zocha00
27.05.09, 20:14
Piszę trochę po to, żeby się wyżalić, a trochę po to, żeby wysłuchać
obiektywnych ocen sytuacji.
Sprawa wygląda tak:
Na początku 2005 poznałam mojego obecnego męża. Pracował i mieszkał wtedy w
Warszawie, ale od kwietnia wziął urlop bezpłatny i wrócił do rodziców (60 km
od stolicy) pomagać im w uprawie truskawek. Przyjeżdżał do mnie kiedy tylko
miał okazję. Potem przyszedł wrzesień, koniec sezonu, firma w której pracował
rozpadła się więc został u rodziców. Pod koniec roku postanowiliśmy razem
zamieszkać, zadzwonił wtedy do niego znajomy z propozycją pracy, którą mój M
przyjął stawiając pewne warunki, tzn. od kwietnia urlop bezpłatny na 4 m-ce,
kolega się zgodził. No to razem mieszkaliśmy, pracowaliśmy, odwiedzaliśmy
rodziców, było fajnie. W międzyczasie M kupił mieszkanie, które mieliśmy
odebrać w 2007.
No i przyszedł kwiecień, M wrócił do rodziców. Przyjeżdżał, kiedy tylko mógł,
ale przeważnie wyglądało to tak, że przyjeżdżał późno w nocy, kładł się spać,
a rano odjeżdżał i tyle się widywaliśmy. I miał do mnie pretensje, że mu każę
przyjeżdżać, kiedy on jest zmęczony i może zasnąć za kierownicą i w drzewo
uderzyć i ja się nic nie martwię. Wyjazd wakacyjny planowaliśmy na 2 dni
wcześniej, bo nigdy nie wiedział co jeszcze będzie musiał tam zrobić, a z czym
rodzice sobie poradzą sami. Już wtedy było mi źle. I po rozmowie ze mną
stwierdził, że powiedział rodzicom, że jeszcze 2 lata im będzie pomagał.
We wrześniu wrócił do mnie i do pracy, ale jeszcze musiał czasem po pracy lub
na weekend jechać do rodziców, bo coś trzeba było zrobić.
W kwietniu 2007 odebraliśmy mieszkanie, zaczął się sezon, ale chcąc nie chcąc
musiał trochę więcej być w Wawie, bo wiadomo, kafelki, farby, podłogi, meble,
itd. Zaręczyliśmy się pod koniec wakacji, chciałam ślub latem, bo fajnie,
ciepło i mam wtedy wolne, on –nie, bo truskawki. Mam już dosyć truskawek!
Ostatecznie datę ustaliliśmy na listopad 2008, no ale wcześniej jeszcze jeden
sezon i wyjazd mojego M. Już nie mogłam tego znieść, że mnie tak zostawia
samą. Bez przerwy się kłóciliśmy o truskawki, że są ode mnie ważniejsze i o
wszystko inne- ja się czepiałam, bo może w ten sposób chciałam odreagować to,
że o mnie nie myśli. Przed ślubem postanowiłam z nim poważnie porozmawiać, bo
ja nie widziałam tak naszego wspólnego życia, te jego wyjazdy na 4 miesiące
mnie dobijały, nie wyobrażałam sobie, żeby mógł mnie tak zostawić z dzieckiem,
które kiedyś przecież się zjawi w naszym życiu. Powiedziałam mu o tym, jak się
czuję i jak to na mnie działa i że jeżeli on chce te truskawki sobie trzymać
do końca życia, to musi ze mnie zrezygnować. Bo tego się niestety nie da
pogodzić, więc zamiast się kłócić przez całe życie, to może się rozstańmy
zanim jest za późno. Obiecał mi wtedy, że rok 2009 to będzie ostatni, a potem
rodzice będą musieli sobie radzić sami.
No i jesteśmy już po ślubie, kolejny sezon się zaczął, a u nas kolejne wojny.
Ja po prostu nie mogę wytrzymać tego, że nie mam go kiedy potrzebuję, że
założyłam rodzinę a wracam do pustego domu. Nie wytrzymuję jego gadania, że
się stara do mnie przyjeżdżać. Niech się stara jeździć do rodziców, a ze mną
ma być!
On jakby w ogóle nie zauważył, że założył rodzinę, że ma żonę i zobowiązania
wobec niej. Tolerowałam( słabo, bo słabo, ale jakoś) te jego truskawki dopóki
byliśmy po prostu parą, ale teraz jestem już ŻONĄ! Zaczęłam mu nawet wyciągać
kodeks rodzinny – prawa i obowiązki małżonków. Też nie podziałało, tylko
powiedział, że mam mu nie sypać paragrafami. Cytaty z Biblii o mężczyźnie
zostawiającym ojca swego i matkę swoją, aby z żoną stworzyć jedność też na
niego nie działają, choć taki świątobliwy.
A do wszystkiego jeszcze jego mama dorzuca swoje trzy grosze, teksty typu:”
Już jedziesz? Jak my sobie teraz poradzimy? Kto nam pomoże?” – taki szantaż
emocjonalny, ale na mamę złego słowa powiedzieć nie można. Wcześniej była
wojna o naszą pierwszą Wigilię w nowym mieszkanku – chciałam zrobić sama,
poczuć się gospodynią pełną gębą, ale mama: „Jak to? Nie przyjedziecie na
wigilię? To ja będę płakać”. Jak pojechaliśmy w pierwsze święto to opowiadała,
jak to całą wigilię przepłakała, bo jej synka nie było.
A teraz to już przegiął. W poniedziałek złapał mnie atak grypy, wróciłam z
pracy z gorączką, wszystko mnie bolało, nie miałam siły z łóżka się podnieść,
wysłałam mu smsa. A on oddzwania, że nie może przyjechać, że mam jechać do
lekarza, to ja mu, że nie jestem w stanie za kierownicą siąść, że nie ma mi
kto nawet herbaty zrobić, a on mi, żebym zadzwoniła po koleżankę. Powiedziałam
mu, że mam męża i rzuciłam słuchawkę.
Już nie mam siły na to wszystko. Kocham go bardzo, ale już nie daję rady.
Jestem cały czas na którymś tam miejscu na jego liście priorytetów, przy czym
cały czas twierdzi, że mnie kocha nad życie. A ja tu siedzę sama, bo on ma cos
ważniejszego na głowie i te swoje truskawki porównuje do mojej pracy, Gucio,
bo ja jestem w pracy od do, a on w truskawkach non stop. Mam pretensje do
niego i jego mamy, że go tam trzyma, zamiast powiedzieć mu: „Synu, co ty tu
robisz? Wracaj do żony.”
Ostatnio powiedział mi, że nie zostawi tych truskawek, że to jest jego pasja,
oderwanie od rzeczywistości, że będzie się bez nich dusił i będzie
nieszczęśliwy. Czy to znaczy, że ja mogę być nieszczęśliwa, on nie może? I
stwierdził, że jak się nie umiemy dogadać, to się rozstańmy, choć on tego nie
chce, bo mnie kocha i chce być ze mną do końca życia.
Nie wiem już, co robić, jak mu przemówić do rozsądku. Nie mam już siły. Tyle
już łez wylałam, a on wydaje się niewzruszony, płaczę mu do słuchawki a on nie
ma czasu rozmawiać.
Nie daję rady.