dalliletka
18.03.08, 00:26
Nie mam już siły tkwić w tym układzie.Jesteśmy 18 lat po
ślubie.Zdradził,ma kochankę od dwóch lat.Dom traktuje jak hotel.Mnie
jak służącą.Od odkrycia zdrady minęło dwa mięsiące.Było źle ze
mną.Chciałam się zabić.Byłam u psychologa,u psychiatry.Biorę leki na
depresję.
Przez pierwszy miesiąc rozmawialiśmy.Wyrzuciliśmy sobie wszystkie
żale.Trochę ulżyło.Próbowaliśmy dociec kiedy nasze drogi się
rozeszły...On twierdzi,że gdy urodziło się drugie dziecko.Ja byłam
zmęczona,nie miałam siły,ani ochoty na seks.Mój dzień wtedy był
wypełniony po brzegi.Często zasypiałam w ubraniu razem z
dziećmi,budziłam się o 3 w nocy,a on miał do mnie pretensje,że nie
przyszłam do niego i musiał znowu oglądać pornole.A ja nie jadłam
nawet kolacji...
Takie sytuacje się skończyly,ale potem przyszły choroby dzieci.I
znowu całe dnie i noce przewrócone do góry nogami.Córka była miesiąc
w szpitalu na pneumokokowe zapalenie płuc.Było bardzo
ciężko.Przeżyliśmy.Potem zerówka i choroby bez końca...Przy którejś
chorobie dzieci mąż powiedział mi,żebym mu o tym nie mówiła,bo go to
nie obchodzi...Oniemiałam.
Gdy sam chorował chciałam mu podać chociaż herbatę-przepędził
mnie,bo on chce w spokoju pochorować.
Gdy ja chorowałam krzyczał na mnie,że zawsze mi coś jest,taki
słabeusz ze mnie.
Wtedy jeszcze czasami rozmawialismy o uczuciach.Zwłaszcza po
seksie.Zapewniał mnie,że jestem wspaniałą mamą i żoną.
Któregoś dnia powiedział,żebym nie mówiła do niego.!?!?Dlaczego?(Nie
jestem trajkotką,po prostu całe dnie spędzałam sama i chciałam z nim
porozmawiać.)Bo jemu nie chce się słuchać,woli oglądać film.
Potem już nie gadaliśmy.
I zaczęliśmy się oddalać.
Nie interesowało go co dzieje się w domu.
Ma ciężką odpowiedzialną pracę.Wspomagałam go jak mogłam.Parę lat
parzyłam ziółka,by wyleczyć go z przewlekłej choroby.Namówiłam i
wspomagałam w pisaniu pracy podyplomowej.Wszystkie problemy wzięłam
na swoją głowę,by mógł pokończyć kolejne kursy i piąć się w
górę...Teraz jest kimś na wysokim stanowisku.
Potem przyszły służbowe imprezy.Chodził sam.Ja w domu z
dziećmi.Potem byli koledzy.Był na każde zawołanie ...kolegów.Bo
kolega rozwodnik jest samotny,szuka kobiety,nie zna miasta i on MUSI
go oprowadzić po knajpach.itp.itd.
Gdy ja o coś go prosiłam zbywał mnie,mówił,ze kiedy indziej lub
zrób,załatw sobie sama.
No i robiłam sobie sama.Gdy dostaliśmy nowe mieszkanie,na końcu
miasta(komórek jeszcze wtedy nie było)przez dwa lata stałam w oknie
i płakałam,a jego nie było.Wpadał po kilku godzinach,rozpromieniony
i opowiadał gdzie to on był,co jadł i kogo spotkał.A we mnie wtedy
trafiał szlag.Bo już go widziałam w rozbitym samochodzie...Wpadłam w
depresję...chodziłam po ścianach...nie pomógł...nawyzywał...
Zachowywał się jak mały chłopiec.Nie zawracał sobie głowy tym co się
dzieje w domu.To trwało ok.5 lat.
Widziałam,że jest uzależniony od kolegów,że nie potrafi im
odmówić.Próbowałam go ratować.Mówiłam,że go potrzebujemy.Zlecałam mu
drobne sprawy do zrobienia w domu,by się nie daj Boże nie
przemęczył.Nie udało mi się.W końcu powiedział,że jak go zatrzymam
to i tak wyjdzie...
A jak w tym czasie było z seksem?Był,ale wymuszany i udawany.Bo co
można czuć do człowieka,z którym spędza się pół godziny dziennie?
Coraz mniej go kochałam,coraz bardziej stawał mi się obcy.Coraz
bardziej drażniły mnie jego wady.Czy już go nie kochałam?Jeszcze
kochałam,ale tego sprzed kilku lat.
Nie szanował mojego zdania,nie słuchał mnie,robił co chciał.Ja
służyłam tylko do gotowania,prania i jako maszynka do kochania.Robił
swoje i szedł spać.Nawet nie mogłam się przytulić.Czy on mnie kochał?
Nigdy nie powiedział,ale powiedział,że koło mnie nie może leżeć
bezczynnie,zawsze mu się chce...Kochał mnie?Czy seks?
Czy wtedy powinnam odejść?Pewnie tak.Ale ja czekałam,że wreszcie
kiedyś zrozumie co to znaczy rodzina,żona,dom...Niestety,nie
zrozumiał...
Robił wszystko sam.Do kina sam,na rower sam,na zakupy sam.Na spacer
z dziećmi-SAM,na urlop-sam.
Trzy lata temu po moim monologu(z nim nigdy nie udało mi się
porozmawiać)kazałam mu się zastanowić czego on tak właściwie chce od
życia?Widocznie się zastanowił.Wybrał podwójne życie,nie informując
mnie o tym.
Najgorszy scenariusz dzieje się od dwóch miesięcy.Jednym słowem
potrafi mnie wbić w ziemię.Obwinia mnie o wszystko,że o niego nie
dbałam,że go nigdy nie kochałam,że nie miał garnituru!?!że nie
dbałam o siebie(wg niego powinnam iść do solarium),że robiąc mu
kanapki do pracy nie wkładałam w nie serca!?!
Że gdyby on był w domu,to lepiej by gotował,lepiej wychowywał dzieci
(świadectwa z paskiem to moja zasługa).Że nic mi się nie należy,bo
nie pracowałam...A dzieciom sam wyliczył marne alimenty...dla mnie
nic...
Myślę,że zrobiłam wszystko by uratować nasze małżeństwo...W niczym
nie zawiniłam...Chciałam tylko odrobiny szacunku dla siebie...
Złożyłam pozew z orzeczeniem jego winy...chyba mam rację?Jak
myślicie?On twierdzi,że to przeze mnie się rozpadło...
Dzisiaj znowu mam doła...Opowiada córce,że mama go nigdy nie
kochała...to on taki pokrzywdzony w tym związku...Co wg niego znaczy
kochać?Uwielbiać jego osobę?
Codziennie przychodzi do domu.Nie chce się wyprowadzić.Nie odzywamy
się,nawet nie patrzymy na siebie.
Codziennie przed jego przyjściem skręca mnie brzuch z nerwów.Boję
się go.Boję się jego każdego kolejnego słowa.Boję się,że znowu
wybuchnę.Jak mam z nim żyć pod jednym dachem?
Ma do mnie pretensje,że odkryłam zdradę,i zrobiłam aferę.Na pytanie
kiedy miał mi zamiar o tym powiedzieć,mówi,że inni żyją tak po
kilkanaście lat i dobrze.
Zarabia bardzo duzo pieniędzy.Narobił mnóstwo długów.Od dwóch lat ja
i dzieci żyjemy bardzo skromnie.On szasta na prawo i lewo.Kochanka
też kosztuje.
Dzieciom kupuje najtańsze ubrania,a sobie i kochance w firmowych
sklepach.
Na dodatek zaczął dzieciakom kupować drogie prezenty.I stwierdził,że
po rozwodzie może będzie lepszym tatą.Przychodzi do domu tylko po to
by się zobaczyć z dziećmi.A dzieci mają już swoje sprawy i często o
tej porze wychodzą...
Powiedzcie mi jaki jest mój facet?Czy tak postępuje dorosły
mężczyzna?
Nie daję sobie rady sama ze sobą...szkoda mi mojego
życia...zmarnowałam przy nim moje najpiękniejsze lata...
Wybaczcie,chciałam się wygadac...i może trochę dowartościować...a
może to ja jestem do niczego?