Imigranci są różni. Dla "miejscowych" wszyscy oni są jednak obcy... niezależnie od koloru skóry, pochodzenia, religii. Rzadko lubiani, często znienawidzeni. Raz słusznie, innym razem niesłusznie. Oskarżani - już to zasadnie, już to bezzasadnie - o gwałty, kradzieże, zabójstwa... o sianie chaosu, brudu, nieporządku, detrukcji, o kryzys ekonomiczny i moralny. Rzadko doceniani, często pogardzani. Czy są "śniadzi", czy też "bladzi" - niewielka to różnica. Są inni, obcy, nie "nasi", a więc gorsi.
"Rodowici" dążą do tego, by tych "innych" asymilować, a jeśli nie, to izolować, pozbywać się "robactwa", zamykać granice, nie dzielić z nimi swoich dóbr. "Napływowi" chcą żyć na nie swojej ziemi, ale wedle swoich praw. Nie chcą być posłuszni regułom panującym u "gospodarzy", zasadom których nie rozumieją, albo nie akceptują.
Nieufność, niezrozumienie, niechęć, w końcu nienawiść. Po obu stronach. Rodzi się ksenofobia.
Nie lubimy, nie chcemy obcych w naszym kraju. Zapominamy, że gdzie indziej to my jesteśmy obcymi, być może nielubianymi i niechcianymi...