się zastanawiać. Jak by się zachował? Pewno też by nie odmówił, ja sobie nie wyobrażam innej możliwości.
          Jasne, że to będzie rewolucja. Pomyślcie może o tym co robić, żeby to nie była taka wielka zmiana u was i wyłącznie podporządkowanie się matce dzieci. Może sprawę szkoły da się załatwić inaczej?
          Warto uzgodnić, w jaki sposób chcielibyście wychowywać dzieci? Masz prawo głosu i do podejmowania decyzji, ale musicie mówić w większości sytuacji jednym głosem. Nie wyobrażam sobie wyłącznie roli parobka.
          Jeśli się nie dogadacie, to skończy się prawdopodobnie rozwodem. Ja wierzę, że dacie radę.
          • bellinea Re: i co teraz? 06.05.11, 08:56
            Dzeiki za te ostatnie posty. Wiem Altz, ze to bedzie rewolucja i jak kazda rewolucja przyniesie duze zmiany, do ktorych czasem nie latwo sie bedzie przyzwyczaic. Ja nigdy mezowi nie powiedzialam, ze tych dzieci nie chce i ze albo ja albo one. Nawet mi taka opcja do glowy nie przyszla. Nie wiem co bym zrobila jakbym miala swoje dzieci, nie mam ich wiec trudno mi cokolwiek powiedziec. Ale sytuacja na dzis jest taka, ze czuje, ze jest mi wszystko narzucane. A to, ze matka bedzie widziec dzieci co dwa tygodnie (a potem pewnie w ogole) to oznacza dla mnie tylko jedno - ze ja mam byc ich mama. Probuje chociaz 'wywalczyc' te weekendy dla siebie, ale na razie nic z tego i pewnie tak zostanie.
            • altz Re: i co teraz? 07.05.11, 11:32
              > Probuje chociaz 'wywalczyc' te weeken
              > dy dla siebie, ale na razie nic z tego i pewnie tak zostanie.
              Trudna sprawa z tym wolnym. Mógłby mąż wziąć na siebie te weekendy, a Ty byś miała wolne te soboty, ale jeśli będzie dowoził dzieci, to może się czuć pokrzywdzony, że on nie ma żadnego wolnego.
              Zaraz się pewno odezwą panie, że to jego dzieci, jego sprawa itp. itd., ale w normalnym małżeństwie, to nie jest tak, że każdy ma swoje sprawy, raczej jest dużo spraw wspólnych. Trudna sprawa, ale najlepiej usiąść i porozmawiać, przedyskutować swoje potrzeby i kwestie praktyczne, ale już nie techniczne, bo gdzie się zaczyna grafik, kończy się uczucie.
          • 333a13 Re: i co teraz? 06.05.11, 08:59
            Moim zdaniem sytuacja jest extremalna. Exia dyktuje Wam swoje warunki, a Wy macie tańczyć do jej gry "bo tak" lub "dla dobra dzieci". Nie dosyć że macie się zaopiekować dziećmi, to jeszcze zmieniać miejsce zamieszkania itd oraz odwozić je do mamuśki kochanej!!! Jak dla mnie to nie do pomyślenia by dla widzimisię exi rzucać wszystko. Zgadzam się z dziewczynami, że to dzieciaki mogą zmienić szkołę na taką w Waszym mieście, albo pozostaje Wam tak jak do tej pory co drugi weekend z dzieciakami, po które trzeba będzie dalej pojechać. Ja rozumiem tęsknotę M-a za dziećmi, ale równie dobrze exia po miesiącu od Waszej przeprowadzki i remanentu w życiu zmieni zdanie i będzie chciała dzieciaki zabrać ze sobą i co wtedy? zostaniecie na lodzie w niechcianym mieście i domu bo tak chciała ex... Co do 3 dzieci w domu to rzeczywiście sytuacja bezdzietnej macochy jest naprawdę trudna... Jednakże każda z nas decydując się na związek z dzieciatym mężczyzną musi mieć świadomość że te dzieci kiedyś mogą z nim zamieszkać itd... dlatego też masz chyba 2 wyjścia... albo pogodzić się z możliwością przyjęcia do Waszego domu dzieciaków (na ustalonych wcześniej warunkach co do podziału obowiązków, miejsca zamieszkania itd) lub też odejść. Nie wyobrażam sobie sytuacji by rodzic musiał wybierać pomiędzy żoną a dziećmi. Wszystko co powiedziałam powyżej nie świadczy o tym, że masz się podporządkować Pani Exi i mężowi i robić co sobie zażyczą... Po prostu należy znaleźć jakiś kompromis między potrzebami Twoimi i męża... choć w kontekście szalonych pomysłów ex i zbyt miękkiego podejścia M-a do spraw dzieci nie będzie łatwe
            • bellinea Re: i co teraz? 06.05.11, 09:09
              Tu jest tez pies pogrzebany w tym miekkim podejsciu meza. On za bardzo nie widzi problemu w tym, ze bedziemy sie musieli przeprowadzic. I mysle, ze nie do konca rozumie moja potrzebe 'odpoczynku' od dzieci, gdyby matka zabierala je do siebie na weekendy. Ta sytuacja podzielila nas jako pare, mimo ze nigdy mu z dzieci nie kazalam rezygnowac. Ale widze, ze nie jestem traktowana jako ktos brany pod uwage w podejmowaniu tej decyzji...bo eks chce wyjechac, bo on ma dzieci i nie chce zeby one wyjezdzaly.
              • jayin Re: i co teraz? 06.05.11, 12:47
                po pierwsze - tak jak dziewczyny piszą - jest sytuacja taka, a nie inna, ale swoje zdanie możesz mieć. i na pewno nie może być tak, że w milczeniu przyjmujesz wszystkie zmiany, które mogą ci nie odpowiadać. mów głośno mężowi, ale konkretnie i bez pretensji (nawet co do tego jego "miękkiego podejścia" smile – czego oczekujesz, co jest dla ciebie dopuszczalne, a co nie. i znajdźcie kompromis. Dzieci - owszem, ale bez przeprowadzki i niech matka dzieci stara się o kontakty z nimi, dojeżdżając do nich.

                niestety (stety?) trzeba wziąć głęboki oddech i "przyjąć na klatę" sytuację, bo dzieciaty facet (czy kobieta) ZAWSZE "niesie ze sobą ryzyko", że wszystkie jego dzieci mogą zamieszkać pewnego dnia razem z nim. co nie znaczy, że trzeba dusić swoje potrzeby i stres z tym związany. jak już się jest z "ojcem dzieciom" to trzeba brać pod uwagę, że nie tylko twoje potrzeby będą brane pod uwagę. trzeba rozmawiać i szukać rozwiązań, żeby wszystkim w domu żyło się dobrze w miarę

                po drugie - "wypoczynkowe weekendy" - macie tam jakichś dziadków na podorędziu? może wtedy chociaż co drugi weekend dałoby radę mieć "wolne"... jeszcze gdyby szanowna pani matka łaskawie zdecydowałaby się chociaż czasem na weekend zabierać je do siebie - to byłoby realniejsze, te wypoczywania łykendowe wasze.

                po trzecie - alimenty - też o tym pisał już ktoś. dzieci u was – alimenty płaci "na ręce ojca" matka.
                • ciociacesia nie ogarniam klimatu 'odpoczynku od dzieci' 06.05.11, 13:36
                  bo na ogol jest tak ze jak sie pracuje a dzieci chodza do szkoly przedszkola to te dzieci sie widzi rano wyprawiajac do szkoly i jakos po pracy miedzy 18 a 20 i weekendy jawia sie jako czas kiedy z dzieckiem pobyc mozna i cos wspolnie porobic a nie tylko ogarnac i odrobic lekcje...
                  • bellinea Re: nie ogarniam klimatu 'odpoczynku od dzieci' 06.05.11, 14:05
                    Sek w tym, ze dzieci wracaj codziennie do domu o godzine 3.30 wiec jakby nie patrzec jest cale populudnie i wieczor, zeby sie nimi zajac. Tu dzieci nie dostaja zadan domowych, przynajmniej nie w podstawowce wiec odrabianie lekcji odpada. Poza tym sa wakacje i inne okazje do wolnego. Mamy tutaj tylko mame meza, ktora na pewno nie bedzie brala dzieci w co drugi weekend. Mozna na nia liczyc w awaryjnych sytuacjach, ale w koncu ma tyle lat, ze tez jej sie nalezy chwila spokoju.
                    Odpoczynku od dzieci nie rozumie ktos, kto ma swoje dzieci. A te nie sa moje.
                    • ciociacesia nie sa twoje ale sa twojego meza 06.05.11, 14:36
                      chyba nie jest on z tych co zostawia dzieci na twojej glowie, bo 'to sparawa kobiet' smile
                      proponuje porozmawiac o konkretach:
                      kto sie zajmie dziecmi po szkole?
                      jak je do szkoly wyprawicie?
                      na pewno trzeba by uregulowac formalnie te zmiane - tzn zmienic ustalenia sadownie - ze dzieci sa u was. niewykluczone ze exia juz na tym etapie zrezygnuje z planow
                      i dajcie spokoj z przeprowadzaka. wy zostajecie, dzieci laduja u was, chyba macie jakies szkoly w waszym miescie?
                      • jayin Re: nie sa twoje ale sa twojego meza 07.05.11, 18:22
                        ja ogarniam bardzo "odpoczynek" smile mam jedną absorbującą ukochaną dziecinę własną. a mimo to, że nie siedzę z nią w domu 24 h / dobę, pracuję i widuję ją po pracy kilka godzin dziennie + usypianie, to czasem weekend spędza z dziadkami, a matka z ojcem mają "wolne", tylko dla siebie. i nie widzę w tym nic podejrzanego, czy patologicznego smile tak samo jak w spędzaniu weekendu bez męża/partnera/żony/partnerki.

                        ale rozumiem też, że u innych ludzi to "zapotrzebowanie na spędzanie czasu z dziećmi" może być większe i każdy weekend spędzają razem z dziećmi. i to też normalne. ja po prostu mam "inaczej". a mimo to wszyscy są zadowoleni.

                        ilu ludzi, tyle potrzeb.
        • edw-ina Re: i co teraz? 06.05.11, 08:49
          Dlaczego uważasz, że musisz? Taką postawą sama ukręcasz na siebie bat. Ja wiem, że to jest pierwszy odruch kochającej kobiety, ale wierz mi - nie często przynosi dobre skutki. Ja przeprowadziłam się dla mojego męża do innego miasta, zostawiłam przyjaciół, pracę. Ok - znalazłam nowych, polubiłam miejsce, ale świadomość, że ktoś coś robi dla kogoś jest mało budująca dla każdej ze stron. Ten, dla którego się to robi czuje się obciążony, a ten, który zrobił zwykle chce, by go szanowano za to "poświęcenie".
          Druga rzecz to organizacja tego wszystkiego: mój móż, kiedy zastanawiał się nad sprawdzeniem chłopców do nas w ogóle nie zastanawiał się nad praktyczną stroną zagadnienia, wychodząc z założenia, że jakoś to będzie. Na dziesiątki moich pytań odpowiadał: zobaczy się, oraz - przecież jakoś mi pomożesz. Dla mnie to była syrena alarmowa, bo właśnie świadomie czy nieświadomie ktoś próbował mnie obarczyć odpowiedzialnością większą niż ta, którą jestem w stanie przyjąć. Dlatego zanim dojdzie do wspólnego mieszkania postaraj się, by mąż uregulował wszystkie sprawy domowe nie biorąc cię pod uwagę jako ich wykonawcy.
          I sprawa ostatnia - ja wiem, że Polki są wychowane w ten sposób, że powinny poświęcić się dla męża i rodziny. Ale to przekonanie bardzo często wychodzi im później bokiem.
          • bellinea Re: i co teraz? 06.05.11, 09:01
            Edwina, masz racje. Moze mam takie glupie przeswiadczenie, ze musze. wiem, ze nie musze. Ale w tej sytuacji mam wyjscia dwa - bede matka nie swoich dzieci, przeprowadze sie gdzie nie chce mieszkac i podporzadkuje swoje zycie mniej lub bardziej dzieciom, albo zostawie meza. Latwo sie to czyta i wybor sie wydaje oczywisty, ale jak sie przyjrze tym opcjom to zupelnie nie wiem co robic, bo na zadna z nich nie jestem gotowa.
            • edw-ina Re: i co teraz? 06.05.11, 09:13
              ja dałam mojemu mężowi wolną rękę - tj. nie zakazałam mu zabierania dzieci, wręcz nakłaniałam go do wyjazdu do nich, ale powiedziałam otwarcie, że ja po raz kolejny swojego życia dla niego nie zmienię. Chce wyjechać - wolna droga, nawet błogosławieństwo dostanie za odpowiedzialną decyzję. Albo przetrwamy tych kilka lat oddzielnie, albo widocznie nie było nam to pisane. Chce sprowadzić do PL - również wolna droga, ale: ja się w to zaangażuję dopiero, kiedy ja tego będę chciała i w 100 proc. jego sprawą są wszystkie tematy związane z jego dziećmi - od załatwiania szkół, przez szukanie dentysty, pilnowanie, wychowywanie, dbanie o dietę itd, itd. Obraził się na mnie śmiertelnie, bo: ja nie chcę współpracować. A ja uważam, że mam nie przeszkadzać, ale nie koniecznie godzić się na zmiany w moim życiu i wciskanie mnie w rolę, na którą nie jestem gotowa.
            • 333a13 Re: i co teraz? 06.05.11, 13:17
              cyt." Ale w tej sytuacji mam wyjscia dwa - bede matka nie swoich dzieci, przeprowadze sie gdzie nie chce mieszkac i podporzadkuje swoje zycie mniej lub bardziej dzieciom, albo zostawie meza". Coś mi tu nie gra... dlaczego masz tylko 2 wyjścia?? Twoje zdanie w tym wszystkim się nie liczy??? Poza tym ja tu widzę jeszcze inne wyjście:
              1. godzisz się na przyjęcie dzieci do Waszego domu pod warunkami opieki ustalonymi przez Ciebie - nie przeprowadzasz się. To chyba jest już duży kompromis????
              Co mężulek zrobi jak się przeprowadzicie, weźmiecie dzieci a exia po miesiącu wróci stęskniona za dziećmi by je ze sobą zabrać??? Czy ktoś o tym myśli? czy macie klapy na oczach i roztrząsacie tylko możliwości narzucone przez Exię? skoro kobieta ma w d. swoje dzieci i zachowuje się jak osoba niezrównoważona to raczej nie powinniście ulegać jej widzimisię w 100%. Poza tym w przypadku gdyby mąż zechciał być tylko ojcem a nie mężem i partnerem i ugiąłby się żądaniom exi oznaczać to będzie nie to, że Ty zostawiasz jego, ale że ON ZOSTAWIA CIEBIE...
        • karolana Re: i co teraz? 07.05.11, 11:00
          Bellinea, powiem szczerze, że uważam, że skoro dzieci miałyby mieszkac z Wami, trudno, zostajecie U SIEBIE, dzieci zmieniają szkołę i szanowna mamusia SAMA dojeżdża po dzieci lub robicie to na zmianę (wy odwóz, ona przywóz albo co 4 tygodnie wy, co 4 ona).
    • polifonia1983 Re: i co teraz? 06.05.11, 13:52
      Dzieci w ogóle mają to do siebie, że w różnych momentach życia, zmieniają nam plany. Wychodząc za faceta, który ma dzieci, musiałaś zdawać sobie z tego sprawę. Nie można wiązać się z facetem i zakładać, że dzieci nigdy nie będą miały wpływu na nas. Bez względu na to, czy okazuje się, że mają zamieszkać, czy w innych przypadkach.
      Dlaczego dzieci nie mogą zamieszkać w waszym mieście? Jeśli jest w niej szkoła dla chorego, to dzieci powinny przenieść się do was. Argumentem może być realna groźba sytuacji, kiedy to exia postanawia zabrać dzieci znów do siebie, a wy zostajecie bez dzieci w mieście, w którym nie chcecie mieszkać.
      Moim zdaniem, jeśli się na to zdecydujesz, to lepiej, że chłopcy zamieszkają z wami teraz, kiedy są mali. Łatwiej ci będzie z nimi nawiązać więź i mieć na nich wpływ, niż gdyby byli nastolatkami. Starszy brat przeszedł swoje i jest pewnie cień szansy, że też da im jakieś wsparcie. Poza tym, moim zdaniem, łatwiej dogadać się z dzieckiem, z którym się mieszka, niż z takim, które bywa co jakiś czas i mam matkę (a twoje pasierbiąta chyba taką mają), która funduje im huśtawkę emocjonalną.
      To, co według mnie jest problemem, to twoje poczucie braku wpływu na sytuację. To jest bardzo ciężkie czasami, ale musicie z mężem dość do porozumienia i on musi dojrzeć do myśli, że to wy decydujecie, jak macie żyć, a nie exia.
      Jeśli się zdecydujesz na wychowywanie ich, to zanim przyjadą, powinnaś ustalić, czego oczekujesz. Nie masz obowiązku opiekowania się nimi w większym stopniu niż chcesz. Część obowiązków mógłby też przejąć starszy, skoro ma 17 lat, to można uznać, że powinien mieć głos w dyskusji i wspólnych planach. Ale ostateczne decyzje powinny być twoje i męża, a nie ex czy kogokolwiek innego.
      • bellinea Re: i co teraz? 06.05.11, 14:14
        Wiem ,ze wychodzac za faceta z dziecmi moglam sie spodziewac pewnych zmian, ktore spowoduja dzieci, a ktorych ja nie koniecznie bede chciala. Tylko, ze tu zmian dokonuja nie dzieci i ich potrzeby, tylko eks i jej widzimisie.
        Na starszego chlopaka bym w ogole nie liczyla. To nie ten typ. Jest raczej z tych, przy ktorych trzeba jeszcze raczej pomoc niz liczyc na pomoc z jego strony. to sa ewidentne klopoty wynikajace ze sposobu w jaki zostal wychowany, bo ma postawe 'mi sie nalezy, a nie musze dac nic w zamian'. Jednak to nie on tu stanowi problem.
        Masz racje,ze czlkowicie czuje sie pominieta w podejmowaniu decyzji, ktore dotycza tez mojego zycia. Eks podjela swoja decyzje o wyjezdzie, a maz czujac ze zawiodl by swoje dzieci, raczej przyjmie je do siebie podporzadkowujac sie eks i jej decyzjom, a nie biorac pod uwage mnie.
          • bellinea Re: i co teraz? 06.05.11, 14:35
            Co zamierzam? to jest wlasnie pytanie. Rozumiem to,ze maz ma dzieci i obowiazki wzgledem nich. Nie znaczy to,ze 'bo mam dzieci' bedzie zawsze argumentem zebym to ja sie podporzadkowala. Proboje znalezc jakies posrednie wyjscie, zeby nie bylo, ze ktokolwiek z nas(czy maz czy ja) ma tylko wyjscie - wszystko albo nic. Ale proby jakiegokolwiek kompromisu nie zdaja egzaminu. Wiec wyglada to tak,ze ja mam pewne rzeczy zrozumiec, ale moich spraw nie trzeba rozumiec i brac pod uwage. Chyba nie o to w malzenstwie chodzi, ze kazde bedzie sobie mowilo 'bo ja chce'. Jezeli to nie jest 'bo my chcemy' to cos tu jest nie tak. Proboje rozmawiac i starac sie znalezc zloty srodek, ale jak nie ma woli z drugiej (i trzeciej - eks) strony, to sama niewiele zdzialam. Nie poddaje sie mimo trudnosci, ale coraz bardziej mi sie wydaje, ze jednak wroce do Polski....sama.
            • edw-ina Re: i co teraz? 06.05.11, 14:48
              Wiesz, ja mam na takie sytuacje bardzo brzydki sposób, który często jest krytykowany, tj. stawiam wymagania niemal nie do spełnienia, by w końcu w ramach kompromisu udało się ustalić coś rozsądnego. Przykładowo: twój facet chce się dla dzieci wyprowadzić - bardzo dobrze, ale ty zostajesz w waszym domu i musicie jakoś zastanowić się nad podziałem opłat/obowiązków domowych i wspólnym czasem. Decyduje, że jednak dzieci przeprowadzają się do was - bosko, teraz niech szuka opiekunki, pomocy domowej, ustawia sobie pracę tak, by mieć czas dla dzieci i przynajmniej jeden dzień w weekend wyłącznie dla siebie. I nie odpuszczasz do chwili, gdy facet będzie wyjątkowo szczęśliwy, jeśli zdecydujesz się dwa razy w tygodniu odebrać młodsze dziecko ze szkoły, a starszemu pomożesz w matematyce.
              Jeśli sama o siebie nie zadbasz, nikt tego nie zrobi za ciebie.
              • bellinea Re: i co teraz? 06.05.11, 15:05
                Tylko maly szczegol - jestem w Anglii od niedawna i nie udalo mi sie znalezc pracy. Nie musialam szukac byle czego bo na zycie nam starczalo z tego co ma maz. Poza tym nie chcialam pracowac na 'zmywaku'. Wiec kwestia - ja zostaje tu gdzie mieszkamy odpada, bo on wie, ze mnie na to nie stac.
                Wlasnie uslyszalam cos jeszcze, ze moj maz nie zrezygnuje (nie wiem o jaka rezygnacje chodzi, bo przeciez nie kazalam mu ich porzucic!!) ze swoich dzieci dla mnie.
                • edw-ina Re: i co teraz? 06.05.11, 23:24
                  jeśli będziesz stawiała się w pozycji osoby, która nie może wymagać, której zdanie i potrzeby nie muszą być brane pod uwagę, to przegrałaś na starcie. Zrobisz coś raz przeciwko sobie - bo nie masz pracy, bo mąż utrzymuje, bo w końcu mąż - to zrobisz kolejny i kolejny, a kiedy wreszcie po jakimś dłuższym czasie ci się "uleje" to pójdzie po całości. A twój mąż nie będzie rozumiał o co chodzi, bo przecież wcześniej nie domagałaś się poszanowania swoich potrzeb.
                  Osobiście nie trawię tekstu "bo to chodzi o moje dzieci" itp. Mam wrażenie, że często jest to ostateczna karta przetargowa w sytuacjach, w których brakuje argumentów. I wiem, że to niestety działa, bo na mnie działa również, niestety. I dopiero po chwili dociera do mnie obłęd tego stwierdzenia: ja nie mogę, ale ty musisz. Figa z makiem. Mogę, nie muszę. A jeśli zależy ci, bym chciała, to się postaraj, a nie próbuj załatwić to prawym sierpowym w postaci durnego tekstu.
                    • edw-ina Re: i co teraz? 07.05.11, 09:52
                      Poważniejsze spięcie i od razu się rozstajecie? To na czym jest ten związek zbudowany, skoro w sytuacji, w której nie jesteś zadowolona z decyzji męża najlepszym wyjściem jest rozstanie?
                      • bellinea Re: i co teraz? 07.05.11, 10:32
                        bron boze to nie jest najlepsze wyjscie, ale jak nie ma woli kompromisu, to tak jak powiedzialas wczesniej, nie moze byc tak, ze zawsze tylko ja sie poddaje.
                        • edw-ina Re: i co teraz? 07.05.11, 10:40
                          A kto podjął tę decyzję? Ty? Twój mąż? Może to po prostu tzw. argument ostateczny w sytuacji, w której oponent ma nadzieję, że jeszcze uda mu się postawić na swoim?
                    • karolana Re: i co teraz? 07.05.11, 11:12
                      Właśnie doczytałam...
                      Jeśli to on to w ten sposób postawił, że albo podporządkujesz się jego (a w zasadzie jego byłej!) ustaleniom, albo się rozstajecie... chyba lepiej żebyście faktycznie się rozstali...
                      Takie sytuacje można przetrwac jedynie, kiedy jest się RAZEM, kiedy mąż i żona są dla siebie najważniejsi i najbliżsi.
                      Niedawno usłyszałam w telewizji cholernie mądrą wypowiedź jakiegoś faceta:
                      To nie dzieci są najważniejsze dla mnie, bo one niedługo wyjdą z domu na świat, założą swoje rodziny, będą miały swoje życie i będziemy się spotykac raz na jakiś czas. Wtedy to ONA ze mną zostanie, ona będzie ze mną codziennie, moja żona. Dlatego przede wszystkim o nią muszę dbac.
                      • bellinea Re: i co teraz? 07.05.11, 11:48
                        No wlasnie mi brakuje tego RAZEM, nie oodejmujemy decyzji razem, nie ma mowy o kompromisie - bo cokolwiek zaproponuje starajac sie zlanezc zloty srodek to slysze, ze nie bo dzieci. madre te slowa, ktore przytoczylas. ale u mnie jest chyba taz, ze dzieci sa na zawsze, a zona jest albo nie ma.
                        Jedyne co mi maz moze teraz zaproponowac to: zostan, przeprowadzimy sie, bedziemy mieli dzieci i bedziemy je podwozic do eks, bo to nie fair zeby ona cala droge jechala sama.
                        To co bysice w takiej sytuacji zrobily? gdzie to pole do kompromisu?
                        • altz Re: i co teraz? 07.05.11, 18:04
                          Fakt, mąż używa babskiej gadki. Kobiety często mówią "dla dobra dziecka", a chodzi zupełnie o co innego, tak jest i tym razem. Niepotrzebnie się podporządkowuje, ale ja go po części rozumiem, chciałby, żeby dzieci miały dobrze i za wszelką cenę chce, żeby mieszkały z Wami. Tylko takie podejście spowoduje, że matka za jakiś czas będzie chciała dopłaty do biletu, gdyby miała sama dojeżdżać i dopłaty do mieszkania, bo się zaczyna gorzej powodzić, albo się rozmyśli co do dzieci, jak już pierwszy szał przejdzie, i będzie je chciała z powrotem.
                          Powiem szczerze, że ja też bym dopłacał matce dzieci, gdybym mógł się nimi zajmować na stałe. sad
                          Jeśli nie negujesz mieszkania z dziećmi, a jedynie chcesz wynegocjować inne rzeczy, to możecie się dogadać, jeśli mąż będzie tego chciał.
                      • tully.makker Re: i co teraz? 08.05.11, 18:57
                        > Niedawno usłyszałam w telewizji cholernie mądrą wypowiedź jakiegoś faceta:
                        > To nie dzieci są najważniejsze dla mnie, bo one niedługo wyjdą z domu na świat,
                        > założą swoje rodziny, będą miały swoje życie i będziemy się spotykac raz na ja
                        > kiś czas. Wtedy to ONA ze mną zostanie, ona będzie ze mną codziennie, moja żona
                        > . Dlatego przede wszystkim o nią muszę dbac.

                        Nie ma w tej wypowiedzi niczego madrego, choc nie watpie, ze niejednej kobiecie moze sie podobac, bo w koncu jest bardzo wygodna. Zone czy meza mozna zawsze wymienic na nowszy model, zas dzieci pozostaja naszymidziecmi niezalenie od tego, co suie wydarzy, rowniez gdy sa dorosle, nawet gdy wiezi sie czasami rozluzniaja.
                        Dochodzi do tego czynnik odpowiedzialnosci - wspolmnalzonek to dorosla osoba, ktora ma mnostwo mozliwosci wyboru - dzieci nie prosily sie na swiat - powolali je do zycia rodzice, co za tym idzie, na rodzicach spoczywa odpowiedzialnosc prztgotowania ich do szczesliwego i produktywnego doroslego zycia.
                        • karolana Re: i co teraz? 10.05.11, 12:39
                          tully.makker napisała:
                          > Nie ma w tej wypowiedzi niczego madrego, choc nie watpie, ze niejednej kobiecie
                          > moze sie podobac, bo w koncu jest bardzo wygodna. Zone czy meza mozna zawsze w
                          > ymienic na nowszy model, zas dzieci pozostaja naszymidziecmi niezalenie od tego
                          > , co suie wydarzy, rowniez gdy sa dorosle, nawet gdy wiezi sie czasami rozluzni
                          > aja.

                          Wiesz co jest mądrego? Świadomość, że podstawą rodziny jest związek między mężczyzną a kobietą (lub inne wariacje, jestem tolerancyjna), zaś dzieci są dopiero konsekwencją takiego związku. I ludzie, którzy o tym zapominają, przegrywają. I później świat zapełniają niedojrzali psychicznie rodzice płci obojga wieszający się emocjonalnie na swoich dzieciach, zapełniający sobie dziećmi deficyty powstałe z braku własnego życia uczuciowego.
                          I nie chodzi o to żeby stawiać męża/żonę na piedestale a dzieci mieć w odwłoku.
                          Ale żeby mieć świadomość, że podstawą udanej rodziny jest udany związek między żoną a mężem, a nie miedzy rodzicami a dziećmi.
                          • edw-ina Re: i co teraz? 10.05.11, 13:04
                            Przytoczę coś, co miałam okazję już kiedyś cytować, bo choć początkowo mocno mnie zdziwiło, to jednak zapadło w pamięć.
                            Mój przyjaciel, człowiek o bardzo lotnym umyśle, filozof z wykształcenie i zamiłowania, który od 20 lat jest zakochany w jednej kobiecie, z którą tworzy przedziwny układ, w którym pojawiają się osoby trzecie, lecz mimo wszystko tych dwoje nie umie i przede wszystkim nie chce się ze sobą rozstać, na moje pytanie: co, jeśli twoja kobieta zajdzie w ciążę i urodzi dziecko innego, odpowiedział po zastanowieniu: pewnie pokocham jak swoje. A co, jeśli to jemu zdarzy się potomek z kimś spoza stadła? - pewnie będę spełniał ustawowe obowiązki, jak łożenie na dziecko, ale raczej wątpię bym się w to zaangażował. Na kolejne pytanie, skąd ta rozbieżność stwierdził: ponieważ mężczyzna przede wszystkim kocha kobietę.
                            Nie mogę i chyba nawet nie chcę podzielać tego poglądu. Mimo wszystko pojmuję jego punkt widzenia i cenię za szczerość. Czasami, czytając różne historie lub widząc je, te - jakby na to nie patrzeć mało poprawne politycznie i światopoglądowo słowa - stają się wyjątkowo trafne.
                            • tully.makker Re: i co teraz? 10.05.11, 15:37
                              Edwina, odpowiem ci z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej - mezczyzna jest zaprogramowany na kochanie dziecka kobiety z ktora jes, z ktora laczy go milosny zwiazek. Bo to w wiekszosci przypadkow gwarantowalo, ze kocha swoje wlasne dziecko. Stad tez nierzadkie wcale sytuacje, ze facet odchodzac do innej kobiety olewa wlasne dzieci z poprzedniego zwiazku, a ojcowska troska darzy dzieci nowej pani - dzieci z innego zupelnie zwiazku...

                              Ale...

                              O ile psychologia ewolucyjna moze cos tlumaczyc, to pamietajmy, ze oprocz pradawnych instynktow wiekszosc z nas ma rozum, wolna wole i zmysl moralny, ktore to powinny jednak jakos deminowac nad bezrefleksyjnym uleganiem automatycznym reakcjom, ktore mialy przystosowawcza racje bytu zanim posiedlismy rozum pozwalajacy nam analizowac fakty. Sa akies malpy, chyba szympansy bonobo, u ktorych samica aktywnie dazy do kopulacji ze wszystkimi samcami w stadzie. Dzieki temu kazdy z nich moze uwazac sie za ojca, a maluch na mniejsze sznase, ze zostanie skrzywdzony przez samca ze swego stada. Ale my ludzie tak nie zyjemy...

                              To co powiadam rowniez jako filozofka z wyksztalcenia.smile
                          • tully.makker Re: i co teraz? 10.05.11, 15:49
                            No ale przeciez mozna miec bogate i satysfakcjonujace zycia uczuciowe niekoniecznie z rodzicem swoich dzieci? Co wlasnei jest chyba tematyka tego forum?

                            Naprawde sadzisz, ze wiekszosc malzenstw rozpada sie dlatego, ze maz bardziej kocha dzieci niz zone? Czy tez dlatego, ze misio nie moze zdzierzyc, ze nie jest w jakiejs dziedzinie najwazniejszy? Krazyl po roznych forach taki facet, ktory explicite twierdzil, ze odszedl od pierszej zony, bo dziecko - niemowle - bylo dla niej zbyt wazne, a z druga zona zdecydowal sie na prokreacje tylko pod tym warunkiem i wtedy, gdy mu obiecala, ze on bedzie dla niej zawsze na pierwszym miejscu.

                            Oczywiscie, sa kobiety, ktoych skupienie na dziecku powoduje zaburzenia w innych sferach ich zycia, wlacznie ze zwiazkiem. Jest tez mnostwo kobiet, ktore poswiecaja dobro swoich dzieci dla posiadania portek w szafie, chocby bylyby to jak najbardziej gowniane portki. Obie skrajnosci sa niedobre. Ale jesli dorosly czlowiek nie rozumie, ze dziecko to odpowiedzialnosc wieksza niz inna dorosla osoba, chocby nie wiem jak bliska, to tez cos jest nie halo.
                            • karolana Re: i co teraz? 11.05.11, 12:20
                              Tully, ja mam wrażenie, że piszę jedno, a Ty czytasz coś kompletnie innego uncertain

                              tully.makker napisała:

                              > No ale przeciez mozna miec bogate i satysfakcjonujace zycia uczuciowe niekoniec
                              > znie z rodzicem swoich dzieci? Co wlasnei jest chyba tematyka tego forum?

                              Czy twierdzę inaczej??

                              > Naprawde sadzisz, ze wiekszosc malzenstw rozpada sie dlatego, ze maz bardziej k
                              > ocha dzieci niz zone?

                              Nie wiem jakimi słowami mam oddać to, co mam w głowie.
                              Nie chodzi o to, by żonę/męża kochać bezgranicznie, a dzieci ledwie tolerować. I na pewno, jeśli ktoś kocha dzieci bardziej niż żonę/męża to nie jest jeszcze powód rozpadu związku.
                              ALE, jeśli ktoś wychodzi z założenia, że dzieci są absolutnym numerem jeden, a żona/mąż to tylko taki ktoś, kogo w każdej chwili można zmienić na inny model, komu w zasadzie nie trzeba poświęcać czasu i uwagi, bo przecież to osoba dorosła, która sama się sobą zajmie, której niczego nie trzeba wyjaśniać, z którą nie trzeba dyskutować, której zdania nie trzeba brać pod uwagę, bo liczą się DZIECI, a żona/mąż "musi zrozumieć, przecież jest dorosły/a", to wybacz, ale to nie jest ŻADNE małżeństwo i ono nie ma najmniejszych szans na przetrwanie.

                              : Czy tez dlatego, ze misio nie moze zdzierzyc, ze nie jest
                              > w jakiejs dziedzinie najwazniejszy? Krazyl po roznych forach taki facet, ktory
                              > explicite twierdzil, ze odszedl od pierszej zony, bo dziecko - niemowle - bylo
                              > dla niej zbyt wazne, a z druga zona zdecydowal sie na prokreacje tylko pod tym
                              > warunkiem i wtedy, gdy mu obiecala, ze on bedzie dla niej zawsze na pierwszym
                              > miejscu.

                              To, o czym piszesz to patologia i tak się normalny człowiek nie zachowuje. Ale normalny człowiek, kobieta i mężczyzna, ma święte prawo czuć się ważny/a, kochany/a i ma święte prawo do tego, żeby jego/jej opinie były wysłuchane i uszanowane i w żadnym wypadku nie zasługuje żeby zamykać jej/jemu usta tekstami o dzieciach i ich dobru.

                              > Oczywiscie, sa kobiety, ktoych skupienie na dziecku powoduje zaburzenia w innyc
                              > h sferach ich zycia, wlacznie ze zwiazkiem. Jest tez mnostwo kobiet, ktore posw
                              > iecaja dobro swoich dzieci dla posiadania portek w szafie, chocby bylyby to jak
                              > najbardziej gowniane portki. Obie skrajnosci sa niedobre. Ale jesli dorosly cz
                              > lowiek nie rozumie, ze dziecko to odpowiedzialnosc wieksza niz inna dorosla oso
                              > ba, chocby nie wiem jak bliska, to tez cos jest nie halo.

                              I święta racja!
                              Tylko, jeszcze raz powtórzę, rodzina zaczyna się od pary ludzi dorosłych. I to oni WSPÓLNIE muszą podejmować decyzje, ponieważ OBOJE ponoszą odpowiedzialność,
                              Dlatego to siebie na wzajem powinni przede wszystkim słuchać, ze sobą przede wszystkim powinni rozmawiać i WSPÓLNIE ustalać sprawy związane z życiem rodziny.
                              I zachowanie takie, że tatuś/mamusia ustala coś razem z dziećmi (mówimy o kwestiach ważnych, nie o tym czy dziecko może zjeść loda czy nie!) albo, nie daj boże, ze swoim/swoją ex, a żonę/męża stawia przed faktem dokonanym jest NIEDOPUSZCZALNE.
                              A myślenie pt. dzieci są na zawsze, męża/żonę można wymienić... Dla mnie świadczy o kompletnym braku dojrzałości do bycia w związku. Z takim podejściem powinno się samodzielnie żyć i wychowywać dzieci nie zawracając gitary nikomu.
                              • tully.makker Re: i co teraz? 12.05.11, 10:37
                                No trudno jest nam sie dogadac, przyznaje. Dziwi mnie co, co piszesz, bo chyba nikt rozsadny nie podejmuje decyzji np z czterolatkiem zamiast z partnerem o rzeczach wazniejszych, nic np obklad kanapki. Tym niemniej udzial dzieci w decyzjach rodzinnych jest niezbednym lelementem wychowania do odpowiedzialnosci i umiejetnosci podejmowania decyzji w zyciu doroslym czy nawet nastoletnim. Wiec nie rozumiem, po co piszesz o oczywistosciach.

                                Natomiast wazne jest, by dorosli podejmowali decyzje, majac na uwadze nie tylko wlasna wygode czy widzimisie, ale przede wszystkim dobro i przyszlosc dzieci. Doskonalym przykladem jest dla mnie UK z jego rejonizacja szkolnosctwa, gdzie rodzice np horrendalnie przeplacaja za dom w odpowiedniej dzielnicy, by dziecko mialo sznase trafic do odpowiedniej szkoly, nie baczac na ograniczenia budzetu rodzinengo zwiazane ze znacznie wieksza hipoteka.
                                • morel37 Re: i co teraz? 12.05.11, 11:10
                                  wiesz tully ale w polsce tez sa rejony i tez rejonizacja obowiazuje.i znam wiele osob ktore kupuja dom pod maistem, co oznacza ze administracyjnie wioche, i melduja dzieci u ciotki w dobrej dzielnicy zeby dziecko wozic wlasnie do dobrej szkoly. a ze przeplacaja w UK kredyty zeby kupic dom w dobrej dzielnicy ? no pewnie jacys tacy ludzie sa. jak w kazdym kraju.
                                • karolana Re: i co teraz? 12.05.11, 11:27
                                  tully.makker napisała:

                                  > No trudno jest nam sie dogadac, przyznaje.

                                  Może dlatego, że punkt widzenia mamy inny? Ty wychodzisz z założenia, że dziecko jest nr 1, a ja, że nr 1 jest mąż/żona.

                                  > Dziwi mnie co, co piszesz, bo chyba
                                  > nikt rozsadny nie podejmuje decyzji np z czterolatkiem zamiast z partnerem o rz
                                  > eczach wazniejszych, nic np obklad kanapki.

                                  Zatem nikt rozsądny nie podejmuje decyzji o przeprowadzeniu się do innego miasta ze względu na dzieci z poprzedniego związku bez UZGODNIENIA tego z aktualnym partnerem.

                                  > Tym niemniej udzial dzieci w decyzj
                                  > ach rodzinnych jest niezbednym lelementem wychowania do odpowiedzialnosci i umi
                                  > ejetnosci podejmowania decyzji w zyciu doroslym czy nawet nastoletnim.

                                  Zgoda, ale nadal decyzje podejmują dorośli.
                                  > Wiec nie
                                  > rozumiem, po co piszesz o oczywistosciach.

                                  Mogłabym zapytać o to samo...

                                  > Natomiast wazne jest, by dorosli podejmowali decyzje, majac na uwadze nie tylko
                                  > wlasna wygode czy widzimisie, ale przede wszystkim dobro i przyszlosc dzieci.

                                  No widzisz, a wg mnie powinni podejmować decyzje tak, aby brane było pod uwagę dobro WSZYSTKICH zainteresowanych, w tym dorosłych.
                                  Przykład podany przez Ciebie uważam za niedorzeczny, ponieważ sprowadza się do tego, że rodzice zachrzaniają jak roboty żeby spłacić hipotekę, bo dziecko musi pójść do jakiejś tam szkoły, zamiast zastanowić się w jaki sposób osiągnąć podobny efekt mniejszym kosztem. Bo Wyższe opłaty to konieczność zwiększenia czasu pracy, a zatem ograniczenie czasu poświęcanego dzieciom. I kto na tym korzysta? Bo wg mnie jedynie banki.
                                  • morel37 Re: i co teraz? 12.05.11, 11:41
                                    apropos przeprowadzki do nowego miejsca. jesli moj maz OZNAJMILBY mi ze przeprowadza sie do miasta w ktorym mieszka jego dziecko dlatego ze ejgo EX postanowila przeprowadzic sie jeszcze gdzie indziej to przestalby byc moim mezem.
                                    gdyby OZNAJMIL mi ze dziecko wprowadza sie do nas bylaby awantura.

                                    gdyby maz usiadl ze mna i powiedzial ze ex wyjezdza i dziecko musi u nas zamieszkac i co ja na to, oczywiscie zgodzilabym sie chociaz moje zycie ulegloby zmianie bo nagle stalabym sie zastepcza matka , ale staralabym sie ustalic jak zorganizowac zycie zeby reszta rodziny pomogla przy ich dziecku, tak zebym miala czas na wlasne zycie.
                                    gdyby maz usiadl i powiedzial ze proponuje mi wyjazd do tamtego miasta zeby zamieszkac z dzieckiem kolo jego szkoly itd- powiedzialabym ze sie nie zgadzam. tak samo zreszta jakby oznajmil mi ze znalazl prace w innym miescie.na stale. i wtedy dopiero zastanawialibysmy sie co robic. tu mamy swoje meijsce, rodzine, znajomych, prace. nie mam w planach przerprowadzki w zwiazku z tym gdybym miala sie przeprowadzic dla jego dziecka bylabym nieszczesliwa a to oznaczaloby i tak koniec zwiazku.

                                    jasny przekaz prawda? biorac faceta z dzieckiem biore pod uwage ze dziecko u nas moze zamieszkac na stale (oby nie) ale nie biore pod uwage ze wyprowadzam sie rzucajac wszystko.bo to jzu nei ma zadnego zwiazku z dzieckiem.
                                    • glasscraft Re: i co teraz? 12.05.11, 12:13
                                      Morel, bardzo sie z Toba zgadzam. Zrobienie z dziecka/dzieci boga i zupelnie zapomnienie o tym, ze rodzina sklada sie z wiekszej ilosci osob, ktore maja tak samo wazne potrzeby i oczekiwania i ze pewne decyzje trzeba podjac po konsultacji z innymi a nie nakazem, prowadzi tylko do rozwalki tej rodziny. Albo do trwania w nieszczesliwym, nieudanym zwiazku tylko po to, zeby byc razem (a dzieci "gupie" nie sa i to tez beda czuly). Dzieci sa najwazniejsze, tak samo jak najwazniejsi sa rodzice/partnerzy. Chyba za czesto sie zapomina, ze jedno nie wyklucza drugiego...
                                    • tully.makker Re: i co teraz? 12.05.11, 12:59
                                      Ale ja to doskonale rozumiem - moj chlop tez stal przed wybborem, czy wyprowadzic sie z miasta, w ktorym mieszka jego corka, do mojego miasta. I rozumielam, ze podejmuje ryzyko wobec zwiazku, ale nie bylam przygotowana na to, by przeflancowywac swoje dziecko na obcy grunt, by rzucic prace ktora kocham, rodzine i przyjaciol dla faceta. Gdyby jednak sie nie zdecydowal, zrozumialabym, choc nie bylabym z tego pwodu szczesliwa.

                                      Jestesmy razem pewnie dlatego, ze chlop rozumial moj punk widzenia i oto chodzi - zeby tez zrozumiec punkt widzenia faceta, ktory jest rodzicem i staje przed mozliwoscia zamieszkania ze swloimi dziecmi. Zrozumiec, nie oznacza podporzadkowac sie, i czasami trzeba dokonywac naprawde bolesnych wyborow.
                                  • tully.makker Re: i co teraz? 12.05.11, 12:54
                                    Przykład podany przez Ciebie uważam za niedorzeczny

                                    A co jest niedorzecznego w podanym przykladzie? Mozna sie z takim podejsciem nie zgadzac, czy nie chciec go wdrazac we wlasnej rodzinie, ale takie postepowanie jest faktem w kraju, gdzie bardzo powaznie traktuje sie jakosc edukacji, a takze srodowisko, w ktorym przebywa dziecko. co akurat moge zrozumiec, bo jakos nie kreciloby mnie to, gdyby moje dzieci mialy sie wychowywac wylacznie wsrod Nikol i Brajanow.

                                    Ja decyzje o wyborze mieszkania tez podjelam kierujac sie glownie dobrem dzieci, a konkretnie czasem dojazdu z tej dzielnicy do miejsca pracy, co skutkuje iloscia czasu jaki moge poswiecic rodzinie, a takze dostepnoscia cieszacych sie dobra opinia szkol i przedszkoli w okolicy.
                    • altz Re: i co teraz? 07.05.11, 11:21
                      bellinea napisała:
                      > no i po wszystkim. rozstajemy sie sad

                      Sama sobie jesteś winna. Kto sieje wiatr, zbiera burze.
                      To jest duży konflikt, myślę, że nie zdajesz sobie jeszcze z tego sprawy.
                      Ja sobie nie wyobrażam wojny o dzieci, myślę, że mąż stracił do Ciebie zaufanie.
                      Można rozmawiać o kolorze samochodu albo o meblach w salonie, ale o dzieciach partnera/partnerki się nie rozmawia, choćby się okazało, że nagle ma mieszkać z nami drużyna futbolowa.
                      • bellinea Re: i co teraz? 07.05.11, 12:04
                        altz, ale gdzie ty tu widzisz jakas rozmowe o dzieciach. powiedziamo mi, ze sie mamy przeprowadzic, zamieszkac z trojka dzieci i jeszcze je eks odwozic. Kto tu komu sieje burze?
                        • kittykitty Re: i co teraz? 08.05.11, 12:50
                          Bel, przeczytałam cały wątek i nadal trudno jest mi zrozumieć co tak naprawdę jest największym problemem dla Ciebie:
                          1. to, że masz zostać całodobową macochą trójki dzieci
                          2. to, że całe zamieszanie jest spowodowane przez eksię
                          3. to, że Twój mąż nie uzgadnia z Tobą tylko narzuca Ci rozwiązania
                          4. to, że masz perspektywę przeprowadzki do innego, nieciekawego miejsca
                          Ja rozumiem, że pewnie wszystko na raz ale z pewnością jest coś co ciąży Ci najbardziej. Postaraj się to wyizolować - może będzie łatwiej skupić się nad poszukiwaniem rozwiązania albo podjęciem decyzji co dalej. Bo inaczej, to wszystko co wymyślisz/wymyślicie i tak nie będzie Cię satysfakcjonować.

                          Zobaczmy:
                          Czy naprawdę miałabyś do całej sytuacji inny stosunek, gdyby to np. dzieci chciały z Wami zamieszkać, a nie eksia to wymyśliła??? Albo gdyby się okazało, że Twój mąż z jakiegoś powodu zostaje jedynym rodzicem i musi przejąć pełną opiekę nad dziećmi?

                          A może nie masz nic przeciwko zostaniu macochą całodobową dla trójki dzieci, ale absolutnie nie chcesz się przeprowadzać? Czy gdybyście mieli zostać tam gdzie mieszkacie to byłoby OK?

                          Co jest prawdziwym problemem w dowożeniu dzieci do eksi? Czas, koszty czy sama świadomość, że dzieje się tak, jak chce tego eksia? Czy gdyby eksia miała sama zabierać i odwozić dzieci byłabyś usatysfakcjonowana?

                          A może największym problemem jest to, ze Twój mąż postawił Cię w sytuacji, na którą nie masz wpływu i żąda byś się podporządkowała? I byłabyś skłonna zostać całodobową macochą i nawet się przeprowadzić, gdybyś rzeczywiście mogla współdecydować jak to będzie wyglądać od strony technicznej?

                          Zakładając, że bierzecie dzieci do siebie to jak musiałaby wyglądać cała sytuacja, żebyś była zadowolona?

                          • bellinea Re: i co teraz? 08.05.11, 16:35
                            Chyba caly problem w tym, ze tych problemow na raz wyskoczylo za duzo. Ale najbarziej bola mnie dwie rzeczy - podporzadkowywanie sie eks i nie pytanie mnie o zdanie. Nie moge zrobic herbaty i porozmawiac, bo decyzja zostala podjeta.
                            Pewnie, ze czulabym sie inaczej gdybysmy to MY podjeli decyzje, a nie zostala ona narzucona przez eks. Nie bylo rozmowy pod tytulem: ja chcialabym tez rozpoczac nowe zycie tak jak wy, co teraz zrobimy, aby dzieciom jak najmniej 'umilic' zycie? Czy nie tak to powinno sie odbyc?
                            gdybym nie miala nic przeciwko byciu macocha calodobowa, to pewnie nie zawracalabym tu nikomu glowy, bo przeciez nie byloby czym. Tu mozna mnie obwiniac o to ,ze przed slubem i zanim sie tu sprowadzilam nie rozmawialismy z mezem na ten temat. On mial dzieci w weekendy wiec jakos naturalne dla mnie bylo, ze tylko wtedy je bede widziec. Dzieci sa fajne, ale zeby tak od razu na caly etat? Wiem, moze mnie opluc kazda osoba, ktora ma dzieci i powiedziec, ze jestem swinia, ale jak ja czuje, ze nie chce to co mam zrobic?
                            Przeprowadzka tez mnie wkurza, bo dopiero co przerowadzilismy sie do naszego wymarzonego domu. W wiekszym miescie, spokojna okolica, dom taki jaki zawsze chcielismy....brzmi idealnie, i taj jest. Ale wprowadzenie dzieci tu i zmiana szkoly tez dla meza nie wchodzi w rachube.
                            Z dowozeniem to dla mnie problem o tyle, ze to znowu jest robienie tego co eks chce. Dla mnie sprawiedliwe byloby gdyby to ona przyjezdzala po dzieci, bo kto podjal decyzje o wyprowadzce? Nie chodzi u o 20 minut jazdy tylko dwie godziny.
                            Ja nie stawialam meza pod sciana mowiac mu wybieraj dzieci albo ja, wiec tak samo on nie powienien mi kazac wybierac albo on i dzieci albo do widzenia (nie powiedziane doslownie, ale jak mi daje wybor bycia mama, ktora nie chce byc, to nie ma wyjscia). Probowalam sytuacje rozwiazac w sposob taki, ze oboje jestesmy zadowoleni - on widzi dzieci, i my mamy czas dla siebie (czyli albo bierzemy dzieci, a weekendy ma je eks; albo ona ma je w tygodniu, a my w weekendy) ale zaden inny wariant niz tez zaproponowany przez eks nie jest brany pod uwage.
                            • altz Re: i co teraz? 08.05.11, 16:56
                              U mnie była już taka rozmowa. Trwała 5 sekund.
                              Powiedziałem, że inaczej sobie tego nie wyobrażam, niż mieszkanie z dziećmi i do tego już nie wracamy, bo nie ma po co. Wiem, że strony partnerki też mogę liczyć na takie, naturalne dla nas potraktowanie sprawy, nawet się o to nie pytam. Kiedyś tylko zasugerowała, że bardzo by chciała, żebyśmy byli w komplecie.
                            • tully.makker Dowozenie 09.05.11, 10:22
                              > Z dowozeniem to dla mnie problem o tyle, ze to znowu jest robienie tego co eks
                              > chce. Dla mnie sprawiedliwe byloby gdyby to ona przyjezdzala po dzieci, bo kto
                              > podjal decyzje o wyprowadzce? Nie chodzi u o 20 minut jazdy tylko dwie godziny.

                              Kiedy moj ex podjal decyzje o wyprowadzce do innego miasta, bylo dla mnie jasne, ze obciazenia zwiazane z kontaktem z synem musi wziac na siebie ( w praktyce i tak mnie to obciazalo, ae chodzilo o zasade). Doskonale rozuumiem twoj gniew w zwiazku z ta kwestia. Ale tu akurat sadze, ze sa duze sznase ze malzonek po przemysleniu sprawy stuknie sie w makowke.
                      • glasscraft Re: i co teraz? 08.05.11, 13:04
                        altz napisał:

                        > Sama sobie jesteś winna. Kto sieje wiatr, zbiera burze.

                        Pewnie, przeciez powinna zamknac buzie, brac wszystko na klate i prosic o wiecej. Bo wlasnie na tym partnerstwo w zwiazku polega, ze jedna strona strona ma sie podporzadkowac a druga rzadzic...
                        Nie zauwazyles, ze sredniowiecze sie kilka lat temu skonczylo?
                        • altz Re: i co teraz? 08.05.11, 13:14
                          > Pewnie, przeciez powinna zamknac buzie, brac wszystko na klate i prosic o wiece
                          > j.
                          Rozumiem, że to miał być żart?
                          Ja już napisałem, co sądzę na ten temat, nie przeczytałaś widać uważnie.
                          O tym czy mąż bierze dzieci do siebie nie dyskutuje się, o ile jest się w poważnym związku. O reszcie można już rozmawiać.

                          Jednej rzeczy tutaj nie widzę. Żona nie pracuje, nie chce podjąć pracy byle jakiej.
                          Nad tym warto pomyśleć, żeby się nie okazało w razie nagłej śmierci męża, że dopiero wtedy zaczną się poważne kłopoty. Dla mnie to jest lekkie podejście do życia i ja bym się nie odważył na coś takiego.
                          • glasscraft Re: i co teraz? 08.05.11, 15:27
                            A co ma jej praca albo jej brak wspolnego z ta sytuacja, bo jakos nie rozumiem? Dlatego, ze nie pracuje nie ma prawa brac udzialu w podejmowaniu decyzji, ktore maja zmienic jej zycie i jej dotyczyc? O ubezpieczeniu na zycie slyszales? W UK popularne, moze byc dolaczone do pozyczki na zakup domu...

                            Poza tym, ja odnosze sie to tej twojej wypowiedzi, w ktorej uznalez, ze potencjalna wina za rozpad jej malzenstwa bedzie calkowicie po jej stronie... nie odnosze sie do innych twoich wypowiedzi, bo podpisalabym sie pod nimi. Plus ty akurat zdanie zmienasz czesciej, niz niektorzy ludzie koszule...
                            • glasscraft Re: i co teraz? 08.05.11, 16:31
                              ... i co to za podejscie, ze o wzieciu dzieci przez meza sie nie dyskutuje... tylko sie laduje trojke dzieci bezdzietnej kobiecie na sile na glowe, zakladajac ze ona przejmie role matki (bo biologiczna matka ma siano w glowie)? Ja bym oczekiwala, ze moj M dyskutowalby na temat zamieszkania naszego babska z nami, a to tylko jedna pannica bez problemow zdrowotnych, w szkole itp. itd. To nie zakup kanapy do mieszkania, tylko radykalna zmiana zycia dla wszystkich zainteresowanych, wiec jak najbardziej sie dyskutuje!!!
                              • altz Re: i co teraz? 08.05.11, 16:42
                                To się mocno różnimy w tym względzie. Dlatego ja bym nie rozmawiał i bym zaakceptował, bo to nie jest zakup kanapy, dzieci są częścią człowieka, z którym jesteśmy. Można nie akceptować teściowej i nie chcieć z nią mieszkać, ale z dziećmi to już jest co innego.

                                Ja mogę nie akceptować pewnych zachowań dzieci, ale same dzieci akceptuję. Gdyby ktoś uciekał ze związku tylko dlatego, że trzeba się zająć dziećmi, matką, rodzeństwem itd., to to małżeństwo nie byłoby prawdziwe, a tylko na papierze.
                                Gdyby się tutaj żona mocno postawiła, to myślę, że to się skończy rozwodem, o ile facet ma trochę ikry, a raczej ma.
                                • bellinea Re: i co teraz? 08.05.11, 16:55
                                  W zupelnosci rozumiem to, ze dzieci sa czescia czlowieka, dlatego nie mowie, pozbadz sie dzieci i bedziemy szczesliwi. Ja tylko uwazam,ze dzieci maja ojca i matke. I nawet jak sa po rozwodzie to oboje maja rowne prawa do zalozenia nowej rodziny i bycia znowu szczesliwym. A ze sie ma wspolnie dzieci to sie nie podejmuje decyzji typu - to ja spadam a ty z dziecmi rob co chcesz, tylko sie pewne rzeczy ustala i idzie na kompromis.
                                  • ciociacesia no to ja ci sie blahaha 08.05.11, 18:19
                                    zasmieje w twarz
                                    tak to jest cholernie niesprawiedliwe
                                    tak oboje maja prawo do nowego zycia, oboje maja takie same obowiazki wobec dzieci. ale co zrobisz jak jedno ma bardziej pstro w glowie od drugiego?
                                    jak zmusisz do wykonywania obowiazkow?
                                    to tak jakbym moj biadolil ze nie mamy wolnych weekendow bo moj ex jest niewydolny pod kazdym wzgledem i ostatnio widzial dziecko w listopadzie. mam zawiesc do niego i jego nowej laski i pod drzwimi zostawic?
                                    chce miec wolne znajduje opiekunke albo podrzucam babci (no pod tym wzgledem mm akurat luxusowo)
                                    ja nie wiem czemu wy w takie dramatyczne tony wpadacie. rozumiem z dla twojego meza sprawa zamieszkania dieci z nim jest bezdyskusyjna (wiesz calkiem mozliwe ze to jest spelnienie jego modow - taka okazja do zamieszkania z dziecmi) reszte mozna i nalezy przedyskutowac, tylko nie tonem pretensji - ale ten tudno wyeliminowac, kiedy nad rozmowa kazda ciazy widmo tego ze 'to exia tak chce'. calkiem mozliwe ze twoj maz zgadza sie na wsZystko bo panicznie boi sie ze exia sie rozmysli
                                  • kittykitty Re: i co teraz? 08.05.11, 18:24
                                    ".....to nie zmienia faktu, ze mama trojki dzieci nie chce być"

                                    Bel, zdecyduj się wreszcie! W jednym miejscu piszesz, że zaakceptowałabyś bycie macochą całodobową w tygodniu o ile weekendy miałabyś wolne, a w drugim zdecydowanie oświadczasz, że nie chcesz taką macochą zostać.

                                    "A ze sie ma wspolnie dzieci to sie nie podejmuje decyzji typu - to ja spadam a ty z dziecmi rob co chcesz, tylko się pewne rzeczy ustala i idzie na kompromis".

                                    Może i tak, ale Ty niestety nie masz wpływu na postępowanie eksi. Te Twoje "tak nie powinno być, tak się nie robi itp" to po prostu myślenie życzeniowe. Powiem Ci coś ze swojego podwórka - mam dokładnie odwrotną sytuację: partnerka mojego eksa oświadczyła, że nie ma opcji, by mój syn zamieszkał kiedykolwiek z nią z moim eks. Też uważam, że to nie fair, bo tak się nie postępuje wiążąc się z dzieciatym facetem. No i co z tego? Ona tak powiedziała i już. Tak jak Twoja eksia. Więc ja modlę się, by mnie szlag nie trafił zanim mój syn nie osiągnie pełnoletności i samodzielności życiowej, bo gdyby coś mi się stało to być może wylądowałby w domu dziecka...

                                    • bellinea Re: i co teraz? 08.05.11, 18:50
                                      Kitty, wiem ,ze to wyglada jakbym zmieniala zdanie co chwile. To nie do konca tak, bo ja po prostu nie wiem jak decyzje podjac i kombinuje na wszystkie strony, rozwazam wszystkie mozliwosci. W glebi czuje, ze nie jestem na dzieci gotowa, ale rowniez nie chce zeby moje niechcenie nie doprowadzilo do rozpadu malzenstwa.
                                      • kittykitty Re: i co teraz? 08.05.11, 19:18
                                        No to może spróbuj? Zobacz jak będziesz się czuła, odejść zawsze zdążysz...

                                        Zakładając, że weźmiecie dzieci do siebie - moim zdaniem najważniejszy sprawdzian przed Wami. Bo w codziennym życiu nie tu pies pogrzebany kto będzie woził i odbierał dzieci do eksi 2 razy w miesiącu (to naprawdę w całokształcie jest pryszcz), ale jakim ojcem całodobowym okaże się Twój mąż tzn. ile i jakie obowiązki weźmie na siebie, a jakie będzie chciał zwalić na Ciebie. Na Twoim miejscu skupiłabym się na określeniu zasad Waszego codziennego funkcjonowania. Bo być może Twój mąż w ogóle nie chce żadnych wolnych weekendów, więc z góry opcja np. wynajęcia opiekunki po to, by wyjechać gdzieś na dwa dni tylko we dwoje odpada. Być może z góry odrzuci pomysł wynajęcia pomocy domowej (sprzątanie, pranie itp) wychodząc z założenia, że Ty to zrobisz itp.
                                        • orien Re: i co teraz? 09.05.11, 11:29
                                          podpisuje sie pod tym rekami i nogami...

                                          tak, to naprawde zalezy od tego, jak w praktyce opieke nad dziecmi widzi malzonek a jak autorka watku...
                            • altz Re: i co teraz? 08.05.11, 16:31
                              glasscraft napisała:
                              > A co ma jej praca albo jej brak wspolnego z ta sytuacja, bo jakos nie rozumiem?
                              To wytłumaczę. Pani powinna mieć swoje pieniądze i swoją pracę i to wypada wkalkulować w całą sytuację i zaplanować, czyli jest to dodatkowe utrudnienie.
                              Jasne, że ma prawo do decyzji.

                              > O ubezpieczeniu na zycie slyszales?
                              A cóż to jest, gdy nie ma się własnych pieniędzy? Kto to sponsoruje? wink

                              > Poza tym, ja odnosze sie to tej twojej wypowiedzi, w ktorej uznalez, ze potencj
                              > alna wina za rozpad jej malzenstwa bedzie calkowicie po jej stronie...
                              Nie uważam tak, tylko zupełnie rozumiem ojca dzieci, że nie odpuści opieki.
                              To trzeba zaakceptować, a z resztą trzeba się dogadać.
                              Ja niby zmieniam często zdanie? :o Raczej wszyscy mi mówią, że jestem stały, a nawet uparty.
                              • bellinea Re: i co teraz? 08.05.11, 16:47
                                Moza dla rozjasnienia sprawy. Jestem w Anglii od stycznia. Maz wiedzial, ze bede szukac pracy i szukam caly czas. wiedzial tez, ze w Polsce zostawiam stala dobrze platna prace na caly etat i na byle zmywanie garow w Anglii sie nie zdecyduje. To bylo ustalone przed slubem i przed przeprowadzka tutaj. Maz znajac stan swoich finansow zdecydowal, ze OK i damy sobie rade. Wiec to nie tak, ze przyjechala paniusia, siedzi w domu i piluje paznokcie i jeszcze sie chce dzieci pozbyc.
                                Jak dla mnie nijak sie to ma do mojego problemu, bo to czy mam pieniadze czy nie to nie zmienia faktu, ze mama trojki dzieci nie chce byc.
                                • orien szukanie pracy 09.05.11, 11:28
                                  w zaleznosci od tego, w czym masz wyksztalcenie i jakie doswiadczenie oraz jak dobrze znasz jezyk i czy jest zapotrzebowanie na twoje uslugi w miejscu, gdzie mieszkasz... od tego zalezy znalezienie dobrze platnej pracy, ktora do tego bedzie ciebie satysfakcjonowac. poza tym, rozwaz, jesli chcesz, opcje wybrania sie na jakis kurs doszkalajacy. Raz jeszcze, w zaleznosci od tego, jak latwo o prace w twoim regionie, ale opcja oposiadania kursu zrobionego w UK podnosi znacznie szanse na szybsze znalezienie pracy. Decyzja nalezy do ciebie.
                              • orien Re: i co teraz? 08.05.11, 18:20
                                tu nie jest kwestia odpuszczenia sobie opieki nad dziecmi. tu jest kwestia tego, ze szanowny malzonek robi wszystko pod dyktando ex-zony. i szczerze mowiac mnie tez sie nie miesci w glowie, ze pan malzonek ot tak przystal, ze dzieci bedzie do ex- zony wozic bo to _NIE_W_PORZADKU zeby ona po nie jechala. Ale - o czym autorka watku tlucze od poczatku - zachowanie ex i partnera jest nie w porzadku do autorki watku. Bo: pani mama moze wsadzic dupe w samochod i po dzieci przyjechac (nie trzeba wozic w te i we wte bo ex ma focha takiego), bo mozna dzieciom zorganizowac szkole w miejscu obecnego zamieszkania (jak sie chce) i jak rozumiem szanowny malzonek dostosuje swoj rozklad zajec pod dyktando dzieci (no, chyba ze opcja jest ze autorka watku ma wskoczyc w buty matki, bo tak i juz - co uwazam, ze jest ok, jelsi tego wczesniej sie nie przedyskutowalo. i chec opieki nad dziecmi ze strony ojca nie ma tu znaczenia...
                                A autorce watku moge zasugerowac li tylko: znajdz sobie prace jak najszybciej!
                              • glasscraft Re: i co teraz? 08.05.11, 18:25
                                altz napisał:

                                > glasscraft napisała:
                                > > A co ma jej praca albo jej brak wspolnego z ta sytuacja, bo jakos nie roz
                                > umiem?
                                > To wytłumaczę. Pani powinna mieć swoje pieniądze i swoją pracę i to wypada wkal
                                > kulować w całą sytuację i zaplanować, czyli jest to dodatkowe utrudnienie.

                                Aha, czyli dala ciala na calej linii, nie tylko suka bura nie chce byc matka dla cudzych (jej meza i eksi) dzieci, ale jeszcze len smierdzacy... zastanow sie, co ty opowiadasz moze...uwazasz, ze gdyby dziewczyna do pracy chodzila, to problem eksi pozbywajacej sie dzieci jakos by nie zaistnial?

                                > > O ubezpieczeniu na zycie slyszales?
                                > A cóż to jest, gdy nie ma się własnych pieniędzy? Kto to sponsoruje? wink

                                Bank sponsoruje, po tym jak tatus sie przeniosl na lono, bank wyplaca kase i nie trzeba sie martwic, bo sie wlasnie wtedy ma wlasnie pieniadze...
                                Ciagle nie rozumiem, jakie znaczenie maja pieniadze (albo ich brak) w sytuacji autorki (poza oczywistym, ze jakby je miala to moglaby chlopa kopnac w 4 litery, no ale przeciez chyba nie o to tutaj chodzi)...


                                > ...wina za rozpad jej malzenstwa bedzie calkowicie po jej stronie...
                                Nie uważam tak, tylko zupełnie rozumiem ojca dzieci, że nie odpuści opieki.

                                I dlatego wlasnie wyjechales z wiatrem i burza...
    • karolana Re: i co teraz? 07.05.11, 10:51
      bellinea napisała:
      > Teraz eks chce sie wyprowadzic zdala od naszego miejsca, a ze nie c
      > hce dzieciom zmieniac szkoly to chce je wprowadzic do nas. Jakiekolwiek argumen
      > ty rozsadnego i w miare sprawiedliwego podzialu rodzicielakich obowiazkow nie w
      > chodza w rachube, bo jak eks oswiadczyla 'musi dbac o swoje szczescie'.

      O bosz... daczego "moja" ex tak nie zrobi....
      Rozumiem, że dla Ciebie to problem, ale jak piszą tutaj - pewnie szanowna pani zmieni zdanie, kiedy uzmysłowi sobie, że jeśli "odda" Wam dzieci, będzie musiała płacic alimenty... Zapewne do tej pory dostawała pieniądze (jedno dziecko z Wami, dwoje z nią, czyli na jedno musiała dostawac kasę), więc nie bardzo widzi sprawę od tej strony.
      Powodzenia
    • rybkka24 Re: i co teraz? 08.05.11, 11:01
      mąż wyraźnie Ci oświadczył że Twoje zdanie i potrzeby są na ostatnim miejscu po dzieciach i szanownej ex.na tym dobrego związku się nie zbuduje.może facet nie powinien na razie być w żadnym związku tylko skupić się na dzieciach i się podpasowywać pod życzenia i plany ex.
      a jak dzieci osiągną odpowiedni wiek z ok.10 lat to niech się rozgląda.
      • altz Re: i co teraz? 08.05.11, 11:21
        rybkka24 napisała:
        > mąż wyraźnie Ci oświadczył że Twoje zdanie i potrzeby są na ostatnim miejscu po
        > dzieciach i szanownej ex.

        Takie teksty i napędzanie konfliktu w niczym nie pomogą.
        Z pewnością mąż się pogubił trochę, ale jakie ma wyjście? Dzieci chce wziąć i musi to zrobić, bo to dzieci są zagrożone, a nie dorośli, innego wyjścia nie ma.
        Niech się szanowna Autorka wątku nie da wciągnąć w czyjeś problemy, usiądzie z mężem zrobi herbatę i porozmawia spokojnie nad wyjściem, które usatysfakcjonuje wszystkich.
        Osobiście wierzę, że to jest poważny związek, a nie wspólne wczasy, gdy komuś coś nie pasuje, to się zwija i ucieka gdzie indziej.
    • rybkka24 Re: i co teraz? 08.05.11, 11:17
      albo niech sobie weźmie kobietę z gromadką dzieci która trzęsie się i leci na każde pierdnięcie jej eks męża.
      może wtedy przejrzy na oczy jakie miał ograniczone myślenie albo wręcz przeciwnie będzie w związku ale oboje będą skakać wokół byłych.
      tak też można.ile ludzi tyle układów.
    • tully.makker jedno mnie fascynuje 08.05.11, 19:01
      Matka, ktora chce oddac dzieci ojcu jest tu odsadzana od czci i wiary. A przeciez wiekszosc ojcow tak postepuje podczas rozwodu i niekt sie temu nie dziwi, ani nie bulwersuje. Te podwojne standardy...
        • kittykitty Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 20:53
          To prawda, że zazwyczaj ci chętni ojcowie w sądzie przegrywają.

          Nie mniej jednak, ci chętnie stanowią nikły procent wszystkich rozwodzących się facetów. Tu się zgodzę z tully - dla większości to oczywiste, że dzieci zostają z matką. Jak wygląda standardowe rozstanie? Jeśli wyprowadza się on - po prostu pakuje walizkę i wychodzi. Jeśli wyprowadza się ona - zabiera ze sobą nie tylko walizkę ale również dziecko.
          • glasscraft Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 20:59
            kittykitty napisała:

            > .... Jeśli wyprowadza się ona - zabiera ze sobą nie tylko walizkę ale również dziecko.

            I silne postanowienie, zeby sk...wielowi dokopac za wszelka cene, rozniez do tego uzywajac dziecko.
            • kittykitty Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 21:49
              Tu się zgodzę. I stąd tak wiele na tym forum historii o tym, jakie jazdy urządzają eksie eksowi i jego nowej partnerce nie bacząc na krzywdę wyrządzaną takim postępowaniem własnym dzieciom.
              • nangaparbat3 Re: jedno mnie fascynuje 29.05.11, 11:11
                Ale chyba nie zaprzeczysz, że kobieta wyprowadzająca się z domu z dzieckiem (co często znaczy po prostu: uciekająca) niejednokrotnie doświadczyla wcześniej dokopania ze strony tego, od kogo się wyprowadza? I że po tego typu doświadczeniach nie jest nieuzasadniona chęć chronienia dziecka przed tatusiem?
          • polifonia1983 Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 22:29
            Bo w Polsce to oczywiste, że dziecko zostaje z matką. Więc jak kobieta się rozwodzi, to mówi się, że facet był sk... i robi to dla dziecka, a jak facet się rozwodzi, to jest sk... i porzuca rodzinę. Mnie męczy uogólnienie, że kobieta ma powód do rozwodu, a facet zawsze tylko zakochuje się, albo żona mu się nudzi.
            Jasne, nie wszyscy faceci nadają się na ojców. Ale ponieważ dzieci zostają z matkami, nikt nie mówi głośno, że mnóstwo kobiet jest kiepskimi matkami.
            • edw-ina Re: jedno mnie fascynuje 09.05.11, 09:37
              Mnie interesuje natomiast gdzie jest granica pewnych sytuacji. Tj. - ja wychodzę z założenia, że jeśli chce się być korespondentem wojennym, to nie zakłada się rodziny. Tak samo nie wchodzi się w nowy związek, skoro podporządkowuje się obecne życie przede wszystkim związkowi zakończonemu. To straszny egoizm uznawać, że można drugą osobą dysponować i ustawiać ją według własnych potrzeb. Myślę, że częściowo stąd biorą się koszmarne macochy i koszmarni ojczymowie - ponieważ ich w pewnych tematach się pomija.
              Tully często pisze, że partnera - jeśli nie spełnia oczekiwań względem dzieci - można zmienić na innego. Ok. Zrozumiałe - decydując się na posiadanie dzieci dobrze mieć świadomość, że przez ileś tam kolejnych lat stanowią główny temat troski, zainteresowania itp. Z drugiej strony, skoro nie można zrównoważyć sytuacji dzieci-partner, dawne życie- nowe życie to decyzja o związku z kimś jest kolejnym przejawem egoizmu, bo ma to niewiele wspólnego z partnerstwem, a więcej z podporządkowaniem.
              I sądzę, że przykład autorki wątku jest tu bardzo adekwatny: mogłaby być dobrą, kochającą partnerką i prawdopodobnie dobrą macochą, która być może sama stwierdziłaby, że dzieci partnera powinny zamieszkać z nimi, a ona dodatkowo obdarzy je szczerą życzliwością i sympatią, ale nikt nie dał jej na to szansy, ponieważ mąż, z którym układała sobie życie uznał po prostu, że ma być jak chce on i koniec kropka.
              Poza tym czytając wiele wątków mam naprawdę poważne wrażenie, że ludzie strasznie szybko i bezrefleksyjnie decydują się na związki na śmierć i życie.
              • tully.makker Re: jedno mnie fascynuje 09.05.11, 10:32
                Tak samo nie wchodzi się w nowy związek, skoro podporządkowuje się o
                > becne życie przede wszystkim związkowi zakończonemu.

                No ale chyba jest zasadnicza roznica miedzy nadmiernym uleganiem bylemu malzonkowi, a realizacja potrzeb dzieci? O ile temu pierwszemu mowimy nie wink, to juz ta druga kwestia jest - dla mnie - bezdyskusyjna. Ale tez pamietajmy, ze czym innym jest oczekiwanie, by partner zrozumial, czym jest dla rodzica rodzicielstwo, a czym innym uczynienie partnera bez jego zgody zastapczym rodzicem, ze szczegolnym uwzglednieniem zwalenia na niego wiekszosci obowiazkow, bo i takie proby mozna obserwowac w roznych rodzinach zrekonstruowanych.
                • edw-ina Re: jedno mnie fascynuje 09.05.11, 11:02
                  Ale ja właśnie o tym mówię - czym innym jest akceptowanie faktu, że partner/partnerka mają dzieci, obowiązki itd, a co za tym idzie ich życie różni się od życia osoby bez takich zobowiązań, a czym innym uznanie, że skoro ma się za sobą nieudany związek, dzieci z tego związku to MI SIĘ NALEŻY: 100 proc. akceptacji każdego pomysłu i każdej potrzeby, podporządkowanie twoich potrzeb mi i moim potrzebom itd. Dlatego o osobach z takimi pomysłami mówię "święte krowy".
                  Ze słynnymi tekstami: nie zostawię dla ciebie dzieci, bo to chodzi o dzieci itd. Tak naprawdę często te dzieciaki są tylko zasłoną dymną dla potrzeby stawiania na swoim.
                  • nangaparbat3 Edwina 29.05.11, 11:15
                    a czym innym uznanie, że skoro ma się za sobą nieudany związek, dzieci z tego związku to MI SIĘ NALEŻY:

                    Moze po prostu dlatego ma się za sobą nieudany związek, że nasza postawa życiowa polega na: mi się należy?
                    • edw-ina Re: Edwina 29.05.11, 13:18
                      Ja nie wiem, dlaczego rozpadają się związki. Mój jedyny wcześniejszy (poważny) związek nie rozpadł się akurat przez egoizm któregokolwiek z nas, tylko raczej przez świadomość, że zostając ze sobą wyrządzimy sobie krzywdę - więc bliżej temu do dziwnie pojętego altruizmu. Gdybym miała jednak wyliczyć kilka przyczyn, które (w mojej oczywiście opinii) sprawiają, że związek się rozpada, to powiedziałabym, że:
                      - przekonanie, że miłość się nie zmienia i że sama miłość jest odpowiedzią na wszystko. Że miłość kogoś zmieni i jest największą rękojmią udanej relacji
                      - skupianie się na sobie i przekonanie, że ma się najwłaściwszą wizję życia i związku i tej drugiej osobie należy tę wizję wpoić. Ustawianie partnera według swoich potrzeb, bez liczenia się z nim
                      - niechęć do budowania głębokich relacji i udawanie, że wyłączność seksualna oraz wspólne konto świadczą o nierozłączności
                      - niedojrzałość i pochopne podejmowanie decyzji o związku


                      Nie wiem, jak jeszcze potoczy się mój związek i ile błędów z tych, które tu wymieniłam sama popełnię, ale jako durna idealistka chciałabym wierzyć, że niezależnie co się w moim związku wydarzy nie skoczymy sobie do gardeł. Przynajmniej staram się nad tym pracować.
              • morel37 Re: jedno mnie fascynuje 12.05.11, 11:32
                ooo to to. jesli zakladam nowa rodzine bo w starej mi nie wyszlo to nie moge zyc tak jakbym nowej rodziny nie mial. bo jesli tak zyje to znaczy ze mi ta nowa jest nie potrzebna.
                dzieci sa zawsze NAJWAZNIEJSZE ale nie az tak zeby zmieniac dla nich WSZYSTKO. dla dziecka dopasuje czesc swojego zycia , ale nie przyporzadkuje dziecku WSZYSTKIEGO. nie wyrzekne sie siebie dlatego ze mam dziecko.i to samo dotyczy dzieci partnera.akceptuje.wiem ze ma w wielu rzeczach pierwszenstwo. moge przymknac oczy.zacisnac zeby (bo niemoje to bardziej mnie wkurza hehe)ale jest JEGO dzieckiem.natomiast nie moze byc tak ze nie mozemy miec wlasnych planow bo ex nigdy nie wie kiedy bedzie miala dobry humor.
                u nas niestety w kraju kto ma dziecko ten ma wladze.ale ta osoba ktora mieszka bez dziecka
                jesli poswieci sie tylko dzieciom, na nowe zycie nie ma szans. a dzieci i tak - przyjdzie taki moment- tego nie docenia. no moze jak beda po 30wink to usiada i podziekuja. w przedziale 17-25 beda miec to wszystko w nosie. a tatus zostanie sam z reka w nocniku.
      • glasscraft Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 20:57
        Mnie tez, bo ona nie chce oddac, ona sie ich pozbywa, bo w poszukiwania szczescia jej przeszkadzaja... Masz jakies wiarygodne dane statystyczne na temat tego, ilu ojcow chcialoby miec dzieci u siebie i ilu z sie to udaje, wiarygodne a nie takie "widzimisie-a'la-tully-makker"...
        • ciociacesia ja tak sobie gdybam 08.05.11, 21:03
          ze ten tu omawiany tata baardzo chce miec dzieci u siebie w zwiazku z czym przystac jest gotow bez dyskusji na wszelkie 'dodatkowe obostrzenia' ze strony ex a kazde slowo sprzeciwu czy watpliwosci traktuje jako smiertelne zagrozenie jego szczscia rodzinnego
        • kittykitty Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 21:58
          Nie mam statystycznych danych, a Ty?
          Wnioskuję natomiast po historii własnej (z pewnością niemiarodajnej, ale boleśnie prawdziwej) oraz wielu znajomych bliższych i dalszych, pochodzących z różnych kręgów towarzyskich i nie powiązanych ze sobą w żaden sposób. Może niesłusznie, ale dla mnie to taka próbka populacji... Spośród nich tylko jeden facet chciał przejąć opiekę nad dziećmi a bojąc się, że jej nie otrzyma zrezygnował z rozwodu i trwa dalej w martwym uczuciowo związku.
          • glasscraft Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 22:06
            Ja tez nie, natomiast wkurza mnie kiedy ktos z pozycji pseudo autorytetu stwierdza, ze norma jest to, ze facet to zlamas, ktory zawsze wypisuje sie z zycia dzieci, a kobieta jest heroina, co to krew z zyl wypusci zeby dzieci nakarmic. Zeby tylko zycie takie czarno-biale bylo....

            I tak, oburza mnie matka ktora pozbywa sie dzieci, bo jej przestaly do dziennego grafiku pasowac i bedzie szantazowac swoim postepowaniem ojca tych dzieci, ktory tylko pewnie o tym sni, zeby dzieci z nim byly, ze jak sie nie zgodzi na jej odpaly, to z tego nici... i tak samo oburza mnie ojciec, ktory rozwadzac sie z matka dzieci rozwodzi sie tez z dziecmi i zapomina, ze je znal.
            • kittykitty Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 22:26
              " ...wkurza mnie kiedy ktos z pozycji pseudo autorytetu stwierdza, ze norma jest to, ze facet to zlamas, ktory zawsze wypisuje sie z zycia dzieci, a kobieta jest heroina, co to krew z zyl wypusci zeby dzieci nakarmic. Zeby tylko zycie takie czarno-biale bylo.... "

              Nigdzie nie posłużyłam się takim stwierdzeniem.
              Napisałam tylko jak zazwyczaj wg mnie wygląda kwestia rozstań i to, że wielu facetów, a może nawet większość jako normę i oczywistość traktuje to, że dzieci zostają przy matce. Zostają tzn. zamieszkują z nią na stałe, co niekoniecznie oznacza, że ojciec kompletnie się wypina na dzieci i nie utrzymuje z nimi kontaktu! Wydaje mi się również, że niektóre z tych rozwiedzionych kobiet to chętnie by dzieci eksowi oddały, tylko nie robią tego z obawy co ludzie powiedzą!
              • polifonia1983 Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 22:35
                Mojemu na początku też nie przyszło to do głowy. Wydawało mu się, że skoro dziecko jest maleńkie, to potrzebuje matki bardziej niż jego. A potem, jak już zobaczył, co się z dzieckiem dzieje, chciał to zmienić, a adwokat powiedział mu, żeby nie był idiotą, bo w ogóle nic nie dostanie od sądu. I kazał czekać, aż dziecko dorośnie.
                • karolana Re: jedno mnie fascynuje 10.05.11, 13:01
                  polifonia1983 napisała:

                  > Mojemu na początku też nie przyszło to do głowy. Wydawało mu się, że skoro dzie
                  > cko jest maleńkie, to potrzebuje matki bardziej niż jego. A potem, jak już zoba
                  > czył, co się z dzieckiem dzieje, chciał to zmienić, a adwokat powiedział mu, że
                  > by nie był idiotą, bo w ogóle nic nie dostanie od sądu. I kazał czekać, aż dzie
                  > cko dorośnie.

                  I to jest coś, co mnie rozkłada na łopatki.
                  Facet ma grzecznie godzić się na wszystko, sypać kasą z rękawa, znosić fochy ex i czekać aż dziecko dorośnie.
                  Tylko że jak dziecko dorośnie, to ani tatuś, ani dziecko nie odzyskają straconego czasu, nie naprawią zniszczeń, które zostały dokonane. Ale kogo to interesuje. Przecież dzieci i ryby głosu nie mają, a tylko ta osoba, która URODZIŁA potrafi prawdziwie kochać (cytat z naszej ex). I wszyscy mają w odwłoku co się naprawdę dzieje. Ważne, że matka nie ćpa, dziecko nie chodzi w zimie w trampkach, nie ma śladów przypalania papierosem i nie żebrze w przejściach podziemnych. Reszta to drobiazgi. Mamusia jest tylko jedna. I nawet pracować nie musi. Przecież tatuś ma OBOWIĄZEK alimentacyjny.
                  Nieważne, ponosi mnie.
                  Miłego dnia.
                  • morel37 Re: jedno mnie fascynuje 12.05.11, 11:21
                    ja powiem taK: jako kobieta uwazam ze faktycznie dziecko na pewnym etapie bardziej potrzebuje matki.ale. pozniej ojciec jest bardziej dziecku potrzebny niz matka. takie sa prawa psychologii.tylko matki nie potrafia tego pojac. matki zaslepione nienawiscia.nasza ex uwaza ze najlepiej by bylo gdyby moj maz zapomnial o dziecku bo niepotrzebnie miesza dziecku w glowie.miesza: czytaj : intersuje sie, przywozi do nas,uczy wielu rzeczy, rozmawia o waznych sprawach, o milosci, o przeszlosci itd, i wedlug ex "zgrywa" dobrego tate.
                    ex chcialaby zeby zniknal bo ona ma juz swoja rodzine.i chcialaby zeby dziecko za te jedyna rodzine uwazalo wlasnie te z nia.do tego stopnia ze przy nowych znajomych dziecko ma zakaz przyznawania sie ze nowy tata nie jest prawdziwym.
                    oczywicie matka nie zdaje sobie sprawy ze dziala na wlasna niekorzysc bo dziecko juz nazywa ja dziwna.aczkolwiek matka jest zawsze matka.jaka by nie byla.
                    ale znam facetow ktorzy wygrali prawo do opieki nad dzieckiem. niestety dla dziecka trwalo to 5 lat.i na pewno nie zostanie bez wplywu.moj maz powiedzial ze w taki sposob walczyc nie bedzie bo woli zeby dziecko mialo tamta rodzine i zylo w spokoju niz w stanie permanentnej wojny i nienawisci.
                    natomiast uwazam ze kary dla matek egoistek powinny byc i jesli prawo bylo by jasne na 100% nasza sprawa dawno bylaby w sadzie.
                    • missasistant Re: jedno mnie fascynuje 12.05.11, 12:12
                      > nasza ex uwaza ze najlepiej by bylo gdyby moj maz zapomnia
                      > l o dziecku bo niepotrzebnie miesza dziecku w glowie.miesza: czytaj : intersuje
                      > sie, przywozi do nas,uczy wielu rzeczy, rozmawia o waznych sprawach, o milosci
                      > , o przeszlosci itd, i wedlug ex "zgrywa" dobrego tate.

                      O to to! Mojego ex poprosiła kiedyś, żeby się wycofał, a najlepiej w ogóle zniknął, bo ona ma nowego faceta, który będzie dobrym ojcem i lepiej nie mieszać dziecku w głowie. No to się wycofał. A po latach, po odnowieniu kontaktu, ex nagle zaczęła używać argumentów "teraz? a gdzie ty byłeś przez te wszystkie lata?!".
              • glasscraft Re: jedno mnie fascynuje 08.05.11, 22:40
                Kitty, nie Ty pisalas - tutaj oryginalny post, na ktory odpowiadalam, ktory podpisuje sie pod ta chora "norma":
                "Matka, ktora chce oddac dzieci ojcu jest tu odsadzana od czci i wiary. A przeciez wiekszosc ojcow tak postepuje podczas rozwodu i niekt sie temu nie dziwi, ani nie bulwersuje. Te podwojne standardy...
          • karolana Re: jedno mnie fascynuje 10.05.11, 12:52
            kittykitty napisała:

            > Nie mam statystycznych danych, a Ty?
            > Wnioskuję natomiast po historii własnej (z pewnością niemiarodajnej, ale boleśn
            > ie prawdziwej) oraz wielu znajomych bliższych i dalszych, pochodzących z różnyc
            > h kręgów towarzyskich i nie powiązanych ze sobą w żaden sposób. Może niesłuszni
            > e, ale dla mnie to taka próbka populacji... Spośród nich tylko jeden facet chci
            > ał przejąć opiekę nad dziećmi a bojąc się, że jej nie otrzyma zrezygnował z roz
            > wodu i trwa dalej w martwym uczuciowo związku.

            No cóż, żyję w dziwnym świecie w takim razie, ponieważ znam przypadków mniej więcej pół na pół jeśli chodzi o CHCENIE. Bo decyzje sądów...
            Pozostawię bez komentarza.
      • yestemin Re: jedno mnie fascynuje 29.05.11, 01:37
        Śledziłam ze sporymi emocjami ten wątek, kiedy się rozwijał. Poczułam, że czas na mój pierwszy post. Niestety trochę mi zeszło wink

        Ja tam nie wierzę w "równouprawnienie". I uważam, że tatuś nie równa się mamusia (oczywiście zapewne bywają wyjątki).
        Edw-ina przytoczyła tu anegdotkę o znajomym filozofie, wg którego facet na pierwszym miejscu stawia kobietę. Moje doświadczenia potwierdzają tę tezę.
        A co do tego kto ma jakie wobec dzieci obowiązki, powiem tak: To matka jest w pierwszym etapie życia dziecka (wg mnie do około 9 roku życia) najważniejszą dla niego osobą i to zaburzenia więzi z nią właśnie najsilniej rzutują na zdrowie psychiczne dziecka! Psychologia już dawno odkryła ten związek. Na początku dziecko wręcz utożsamia się z matką (i nie wiem jak Wam, ale mnie nie wydaje się to dziwne - w końcu tworzyło z nią niemalże jeden organizm przez 9 mies.). Z czasem dopiero uczy się swojej odrębności.
        Opowiem Wam też własną historię. Moja pasierbica została "porzucona" przez obojga rodziców (tak naprawdę każdego z osobna, bo oni się rozstali) w wieku około 2 lat (trafiła do babci, rodzice ją odwiedzali raz na czas). Kogo całe życie szuka? Matki - we wszystkich kobietach. Kogo wini? Matkę. Czego się boi? Porzucenia przez matkę (obecnie - mnie).
        Odkąd zamieszkaliśmy razem (2 lata temu), widziałam litry łez i godziny histerii, których przyczyną było właśnie to niegdysiejsze porzucenie przez matkę. Tata jest cały czas na drugim planie, jak cień. Choć jest teraz dobrym, kochającym tatą, jej wciąż brakuje... matki (ja w tę rolę nie umiem wejść i po milionach różnych prób i kryzysów zostałam ciocią; zresztą mamusia jest i córcię odwiedza celem zakupienia jej prezentów).
        Może uznacie mnie za paskudną antyfeministkę i zarzucicie, że chcę bronić mojego faceta, ale uważam, że facet porzucający dziecko to lekkoduch, natomiast matka czyniąca to samo to wyrodna matka - najgorszy gatunek człowieka.
        Obserwując emocjonalne skrzywienia naszej małej mam ochotę odwiedzić jej matkę z siekierą i kompletem noży kuchennych.
        Ja, która nie umiem być dla niej matką, może tez powinnam się pochlastać, ale usprawiedliwiam się tym, że do cholery jestem tylko macochą. Wiem, że wiele z Was dobrze mnie rozumie...
        Na marginesie dodam, że czasem zastanawiam się, czy ta k**** nie byłaby dobrą matką (tzn. nie porzuciłaby dziecka), gdyby jej wtedy nie porzucił facet (czyli mój partner)... Odzywa się we mnie wówczas solidarność jajników i to mnie powstrzymuje przed złożeniem jej wspomnianej wizyty z siekierą.
        • nangaparbat3 Re: jedno mnie fascynuje 29.05.11, 11:26
          Matka, która porzuca swoje dziecko, prawie na pewno została w dzieciństwie porzucona (w mniej lub bardziej dosłownym znaczeniu) przez własną matkę. Mnie takich kobiet bardzo szkoda - jednocześnie jednak wiem, jakim nieprawdopodobnie grubym murem się obwarowują. Smutne.
        • tully.makker Re: jedno mnie fascynuje 29.05.11, 19:01
          Wybacz, ale uwazam, ze piszesz bzdury. Oczywiscie, w naszej kulturze trudniej jest byc zaangazowanym ojcem, niz zaangazowana matka, probemem tez czesto jest, ze mezczyzna wcale tego nie chce.

          Ale - jesli chce - mam w domu takiego wlasnie faceta, ktory chce. jego corka, mimo ze mieszka z matka, ma jednak chyba silniejsza wiez z ojcem, czy nawet ze mna, niz z wlasna matka. Co do naszego wspolnego dziecka, to mialam okazje obserwowac, jak ojciec taka wiez wypracowuje - od uczestnictwa w porodzie, przytulenia sie do malucha, gdy klada go na brzuchu mamy, przez towarzyszenie mu na badanie, wazenie i mierzenie, gdy mame skladaja do kupy. Potem pierwsza kapiel - mielismy pojsc razem, ale skonczylo sie moim zaslabnieciem przy probie wstania z lozka... Tata dokonal pierwszej kapieli kilka godzin po narodzinach, zalozyl pierwsze ubranko, pierwsza pieluche. Owszem, nie karmil, ale za to zawsze przewijal, nawet w srodku nocy. Wsciekleniec nie polezal w lozeczku nawet 5 minut, gdy tata byl w domu, lezal wylacznie na klacie taty. na spacerach z udzialem taty nie spedzil w wozku ani chwili, dopoki nie zapadla ciezka zima - wczesniej caly czas byl prze tate niesiony i obsciskiwany.
          Oczywiscie, ze mna tez laczy go gleboka wiez, ale sadze, ze brak ojca bylby dla niego takim samym nieszczesciem, jak brak matki.
          • yestemin Re: jedno mnie fascynuje 30.05.11, 09:41
            Może i piszę bzdury, ale poparte własnymi doświadczeniami...
            Każdy inaczej postrzega świat. A kto ma prawo do jedynego słusznego światopoglądu?

            Ja opisuję moje obserwacje i uczucia. Oczywiście, że patrzę przez pryzmat swojego światopoglądu, który jak widać jest momentami antyfeministyczny tongue_out
            Każdy doświadcza życia na miarę swojego o świecie pojęcia. Moje spojrzenie jest wypatrzone - wedle Twojej normy. Pozostaje mi tylko pozazdrościć Twojej normalności.

            A tak w ogóle niech moje "bzdury" skomentują Ci, którzy mieli tę wątpliwą przyjemność obserwować dramat porzuconego dziecka. Moja pasierbica zdaje się w tym wszystkim słabiej "zauważać" tatę. Może dlatego, że po prostu jest o niebo lepszy i bardziej oddany niż mamusia? Może tylko ona tak ma? Fakt faktem, że kochający tata nijak nie zastępuje jej mamy i nie jest w stanie swoimi czułościami zapełnić tęsknoty za Matką (chodzi mi tu o taką ogólną, bezosobową, bo za swoją tęskni sporadycznie dopiero od niedawna, odkąd zaczęła ją w ogóle lubić). To, że jest "spaprana" psychicznie, to niestety nie jest moja fantazja (kto nie wie, jak porzucenie wpływa na psychikę dziecka, odsyłam np. do teorii J. Bowlby'ego). A ja jestem w centrum tego wszystkiego, radzę sobie średnio i szukam winnego, którego będę mogła ukamienować. Proste, że swojego faceta nie zarżnę tongue_out Żarty żartami - pewnie jest w nich ziarenko prawdy - ale ja tego winnego znajduję na wyraźne wskazanie pokrzywdzonej, nie tylko na moją wątpliwą dla Ciebie logikę...
            • tully.makker Re: jedno mnie fascynuje 30.05.11, 12:26
              Utrata ojca moze byc dla dziecka taka sama tragedia, jak utrata matki. A twoje pretensje, ze exia nie miala prawa dac w dluga, podczas gdy twoj partner maila pelne prawo porzucic rodzine i to zaden problem, to wybacz, ale sa po prostu smieszne. Rodzicielstwo to odpowiedzialnosc obojga rodzicow.
            • yestemin Re: jedno mnie fascynuje 30.05.11, 15:22
              To ja jeszcze skomentuje sama siebie: Pewnie w ogóle nie warto szukać winnych tylko iść do przodu. Niestety jak się samemu ma poczucie winy, to człowieka kusi, żeby zrzucić to na kogoś...

              Pointując mogę tylko przestrzec przyszłe macoszki całodobowe, a w tym autorkę wątku, że może być ciężko uncertain Ale nie musi wink
          • morel37 Re: jedno mnie fascynuje 30.05.11, 13:25
            ah tully ..te teorie o budowaniu wiezi...to dopiero sa bzdury..bo w takim razie zadne z nas doroslych powyzej 30 nie mialo by wiezi z ojcem.nie tedy droga. moje dziecko osobiste nie widzialo ojca w trakcie porodu, nie klad go ojciec mu na brzuchu moim ..ba.ja sama jak przez mgle pamietam to co sie wydazylo tamtego dniawink a nie zauwazylam zeby ojciec nie zbudowal sobie wiezi z dzieckiem.
            zgodze sie z toba ze wiez mozna zbudowac ale nie chce mi sie nawet sluchac tego wsyztskiego o porodach , i budowaniu wiezi od tej chwili bo znam ojcow ktorzy wlasnie przez wspolny porod stracili wiez z matka dziecka.
            nie da sie ujednolicic takich trudnych emocji.

            ale ja tez surowiej ocenilabym matke porzucajaca swoje dziecko niz ojca ktory je porzucil/opuscil itd. co nie znaczy ze skladam im jakiekolwiek poklony. nie dorosli do dziecka obije skoro potrafil ito zrobic.natomiast MATKA to matka. w naturze u zwierzat gdy matka porzuca dziecko to po prostu ginie.taki lajf.
            mezczyzni zyja w innym swiecie emocji. zdecydowanie wiekszosc mezczyzn latwiej radzi sobie ze strata. potrafi funkcjonowac w swiecie OD NOWA.i to nie wynika z ich brak userca tylko z roznicy pomiedzy emocjami.

            widzisz. kobieta ktorej odbierze sie dziecko czesto nie potrafi oddalezc sie w nowym zyciu juz nigdy.nie potrafi zbudowac nowego zwiazku. nie potrafi kochac drugiego dziecka. facet ktoremu odbiera sie dziecko (a tak dzieje sie w wiekszosc rodzin ktore sie rozstaja ze to kobieta zabiera facetowi dziecko bo czym jest te klika spotkan czesto z laski) potrafi zalozyc nowa rodzine, potrafi sie zaangazowac i czesto nowe dziecko kocha mocno i od razu bezwarunkowo bo wie co to jest strata. ale nie siediz nie placze nie rozpamietuje.po prostu idzie do przodu.

            a co do tego czy brakowalo by ojca dziecku tak samo jak matki. to moze niech odpowiedza na to te kobiety, ktore dawkuja swoim bylym widzenia z dziecmi i uwazaja ze dziecko nie teskni za tata bo o nim nie mowi, ze dziecku wystarczy ojczym ktory jest na codzien. no poplemizuj z nimiwink bo one uwazaja dokladnie odwrotnie niz ty: ze brak ojca nie jest dla ich dziecka zadnym nieszczesciem.


            a czytajac jeszcze powyzej post tak sie zastanawiam.ze u nas troche tez tak jest.dziecko przyjedzdza DO NAS. przy czym jesli by mnie akurat nie bylo bylo by srodze ZAWIEDZIONE. i chociaz dbam o to zeby dziecko spedzilo z ojcem jak najwiecej czasu sam na sam, to wiem ze dziecko chce mojej obecnosci i troche tak teraz sie zastanawiam ze robiaz wspolnie rozne rodzinne rzeczy dajemy mu to czego w tamtej uwazanej przez ex za szczesliwa rodzine nie ma. ma zal do mamy ze nie robi z nim tego co ja z nim robia.przy czym na prawde nie robie nic takiego szczegolnego.nic czego nie robie z wlasnym czy z innymi dziecmi. najbardziej chodzi o czas poswiecony dziecku.o rozmowy.a ex mimo ze ma czas to na cos takiego czasu nie ma.i wiem ze chociaz dziecko teskni za swoja mama jak jest u nas to teskni za naszym zyciem jak jest tam tylko ze jak kazde dziecko paczłorkowe ma zdolnosc do rozdzielenia sobie tego zycia i przystosowania sie do okolicznosci.amen.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka