mandy2002
27.04.17, 13:23
Mam już dość mojej matki. Przedstawię w skrócie sytuację.
Moja rodzina mieszka w innym mieście 300 km ode mnie. Ojciec od zawsze był alkoholikiem, matka niby coś tam robiła, niby chciała odejść, ale ostatecznie nie odeszła i wybrała zostanie z ojcem mimo moich próśb i błagań żeby się rozwiodła praktycznie odkąd skończyłam podstawówkę. Bardzo wcześnie walczyłam o to żeby wyprowadzić się z domu. Już na studiach mi się to udało, znalazłam pracę i od 3 roku studiów zamieszkałam z chłopakiem, ale wtedy jeszcze w tym samym mieście. Rzadko przyjeżdżałam do domu. Nienawidziłam wszelkich świąt i uroczystości bo zawsze, ale to zawsze na tych spotkaniach były jakieś kwasy. No ale matka zawsze "truła" żeby przyjechać do nich w święta, urodziny itd. A ja nie miałam siły odmówić. Męczyłam się za to strasznie, bo ona też była toksyczna. Jak urodziłam dziecko to mówiła, że przejdzie na wcześniejszą emeryturę żeby pomóc, chciała mi wozić obiady przez całe miasto (godzina autobusami), mimo że ja tego wszystkiego nie chciałam - a ona swoje: że ona się poświęci, że ma tylko mnie itd. W końcu powiedziałam że dopóki mieszka z alkoholikiem moja noga w tym domu już nie stanie, a tym bardziej nie przyprowadzę tam dziecka. A matka powiedziała, że ona ojca nie zostawi bo chociaż zakupy zrobi itd. i dzwoniła z pytaniem czy może przyjść przed świętami (mimo że zaprosiłam ją na święta) bo to, bo tamto... a prawda była taka że bała się ojca który w święta miał wolne i był w domu. Kilka lat temu przeprowadziliśmy się do innego miasta 300km od rodzinnego. Było cudowanie że jak to czemu, że może sobie tylko na wakacje pojedziemy, a potem wrócimy, że ona przecież pomoże przy dziecku itd... A ja najchętniej zerwałabym wtedy kontakt z całą tą rodzinką. W końcu jakoś przyjęła że wyprowadziłam się i koniec i że nie wrócę. To zaczęło się trucie kiedy do niej przyjadę - mówię, że nigdy (zawsze też mówię że zapraszam do siebie) - z tego samego powodu co zawsze. Wydzwania do mnie, mówi że jej smutno, że za mną bardzo tęskni, no ludzie... jestem po 30-tce a czuję się osaczona jak mała dziewczynka. Dzisiaj znowu była taka rozmowa, a ja znowu jestem wkurzona i mam doła. Z ojcem jakoś mi się udało zerwać kontakt - nie rozmawiałam z nim i nie widziałam go na oczy od 4 lat. I czuję się z tym doskonale, bo wreszcie mogłam zacząć żyć bez obciążeń, bez tych wymuszonych wizyt i bez oglądania miasta, w którym tak naprawdę nie spotkało mnie nic dobrego. Ojciec też jakoś o ten kontakt nie zabiegał. Natomiast matka swoim zachowaniem prowadzi do tego że mam ochotę przestać nawet do niej dzwonić. Nie mogę już znieść tej sytuacji. Do tego mam czasem stany lękowe, że stanie się coś takiego że będę musiała wrócić/przeprowadzić się z powrotem do rodzinnego miasta, albo że w końcu wymusi jakoś na mnie przyjazd. Czuję się z tym strasznie.