Dodaj do ulubionych

Wyższa szkoła przetrwania

26.02.12, 18:18
"W niczym nie uchybiłem etosowi pracownika naukowego"
W niczym? A to ciekawe.
A nie mozna, panie kolego, patrzec na to jak na prace u konkurencji?
I przestancie pieprzyc o kaganku oswiaty niesionym prowincji. Bo sie rzygac chce!
Obserwuj wątek
    • trzy.14 Re: Wyższa szkoła przetrwania 27.02.12, 08:36
      To nie jest niesienie kaganka oświaty, tylko sprzedawanie dyplomów.

      Państwo, niby książe feudalny, udzieliło wybrańcom losy przywileju: "jeżeli jesteś w korporacji profesorskiej, możesz wydawać w moim imieniu dyplomy ukończenia studiów wyższych, jednak musisz się ze mną dzielić wpływami na zasadach ogólnych (podatki), dostajesz też przywilej prowadzenia lub pozorowania badań naukowe (które mnie nie interesują, a i tak oceni je twój kolega) oraz przyjmowania do korporacji swoich totumfackich, ale nie oczekuj ode mnie, że będę ci płacić dużo więcej za pracę na pierwszym etacie niż sprzątaczce, bo nie mam pomysłu, skąd wziąć na to pieniądze ani w ogóle do czego jesteś mi potrzebny poza statystyką."
      • q-nick Co tutaj jest farsą? 01.03.12, 11:47
        Moja koleżanka sortuje korespondecję i podaję kawę przełożonym w ministerstwie w Wawie. Zarabia więcej niż ja z doktoratem. Kolejne ekipy rządzących robią z nas żebraków, a z polskiego społeczeństwa wyrobników, którzy nadają się tylko do pracy na zmywaku w UK albo w fabryce jakiejś korporacji. Takim myśleniem doprowadzą do tego, że będziemy zapleczem taniej siły roboczej dla świata jak Nepal, Tajlandia, Malezja, Chiny, Indie, Meksyk etc. Ale nawet tamte kraje dają więcej kasy na naukę. Ograniczając finansowanie nauki nigdy nie przerwiemy tej ścieżki do samozagłady.
        • miagirl78 Re: Co tutaj jest farsą? 01.03.12, 12:38
          Widac ze w Chinach nie bylas? Ani w Stanach ani w UK, ani chyba nigdzie....? Chiny maja jeden z najwyszych odsetkow studentow i naukowcow zatrudnionych w najwiekszych placowkach naukowych (przyklad pierwszy lepszy z brzegu- Cambridge). Do Chin Polska nigdy nie dociagnie, zwlaszcza pod wzgledem rozwoju nauki. Zajmuje stanowisko analityka w finansowej firmie w Anglii. Nie czuje sie tania sila robocza, zarabiam wiecej niz Angielski nauczyciel w college'u. Pozdrawiam wszystkich, ktorzy wywiezli swoje doktoraty z Polskiej Rzepy Pospolitej:)
          • von_seydlitz "Liberałowie" z PO - ograniczają 01.03.12, 13:10
            TO ma być liberalizm? to ma byc państwo obywatelskie?


            Nakazy i zakazy, normalnie gospodarka nakazowo - rozdzielcza!


            A ciemny lud głosuje na te hipokrytyczne śmieci....


            .
            • muczacza7 Re: "Liberałowie" z PO - ograniczają 01.03.12, 14:27
              Ale temat!
              A dlaczego nikt nie napisze o KRK? Toż to superdebilizm, nad którym siedzi teraz tysiące inteligentnych ludzi pogrążając się w idiotycznych efektach kształcenia, macierzach realizacji kształcenia i innych bzdurach!
              • tsunami05 KRK 01.03.12, 15:58
                Ja właśnie siedzę nad KRK!
                I jak bym miała czas choćby na przygotowanie się do kolejnych zajęć ze studentami i chwilę oddechu to napisałabym o tym idiotyzmie! z chęcią.
                Halooo! Pani redaktor. To jest dopiero temat!!!!
                • eryk2 Powinno się zastrzelić za Krajowe Ramy Kształcenia 04.03.12, 19:50
                  Właśnie siedzę nad KRK (Krajowymi Ramami Kształcenia)... Jest niedziela wieczór - wczoraj zadzwoniła (w sobotę!) spękana koleżanka z instytutu, ktora w środę musi oddać te bzdury... Okazuje się, że moja praca od trzech miesięcy w wolnych chwilach (poza nauczaniem studentów, dokształcaniem się habilitacyjnym z mojej dziedziny, pracą redakcyjną nad wydaniem książki w języku obcym, układaniem planów na nowy semestr, pisaniem recenzji do czasopisma, przygotowywaniem referatu na konferencję), nie wyłączając świąt, Nowego Roku, ferii oraz skromnego faktu, że byłem od października formalnie na urlopie naukowym, polegająca na wypisywaniu nikomu niepotrzebnych durnot w idiotyczne tabelki, to jeszcze za mało... Obecnie powinienem "odnieść kierunkowe efekty kształcenia do modułowych" (albo odwrotnie, nie pamiętam, a na razie nie będę sięgał do całej dokumentacji i mojej korespondencji z koleżanka i sekretariatem instytutu, przysyłającym mi co dwa tygodnie nowe 10 stron zmienionych tabelek z efektami kształcenia, podzielonymi na wiedzę, umiejętności i coś ta jeszcze)... Ponieważ nie przeszedłem specjalnego szkolenia (na 20 pracowników instytutu tylko cztery osoby dostąpiły tego oświecenia), nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi - i tylko mechanicznie przepisuję literki i liczby jako symbole czegoś tam do poszczególnych rubryk oraz zliczam punkty ECTS, żeby się wszystko zgodziło na końcu. Prawdopodobnie po oddaniu tego badziewia w środę przez nasz instytut, ktoś w wyższej instancji (dziekanat? ministerstwo? loża masońska w Brukseli? gabinet na Kremlu? św. Piotr na chmurce?) wyrzuci to we czwartek do śmietnika i odfajkuje pozycję w swoim grafiku - 'zrobione'. Ta praca nie ma najmniejszego sensu - określanie efektów kształcenia (dla kogo dostępnych? maturzystów, którzy w tym roku zechcą się dowiedzieć, jakich umiejętności nabędą po zaliczeniu przedmiotu w roku 2015?!) jest na tyle ogólne (dla całego wydziału), że w rzeczywistości nikomu niczego nie mówi, a już najmniej tegorocznym maturzystom, których nauczono tylko przygotowania prezentacji maturalnej (ich wiedza o podstawowych zagadnieniach na moim kierunku jest niższa niż ich rodziców 25 lat temu, gdy rozpoczynali studia).
            • kalebasa Re: "Liberałowie" z PO - ograniczają 01.03.12, 17:28
              Typowo polskie cwaniactwo. Przykład idzie z góry w lud, ale później pomstuje się na "ciemny lud".
    • kmieniec Wyższa szkoła przetrwania 27.02.12, 12:17
      Proponuje prawdziwa reforme, taka w duchu, jaki upodobala sobie Pani psor, czyli anglosaskim: oddzielmy nauk eczyli sciences od humanities. I wtedy niech pani profesorka wypowiada sie o swojej dziedzinie, nauke pozostawiajac fachowcom.
      • os.porfirion Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 12:57
        No właśnie. Prezentowana "nauka" i "szkoły wyższe" w większości w Polsce to ekonomiczno-humanistyczne. Ale nie na tym polega nauka, niestety...

        Nauka to nauki przyrodnicze.
        • kosmiczny_swir Ludzie ktorzy nie prowadza prac badawczych 01.03.12, 16:52
          Ludzie ktorzy nie prowadza prac badawczych i nie uzywaja metoda naukowych (obserwacja, hipoteza, eksperyment, powierdzenie albo odrzucenie hipotezy) nie powinni nazywac siebie naukowcami tylko scholastykami.

          Wiekszosc humanistow, to nie naukowcy, tylko scholastycy wlasnie - zajmuja sie odtwarzaniem i utrwalaniem pogladow, a nie okrywaniem i badaniami. Jest pewna grupa humanistow, ktorzy sa prawdziwymi naukowcami, ale pewne dziedziny, np. historia i prawo sa z natury scholastyczne.
          • kalebasa Re: Ludzie ktorzy nie prowadza prac badawczych 01.03.12, 17:47
            "prawdziwymi naukowcami, ale pewne dziedziny, np. historia i prawo sa z natury scholastyczne. "

            Miałbym wątpliwości, ale wydaje mi się, że z twoimi scholastycznymi poglądami nie mógłbym dyskutować.

            Widać wyraźnie, że w historii nie widzisz związków przyczynowo-skutkowych i prawidłowości
            a tylko kolekcję zupełnie przypadkowych, rozsypanych, faktów, ktore wzięły się nie wiadomo skąd i dlaczego. Historia, jako nauka, to dla ciebie przeczytanie paru podręczników w szkole.
            Wydaje się tobie, że jest to wiedza zastana - kanoniczna, jak religia, którą wystarczy tylko
            wykuć.
            Nauczono cię wiedzy fragmentarycznej - głównie dat (które są najmniej istotne)
            Są tacy dla których mówienie o przyczynach i skutkach w historii nie jest wygodne.
            Wolą na ten temat kłamać albo milczeć. Jest takich bardzo, bardzo, wielu.

            Skoro mówisz o naukach przyrodniczych to jak udało się tobie nie zauwazyć, że jednak historia
            dzieje się w przyrodzie, jak najbardziej, tak samo jak ewolucja.

            Wyobraź sobie co by było gdyby ktoś bez przerwy próbował w mediach, prasie i szkołach, kłamać na temat praw fizyki albo wiedzy matematycznej lub ta wiedzę ukrywać
            i cenzurować. (Są tacy, których ciągnie do cenzurowania teorii ewolucji, palentologii, kosmologii i geologii)
            • pawelekok Re: Ludzie ktorzy nie prowadza prac badawczych 02.03.12, 08:30
              Dziękuję Ci za ten komentarz. Sam miałem ochotę napisać coś podobnego. A poruszę jeszcze inny wątek, który pojawił się w wypowiedzi świra. O naukowcach prowadzących prace badawcze, jako jedynych uprawnionych do nauczania. Pamiętam takich z czasów swej młodości. Tak byli nimi pochłonięci, ze nie mieli czasu na przygotowanie się do zajęć dydaktycznych. Za to bezlitośnie obcinali na egzaminach studentów za brak wiedzy, której nie raczylli im przekazać. Chociaż brali za to pieniądze. Nieważne czy małe. Jeśli je brali to powinni wywiązywać się ze swych obowiązków. A tymczasem wielcy panowie profesorowie traktowali studentów jako zło konieczne. Jest dokładnie odwrotnie niż to napisał kosmiczny. Dobry dydaktyk nie ma czasu na prace badawczo-rozwojowe. Przekazuje wiedzę, do której stworzenia przyczynili się inni.
    • tymon99 Re: Wyższa szkoła przetrwania 27.02.12, 18:11
      > "W niczym nie uchybiłem etosowi pracownika naukowego"

      oprócz tego, że przez całe lata nie uprawiałem nauki, tylko samą dydaktykę. i oprócz tego, że pracując na sześciu etatach, z pracy dydaktycznej uczyniłem farsę.

      ludzie! naprawdę nie widzicie, że ta rosnąca armia niepiśmiennych licencjatów i magistrów - półanalfabetów to wasza sprawka?
      • ar.co Re: Wyższa szkoła przetrwania 27.02.12, 18:37
        No niekoniecznie ich - raczej idiotycznego systemu, który działa wedłu zasady "pieniądze idą za studentem". Co oznacza, że np. uczciwe oblanie na egzaminie połowy grupy wcześniej czy później spotka się z przyjacielskim ostrzeżeniem ze strony zwierzchnika "Jeśli chce pan/pan mieć kogo uczyć, to..." itd. A że połowa grupy zasługiwała na oblanie? A kto by się tym przejmował!
        • flamengista ale oni ten system 27.02.12, 20:20
          pomogli zbudować.

          Jasne, znacznie prościej było rzucić się na łatwy pieniądz niż wymusić reformę nauki i szkolnictwa wyższego. Ja to po ludzku rozumiem. Ale teraz warto jednak być uczciwym i przyznać, że się handlowało dyplomami.
        • tymon99 Re: Wyższa szkoła przetrwania 27.02.12, 22:08
          ar.co napisała:

          > No niekoniecznie ich - raczej idiotycznego systemu

          protestowali głośno? odmawiali chałturzenia w szkołach krzakach? nie. ergo to oni są systemem.
        • sverir Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 11:30
          Zwierzchnik to system czy też człowiek, w dodatku kolega z wydziału, a bardzo często także kumpel od kieliszka?

          Nie bajeruj, że to nie ich wina. Akceptują te patologie, biernie lub aktywnie, a odzywają się tylko wtedy, gdy ktoś chce im odebrać przywileje lub gdy oni chcą coś uzyskać. A gdy ktoś się wyłamie i głośno zwróci uwagę, że cały system jest do dupy, to momentalnie pojawia się grono osób twierdzących, że wcale nie.

          Gdyby pracownicy naprawdę mieli misję, to mieliby w dupie to, gdzie są te pieniądze, tylko po prostu by uczyli.

          A tak przy okazji, jeszcze nie słyszałem, by ktokolwiek spotkał się z ostrzeżeniem, żeby nie oblewał. Wręcz przeciwnie, spotykałem się z sytuacją, gdy oblewanie było programowe.
          • joe_brody Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 13:58
            > Gdyby pracownicy naprawdę mieli misję, to mieliby w dupie to, gdzie są te pieniądze, tylko po prostu by uczyli.
            Tiaa, i żywili się korzonkami i mrówkami...
            • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 14:27
              No, niestety, jeśli się mówi o misji, to przynajmniej nie wypada pokazywać, że jeździ się do pracy BMW i ma willę za miastem.
            • sverir Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 15:44
              > Tiaa, i żywili się korzonkami i mrówkami...

              Korzonkami niekoniecznie, ale blisko.

              Dlatego cenię sobie takich, którzy przyznają, że wykładają dla pieniędzy. Albo że cieszą się, że mogą robić to co lubią za niezłe pieniądze. A ci, którzy nawijają ciągle o misji, a potem gdzieś przemycają informacje o pieniądzach, nie budzą mojego zaufania.
              • pawelekok Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 08:52
                Gdy spotykam takich co mają gębę pełną misji i idei, to potem sprawdzam, czy mi się drobne w kieszeni zgadzają.
          • violka-pl Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 18:09
            Misję wymyślono, by mało płacić. Skończmy opowiadać te bajki. Nigdy jej nie było i nie będzie.

            Opowiadanie, że ktoś z kim byliśmy na roku zarabia więcej świadczy tylko o naszej nieudolności, bo skoro on mógł to dlaczego nie my.

            Ile zajęć stracili studenci państwowej uczelni, bo profesor robił wtedy prywatę.

            Skoro można tak wspaniale przygotować zajęcia w prywatnej uczelni, to czemu nie można w państwowej. Przeceż tam profesor to pan i władca.

            Pani prof. sama stwierdziła, że nie zna się na biznesie i to widać. Zachodnie prywatne uczelnie nie żyją tylko ze studentów (wielu ma stypendia, znizki), ale z dotacji od prywatnego biznesu, byłych absolwentów, zleconych badań i prac naukowych. Wykładowcy wykładaja na różnych uczelniach, ale nie jednocześnie (konflikt interesów).

            Porównywanie możliwości pracy w kilku miejscach z lekarzami jest bez sensu, bo lekarze pracują często na nocnych dyżurach, a nie ma jeszcze nocnych uniwersytetów.

            Na umiwersytety zaczyna wchodzić pokolenie niżu demograficznego, wiec problem sam się rozwiąże.

            Tak, nauczyciele akademiccy powinii zarabiać godziwie (cokolwiek to znaczy).
        • aaannemarie Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 22:45
          Dokładnie tak jest, jak mówi ar.co!
        • pawelekok Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 08:43
          Czy przyłożyłeś się jakoś do tego, zeby druga połowa nie oblała? Czy stało się to wbrew Twojej chęci i woli?
          • aaannemarie Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 10:39
            Sorry, jeśli to do mnie, to nie jestem facetem. Ponadto, przykładam się bardzo, zatraciwszy proporcje i będąc dostępną on-line do późnej nocy. Natomiast należy też powiedzieć, że nie każdy musi mieć dyplom, bo następuje jego stopniowa dewaluacja, a pracowici studenci (na szczęście jest takich gromadka) też chcieliby być dumni z owoców swej pracy. Nie mają na to szans. To mój mały protest przeciwko zjawisku, które świetnie ujął Młynarski: "przyjdzie walec i wyró...".
            • ar.co Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 14:30
              To chyba było do mnie (chociaż facetem też nie jestem), ale zgadzam się z twoją odpowiedzią. Naprawdę nie każdy musi skończyć studia!
      • pawelekok Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 08:40
        A największą zasługę mają ci badacze, którzy są tak pochłonięci rozwijaniem nauki, że nie mają czasu na jej przekazywanie i dziwią się, że studenci nie potrafili się czegoś nauczyć sami. Ale biorą za to pieniądze z uczelni. I z dumą obnoszą swój etos pasożyta, przepraszam pracownika naukowego.
        • kotnaparapecie Re: Wyższa szkoła przetrwania 05.03.12, 08:33
          Pracownik naukowy a pracownik naukowo-dydaktyczny to nie to samo. Nie trafiłeś z krytyką :)
    • flamengista dorabianie szlachetnej ideologii do chałturzenia 27.02.12, 19:24
      Znajomy - profesor czołowej polskiej uczelni - pracuje na 2 etacie na prowincjonalnej uczelni. Ale przynajmniej uczciwie mówi, że pracuje tam dla kasy. Nie z poczucia misji, chęci noszenia kaganka oświaty etc. Gdyby na tej szacownej, macierzystej uczelni zapłacili mu odpowiednie pieniądze, w ogóle by nie myślał o 2 etacie.

      Naprawdę: nie potępiam tych ludzi. Wiadomo, jak było pod koniec PRL. Inny znajomy, doktor w jednym z instytutów PAN jeździł na saksy, pracując w browarze i zamiatając podłogę, żeby utrzymać rodzinę. Nie wytrzymał i wyjechał z kraju. Inni po transformacji zahaczyli się w biznesie.

      Z kolei ci, co zostali na uczelniach mieli nadal żałośnie niskie pensje. I nagle pojawia się możliwość dorobienia w prywatnej szkole: jednej, drugiej, trzeciej. Co więcej, dorobienia przy stosunkowo niewielkim wysiłku. Wystarczyło wygłaszać te same wykłady, co u siebie na macierzystej uczelni.

      Tylko frajer by nie skorzystał. Mnóstwo wcześniej bardzo skromnie żyjących profesorów dorobiło się własnych domów i solidnych samochodów. Wreszcie uzyskało status majątkowy adekwatny do prestiżu, jakim cieszyli się w społeczeństwie.

      Ale nie czarujmy się: takie chałturzenie nie jest rozwijające, trzeba do tego przymykać oko na różne niemiłe kwestie (np. nie wolno oblewać studentów, bo to oni utrzymują uczelnię!). Ci, co pracowali na 2, ew. 3 etatach może jeszcze dawali radę coś robić naukowo. Ale większość poświęciła się całkowicie marnej dydaktyce i robieniu kasy.

      W rezultacie po 10-15 latach takiego procederu nie umieją nic innego i boją się, co dalej. Bo niż idzie. Niestety, nie świadczy to najlepiej o nich samych - bo można było przewidzieć kłopoty. Mądry człowiek dywersyfikuje źródła dochodu. W tym przypadku - zamiast brać 3, albo 4 etat może warto było inwestować w rozwój naukowy. I teraz robić pieniądze na ekspertyzach. A nie żalić się Gazecie Wyborczej.
      • pawelekok i jeszcze jeden 02.03.12, 09:00
        co za główne zadanie pracownika wyższej uczelni uważa prace badawcze, rozwijanie własnej naukowej kariery. Czy dotrze do Was wreszcie, że na państwowych uczelniach jesteście zatrudnieni jako NAUCZYCIELE akademiccy? I dydaktyka powinna być Waszym głównym zadaniem? Co z tego, że z tytułami naukowymi. Jesteście nauczycielami i to nawet gorszymi od tych ze szkół niższego szczebla bo oni w swej pracy koncentrują się na swoich podstawowych obowiązkach, za które są opłacani, a dla Was zajęcie to jest tylko pretekstem.
        • bubblemilk Re: i jeszcze jeden 02.03.12, 09:52
          pawelekok,

          Spróbuj się dowiedzieć, jaka jest różnica między etatem dydaktycznym a naukowo-dydaktycznym. Może wtedy Ci się coś rozjaśni.
          Wykładowca akademicki, który nie prowadzi badań, a tylko skupia się na dydaktyce, często bywa kiepskim wykładowcą - bo aby być dobrym, trzeba się wciąż rozwijać; bez tego dydaktyka nie ma sensu.
        • sunim Etat to 156 godzin/miesięcznie 02.03.12, 10:08
          Nie tak szybko. Na uczelni (jako nauczyciel akademicki) jesteś zatrudniony w wymiarze 156 godzin miesięcznie, o czym stanowi ustawa PSW. Realizujesz je? Nie, bo byś nie miał czasu na klepanie kasy na boku. Pensum nauczyciela akademickiego jest wiadome - załóżmy że to 240 godzin rocznie. Więc dydaktyka stanowi (zgodnie z umową którą podpisujesz) raczej mniejszą część zadań i obowiązków. Nauczycielu. Akademicki.
          Rozwiązanie Kudryckiej byłoby może i dobre, gdyby pociągało za sobą uzdrowienie patologicznej sytuacji tj. urealnienie wynagrodzeń. Co mamy zaproponowane? Tzw. "podwyżki", które faktycznie są obniżkami.
          Nikt by o żadnych kagankach oświaty nie myślał, gdyby zarabiał normalne, godziwe pieniądze na 1 etacie. Tymczasem nikt tych etatów nie realizował i nie realizuje (156 godzin/miesięcznie) - ten profesorek w artykule, co sobie nie ma nic do zarzucenia, też nie.
          Władza chce rozwiązać problem tylko dlatego, że za chwilę, w czasie niżu demograficznego, straciłaby kontrolę nad tym wszystkim.

          Myślę że to wszystko to dobra lekcja dla bardzo egoistycznego środowiska akademików, nie potrafiącego współpracować, bronić swoich praw. Władza pokazuje im miejsce w szeregu. Daleko za urzędnikami.
    • bubblemilk Uczelnie publiczne hamują rozwój naukowców?! 27.02.12, 19:45
      "na uczelni niepublicznej w ciągu ostatnich dziesięciu lat siedem już razy zmieniałem program nauczania. Pisałem kolejne sylabusy. (...) Tu nie można uciec w rutynę. (...) Sam muszę się uczyć, żeby nauczać. I to mnie rozwija."

      A kto się Panu Profesorowi bronił rozwijać na uczelni publicznej? Kto bronił pisać nowe sylabusy, podawać nowe lektury? Historia literatury czy antropologia kultury to nie medycyna czy prawo, gdzie trzeba przede wszystkim przekazać bardzo konkretną wiedzę - to są nauki, gdzie ilość zagadnień, koncepcji, perspektyw badawczych jest olbrzymia, poza tym jeśli badacz sam się rozwija, to siłą rzeczy będzie chciał studentom proponować coraz to nowe spojrzenia,lektury, o które sam stał się bogatszy... Cóż, z tej wypowiedzi można wysnuć wniosek, że to niskie zarobki (z tym też obecnie bez przesady, zwłaszcza z tytułem profesorskim) na uczelni nie były w stanie Pana zmotywować do samodzielnych poszukiwań i badań.
      Może jestem młodym badaczem, ale wydaje mi się, że do pracy na uczelni nie idzie się dla pieniędzy. I jeśli się już do niej poszło, to nie zazdrości się bankierom zarobków. Do tej pracy potrzebna jest pasja - w wypowiedziach bohaterów artykułu niestety nie jawi się ona jako główna motywacja. Szkoda.

    • bubblemilk Ankiety na straży poziomu nauczania? 27.02.12, 19:50
      I z pewnością nie należy też wierzyć słowom jednego z profesorów, że ankiety studenckie są takie ważne - co to za historia o "służbach" uniwersyteckich? U mnie na studiach było tak, że ankiety te najczęściej rozdawał sam wykładowca, który potem je zbierał i zanosił do sekretariatu, więc żadnych służb specjalnych przy tym nie było; w tej chwili wypełnia się je anonimowo w internecie - są dobrowolne, więc robi to najwyżej kilka procent studentów. Czy ktoś to potem czyta? Nie sądzę, żeby szczególnie wnikliwie.
      Co więcej, bardzo trudno jest zwolnić (nawet dyscyplinarnie) samodzielnego pracownika naukowego. Jeśli ma zrobioną habilitację, może czytać z tych swoich pożółkłych kartek, może się nie starać, może też stosować mobbing i obrażać innych. Nie bardzo można mu cokolwiek zrobić. To, czy utrzyma stanowisko na uczelni, zależy od układów, a nie od studenckich wypocin w ankietach...

      • clas_sic Re: Ankiety na straży poziomu nauczania? 28.02.12, 00:04
        bubblemilk - co najmniej na cześci z uczelni ankiety są czytane. Na mojej są. Do tego są przez stosownych koordynatorów opracowywane i trafiają do dyrektora, dziekana, rektora. A to, ze studenci ankiety wypełniają już po sesji i oblanych egzaminach to już inna sprawa.
        • katia.seitz Re: Ankiety na straży poziomu nauczania? 28.02.12, 12:59
          Ankiety trafiają do dyrektora, dziekana - i co dalej? Czy znany jest jakikolwiek przypadek, iż pracownikowi nie przedłużono zatrudnienia, bo od lat dostawał skandalicznie niskie oceny od studentów?
          • sverir Re: Ankiety na straży poziomu nauczania? 01.03.12, 11:31
            Przecież widzisz, że ankiety najczęściej wypełniane są po egzaminach. Wtedy pracownik z niską oceną zawsze może się obronić, że oceniali go ci, którzy nie zdali.
            • katia.seitz Re: Ankiety na straży poziomu nauczania? 01.03.12, 11:54
              Wiem. I z doświadczenia (nie własnego :P) wiem również, że nawet najniższe noty od studentów wystawiane przez wiele, wiele lat, niczym w praktyce takiemu pracownikowi nie grożą.
              • ka-mi-la789 Re: Ankiety na straży poziomu nauczania? 01.03.12, 12:08
                A ja z doświadczenia (też nie własnego) wiem coś przeciwnego. I wiem, że nikogo nie interesuje, czy niskie oceny są uzasadnione, czy stanowią zemstę shitów przyzwyczajonych do darmochy i zabiegania o ich względy (dotacje zależą od "studiującego" pogłowia) za bezczelne stawianie im wymagań. Ba, jest to jedyne kryterium oceny pracownika uczelni - dorobek naukowy nie ma najmniejszego znaczenia. Co oznacza, że wykładowcę może z pracy zwolnić lekko niedorozwinięta (dosłownie) cipuchna (tak! Są takie w "szkołach wyższych", i to bynajmniej nie prywatnych) nie zdająca sobie sprawy z tego, co to za karteluszek jej przed krzywym noskiem położyli.
                • aeogameo Re: Ankiety na straży poziomu nauczania? 01.03.12, 14:26
                  Nie pisz bzdur. Natomiast po stylu twojego postu wnioskuję, że sam jesteś negatywnie ocenianym, sfrustrowanym belfrem akademickim, który racjonalizuje złe oceny uzyskiwane od studentów w ten sposób, że to jakaś (cytuję) "niedorozwinięta cipuchna nie zdająca sobie sprawy z tego, co to za karteluszek jej przed krzywym noskiem położyli" go skrzywdziła. Sam się ośmieszasz takim argumentowaniem (nie mającym nic wspólnego z naukowym wnioskowaniem) i udowadniasz, że takie oceny w twoim przypadku nie są bezzasadne.
                  • ka-mi-la789 Re: Ankiety na straży poziomu nauczania? 01.03.12, 21:30
                    > Nie pisz bzdur. Natomiast po stylu twojego postu wnioskuję, że sam jesteś negat
                    > ywnie ocenianym, sfrustrowanym belfrem akademickim

                    Pudło, ciapulku. nie jestem belfrem. Ani akademickim, ani innym (napisałam zresztą, że moja wiedza pochodzi z drugiej ręki - w twojej wyższej szkole pasionki i podorywek umiejętności czytania nie wymagają?). W zasadzie samo to wystarczyłoby, żeby darować sobie dalszy ciąg odpowiedzi, bo dyskusja z kretynem to strata czasu, ale co mi tam, wdepczę cię w glebę (jakąś przyjemność w życiu cza mieć, c'nie, pszepana?).

                    > Sam się ośmieszasz takim argumentowaniem (n
                    > ie mającym nic wspólnego z naukowym wnioskowaniem)

                    Wróżenie o zawodzie interlokutora z napisanych przezeń dwóch zdań ma w hooy mnóstwo wspólnego z naukowym wnioskowaniem (zresztą, same wnioski, do których doszedłeś/doszłaś, są jaskrawym dowodem) . Słóweńka w rodzaju "sfrustrowany" jeszcze bardziej (ten przymiotnik to jedna z odzywek, po których bez pudła można poznać debila). A szczytem naukowości jest zwracanie się w rodzaju męskim do kogoś podpisującego się "Kamila".

                    > i udowadniasz, że takie ocen
                    > y w twoim przypadku nie są bezzasadne.

                    W języku polskim (tym poprawnym) nie ma słowa "udowadniasz". Teraz ja powróżę z fusów: oblałeś/oblałaś sesję. Udała ci się wielka sztuka, bo w dzisiejszych czasach nawet wymieniona niedorozwinięta cipuchna dyplom magisterski ma w zasadzie gwarantowany, jeżeli sama nie zrezygnuje ze "studiów". Twoja zdolność do logicznego myślenia sugeruje też, że sam(a) jesteś ową niedorozwiniętą (a przy okazji potężnie niezrównoważoną) cipuchną. Co wygrałam?
                    • bubblemilk Re: Ankiety na straży poziomu nauczania? 01.03.12, 22:08
                      @ ka-mi-la789

                      Sądzę, że większość wypowiedzi na temat ankiet napisały osoby, które znają temat Z PIERWSZEJ ręki, i że raczej wiedzą, co piszą - uwierz, to naprawdę tak wygląda.

                      Jeśli jesteś na tym forum po to, by trollować, obrażać i "wdeptywać w glebę", to proszę, idź gdzie indziej. Trochę szacunku dla innych. Skoro zwracasz się do innych per "ciapulku", wyraźnie Ci go brakuje.

                      Pierwsze słyszę, żeby w języku polskim nie istniał czasownik "udowadniać". Słowniki poprawnej polszczyzny też pierwsze o tym słyszą, Kamilko.
    • katia.seitz Re: Wyższa szkoła przetrwania 27.02.12, 22:01
      Mogę się w pełni podpisać pod wypowiedzią bubblemilka.

      1. Praktykowanie dydaktyki na 3-4 uczelniach musi się poważnie odbić na pracy naukowej - taki "naukowiec" nie ma już czasu na badania. Obecny system zresztą zachęca do podejmowania tego rodzaju strategii. Osoby po habilitacji są zatrudnione na uczelniach praktycznie dożywotnio. Tak więc, mogą sobie odpuścić rozwój zawodowy. Wystarczy, że w ramach swoich obowiązków zawodowych będą klepać studentom od 20 lat to samo. Czy Ministerstwu Nauki i redakcji "GW" naprawdę nie przeszkadza fakt, iż naukowcy zamiast prowadzić działalność badawczą spędzają cały swój czas na prowadzeniu podstawowych kursów (wstęp do..., podstawy....) dla tysięcy studentów?

      2. Wspominana w artykule ocena jakości dydaktyki to fikcja. Przynajmniej w moim instytucie, na czołowym państwowym uniwersytecie. Wyniki ankiet nie są nijak brane pod uwagę - pracownik może od lat zbierać bardzo niskie noty, ale nie jest to żadna kwestia przy przedłużaniu mu zatrudnienia.

      3. Nauczanie na prywatnej uczelni wiąże się nieuchronnie z "pójściem na kompromis" w kwestii wymagań i poziomu nauczania. Studentów nie można uwalić, nawet jeśli nie umieją nic, a prace zaliczeniowe ściągają na bezczela z internetu. Wysłuchałam wielu opowieści kolegów, którzy rzucali w diabły nieźle płatne fuchy w Wyższych Szkołach Wszystkiego Najlepszego po tym, jak dziekan/rektor wzywał ich na dywanik i kazał się nie wygłupiać z tymi tam ocenami niedostatecznymi. Cóż, widać to zjawisko również Ministerstwu i redakcji "Gazety" nie przeszkadza.
      • joe_brody Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 14:17
        O czym Wy piszecie wszyscy? Jestem mniej więcej na bieżąco "w temacie" studiów, bo mój syn niedawno je kończył, i wśród jego kolegów byli zarówno studenci studiów dziennych, jak i zaocznych czy wieczorowych, a także prywatnych uczelni i podyplomówek. Otóż płatne studia tym właśnie różnią się od bezpłatnych, że można "po uważaniu" bezkarnie oblać 3/4 roku, żeby towarzystwo postudiowało rok dłużej. I przyniosło w ząbkach pieniądze za dodatkowy rok, ewentualnie za warunki i dodatkowe terminy egzaminów. Niewątpliwie istnieją również takie szkoły, które muszą ratować się, przepuszczając na kolejny rok wszystko, co się rusza i na drzewo nie ucieka, ale generalizowanie nigdy nie odpowiada w 100% prawdzie...
        • kloss99 Re: Wyższa szkoła przetrwania 03.03.12, 21:43
          >generalizowanie nigdy nie odpowiada w 100% prawdzie

          ale jak widać nawet skrytykować tego narzędzia nie potrafisz bez posłużenia się nim
      • pawelekok Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 09:23
        Katiu, a ja myślałem, że podstawowym zadaniem nauczyciela powinna być dydaktyka. A miejscem rozwijania nauki instytuty badawcze. Autor podręczników czy prac naukowych powinien mieć za nie płacone, a nie za to, że dostał przyszywany etat na państwowej uczelni. Oczywiście nauczyciel akademicki powinien się systematycznie dokształcać, śledzić i nadążać za najnowszymi trendami i uwzględniać je w treści swoich wykładów oraz rozwijać swoje narzędzia dydaktyczne. A tymczasem za beznadziejny poziom wielu sudentów są współodpowiedzialni ich profesorowie, którym się nie chce, nie mają czasu, lub nie potrafią nauczać w sposób skuteczny. I nie chcą przyjąć do wiadomości, że żeby od studentów czegoś wymagać, to najpierw trzeba im coś przekazać.
    • antropoid Wyższa szkoła przetrwania 28.02.12, 21:38
      Chcą dorobić - dorabiają i tyle, a te wszystkie dęte gadki o kaganku oświaty itp. to już zwykłe zalewanie i kpina...
    • trzy.14 Wyższa szkoła przetrwania 28.02.12, 23:50
      Sprawa jest prosta jak budowa cepa: nie można mieć jednocześnie gwarancji dożywotniego zatrudnienie (profesura pracuje zwykle co najmniej do 70. roku,
      5 lat pobierając jednocześnie pensję i emeryturę) i wysokiej pensji. Jeżeli więc chcemy mieć wysokie pensje na uczelniach, gwarancja pracy musi zostać zredukowana do góra 10% stałej kadry (kierownicy katedr?). I dopiero wtedy skończy się socjalizm i rządy rad pracowniczych.

      • nazwakontazajeta Humaniści 29.02.12, 20:01
        Jakoś wszystkie te wypowiedzi pochodzą od profesorów "humanistyki".

        Brakuje mi tu opinii inżynierów.

        Humanista, pracujący w czystej informatyce
        • pawelekok Re: Humaniści 02.03.12, 09:27
          Kiedyś humanista to był np. taki Leonardo da Vinci. A dziś to ktoś, kto w szkole miał kłopoty z matmą.
      • gronostaj8 problemem jest "darmowość" uczelni 01.03.12, 13:44
        i to zę wszyscy traktują ją jako państwo z którego da się ciągnąć ile się da...

        Darmowe studia powinny w Polsce zniknąć, a w zamian powinien pojawić się sensowny system stypendiów gwarantujących _zdolnym_ studentom naukę na uczelni i akademik.

        To wykluczyło by z puli pseudouczelnie bez akademików/kampusów i podniosłoby konkurencję między uczelniami (której w tej chwili nie ma). I nie byłoby rozróżnienia na uczelnie państwowe i niepaństwowe tylko na dobre i złe.

        Do tego możnaby wprowadzić jakieś limity bo po co płacić pareset milionów na naukę politologów, pedagogów i europeistów skoro roboty i tak dla nich nie ma. Jakby ktoś chciał to niech sam za to płaci i studiuje hobbistycznie.

        Ale w tym kraju to o czym mówię to abstrakcja, a stypendia byłyby pewnie dla znajomych.


    • dar10ko Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 11:26
      Z przeczytanych wypwiedzi naukowców, którzy założyli szkoły wyższe lub w nich pracują wynika, że zarabiają tam co najmniej dwa razy więcej niż na uczelniach państwowych i mogą realizować swoje "naukowe oraz dydaktyczne pasje". W czym więc problem? Jeżeli na państwowej uczelni zarabiają źle, kiepsko jest zorganizowana praca dydaktyczna czy naukowa, niewiele się zmienia, a jak już to na gorsze i w ogóle nie ma tam perspektyw na rozówj czy premię, to warto z takiej pracy zrezygnować na rzecz pracy w prywatnej wyższej szkole, która wydaje się być jeżeli nie rajem dla naukowca, to przynajmniej funkcjonować o wiele lepiej i być intratnym miejscem pracy. Prosty wybór i zgodny z prawem.
      • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 14:35
        Większość jednak nie zrezygnuje, bo uczelnia państwowa daje im zabezpieczenie socjalne, a u prywaciarza może być różnie. Ale ogólnie masz rację - jak ktoś jest dobry, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby został menadżerem czy rektorem prywatnej szkoły i zarabiał 10 razy tyle co na państwowej uczelni. Sęk w tym, że takie możliwości (czyt. kompetencje) mają tylko nieliczni naukowcy - większość nauczycieli akademickich (podkreślam: nauczycieli akademickich, a nie naukowców, bo tacy w przeważającej liczbie pracują na naszych uczelniach) - specjalistów od historii literatury, filozofii starożytnej, historii ekonomii, teorii socjologii czy koncepcji antropologicznych, nie ma nawet kompetencji dobrej sekretarki, żeby się odnaleźć na rynku pracy. To, co zarabiają na uczelniach, to maximum tego, co są w stanie wycisnąć przy swoich kwalifikacjach. I oni doskonale o tym wiedzą, dlatego narzekają gdzie się da na niskie zarobki, ale z uczelni nie odchodzą. A swoją nieudolność racjonalizują gadkami o "misjach".
        • tsunami05 Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 16:06
          Uczelnia państwowa daje coś więcej niż zabezpieczenie socjalne.
          W wielu prywatnych uczelniach nie ma żadnych możliwości rozwoju naukowego, wyjazdu na konferencję, a pensje nie są wcale tak wysokie, by wyłożyć tysiąc czy dwa na taki wyjazd.
          Uczelnie publiczne to możliwość bardziej prestiżowych publikacji, no i przede wszystkim - marka.
          Nie ukrywajmy - wiele uczelni prywatnych nie ma żadnej marki. Większość.
          Natomiast nie rozumiem gadania o misji.
          Jaka misja????
          To jest normalna praca.
          A w wielu krajach dydaktyką zajmuję sie ktoś inny niż badaniami. Nie każdy musi być profesorem by dobrze wykładać i robić to z pasją.

          Skończcie z tą misją.
          W szkolnictwie wyższym często trzeba mieć dwa etaty, żeby do kupy zarobić średnią krajową.
          • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 18:34
            tsunami05 napisała:

            > W szkolnictwie wyższym często trzeba mieć dwa etaty, żeby do kupy zarobić średn
            > ią krajową.

            ???

            Tak się składa, że wynagrodzenia większości pracowników akademickich są powyżej średniej krajowej, i to znacznie. Przykładowe zarobki miesięczne akademików: prof. zw.: prawie 10 tys. zł, dr hab.: 6-9 tys., dr: prawie 5 tys., starszy wykładowca bez stopnia doktora: 4,5 tys.

            Polecam sprawozdania z uczelni, pokazujące czarno na białym, jakie pensje wypłacono poszczególnym grupom pracowników (np. sprawozdanie z UWr w BIP-ie - uczelni jednej z najgorzej płacących we Wrocławiu (tab. na str. 107)), a nie opowieści samych pracowników naukowych (którzy, dziwnym trafem, zapominają podstawowych działań arytmetycznych, gdy trzeba policzyć własne pensje).
            • irysek811 Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 21:11
              Czemu naciągasz fakty?
              Po pierwsze, sam podlinkowałeś dokument, z którego wynika zupełnie coś innego.
              Po drugie, zarobki są zróżnicowane w zależności od uczelni.
              Po trzecie, miarę jaką jest średnia możesz sobie w przypadku wynagrodzeń w buty wsadzić.
              Po czwarte, przeczytałam kilka twoich wpisów i nadal uważam, że masz typowo polską, fatalną cechę charakteru, która sie nazywa przemądrzałość.
              Najlepiej zostań premierem albo prezydentem z takim zapleczem intelektualnym.
              • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 04.03.12, 16:41
                irysek811 napisała:

                > Czemu naciągasz fakty?
                > Po pierwsze, sam podlinkowałeś dokument, z którego wynika zupełnie coś innego.

                Co innego może wynikać? Masz tam czarno na białym pensje wypłacone pracownikom naukowym. Widzę, że niektórzy akademicy także zapominają umiejętności czytania ze zrozumieniem, gdy chodzi o ich pensje.

                > Po drugie, zarobki są zróżnicowane w zależności od uczelni.

                Akurat UWr jest chyba najgorzej płacącą uczelnią we Wrocławiu. W innych dużych ośrodkach akademickich jest podobnie.

                > Po trzecie, miarę jaką jest średnia możesz sobie w przypadku wynagrodzeń w buty
                > wsadzić.

                Tak się składa, że wszędzie miarą w kwestii zarobków jest średnia. Tutaj masz przy tym rozgraniczone na grupy zawodowe wg stopni i tytułów naukowych, więc nikt nie zarzuci, że np. profesorowie zawyżają średnią.

                > Po czwarte, przeczytałam kilka twoich wpisów i nadal uważam, że masz typowo pol
                > ską, fatalną cechę charakteru, która sie nazywa przemądrzałość.
                > Najlepiej zostań premierem albo prezydentem z takim zapleczem intelektualnym.

                O właśnie, jak zaczyna brakować argumentów, to zaczynają się wycieczki osobiste. Ty ze swoim stylem dyskusji doskonale pasujesz do poziomu intelektualnego naszych "naukowców".
                • eryk2 Re: Wyższa szkoła przetrwania 04.03.12, 20:06
                  Jeśli jest tak, jak piszesz, to dlaczego na innej uczelni (wcale nie lepszej od UWr) płaci się doktorowi z prawie 20-letnim stażem pracy, trzema fakultetami, zagranicznym doktoratem i książką zagraniczną w języku obcym, z prawie 100 publikacjami w trzech językach w kraju i za granicą, kilkoma książkami pod redakcją, tuż przed habilitacją - niecałe 3000 zł na rękę?
                  • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 06.03.12, 16:56
                    To proste - sam nie wiesz, ile zarabiasz. Po pierwsze, zarobki podaje się brutto, a nie netto. Mówienie o zarobkach netto i porównywanie ich do średniej krajowej to mało wyszukana erystyka. Po drugie, wynagrodzenie naukowców składa się z pensji zasadniczej i mnóstwa innych dodatków (pisałem o nich w innym miejscu), często nawet podwajających realne zarobki. Większość naukowców widzi tylko ten pierwszy element. Liczby nie kłamią, w przeciwieństwie do wielu akademików i należy raz na zawsze skończyć z mitem marnie zarabiającego polskiego naukowca.
    • momy Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 01.03.12, 11:29
      pracowników z tytułami naukowymi, niech ich sobie wykształci. Podatnik zapłacił za kształcenie obecnych, i dla podatnika powinni pracować. Rzeczywiście błąd polega na niepodpisywaniu z każdym doktorantem umów wieloletnich z zakazem konkurencji.
      A że to samo powinno dotyczyć lekarzy, to fakt. Umożliwienie stażu i specjalizacja powinny wiązać się z wieloletnimi umowami z zakazem konkurencji, żeby odpracowali na rzecz podatnika to, co podatnik wydał na ich kształcenie.
      Najbardziej kosztowne dla państwa jest kształcenie właśnie lekarzy i pracowników naukowych.

      Wszyscy chcieliby zarabiać jak w US, ale nikt jakoś nie ma ochoty kończyć uczelni z takimi kredytami, jak absolwenci w US.
      • kotek.filemon Re: Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 01.03.12, 12:00
        momy napisała:

        > pracowników z tytułami naukowymi, niech ich sobie wykształci. Podatnik zapłacił
        > za kształcenie obecnych, i dla podatnika powinni pracować.

        Podatnik zapłacił także za kształcenie ciebie, żebyś się umiała podpisać i napisać trzy zdania na forum oraz policzyć do dziesięciu. Ten argument jest oklepany do bólu.

        > Rzeczywiście błąd p
        > olega na niepodpisywaniu z każdym doktorantem umów wieloletnich z zakazem konku
        > rencji.

        W żadnym cywilizowanym kraju nie podpisuje się z kadrą naukową umów wieloletnich, bo najważniejsza jest mobilność kadry i wszyscy to wiedzą. W Polsce i innych dzikich krajach faktycznie można jeszcze uprawiać karierę "naukową" w tej samej uczelni od kołyski aż po grób, ale trendy światowe są trochę inne.

        > A że to samo powinno dotyczyć lekarzy, to fakt. Umożliwienie stażu i specjaliza
        > cja powinny wiązać się z wieloletnimi umowami z zakazem konkurencji, żeby odpra
        > cowali na rzecz podatnika to, co podatnik wydał na ich kształcenie.

        Znowu populistyczny argument od czapy, podatnik płaci na kształcenie wszystkich bez wyjątku. Poza tym nieaktualny, bo nierząd pokemonów i tak drastycznie obciął wydatki na staże i specjalizacje, więc niedługo pozostanie ci leczyć się u szeptunek po wsiach.

        > Najbardziej kosztowne dla państwa jest kształcenie właśnie lekarzy i pracownikó
        > w naukowych.

        Kształcący się pracownik naukowy, tj. doktorant, jest w Bolandzie traktowany jak biały Murzyn do czarnej roboty i dostaje za to psi ochłap. Gdyby tych wszystkich ludzi faktycznie zatrudnić na cywilizowanych zasadach (albo gdyby ich robotę musieli wykonywać dodatkowi pracownicy etatowi) to by się okazało, że tak naprawdę państwo robi na tym znakomity interes...
        • aeogameo Re: Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 01.03.12, 14:42
          Nie ma to jak wycieczki ad personam zamiast rzeczowych argumentów. Akurat postulaty przedmówcy są rozsądne, bo kształcimy tabuny doktorów, z których większość po skończeniu studiów doktoranckich nie pracuje w nauce. Dzisiaj doktorat jest tyle wart, co dawniej dobre magisterium. Podatnik nie płaci za kształcenie wszystkich, bo mnóstwo ludzi samych płaci za swoje studia (np. studenci niestacjonarni, już nie wspominając o studiach podyplomowych, ktore często są więcej warte niż doktorat). Kształcący się pracownik naukowy w Polsce ma i tak dużo więcej przywilejów niż każdy inny kształcący się pracownik (stypendium doktoranckie, refundację kosztów uczestnictwa w konferencjach, pieniądze na badania, granty, zaliczenie okresy studiów doktoranckich do okresu składkowego do emerytury, darmowe zajęcia, kursy, zniżki na komunikację publiczną etc., etc.), a efekt jest często gorszy niż w przypadku osób samodzielnie opłacających np. swoje studia podyplomowe.
          • kosmiczny_swir Re: Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 01.03.12, 17:04
            Nie wiem jak jest w Polsce, ale na zachodzie sektor R&D ma duze zapotrzebowanie na ludzi z doktoratami i chetnie ich zatrudnia. W zasadzie tylko masochisci zostaja na uczelni.
          • agent.orange Re: Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 01.03.12, 19:16
            > e niż doktorat). Kształcący się pracownik naukowy w Polsce ma i tak dużo więcej
            > przywilejów niż każdy inny kształcący się pracownik (stypendium doktoranckie,
            > refundację kosztów uczestnictwa w konferencjach, pieniądze na badania, granty,
            > zaliczenie okresy studiów doktoranckich do okresu składkowego do emerytury, dar
            > mowe zajęcia, kursy, zniżki na komunikację publiczną etc., etc.),

            - Stypendium nie każdy dostaje, a czasem mało kto
            - refundację kosztów? od kogo? jak promotor ci nie da to nie ma refundacji
            - pieniądze na badania? projektów na badania skierowanych dla doktorantów jest mało
            - okres studiów NIE ZALICZA SIĘ do okresu składowego.
            - darmowe zajęcia? tak, tyle że to doktorant jest prowadzi
            - zniżki? zależy w jakim miejście - w Warszawie tak ale w Krakowie już nie.
            • aeogameo Re: Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 02.03.12, 18:45
              agent.orange napisała:

              > - Stypendium nie każdy dostaje, a czasem mało kto

              Stypendium dostaje 30% doktorantów w Polsce. Czyli nie takie "mało kto". Oczywiście najlepsi, a nie każdy.

              > - refundację kosztów? od kogo? jak promotor ci nie da to nie ma refundacji

              To nie zależy od promotora, tylko ustaleń na wydziale. Na mojej uczelni wszyscy doktoranci mający stypendium, mieli refundowane koszty uczestnictwa w konferencjach, prowadzenia badań naukoiwych itp.

              > - pieniądze na badania? projektów na badania skierowanych dla doktorantów jest
              > mało

              Jak wyżej. Projektów jest więcej niż dla starych - może trzeba po prostu ich poszukać?

              > - okres studiów NIE ZALICZA SIĘ do okresu składowego.

              Nie znasz przepisów.

              > - darmowe zajęcia? tak, tyle że to doktorant jest prowadzi

              A co, płacisz za zajęcia, w których uczestniczysz? A może uznajesz, że kursy edukacyjne ci się należą jak psu kość?

              Natomiast zajęcia prowadzą tylko doktoranci ze stypendium doktoranckim.

              > - zniżki? zależy w jakim miejście - w Warszawie tak ale w Krakowie już nie.

              Widać, nawet nie znasz regulaminu MPK w Krakowie:
              www.mpk.krakow.pl/pl/bilety2/uprawnienia/
          • takisobienik Re: Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 02.03.12, 12:04
            aeogameo napisał:

            > Kształcący się pracownik naukowy w Polsce ma i tak dużo więcej
            > przywilejów niż każdy inny kształcący się pracownik (stypendium doktoranckie

            1200 zł i nawet jak jesteś dobry, to nie dostaniesz, jeśli nie jesteś doktorantem odpowiedniego pana profesora

            > refundację kosztów uczestnictwa w konferencjach

            500 zł na rok

            > pieniądze na badania

            Jakie pieniądze?

            > granty

            Trzeba je zdobyć.

            > zaliczenie okresy studiów doktoranckich do okresu składkowego do emerytury

            Składkowego? Przecież doktorantowi nikt nie odprowadza żadnych składek!

            > darmowe zajęcia, kursy

            ???

            > zniżki na komunikację publiczną

            Chyba tylko w Warszawie.
            • aeogameo Re: Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 02.03.12, 18:52
              takisobienik napisała:

              > aeogameo napisał:
              >
              > > Kształcący się pracownik naukowy w Polsce ma i tak dużo więcej
              > > przywilejów niż każdy inny kształcący się pracownik (stypendium doktoran
              > ckie
              >
              > 1200 zł i nawet jak jesteś dobry, to nie dostaniesz, jeśli nie jesteś doktorant
              > em odpowiedniego pana profesora

              1200 zł to mało? Wielu musi za tyle (albo i mniej) żyć cały miesiąc.

              > > refundację kosztów uczestnictwa w konferencjach
              >
              > 500 zł na rok

              Na mojej uczelni jest więcej. A ci, którzy dokształcają się nie na studiach doktoranckich, nawet tyle nie mają.

              > > pieniądze na badania
              >
              > Jakie pieniądze?

              U mnie na wydziale każdy doktorant ma przydzieloną stałą pulę, którą co roku może wykorzystać. Za moich czasów było to ok. 1000 zł rocznie. Do tego dochodzą różne granty, których mozliwość zdobycia jest nieporównywalnie większa niż dla tych, robiących np. studia podyplomowe.

              > > granty
              >
              > Trzeba je zdobyć.

              A żeby je zdobyć, trzeba mieć jakiś pomysł na badania?

              > > zaliczenie okresy studiów doktoranckich do okresu składkowego do emerytur
              > y
              >
              > Składkowego? Przecież doktorantowi nikt nie odprowadza żadnych składek!

              Kolejny, który nie zna przepisów?

              > > darmowe zajęcia, kursy
              >
              > ???
              >

              Nie masz żadnych zajęć na studiach doktoranckich?

              > > zniżki na komunikację publiczną
              >
              > Chyba tylko w Warszawie.

              Następny, który nie słyszał o zniżkach dla doktorantów na komunikację publiczną... Nie mówcie, że wszyscy jeździcie na biletach normalnych? Ech, a ponoć doktoranci to tacy inteligentni ludzie... A nawet do odpowiedniego regulaminu przewozów nie potrafią zajrzeć :-))
        • kosmiczny_swir Re: Jeżeli prywatna uczelnia chce mieć 01.03.12, 17:02
          cytat:"W żadnym cywilizowanym kraju nie podpisuje się z kadrą naukową umów wieloletnich, bo najważniejsza jest mobilność kadry i wszyscy to wiedzą. W Polsce i innych dzikich krajach faktycznie można jeszcze uprawiać karierę "naukową" w tej samej uczelni od kołyski aż po grób, ale trendy światowe są trochę inne."

          I dlatego na zaganicznych uczelniach w coraz wiekszym stopniu pracuja obcokrajowcy z biednych krajow ktorym wydaje sie ze Boga za nogi zlapali bo maja pensje ktora pozwala im na w miare normalne utrzymanie.

          Wiekszoszc normlanych ludzi na Zachodzie na pierwszym miejscu stawia prace w porzadnej firmie. Moze doktorat, ale potem malo kto zostaje na uczelni. Ja sam wole miec pewna robote w Siemensie, Huawei czy Agilent niz latac od post-doca do post-doca. Praca na uczelni jest dobra dla ludzi ktorzy nie chca miec rodzin, a wiekszosc ludzi jednak jaksa rodzine i dzieci chce miec. Na moje oko, za jakies 20 lat, kiedy wyschna zasoby ludzi z biednych krajow uczelnie na zachodzie beda musialy zaczac oferowac podobna stabilnosc kariery i podobne pieniadze co przemsyl.
      • mol_chemiczny A rodzice profesora i profesor nie płacą podatków? 01.03.12, 12:52
        > A że to samo powinno dotyczyć lekarzy, to fakt. Umożliwienie stażu i specjaliza
        > cja powinny wiązać się z wieloletnimi umowami z zakazem konkurencji, żeby odpra
        > cowali na rzecz podatnika to, co podatnik wydał na ich kształcenie.

        A rodzice statystycznego przyszłego lekarza nie płacą podatków? Powiedziałabym, że średnio nieporównanie więcej od rodziców przeciętnego krzykacza forumowego, co zresztą dotyczy studentów dziennych w ogólności. Swoją drogą, jak większość rodaków jesteś specjalistką od podcinania gałęzi, na której siedzisz. Po pierwsze, żeby przyciągnąć do płatnej medycyny, trzeba zapewnić by perspektywę pewnych, wysokich zarobków, i to krótko po studiach, a nie po kilkunastu latach studiów, specjalizacji i praktyki, a to oznacza koszty dla pacjenta. Naprawdę chcesz mieć jak w USA? Po drugie, trzeba by zapewnić pewność płatnej specjalizacji w wybranej dziedzinie, a tymczasem tylko część ma na to szansę, wielu nie ma szans na jakąkolwiek, i wcale nie dlatego, że byli słabi (w tym roku jeszcze się pod tym względem pogorszyło).

        A opowieści o luksusowych autach pod szpitalem można między bajki włożyć. Nawet jeśli żaden nie należałby do rodziny pacjenta, wystarczyłoby podzielić je przez liczbę zatrudnionych lekarzy. Już pomińmy czas pracy przeciętnego lekarza. (I już widzę oczami wyobraźni, jak się z nim zamieniasz na te "spokojne" noce na kozetce, z dala od rodziny, zwłaszcza na takiej ortopedii).
    • momy To, w jaki sposób pracodawcy patrzą 01.03.12, 11:40
      na absolwentów prywatnych uczelni mówi samo za siebie. Proszę więc przestać powiadać bajki o kaganku oświaty.
      To jest jedna wielka pomyłka, z którą na szczęście rynek niedługo się upora, bo dzięki zmianom demograficznym prywatne uczelnie będą całkowicie zbędne.
      I nie jest prawdą, że prywatne szkolnictwo wyższe uratowało Polskę w latach 90! Wręcz przeciwnie - doprowadziło do zapaści ogólnej szkolnictwa. Propagandowe wmawianie ludziom, że bez dyplomu wyższej uczelni (nawet najgorszej) jest się nikim na rynku pracy spowodowało upadek szkolnictwa średniego technicznego i zawodowego, sztuczne namnożenie liceów, a tym samym dramatyczny spadek poziomu ich nauczania, bo 70% młodzieży nie jest w stanie sprostać intelektualnie wymogom, które dawniej spełniało góra 20%.
      Dlatego teraz mamy maturzystów z wiedzą zerową i takich samych magistrów.
      • myslacyszaryczlowiek1 Podpisuję się pod tą wypowiedzią 01.03.12, 12:19
        Moje dzieci, mimo skończenia, tych samych, dobrych, renomowanych liceów mają wiedzę o wiele mniejszą od mojej, i to po kilkudziesięciu latach, podczas których wiele rzeczy się zapomniało. I nie mówię o przedmiotach, które potem studiowalem.
    • marekwalbrzych Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 11:42
      Prywatna wyższa szkoła : Płacę i żądam co najmniej licencjatu......
    • gostkow Wieloetotowość jest zła, bo 01.03.12, 11:42
      Wieloetatowość jest zła, bo:
      1) uniemożliwia reprodukcję kadry uniwersyteckiej. starzy biorąc kilka etatów blokują młodych. w rezultacie za już za kilkanaście lat pojawi się taki problem z następcami obecnej kadry.
      2) uczelnie niepubliczne żerują na zasobach ludzkich, które były wytworzone za państwowe pieniądze na państwowych uczelniach. jeśli prywatne uczelnie chcą być traktowane na równi z państwowymi, to też powinny inwestować w kształcenie kadry.
      • wielki_czarownik Tak, to jest problem. 01.03.12, 13:38
        Na uczelniach często stanowiska pozajmowane są przez doktorów w wieku 50+ i profesorów w okolicach 70. Pracują oni na 3-4 etatach i w konsekwencji młodzi naukowcy w wieku lat 30-35 nie mają pracy.
    • dr.krisk Wyjątkowy idiotyzm.... 01.03.12, 11:45
      Nie wyobrażam sobie profesora politechniki, pracującego jednocześnie na kilku innych etatach. Jasne - można prace zredukować do obwoźnego wygłaszania wykładów, ale jak tu wtedy prowadzić prace badawcze?
      Może na politologii (co to za dziedzina "naukowa"...) takie numery przejdą, ale w naukach technicznych na pewno nie.
      • katia.seitz Re: Wyjątkowy idiotyzm.... 01.03.12, 11:55
        Dokładnie. I dlatego owi wieloetatowi "humaniści" nie prowadzą prac badawczych. Cała ich "praca naukowa" sprowadza się do klepania śmieciowych publikacji, w których po raz dwudziesty piszą to samo. Tyle, że w przypadku samodzielnych pracowników naukowych - którzy są praktycznie niezwalnialni - nie jest to żaden problem. Fakt, że od lat niczego znaczącego nie opublikowali, niczym im nie grozi.
        • dr.krisk Ano właśnie... 01.03.12, 12:47
          Jestem profesorem uczelnianym na politechnice. Aktywnym - to znaczy, że prowadzę dydaktykę, mam granty badawcze i zlecenia z przemysłu. Pracuję od rana do wieczora, i nie wyobrażam sobie abym mógł jeszcze dla chleba wędrować po kraju z jakimiś wykładami.
          Ci wędrowcy opisani w artykule, to chałturnicy z tytułem profesorskim. Podejrzewam, że czasem nie bardzo wiedzą gdzie są i o czym mówią...
          • sorapis Re: Ano właśnie... 01.03.12, 13:46
            Potwierdza, nie wyobrażam sobie jeżdzenia po Polsce w sytuacji, gdy przy jednym pensum i aktywnej pracy (średnio 2-3 publikacje recenzowane w globalnych pismach na rok) nie mam czasu na nic. Napisanie dobrej, oryginalnej publikacji to kilka miesięcy pracy. Dydaktyka strasznie obciąża, ale jest jeszcze masa obowiązków (dyplomaci, rady, pisanie recenzji). Na jednym etacie jestem tak naprawdę non-stop zawalony robotą...
            • aeogameo Re: Ano właśnie... 01.03.12, 14:50
              Wprawdzie czas pracy polskiego pracownika naukowego jest nienormowany, ale nie powinien zajmować mniej czasu niż w każdym innym zawodzie, tj. 8 godz. dziennie. Ktoś, kto ma dwa etaty, nie powinien mieć poza pracą na nic więcej czasu poza przysłowiowym spaniem, sraniem i konsumowaniem. Jak ma trzy etaty - nawet na to nie miałby czasu, gdyby solidnie wykonywał swoje obowiązki. Już z tej prostej kalkulacji wynika, że albo wieloetatowcy to niesamowite zdolniachy, które swoje obowiązki wykonują kilka razy szybciej niż ich jednoetatowi koledzy z pracy, albo po prostu nie realizują sumiennie wszystkich swoich obowiązków. Z mojego osobistego doświadczenia na uczelni wiem, że wieloetatowcy raczej rzadko realizują swój kolejny etat kosztem czasu wolnego.
          • pawelekok Re: Ano właśnie... 02.03.12, 09:49
            Jak Ty w tym wystkim znajdujesz czas na dydaktykę? Powiedz, mam zacząć współczuć Twoim studentom?
      • sorapis Re: Wyjątkowy idiotyzm.... 01.03.12, 13:38
        Tak dokładnie. W ten sposób można rzeźbić w tych dziedzinach, gdzie się nie robi badań. Byłoby fajnie zobaczyć tego profesora, gdyby pracował na tych trzech etatach gdzieś na fizyce lub ścisłym kierunku. Przy jednym pensum dydaktycznym 210 godzin nie ma już czasu na nic, jeśli ktoś chce pisać sensowne (recenzowane, publikowane w globalnych pismach, punktowane 32 przez Ministerstwo, prace). A z czasem obciążenia rosną, trzeba publikować, żeby dostawać granty i pieniądze na badania. Latanie po 3 etatach (dydaktycznych) oznacza, że taka osoba nic nie robi naukowo i ściemnia albo korzysta z obniżonego pensum, jeden etat ma w PAN, gdzie studentów nie trzeba uczyć przy średnio wyższej pensji niż na uniwersytecie. Zresztą praca na uniwersytecie przy obecnych progach ustanowionych przez ustawę (praca na kontrakty uzyskiwane za każdym razem w trakcie konkursu) przy nędznej pensji (pensja profesora nadzwyczajnego to kwota rzędu 3000PLN na rękę) przestaje mieć sens. Trzeba albo stąd wyjechać albo zmienić zajęcie...



        • flamengista wspomniałeś o fizykach... 02.03.12, 08:03
          Mam dla nich wielki szacunek, ale dyskusja na naszym forum:
          Tekst linka
          wykazała, że - w porównaniu z nami (ekonomistami) mają oni cieplarniane warunki, jeśli chodzi o badania.

          Sam marzę o takim luksusie, jak tylko 210 godzin zajęć, w tym seminarium dla 3 osób. Sam mam 400 godzin i 40 seminarzystów. I nie dlatego, że chcę brać nadgodziny (są b. słabo płatne i nikt ich nie chce!). Dlatego, że brakuje etatów by dodatkowe zajęcia mógł prowadzić ktoś inny. Więc nic dziwnego, że cierpią na tym badania naukowe: o ile więcej bym zrobił, gdyby obowiązki dydaktyczne można było ograniczyć do samego pensum!

          PS. Na PAN pensje są zdecydowanie niższe, niż na uniwersytetach.
          • aeogameo Re: wspomniałeś o fizykach... 04.03.12, 16:45
            flamengista napisał:

            > Mam dla nich wielki szacunek, ale dyskusja na naszym forum:
            > Tekst li
            > nka
            wykazała... ble, ble...

            Nie ośmieszaj się, flamengista. Cytujesz pseudoforum, skupiające nie dość, że beton akademicki, to jeszcze opanowane przez stado nudzących się trolli, szwendających się całymi dniami po forach internetowych zamiast uczciwie pracować na uczelniach? Wiesz, gdzie sobie możesz wsadzić takie "dowody"...
      • flamengista nigdzie nie przejdą 02.03.12, 07:56
        to jest po prostu niemożliwe. Porządna nauka wymaga czasu, systematyczności i spokoju. Nie można w poniedziałek między 10 a 13 robić naukę, potem do czwartku być w rozjazdach, a do problemu naukowego wrócić w piątek o 14tej. Tylko po to, by w sobotę rano zacząć kolejną rundkę objazdową.

        Bohaterzy artykułu chyba sami nie wierzą w to, co mówią.
    • somekindofhope Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 11:49
      A to jest bardzo polska mentalność, że za dużą kasę i przy niby konkurencji sprzedaje się ludziom wielkie gowno, czyli usługi pseudo-edukacyjne. Ktoś w ogóle kiedykolwiek miał nadzieję, że wolny rynek w polskim szkolnictwie wyższym to konkurencja jakości ? Masowa sprzedaż nic nie wartych dyplomów za wielką kasę. Na wolnym rynku ludzie powinni dostawać wynagrodzenie wyłącznie za efekty swojej pracy. W przypadku chałturników psorów powinny być to grosze za te efekty.
    • mbmb1 prawo do prywatności i kryteria oceny 01.03.12, 12:31
      1. Z jakiej racji rektor ma mi mówić co ja mam robić w moim prywatnym czasie?! Co go to obchodzi, czy ja uprawiam ogródek, czy uczę na innej uczelni? To wyłącznie moja prywatna sprawa. Równie dobrze rektor mógłby wymagać bym w prywatnym czasie zapisał się do partii albo chodził na pochody 1-majowe, już to przerabialiśmy...

      2. Zadaniem rektora jest dopilnowanie, by pracownicy w czasie za który mają płacony dobrze pracowali. Powinny być ustalone jasne kryteria oceny pracownika naukowego, dotyczące jego pracy dydaktycznej oraz naukowej, jego czasu pracy, najlepiej czarno na białym w umowie o pracę. Albo je będę spełniał i nikogo nie powinno obchodzić co robię po ich spełnieniu jak wychodzę u uczelni, albo ich nie będę spełniał i wtedy fora ze dwora i nadal nikogo nie powinno obchodzić co robię po pracy.

      I to jest właściwe podejście do opisanego problemu, kryteria i sprawdzanie kryteriów, a nie próby sterowania życiem pracowników poprzez wtrynianie nosa w ich życie i jeszcze podlewanie tego sosem na temat co jest moralne a co nie. Rektor nie jest od dbania o moralność tylko o poziom mojej pracy.

      Cały problem w tym, że nikt nie lubi być poddawany ocenie, a zwłaszcza starsi pracownicy, którzy mają najwięcej do powiedzenia na uczelni. A najlepsza byłaby ocena permanentna i jawna, wyniki dydaktyczne i naukowe, co roku jawnie ogłaszane, uzależnienie części zarobków od tych wyników, branie pod uwagę ankiet studenckich itd. Każda dodatkowa praca odbijałaby się na naszych wynikach i każdy by się dwa razy zastanowił zanim by ją przyjął. Problem rozwiązał by się sam...

      Niestety ludzie wychowani w komunie są przesiąknięci starą ideologią i komunistycznym podejściem do życia, uwielbiają gadki o powinności, moralności, przyzwyczajeni są do tego, że władza usiłuje kontrolować ich prywatne życie i zgadzają się na to, bo innego podejścia po prostu nie znają, natomiast rzetelna praca, uczciwe kryteria, podnoszenie poprzeczki (i to jeszcze sobie samemu, o Boże...), to są rzeczy od których dawni towarzysze, proste chłopaki, stronili. Niestety nawet jeśli ktoś był w opozycji, to uważam, że ten sposób myślenia, sączony od najmłodszych lat przesiąkł do mózgów i skaził całe pokolenie. Efekty jak widać...

      3. Powoływanie się na "zakaz konkurencji" to jakieś nieporozumienie. Nauka to nie fabryka. Dobrze wyuczony student to zysk dla całego państwa i narodu, bez względu na to kto go nauczał. To jest zasadnicze dobro i ograniczanie go ze względu na partykularne interesy nauczycieli jest jak stawianie wozu przed koniem...
      • gazetakoszerna Re: prawo do prywatności i kryteria oceny 01.03.12, 13:15
        Problem z ocenianiem jest taki, że przedmioty dostaje się często gęsto co roku inne. Czasem bywa też tak, że dostaje się inne przedmioty co semestr, a czasem jeszcze tak, że w tym ogólnym burdelu, z wtorku na środę dowiadujemy się o tym, że w semestrze, który zaczyna się za 4 dni dostajemy nowy przedmiot. To nie pie..l mi tu o ocenianiu, bo ocena ma być uczciwa, a w sytuacji ogólnego bajzlu, kiedy w tydzień trzeba się przygotować do prowadzenia przedmiotu, którego się wcześniej w życiu nie prowadziło, to trochę nie tak. W ogóle, zmienianie przedmiotów nauczania z częstotliwością zmiany podpasek nie służy specjalizacji jakiejkolwiek o prowadzeniu badań i publikacji nie wspominając. Winą za ten pier..lony stan rzeczy ponosi wielkość pensum. Jeżeli założenia reformy były ściągane z zachodu, to mogli też to ściągnąć. Nigdzie w świcie cywilizowanym nie ma tak wielkiego pensum jak w jaśnie-oświeconej RP. O systemie motywacyjnym nie wspominam, bo takowy w ogóle w edukacji wyższej nie istnieje.
        • pnti Re: prawo do prywatności i kryteria oceny 01.03.12, 20:06
          Co to znaczy, że "przedmioty dostaje się często gęsto co roku inne" albo, że "w tydzień trzeba się przygotować do prowadzenia przedmiotu, którego się wcześniej w życiu nie prowadziło" ?

          I kto daje Wam te przedmioty ?

          I dlaczego obrażasz Wyborczą swoim nickiem ?
          • kloss99 Re: prawo do prywatności i kryteria oceny 03.03.12, 22:12
            > I dlaczego obrażasz Wyborczą swoim nickiem ?

            uważasz określenie "koszerny" za obraźliwe? dlaczego?
        • eryk2 Re: prawo do prywatności i kryteria oceny 04.03.12, 20:23
          gazetakoszerna napisała:

          > Problem z ocenianiem jest taki, że przedmioty dostaje się często gęsto co roku
          > inne.

          Skądś to znam... 18 lat pracy - i 13 różnych przedmiotów, często kompletnie niezwiązanych z moja dziedzina badawczą, do których ryłem nocami, żeby dać jak najwięcej wiedzy studentom, od których byłem niewiele mądrzejszy w tym przedmiocie... Do wszystkich przedmiotów pisałem programy sam - zdarzało się, że koleżanka-profesor ukradła mój program i na jego podstawie prowadziła zajątka w szkole prywatnej...

          Czasem bywa też tak, że dostaje się inne przedmioty co semestr, a czasem
          > jeszcze tak, że w tym ogólnym burdelu, z wtorku na środę dowiadujemy się o tym,
          > że w semestrze, który zaczyna się za 4 dni dostajemy nowy przedmiot.

          Nie zapomnę lata 2010... W czerwcu 2010, w ramach przydzielania godzin otrzymałem (ja, adiunkt z kilkunastoletnim stażem pracy na uczelni) przedmiot w semestrze letnim 2010/2011, a wcześniej, w semestrze zimowym, miała go prowadzić doktorantka pewnego profesora (niezatrudniona u nas pani magister). Po czym we wrześniu, dwa tygodnie przed początkiem roku akademickiego dowiedziałem sie w formie polecenia służbowego, że za 14 dni zaczynam zajęcia z tego przedmiotu w semestrze zimowym, a pani doktorantka dostanie zajęcia w semestrze letnim. Dlaczego? Bo pani doktorantka pana profesora załatwiła sobie przez niego w sierpniu wyjazd jesienią na miesięczny staż (w listopadzie) - i trzeba było zmusić pana adiunkta, żeby się zgodził na tę zamiane i w dwa tygodnie przygotował materiał zimowy zamiast letniego...
    • prof_uj Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 12:33
      Albo profesura i praca naukowa + pensum dydaktyczne, albo etat wykladowcy i dodatkowe etaty.
      Po prostu tacy "latajacy" profesorowe to tylko i wylacznie dydaktycy, nie nazywajmy ich jednak "profesorami" bo to mylace. Moze "profesor dydaktyczny"?

      PS. Mialem ostatnio studenta, ktory przyszedl na studia II stopnia (magisterskie) z uczelni, na ktorej wykladali moi koledzy z UJ. Mial wpisane z egzaminu "bdb" ale wiedze w temacie żenującą, na poziomie "ndst" tego samego egzaminu w UJ. Tylko zapomnial?
      • tentimenti Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 13:04
        Wszystko rozwiązałoby się gdyby Polska nie miała tego żenującego problemu władz aby dofinansować naukę.
        To żałosne pieprzenie o ideałach jest niczym gdy brakuje na życie.
        Nie można w tym kraju poświęcić się czystej nauce, bo zwyczajnie zdechniesz.
        • prof_uj Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 14:49
          Zgadza sie. W naszych warunkach albo dydaktyka, albo badania. Oczekiwac innowacyjnosci mozna dopiero wtedy gdy sie odpowiednio zainwestuje i to jest jak w inwestycjach gieldowych. tego nigdy nie zrozumie przecietny filozof czy historyk z naszej wierchuszki rzadowej. Dlatego w krajach zachodnich, szczegolnie w USA zaklada sie, ze tylko 5% zainwestowanej w nauke kasy bedzie mialo szanse, nie pewnosc, odpracowania calej, krajowej iwestycji w nauke. Wiec "nasi" włodarze udaja, ze nam placa za dzialalnosc naukowo-dydaktyczna, my udajemy, ze pracujemy naukowo.
        • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 14:55
          Przesadzasz. Realne zarobki w nauce średnio są dwa razy większe niż naukowcy powszechnie rozpowiadają. Praca zasadnicza to jedno, ale do tego są rozmaite dodatki i dochody z wielu innych źródeł, które podwyższają dochody pracownika. Wiem, bo przez pewien czas pracowałem w tym zawodzie i mogę z pełną odpowiedzialnością słowa stwierdzić, że naukowcy w Polsce wcale nie mają tak źle, jak rozpowiadają wszem i wobec.
          • irysek811 Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 15:33
            Wymądrzasz się tutaj na prawo i lewo, ile się da. W rzeczywistości nie masz pojęcia o czym piszesz. Jakie dodatki, jaki inne źródła? Jeden etat na uczelni = skromne zarobki, rodziny z tego nie utrzymasz.
            • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 04.03.12, 16:49
              Zajrzyj sobie np. do tego sprawozdania z uczelni (str. 107):
              bip.biuletyn.info.pl/php/pobierz.php3?bip=bip_uniwr&id_zal=4599&id_dok=2
              Podobnie wyglądają zarobki na większości innych uczelni państwowych w Polsce (a nawet są wyższe, gdyż uniwersytety na ogół płacą najmniej).

              Więc chyba to jednak ty nie masz pojęcia, o czym piszesz, albo celowo kłamiesz, gdyż leży w twoim interesie, aby fakty nie przedostały się do opinii publicznej.
          • buj_w_chucie Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 16:03
            Jezeli masz na mysli standardowe 25% z grantow na "wynagrodzenie dla autorow", to pozwol sobie powiedziec, ze to jest kolejna patologia. W polaczeniu z ok. 20% narzutu uczelnianego na utrzymanie biurw, wydzialow humanistycznych itp. (oba procenty od calej sumy) daje to prawie 50% kasy na "badania", ktora idzie w kibel juz na wstepie.
            • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 04.03.12, 16:53
              Mam na myśli trzynastki, wczasy pod gruszą, dodatki za zaocznych, za nadgodziny, za recenzje naukowe, honoraria z książek (do których badania są przecież robione za pieniądze uczelni), wcale nie małe wpływy z grantów, różnego rodzaju nagrody, staż, funkcje administracyjne, prace magisterskie, licencjackie etc. i ich recenzje, diety, pieniądze na badania własne i statutowe i wiele innych rzeczy. Jak się poskłada do kupy, to wychodzą wcale nie małe pieniądze, których pensje zasadnicze nie odzwierciedlają.
              • mbmb1 Re: Wyższa szkoła przetrwania 05.03.12, 12:41
                Trzynastka faktycznie jest i dopłata do wczasów. Na dodatek stażowy trzeba mieć staż, za zaocznych dostałem figę z makiem, idzie niż demograficzny więc są kłopoty z wypełnieniem pensum i o nadgodzinach nie ma mowy, przynajmniej u mnie, na kierunku ścisłym, recenzję robisz raz kiedyś, a i to nie każdy, książkę piszesz jeszcze rzadziej i to też tylko niektórzy, a poza tym ile osób kupuje książki naukowe? Żeby dostać grant trzeba należeć do ekipy samych swoich, a i tak pieniędzy z grantu nie można przeznaczyć na wynagrodzenia, na nagrodę trzeba zasłużyć, większości to nie dotyczy, za prace licencjackie to są jakieś grosze, diety mają znaczenie tylko przy wyjazdach zagranicznych, ile można jeździć? Z pieniędzy na badania własne i statutowe to mój zakład ledwo może papier do drukarek opłacić. Jak jesteś dobrym, znanym profesorem, z dużym stażem, masz układy to faktycznie możesz mieć znacznie więcej niż pensja pokazuje. Ale absolutnie nie można tego wniosku rozszerzać na wszystkich pracowników uczelni.
                • aeogameo Re: Wyższa szkoła przetrwania 06.03.12, 17:06
                  Przypuszczam, że mało tu kogo obchodzi, ile konkretnie ty zarabiasz. Jeśli twoja aktywność naukowa jest mizerna, na konferencje nie jeździsz, książek nie piszesz, grantów nie masz, żadnych funkcji administracyjnych, to nie dziwię się, że mało zarabiasz. Swoją drogą, 3 tys. na rękę dla tego rodzaju "naukowców" robiących w pracy tylko niezbędne minimum, to uważam, że i tak jest aż nadto. A brutto to i tak jest powyżej średniej krajowej. W cytowanym przeze mnie dokumencie są podane średnie zarobki, co oznacza, że jeśli ty zarabiasz mniej, niż tam podano, są tacy, którzy zarabiają więcej. No chyba, że rektor sfałszował te dane do sprawozdania w BIP-ie. Profesorowie też nie zawyżają danych, bowiem poszczególne stanowiska zostały potraktowane oddzielnie. Dane statystyczne czarno na białym pokazują, jakie są zarobki na uczelniach, nieporównanie wiarygodniej niż naukowcy w swoich opowieściach. Tak się składa, że jest wiele grup zawodowych w Polsce, zaniżających swoje realne zarobki (pewnie dlatego, że jak się powie, że się zarabia dużo, to można nie dostać kolejnej podwyżki), tak więc opinie poszczególnych pracowników nie są w tym temacie żadnym wiarygodnym argumentem.
              • irysek811 Do aeogameo 10.03.12, 23:46
                Proszę, zamilknij w tym temacie raz na zawsze gdyż, powtórzę, nie wiesz co piszesz!
                Niemalże w każdym wątku masz coś do powiedzenia, tymczasem powszechnie wiadomo, że ten kto zna sie na wszystkim, w rzeczywistości nie zna sie na niczym.
                Przestań udowadniać, że białe jest czarne, a czarne jest białe.
                Próbujesz wmówić, że wszyscy pracownicy wyższych uczelni otrzymują nieustannie rozmaite nagrody, granty, dodatki, zapomogi, wynagrodzenie za nadgodziny, prowadzenie prac, diety, recenzje, badania własne, funkcje administracyjne (!) - to jest najlepsze... halo... Szanowni Koledzy Naukowcy! Kto z was dostaje dodatkowe pieniądze za to że wykonuje różne dodatkowe prace administarcyjno-organizacyjne???
                Takiego zalewu cynizmu już dawno nie doznałam. I nie zarzucaj mi tutaj wycieczek osobistych. Mądrzysz sie i to jest jedynie stwierdzenie faktu.
                Nie wiem jaki jest twój cel, może po prostu nie masz co robić i dlatego się tutaj produkujesz.
                W innej sytuacji zlekceważyłabym twoje posty ale już dawno nikt mnie tak nie zirytował.
                Dyskusja z tobą na tym forum nie ma sensu z powodów wymienionych powyżej.
                Poświęć może jednak chwile czasu i zastanów sie nad tym co piszesz.
                • zybben Do irysek811 14.06.12, 15:22
                  irysek811, a ty co merytorycznego napisałeś w tej dyskusji? Aeogameo podał wiele merytorycznych i co najważniejsze prawdziwych faktów, ciebie stać tylko na personalne wycieczki niskich lotów. Nawet nie potrafisz ustosunkować się do tych faktów. Co, brakuje argumentów? Kto cię nauczył takiej dyskusji? Inna sprawa, że większości nawet nie zrozumiałeś. Pracuję na uczelni i mógłbym potwierdzić większość z tego, co napisał aeogameo. Pomyśl trochę nad sobą, zanim kolejnym razem coś napiszesz. To naprawdę nie boli.
    • adwach spoko.... 01.03.12, 13:09
      nadchodzi już niż demograficzny - za kilka lat prywatne uczelnie zaczną padać jak muchy. A wtedy na "marna" praca na państwowym uniwersytecie będzie szczytem marzeń.
    • outlaw75 Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 13:09
      Pan Profesor Sulima był moim profesorem na UW - mam dla niego wielką sympatię i szacunek. Rozumiem chęć poprawienia swojego bytu, ale...
      Właśnie skończyłam pisać doktorat, przygotowuję się do obrony. Nigdy poza okresem, kiedy składki na Zus płacił mi ze swoich dochodów mąż, nie miałam tzw. pracy na etat - tak jak wielu innych młodych ludzi - istniała alternatywa: umowy na dzieło, umowy śmieciowe lub brak pracy. W sumie mam ok. 3 lat opłacanych do emerytury składek, po 12 latach od zakończenia studiów!. Przez dłuższy czas prowadziłam też zajęcia na własnym wydziale - bez żadnego wynagrodzenia - istniał taki absurdalny przymus pracy za darmo (mowa o studentach bez stypendiów) - ja robiłam to z entuzjazmem, bo chciałam przygotować się do przyszłej pracy. Jestem pierwszym rocznikiem, który po wprowadzeniu reformy emerytalnej, będzie musiał pracować do 67 roku życia. Moja emerytura będzie głodowa lub nie będę mieć jej wcale, biorąc pod uwagę lata bez składek. Wywiązałam się ze swoich obowiązków wobec Państwa (jestem również mamą) i uczelni w 100 %, sumiennie przez wiele lat pracowałam nad dysertacją doktorską - nie zważając na względy materialne, wolny czas, przyjemności (wszyscy pracujący naukowo wiedzą, ze to wymaga pracy piątek, świątek i niedziela). Istniała jeszcze jedna niedogodność, szukając pracy poza uczelnią nieźle się trzeba było nagimnastykować, żeby wytłumaczyć skąpe bądź nie poświadczane etatowym zatrudnieniem okresy pracy. Doktorant poza środowiskiem uczelnianym jest przysłowiowym psem do kopania- szefowie mają kompleksy, nigdy nie spotkałam się z przychylnym potraktowaniem tego, że ktoś pisze doktorat. Na ogół był to argument, żeby mnie nie zatrudniać. Bo naukowe fanaberie nikomu przecież nie służą...Dopóki się doktoratu nie obroni (a czasem, jeśli nie traktuje się tego tytularnie, a poważnie -to naprawdę długie lata wyrzeczeń), najlepiej ukrywać niewygodny fakt podnoszenia kwalifikacji...
      Nawet w szkolnictwie średnim publicznym doktorat jest raczej kulą u nogi (kiedyś w prywatnej rozmowie powiedziała mi to Gł. Inspektor ds Pracy...)
      Większość moich znajomych po obronie przeżywa rozczarowanie, bo dla większości młodych naukowców nie ma etatów na uczelniach.
      Panie Profesorze - ja chciałabym mieć choć jeden etat. O czym my rozmawiamy. Przydałaby się jakaś inicjatywa obywatelska w tej spawie. Gdzie tu jest jakakolwiek solidarność międzypokoleniowa?
      Jeśli mamy pracować dłużej, to Pan Premier powinien się zastanawiać, co z tego wyniknie jeśli starsi będą mieć kilka etatów, a młodsi żadnego. Summa summarum rachunek będzie b. niekorzystny dla kraju. Jestem wstrząśnięta takim stawianiem sprawy.
      • bumcykcyk2 Re: Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 22:18
        outlaw75, widziały gały co brały, po jaka cholerę był Ci ten doktorat???

        btw nawet gdybyś dostała ten wymarzony uczelniany etat po obronie, nadal musiałby Cie utrzymywać mąż , bo są to grosze. i co? chcesz przynależeć do wyśmiewanej na uczelniach kategorii 'pan przy mężu'? uniwerek to życiowa bocznica, im szybciej to zrozumiesz, tym mniej stracisz cennego czasu. życie ma się jedno i szkoda czasu na kopanie się z koniem.
      • ar.co Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 15:22
        Ale rezygnacja z etatu przez PROFESORA nie spowoduje, że ten etat dostanie się DOKTOROWI. To jest zupełnie inna pula, a tylko profesor daje uczelni tzw. minimum kadrowe - a o nie właśnie chodzi. Dlatego uczelniom opłaca się zatrudniać (fikcyjnie) 80-latków na wózkach, a nie sprawnych 35-latków z doktoratem.
    • gronostaj8 a czego naucza profesor politologii? 01.03.12, 13:33
      i w sumie co można robić po politologii?
      • dr.krisk Re: a czego naucza profesor politologii? 01.03.12, 13:36
        gronostaj8 napisał:

        > i w sumie co można robić po politologii?
        Mieć politowania godną pracę....
      • rock73 Re: a czego naucza profesor politologii? 01.03.12, 16:35
        > i w sumie co można robić po politologii?

        Nauczać politologii.
    • aeromonas Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 14:34
      "Każdy z pracujących u mnie adiunktów będzie chciał mieć habilitację, a tę trzeba robić przed własną radą wydziału." Bzdura, habilitację o wiele zdrowiej jest robić przed obcą radą wydziału.
      Każdy z nas tak naprawdę pracuje już na 2 etatach: dydaktycznym i naukowym - na każdym w pełnym wymiarze. Ja na publicznej uczelni naprawdę się nie nudzę: wykłady, badania, magistranci, doktoranci. Nie wyobrażam sobie pracy na drugim etacie, bo moja efektywność naukowa i jakość mojej pracy dydaktycznej nieuchronnie by ucierpiała. Nikt nie powinien mieć możliwości pracy na 2, 3 czy 10 etacie: ani lekarze, ani naukowcy, ani nikt inny. Za porządną pracę na etacie powinniśmy być godziwie wynagradzani. Tyle że teraz tyle samo zarabia profesor, który jest doskonałym naukowcem i nauczycielem i ten, który w obu dziedzinach jest do niczego.
    • walkaklas Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 15:28
      Pewnie na forum nastąpił zalew ujadania nowej elity polski z dyplomem dla każdego chętnego ?
    • cin1977 Wyższa szkoła przetrwania 01.03.12, 17:15
      Oki, doktorku, jak chcesz mieć 3 etaty, to sobie miej. Ale nie traktuj pracy na publicznej uczelni tylko jako przykrego dodatku do habilitacji.
      Jak masz w planie zajęć wykład, to masz go poprowadzić! Masz dyżur, to siedzisz w gabinecie od początku do końca. Masz być, choćbyś musiał j**ać 80 godzin tygodniowo i choćbyś wrócił kilka godzin przed wykładem o 3 nad ranem z "gościnnych występów" na prywatnej uczelni na drugim końcu Polski. Nie obchodzi mnie to. Zobowiązałeś się umową z uczelnią do świadczenia pracy zgodnie z planem zajęć i masz się tego trzymać. Co robisz w czasie z mojego punktu widzenia wolnym, to mnie nie obchodzi, ale jak notorycznie nie pojawiasz się w robocie, bo ci koliduje z wykładami na Akademii Tańca i Radości, to nagana z wpisem do akt i po premii, a jak w końcu wk***isz Rektora to wylot na zbity pysk.
      • tymon99 Re: Wyższa szkoła przetrwania 02.03.12, 06:22
        wrócił o 3 nad ranem? to do 7 ma 4 godziny snu. bez problemu o 8 może być na zajęciach.
        • kluska11 A starszy czlowiek jak zwykle... 02.03.12, 07:47
          ma zdanie na kazdy temat.
          Glupie bo glupie, ale wazne bo wlasne.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka