akn82
21.06.20, 10:29
Uwaga, wpis wyszedł mi chyba dość długi:
Tytułowy "aspergerowiec" jest celowo w cudzysłowiu, bo oficjalnej diagnozy nie mąż nie ma. Ma takową nasze dziecko. Sugerowano na spotkaniach, że jest bardzo wiele podobieństw między nimi obojgiem. Stąd taki tytuł.
Ale do rzeczy: od wielu wielu lat boksujemy się z mężem, a ostatnie miesiące są niedowytrzymania.
Z jego perspektywy zniszczyłam go jako człowieka. Ciągle żądając zmian w nim, ciągle wymuszając żeby rozbił coś na co nie ma ochoty i statecznie niedoceniając jego wysiłku w te działania.
Np: opieka nad dwójką dzieci, noszenie w chuście (10 lat temu kiedy jeszcze nie było to popularne. Wszyscy się na nas patrzyli, i komentowali), odwiedzanie klubów dzieciowych - jedyny facet pośród mam, zrzędzenie że jego hobby jest złe i ma się skończyć (gry komuputerowe, oglądanie filmów), zrzędzenie że ma iść do pracy (wiele lat nie pracował), zrzędzenie o wyjazd na wakacje, zorganizowanie party w domu czy wyjazd do znajomych. Ostatecznie wszędzie pojawiałam się sama z dziećmi. Dla niego to były kroki milowe, pokonywanie własnych barier i lęków. Dla mnie normale rzeczy, które rodzice wykonują. Mąż oczekiwał szacunku i wdzęczności a dostawał coś w sytlu: skoro już byłeś na zewnątrz to nie mogłeś zakupów zrobić?
No to prawda, nie doceniałam tego aż tak bardzo i nie postrzegałam jako wyczynu, bo dla mnie to są normalne dorosłe czynności. Dla niego przerkaczanie samego siebie. Ostatecznie mąż twierdzi, że go zniszczyłam, wykastrowałam i mam zero empatii.
Teraz przez tego wirusa nie wychodzi z domu prawie wcale. Powiedział, że boi się ludzi jeszcze bardziej niż kiedyś, więc nie ma zamiaru jeździć z nami na wycieczki (często spędzam z dzieciakami weekend za miastem). No i do mnie dotarło: On się zawsze bał świata i wszystkiego co tam jest. Jego życiowe decyzje były takie zachowawcze bo na zewnątrz nie czuł się bezpieczenie. Ok, w tym kontekście przyznaję zasługiwał na większą życzliwość z mojej strony. Mój może błąd, że tego nie dotrzegłam i oczekiwałam, że jak wyjdzie z dziećmi na rowery to też wieczorem ogarnie np. kuchnię i zrobi pranie. A on jest tak zmęczony, że zasiada na kanapie i zanurza się w telefonie do nocy.
Efekt jest taki, że nie rozwinęliśmy skrzydeł finansowych, zawodowych i rodzinnych, bo on blokował wszystkie odważne pomysły.
Ale co dalej???
Kłócimy się okrutnie. Przy dzieciach. Bo mąż nie będzie czekał na koniec dnia, żeby coś przedyskutować.
"Leci" z żalami i wiązankami od razu.
Wbija mnie w poczucie winy. Zniszczyłam go jako człowieka, a teraz jeszcze chcę separacji.
Nie chcę wychowywać dzieci w takiej atmosferze, ale słyszę, że to wszystko moja wina. Jeśli chcę to mogę odejść i ich zostawić. On od dzieci nie odejdzie.Teraz widzę, że cały czas miałam do czynienia z człowiekiem o dobrych intencjach, łagodnym usposobieniu , ale z zaburzonymi relacjami ze światem. Narzucającym mi jego lękowy obraz życia i genialnie argumentującym swoje logiczne (?) racje. Stąd życiowo nie poszliśmy odważnie przez świat. Co mam mu za złe i często wypominam.
Mąż odmawia terapii małżeńskiej, a ja już dłużej tego nie wytrzymam. Mam w głowie totalną sieczkę. Ja mam poczucie, że ta moja miłość do niego i rozmowy z nim usypiają mój instynkt samozachowawczy. A mąż konsekwentie powtarza, że jestem egoistyczną, bezduszną suką. Wku.wiam go, ale wieczorem chce seksu.