Zimbardo i inni...

19.11.18, 17:27
Do zainicjowania wątku zachęcił mnie Ulisses, który na innym wątku zastanawia się nad konsekwencjami mafijnej afery pisonów w związku z korupcyjną propozycją wobec prezesa banku Getin Noble.
"Co jest z lekka przerażające to liczba akolitów pis. Ślepa i głucha na systemowe okradanie państwa, łupienie ich samych przez ludzi rodem z ponurej groteski i niszczenie wspólnego dorobku wolnej RP. Taka afera jak KNF zmiotłaby każdy demokratyczny rząd. Ten jednak od poczatku funkcjonuje wedle zasady "nie mamy pańskiego płaszcza" ". napisał Ulisses.

Powyższe zachęciło mnie do próby odpowiedzi na wątpliwości czy wręcz zaskoczenie odnośnie nie tylko liczby akolitów, lecz i braku społecznego i skutecznego netto protestu.
Rozważań nie sposób dokonać bez przypomnienia liczących sobie już kilkadziesiąt lat eksperymentów.
Pozwolę sobie przypomnieć je za Wikipedią.
Warto zapoznać się z przebiegiem psychologicznej prowokacji.

cdn.
    • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:30
      Stanfordzki eksperyment więzienny (Stanford Prison Experiment – SPE) – projekt badawczy, który miał za zadanie zbadać psychologiczne efekty symulacji życia więziennego. Przeprowadziła go grupa psychologów uniwersytetu Stanford pod przewodnictwem Philipa Zimbardo w 1971 roku. Podczas selekcji kandydatów kierowano się ich dobrą kondycją psychofizyczną oraz brakiem kryminalnej przeszłości. Selekcję przeszło 24 studentów, z których 18 ostatecznie wzięło udział w eksperymencie (pozostała szóstka stanowiła rezerwę). Eksperymentalne więzienie skonstruowano w piwnicy wydziału psychologii w Stanford.
      Ogłoszenie

      W lokalnej gazecie pojawiło się ogłoszenie, w którym oferowano 15 $ za dzień udziału w eksperymencie (ok. 86 $ po uwzględnieniu inflacji). Ponad 70 ochotników przebadano i wybierano tych, którzy m.in nie mieli kryminalnej przeszłości (a więc i nie przebywali w więzieniu) oraz nie byli uzależnieni od narkotyków, a także byli w pełni zdrowi psychicznie. Ostatecznie wytypowano spośród nich 24 studentów z Kanady i Stanów Zjednoczonych.
      Przygotowanie

      Piwnice wydziału psychologii uniwersytetu Stanforda przerobiono na więzienie w oparciu o opinie byłych więźniów i personelu więziennego. Wymieniono w tym celu drzwi trzech sal, zastępując je stalowymi kratami. Końce 9-metrowego korytarza, stanowiącego „główny dziedziniec”, zabito deskami,. Urządzono również trzy inne pomieszczenia: przebieralnię dla strażników, pokój wartownika oraz biuro dyrektora więzienia. Przełożonym obiektu został sam Zimbardo, co jak sam później stwierdził: „było poważnym błędem w założeniach” i zaangażowało go zbyt emocjonalnie w eksperyment.

      Obraz rejestrowała kamera umieszczona w otworze na jednym z końców głównego korytarza. Rozmowy więźniów były podsłuchiwane. Więzienie pozbawione było okien i zegarów.

      Strażnikom pozwolono wybrać umundurowanie i wyposażenie w pobliskim sklepie militarnym (ten zabieg miał silniej związać tę część uczestników z nowym więzieniem). Zdecydowali się oni na koszule w kolorze khaki, pałki policyjne i ciemne okulary przeciwsłoneczne, uniemożliwiające kontakt wzrokowy. Zimbardo nie poinstruował dokładnie strażników, jak powinni się zachowywać - wskazywał jedynie na konieczność pozbawienia więźniów prywatności oraz odebrania im podstawowych praw. Zakazał także używania bezpośredniej przemocy fizycznej - strażnicy mieli zakaz uderzania więźniów, a pałka, którą mieli przy sobie, miała pozostać jedynie symbolem władzy. Poinformowano ich także, że w razie ucieczki więźniów eksperyment dobiegnie końca. Reszta pozostawała w ich gestii.

      9 strażników pracowało trójkami w czasie 8-godzinnych zmian (z możliwością wezwania wsparcia). Trzy cele mieściły po trzech więźniów. Pozostali uczestnicy mieli zostać wezwani w razie potrzeby.

      Uczestnicy eksperymentu zostali poinformowani, że w razie wytypowania ich na więźniów będą otrzymywali minimalne racje żywnościowe a część ich praw obywatelskich zostanie ograniczona.
      Zatrzymanie

      W pierwszym dniu eksperymentu nieświadomi uczestnicy projektu (więźniowie) zostali aresztowani przez policję we własnych domach. Przedstawiono im zarzuty (napad z bronią w ręku i włamanie), odczytano prawa i skutych kajdankami odwieziono do pobliskiego komisariatu (policja zgodziła się współpracować z badaczami). Na miejscu ich spisano, zdjęto odciski palców i zamknięto w celi, przewiązując uprzednio oczy.

      „Więźniowie” zostali odeskortowani do „uniwersyteckiego więzienia”, gdzie po przywitaniu przez naczelnika i powtórzeniu ciążących na nich zarzutów, zostali dokładnie przeszukani i rozebrani do naga. Następnie poddano ich procesowi odwszenia za pomocą aerozolu.
      Zasady panujące w więzieniu

      Skazańcy zostali ubrani w długie białe koszule z numerem identyfikacyjnym po obu stronach. Do prawej stopy każdego z nich umocowano łańcuch zapięty na kłódkę. Czapkę stanowiła damska pończocha. Przygotowany w ten sposób strój miał ich upokorzyć i maksymalnie ujednolicić.

      Więźniowie musieli zwracać się do strażników formułą „Panie oficerze penitencjarny”, a do siebie jedynie po numerze identyfikacyjnym. Aby utrwalić je w ich pamięci, strażnicy organizowali kilkakrotnie w ciągu pierwszego dnia eksperymentu liczne „odliczania”. Początkowo więźniowie nie traktowali ich poważnie, manifestując przy tym chętnie swoją niezależność. Strażnicy nie byli jeszcze zdolni zmusić ich do posłuszeństwa. Jak sami wspominali po eksperymencie, w pierwszym dniu byli zdezorientowani i zbytnio nie wiedzieli jak postępować. Popularną formą karania przez strażników były pompki. Pozornie niegroźne, stały się z czasem metodą poniżania więźniów (zwłaszcza, kiedy strażnik stawiał nogę na odbywającym karę, albo kazał na nim siadać innemu więźniowi).
      Bunt i jego konsekwencje

      Drugiego dnia eksperymentu wybuchł bunt. Więźniowie zabarykadowali się w celach, zdjęli czepki i zerwali numery identyfikacyjne. Zaczęli drwić ze strażników. Ci wezwali do pomocy nocną zmianę i razem potraktowali skazańców dwutlenkiem węgla z gaśnicy. Zszokowani więźniowie zostali rozebrani, ich łóżka wyprowadzono na korytarz, a inicjatorów buntu zamknięto w karcerze. Innych zmuszono do robienia pompek, odmówiono im posiłków i poduszek.

      Strażnicy wyciągnęli wnioski z minionych zdarzeń i zgodnie z sugestią jednego z nich, postanowili „podejść więźniów psychologicznie, a nie fizycznie”. W tym celu stworzono specjalną „celę uprzywilejowanych”, w której znalazły się łóżka i koce, lepsze posiłki (spożywane w obecności pozostałych, którym tymczasowo zakazano jeść) i odebrane uprzednio ubrania. Ponadto uprzywilejowani mogli myć zęby i brać kąpiele.

      Po połowie dnia „uprzywilejowanych” wysłano z powrotem do zwykłych cel, a na ich miejsce wprowadzono niektórych z inicjatorów buntu. Więźniowie poczuli się zdezorientowani. Pojawiły się spekulacje o współpracy „uprzywilejowanych” ze strażnikami. Relacje w poszczególnych grupach zupełnie się zmieniły. Strażnicy zjednoczyli się w obliczu zagrożenia, solidarność więźniów uległa skruszeniu.

      Strażnicy zaczęli traktować więźniów znacznie surowiej. Możliwość wyjścia do toalety zależała od ich humoru. Po godzinie 22 więźniowie korzystali z wiader pozostawionych w celach, których czasem nie pozwalano im opróżniać. Strażnicy wykazywali się szczególną bezwzględnością po zmroku, myśląc, że nie są obserwowani przez badaczy.

      cdn.
      • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:31
        Więzień nr 8612

        Po 36 godzinach eksperymentu więzień o numerze 8612 zaczął wykazywać szereg niepokojących objawów. Na zmianę zachowywał się agresywnie i wybuchał płaczem, miał „zdezorganizowany sposób myślenia”. Strażnicy i naukowcy podejrzewali go o próbę oszustwa. Badający go specjalista zaproponował mu bycie informatorem w zamian za łagodniejsze traktowanie przez strażników. 8612 miał przemyśleć tę propozycję.

        Podczas następnego odliczania więzień powiedział do pozostałych: „nie możecie stąd wyjść, nie da się przerwać eksperymentu”. Później stracił nad sobą panowanie: krzyczał i przeklinał. Dopiero wtedy badacze postanowili go wypuścić. Wśród więźniów umocniło się przekonanie, że to nie eksperyment, tylko prawdziwe więzienie.
        Odwiedziny

        Następnego dnia urządzono odwiedziny dla rodziny i przyjaciół. Aby sprawić dobre wrażenie wyczyszczono całe więzienie, więźniom pozwolono się umyć i zjeść obfity posiłek, a nawet włączono przyjemną muzykę przez interkom. Dla wzmocnienia pozytywnego efektu, przyjmowaniem gości zajmowała się cheerleaderka ze Stanford, Susie Phillips.

        Przybyli musieli znieść szereg niedogodności przed zobaczeniem się z bliskim: zezwolenie wydawał każdorazowo naczelnik więzienia (Zimbardo), na spotkanie trzeba było czekać około pół godziny, wizyty były ograniczone do 10 minut, mogły w nich uczestniczyć tylko 2 osoby i przebiegały w obecności strażnika. Część odwiedzających zwróciła uwagę na zły stan swoich bliskich, ale pod wpływem autorytetu organizatorów eksperymentu rezygnowali z jakichkolwiek działań.
        Plan ucieczki

        Jeden ze strażników podsłuchał więźniów omawiających plan ucieczki. Zgodnie z nim, wypuszczony wcześniejszej nocy nr 8612 miał zebrać kilku przyjaciół, wtargnąć do więzienia i uwolnić pozostałych. Naukowcy i strażnicy postanowili udaremnić ten plan za wszelką cenę.

        Pierwszym krokiem było umieszczenie na miejscu nr 8612 nowego więźnia, który był współpracownikiem i informatorem „władzy”. Następnie Zimbardo zgłosił się do miejscowej policji z prośbą o przeniesienie więźniów do prawdziwego więzienia. Prośba została jednak odrzucona. Ostatecznie zdecydowano się rozebrać wszystkich więźniów, założyć im na głowy worki, skuć razem i przetransportować do magazynu, gdzie mieli przeczekać „włamanie”. Zimbardo liczył, że „włamywacze” zastaną na miejscu tylko jego, który obwieści im, że eksperyment dobiegł końca i wszyscy zostali zwolnieni. Później praca więzienia miała wrócić do normy. Rozważano również zwabienie byłego więźnia nr 8612 i aresztowanie go ponownie, tłumacząc to „fałszywymi przesłankami” wcześniejszego zwolnienia.

        Ostatecznie nikt nie wtargnął do więzienia. Zimbardo odwiedził natomiast Gordon Bower, współlokator z czasów uniwersytetu w Yale, który chciał przyjrzeć się wynikom eksperymentu. Zasugerował on Zimbardo, że całe przedsięwzięcie odbiega od obiektywizmu i za bardzo angażuje emocjonalnie jego organizatorów. Zimbardo docenił jego spostrzeżenie dopiero znacznie później.
        Zemsta

        Po niedoszłym włamaniu strażnicy nasilili prześladowania wobec więźniów. Zmuszano ich do czyszczenia muszli toaletowych gołymi rękoma, robienia pompek, pajacyków i odliczeń, które przeciągały się nawet do kilku godzin.
        Wizyta księdza (SIC!!! - podkreślenie moje!)

        W celu zbadania wpływu stworzonej atmosfery na więźniów, naukowcy zaprosili do współpracy katolickiego księdza, byłego kapelana więziennego. Odbył on osobiste spotkanie z niemal każdym z więźniów. Połowa z nich przedstawiła się za pomocą swojego numeru identyfikacyjnego.

        Więzień nr 819 nie chciał widzieć się z księdzem, prosząc natomiast o wizytę lekarza. Podczas rozmowy z Zimbardo załamał się i wybuchnął płaczem. Równocześnie jeden ze strażników ustawił pozostałych więźniów w szeregu i kazał im głośno powtarzać: „więzień nr 819 jest złym więźniem. Przez to, co zrobił więzień nr 819 w mojej celi jest bałagan, Panie Władzo”. Zgromadzeni wykrzyczeli to kilkakrotnie. Gdy dotarło to do uszu więźnia nr 819, załamał się po raz kolejny. Mimo że był chory, chciał wrócić i udowodnić, że nie jest złym więźniem. Uspokoił go dopiero Zimbardo, tłumacząc, że to tylko eksperyment naukowy, a nie prawdziwe więzienie.
        Komisja
        Następnego dnia część więźniów stanęła przed komisją, która miała rozważyć ich warunkowe zwolnienie. Na jej czele stanął wspomniany wcześniej były więzień i konsultant grupy Zimbardo. Większość więźniów gotowa byłaby zrezygnować z należnych im pieniędzy w zamian za natychmiastowe zwolnienie. Złożone przez nich wnioski o wypuszczenie miały zostać rozpatrzone w bliżej nieokreślonym terminie, na co więźniowie (nieczujący się już zupełnie jak uczestnicy eksperymentu) milcząco wyrazili zgodę.

        cdn.
        • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:33
          Przerwanie

          Eksperyment zakończono już szóstego dnia z dwóch powodów. Strażnicy zaczęli dopuszczać się coraz bardziej gorszących praktyk, np. zmuszając więźniów do symulowania aktów homoseksualnych. Ponadto Christina Maslach, późniejsza żona Zimbardo, stanowczo sprzeciwiła się eksperymentowi po tym, jak przeanalizowała jego zgubny wpływ na psychikę więźniów. Była to pierwsza osoba, która zanegowała moralną stronę eksperymentu. To między innymi dzięki uwagom jej, jako osoby niezaangażowanej w eksperyment, Zimbardo postanowił go przerwać. Jak sam potem twierdził zachowywał się bardziej jak dyrektor więzienia, niż badacz prowadzący eksperyment naukowy, a także, że brakowało mu empatii wobec więźniów, których tak nieludzko traktowali strażnicy.
          Zachowanie uczestników

          Typy strażników

          Wśród strażników można było wyróżnić trzy podstawowe typy zachowań. Pierwsza grupa była surowa, choć sprawiedliwa. Strażnicy z drugiej grupy starali się nie krzywdzić więźniów i oddawać im „drobne przysługi”. Pozostali natomiast znajdowali satysfakcję w znęcaniu się nad skazańcami, mimo że żaden test osobowości nie wykazywał u nich takich tendencji. Wszystkich strażników łączyło jedno: nie odmawiali wykonania żadnego rozkazu. Najbardziej znienawidzony z nich zyskał sobie miano Johna Wayne’a, ze względu na nieugiętość i bezwzględność.

          Zachowanie więźniów

          Więźniowie radzili sobie na różne sposoby z atmosferą podległości i poniżenia. Początkowo niektórzy z nich przeciwstawiali się i bili ze strażnikami. Czterech więźniów zareagowało załamaniem emocjonalnym, u jednego stres spowodował wysypkę psychosomatyczną. Część stała się „dobrymi więźniami”, którzy wykonywali wszystkie rozkazy strażników. Więźniowie jako grupa zostali całkowicie rozproszeni i zdominowani przez strażników.

          Komentarz byłego więźnia nr 416 (2 miesiące po zakończeniu eksperymentu): "Zacząłem mieć poczucie, że tracę tożsamość. Tożsamość osoby, którą nazywałem „Clay”, osoby, która kazała mi iść do tego miejsca, osoby, która dała się w tym więzieniu zamknąć – bo to było dla mnie więzienie i nadal jest. Nie uważam, że to eksperyment ani symulacja, bo to po prostu więzienie prowadzone przez psychologów zamiast przez państwo. Zacząłem mieć poczucie, że osoba, którą byłem i która kazała mi iść do więzienia, była mi obca – obca tak bardzo, że w końcu stałem się 416. Naprawdę byłem swoim numerem."
          Cele eksperymentu według Zimbardo

          Skonfrontowanie tezy o radykalnej zmianie zachowania (skłonności do ogromnego okrucieństwa) zwyczajnych ludzi, kiedy stają się anonimowi i mogą traktować innych przedmiotowo.
          Zbadanie wpływu otoczenia, autorytetu, solidarności grupowej oraz konkretnej sytuacji na działania jednostek (eksperyment Milgrama).

          Wnioski Zimbardo

          Amerykański psycholog tym samym zaobserwował, że ludzie zdrowi psychicznie w specyficznych warunkach mogą z powodzeniem wcielać się w role oprawców i ofiar. Powodów takich zachowań upatruje on nie w zaburzeniach ludzkiej psychiki, lecz we wpływie otoczenia na jednostkę.

          Przez następne lata uczestnicy byli obserwowani, przez rok po eksperymencie prowadzono terapie indywidualne oraz grupowe uczestników oraz utrzymywano kontakt telefoniczny i listowny w ciągu następnych 10 lat. Ostatecznie eksperyment nie wpłynął negatywnie na ich życie. Było to spowodowane tym, że zostali poddani terapii, na której dokładnie im wytłumaczono, czego byli uczestnikami i świadkami. Jednostki wyselekcjonowane do eksperymentu były w pełni zdrowe psychicznie, a eksperyment odbył się w jednym miejscu, dzięki czemu badani po jego zakończeniu wyszli ze swoich ról, zdjęli mundury i wrócili do normalnego życia. Starania eksperymentatorów sprawiły, że nie czuli oni winy ani wstydu. Sami uczestnicy przyznali, że pomimo tygodnia spędzonego w nieludzkich warunkach, dowiedzieli się bardzo dużo o sobie i własnej naturze, co dla większości z nich było bardzo pouczające. Ponadto efekty ograniczyły się tylko do samego czasu trwania eksperymentu, a ostatecznie wszyscy przyznali, że to, co przeżyli było jedynie efektem realiów, w jakich się znaleźli, a nie cech ich własnej osobowości[2].

          Wnioskiem z w/w było też spostrzeżenie, że odgrywanie ról społecznych może wpływać na kształtowanie się osobowości jednostki, w szczególności w sytuacji, gdy nie ma ona możliwości zrzucenia schematu roli lub gdy rola społeczna nie pozwala jej na margines swobody postępowania (zaplanowany na dwa tygodnie eksperyment przerwany został już po sześciu dniach ze względu na brutalne zachowania osób, które przyjęły role strażników).
          Późniejsze spostrzeżenia
          Lynndie England wskazująca na rozebranego więźnia, którego zmuszono do samogwałtu w obecności swoich oprawców .

          Po wydarzeniach znęcania się nad więźniami podczas drugiej wojny w Iraku Zimbardo przypomniał o wyniku swojego eksperymentu, wskazując na warunki więzienne jako szczególnie sprzyjające przemocy.

          Podkreślał, że incydentom takim jak wydarzenia w więzieniu Abu Ghraib nie są winni żołnierze, lecz system, który sprawia, że:

          strażnikami są najniżej postawieni ludzie w armii (niedoświadczeni, słabo wyedukowani zawodowo),
          więźniów nadzorują ludzie przez długi czas przebywający w izolacji w podobnych warunkach (rzadko opuszczają mury więzienia, nie mają innych obowiązków),
          zarówno więźniowie jak i strażnicy narażeni są na stres (oddalenie od domu, warunki wojenne),
          strażnicy z braku innych zajęć wymyślają wyrafinowane tortury,
          więźniowie najpierw byli przesłuchiwani przez agentów CIA, którzy jako pierwsi dopuścili się aktów przemocy, co widzieli żołnierze – w wyniku tego włączył się u nich mechanizm obniżenia moralnych barier i poziom przemocy szybko wzrósł,
          zachowania agresywne przejawiają także kobiety, ze względu na fakt, iż stanowią one niewielki procent żołnierzy w armii (muszą wykazać swoją przydatność, udowodnić innym, że są równie odporne, wytrzymałe i brutalne),
          wcześniejsze badania Zimbardo potwierdzają także, że jeśli kobietom zapewni się anonimowość, są zdolne do zadawania ogromnego bólu.

          Zimbardo w wypowiedziach na temat tego incydentu sugerował też, że zarówno żołnierzom jak i więźniom potrzebna będzie opieka terapeutyczna, taka jak ta, którą zapewnił uczestnikom swojego eksperymentu, by nie doszło do tragedii i samobójstw, życia w potępieniu przez opinię społeczną, w poczuciu winy za czyny, których to dopuścić może się każdy w takich specyficznych warunkach.
          Podobne eksperymenty

          Eksperyment Zimbardo był kilka razy powtarzany. W 2005 roku zrobił to polski reżyser Artur Żmijewski. Jego eksperyment miał dużo łagodniejszy przebieg niż eksperyment Zimbardo. Zakończył się „okrągłym stołem” więźniów i strażników, którzy w ten sposób zbuntowali się przeciwko artyście i wszyscy zrezygnowali z dalszego udziału. Zapisem eksperymentu jest film Powtórzenie pokazywany na Biennale Sztuki w Wenecji.

          W 1967 roku w Palo Alto w Kalifornii nauczyciel historii w liceum, Ron Jones, wraz ze swoimi uczniami przeprowadził tygodniowy eksperyment (znany jako „The Third Wave”), który pokazał mechanizmy kształtowania się społeczności na wzór państwa totalitarnego.
          • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:36
            Pozostańmy zatem przy tym ostatnim eksperymencie:

            Trzecia Fala (The Third Wave) – eksperyment socjologiczny, mający udowodnić, że nawet demokratyczne społeczeństwa nie są odporne na wpływy totalitaryzmu. Przeprowadził go wiosną 1967 roku Ron Jones, nauczyciel historii w Cubberley High School w Palo Alto w Kalifornii.

            Przebieg

            Podczas zajęć z historii najnowszej uczniowie Jonesa nie mogli pojąć, w jaki sposób cywilizowane społeczeństwo niemieckie zaczęło masowo popierać nazistów. Nauczyciel postanowił im pokazać ten mechanizm za pomocą eksperymentu.

            Pierwszego dnia eksperymentu Jones wprowadził proste reguły porządkowe: uczniowie mieli siedzieć prosto, ręce trzymając założone na plecy, a stopy postawione płasko na podłodze; zwracać się do niego wyłącznie rozpoczynając „Mr. Jones” (poprzednio mogli mówić mu po imieniu), a na pytania odpowiadać maksymalnie w trzech słowach.

            Następnego dnia Jones zakomunikował uczniom, że powołał ruch społeczny „Trzecia Fala”. Nazwa miała wywodzić się od rzekomej zasady, że podczas ruchów falowych w serii najsilniejsza jest zwykle trzecia fala. Ruch miał faworyzować dobro ogółu, eliminując porządki demokratyczne, które przywiązują zbyt dużą wagę do potrzeb jednostki. Za motto ruchu przyjęto hasła: „Siła przez dyscyplinę, siła przez wspólnotę, siła przez działanie, siła przez dumę” („Strength through discipline, strength through community, strength through action, strength through pride”), które uczniowie często skandowali. Ustalono gest salutowania zbliżony do faszystowskiego, którym uczniowie mieli się pozdrawiać także poza szkołą.

            Trzeciego dnia Jones rozdał uczniom legitymacje członkowskie. Na trzech z nich zaznaczył czerwony znak X, a ci, którzy je otrzymali, mieli informować o nieprzestrzeganiu zasad przez innych. Zabronione było gromadzenie się więcej niż trzech członków grupy. W klasie pojawili się nowi uczniowie, chcący przystąpić do ruchu, na koniec dnia grupa liczyła ok. 200 osób. Pojawiły się zachowania nienarzucone przez prowadzącego – członkowie Trzeciej Fali samorzutnie zaczęli donosić na uczniów, którzy łamią zasady. Osoby te zostały usunięte z klasy do biblioteki szkolnej, a członkowie ruchu zaczęli się wręcz nad nimi znęcać. Samorzutnie powołano też ochronę osobistą Jonesa.

            Czwartego dnia Jones stwierdził, że eksperyment zaczyna wymykać się spod kontroli i postanowił go zakończyć. Oznajmił w tym celu uczniom, że Trzecia Fala jest częścią ogólnokrajowego ruchu politycznego, a następnego dnia w szkole odbędzie się wiec, na którym będzie ogłoszony program polityczny nowej partii oraz przedstawione przemówienie kandydata na prezydenta. Przypadkiem w tygodniku "Time" pojawiła się całostronicowa reklama produktów, określona jako „Trzecia Fala”, co uwiarygodniło przemówienie Jonesa.

            W piątek tłumnie zgromadzona młodzież usłyszała, że ruch Trzeciej Fali był fikcyjny i miał służyć unaocznieniu jak możliwe jest wcielenie w życie idei totalitarnych w rozwiniętych społeczeństwach demokratycznych.

            cdn.
            • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:39
              Idźmy zatem dalej:

              Eksperyment Milgrama – eksperyment psychologiczny, zaprojektowany i przeprowadzony w pierwotnej wersji przez psychologa społecznego Stanleya Milgrama. Eksperyment badał posłuszeństwo wobec autorytetów. Przeprowadzony był w 1961 i 1962 roku. Pierwsze publikacje na jego temat pojawiły się w 1963 roku[1]. W ciągu następnych kilku lat przeprowadzano serie kolejnych doświadczeń opartych na pomyśle Milgrama.

              Geneza pomysłu

              Stanley Milgram zadał sobie pytanie o przyczyny ślepego posłuszeństwa wobec zbrodniczych rozkazów, które doprowadziły zwyczajnych wydawałoby się ludzi do ludobójstwa np. w obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej.

              Przypuszczał, że Niemcy jako naród muszą być szczególnie skłonni do podporządkowania się przełożonym[2]. W celu sprawdzenia tej hipotezy wymyślił eksperyment, który miał na celu zbadanie skłonności ludzi do ulegania autorytetom. Pierwotnie Milgram chciał przeprowadzić sondaż na grupie amerykańskiej, a następnie pojechać do Niemiec, aby wyłowić różnice w zachowaniach przedstawicieli różnych narodowości.

              Po przeprowadzeniu badań w USA Milgram stwierdził jednak: Znalazłem tu (w Ameryce) tyle posłuszeństwa, że wcale już nie było powodu jechać do Niemiec[2]. Wyniki eksperymentu na próbie amerykańskiej były bardzo zaskakujące i nieoczekiwane, także dla samego Milgrama.
              Konstrukcja i przebieg eksperymentu

              Pierwszy wariant eksperymentu przeprowadzony został na Uniwersytecie Yale ze studentami, a potem z mężczyznami mieszkającymi w New Haven. Kolejne badania zorganizowane były poza terenem uniwersytetu. Milgram założył pracownię w lokalu sklepowym w Bridgeport, gdzie za pomocą ogłoszeń w lokalnych gazetach szukał ochotników do kolejnych doświadczeń. Potrzebował ludzi zróżnicowanych pod względem zawodu, wieku, wykształcenia, płci.

              W serii kontrolowanych eksperymentów laboratoryjnych przebadał w sumie ok. 1000 przypadkowo zebranych mieszkańców Connecticut oraz studentów Yale.
              Metoda badawcza

              Ochotnicy[3] zgłaszali się do laboratorium po przeczytaniu w prasie ogłoszenia. Byli pewni, że biorą udział w badaniu „wpływu kar na pamięć”. Dostawali pieniądze za uczestniczenie w doświadczeniu (4,5 dolara, które dzisiaj warte byłyby ok. 30 dolarów). Mówiono im wyraźnie, że otrzymują pieniądze za samo przyjście do laboratorium i zatrzymają je bez względu na to, co się dalej stanie.

              W pierwszym (najsłynniejszym) eksperymencie przebadano 40 osób w wieku od 20 do 50 lat. Piętnaście z nich było robotnikami, 16 przedstawicielami handlowymi lub przedsiębiorcami, 9 reprezentowało wolne zawody. Każdy z badanych był testowany indywidualnie.

              Gdy badany wchodził do laboratorium, widział obecną już w pomieszczeniu inną „osobę badaną”. W rzeczywistości był to pomocnik eksperymentatora – czterdziestosiedmioletni mężczyzna z nadwagą, sprawiający miłe wrażenie (księgowy). Jego zadaniem było odgrywanie osoby badanej.

              Następowało sfingowane losowanie ról, w którym prawdziwej osobie badanej przypadała rola „nauczyciela”, a pomocnikowi eksperymentatora – rola „ucznia”.

              Nauczyciel dowiadywał się, że jego zadanie polegać będzie na czytaniu uczniowi listy par słów (np. „miły-dzień”, „niebieska-skrzynka”, itp.), a następnie sprawdzaniu, jak wiele z tych par uczeń zapamiętał. Faza sprawdzająca polegać miała na tym, że nauczyciel czyta pierwsze słowo z pary, następnie cztery słowa-propozycje, z których uczeń ma wybrać słowo prawidłowe (przyciskając jeden z czterech guzików).

              Jeśli uczeń odpowie prawidłowo, nauczyciel czyta kolejne słowo, gdy uczeń odpowie źle – nauczyciel stosuje karę w postaci wstrząsu elektrycznego.

              Nauczyciel otrzymywał na początku jeden próbny wstrząs elektryczny o napięciu 45 V, który był odczuwany jako dość bolesny.

              Następnie ucznia przeprowadzano do sąsiedniego pokoju, oddzielonego od laboratorium szybą. Tam przywiązywany był do krzesła przez pomocnika eksperymentatora oraz nauczyciela. Przeguby ucznia podłączane były do elektrod, po uprzednim posmarowaniu nadgarstków maścią „w celu uniknięcia poparzeń i pęcherzy”. W trakcie przypinania „nauczyciel” słyszał jak „uczeń” zadaje pytanie „eksperymentatorowi”, czy to może być niebezpieczne, ponieważ ma kłopoty z sercem – „Wstrząsy mogą być bolesne, ale nie powodują uszkodzenia tkanek” – odpowiadał eksperymentator.

              Następnie nauczyciel wracał do pomieszczenia eksperymentatora i siadał przed aparatem, przy pomocy którego miał stosować elektrowstrząsy („kary”). Czytał listę słów (lista była bardzo długa oraz trudna do zapamiętania) i rozpoczynał „fazę sprawdzającą” (głos ucznia słyszał przez interkom). Jeśli uczeń popełniał błąd, otrzymywał „za karę” wstrząs elektryczny.

              Reguła była taka, że przy kolejnych błędach zwiększano siłę wstrząsu. Początkową dawką było 15 woltów. Każdy kolejny wstrząs był rzekomo silniejszy o 15 V. Ostatnią dawką miało być 450 V – przed nauczycielem było 30 przełączników. Pod przełącznikami widniały napisy, przedstawione w tabeli.

              Siła wstrząsu Nazwa siły wstrząsu
              15 V, 30 V, 45 V, 60 V Słaby wstrząs
              75 V, 90 V, 105 V, 120 V Umiarkowany wstrząs
              135 V, 150 V, 165 V, 180 V Silny wstrząs
              195 V, 210 V, 225 V, 240 V Intensywny wstrząs
              255 V, 270 V, 285 V, 300 V Bardzo silny wstrząs
              315 V, 330 V, 345 V, 360 V Niezwykle silny wstrząs
              375 V, 390 V, 405 V, 420 V Niebezpieczeństwo: poważny wstrząs
              435 V, 450 V XXX

              Sytuacja badawcza zaaranżowana była bardzo sugestywnie. Jak ujawniły wywiady przeprowadzone po eksperymencie (tak zwane odkłamanie), żaden z badanych nie zorientował się, że „uczeń” w rzeczywistości nie jest rażony prądem.
              Zachowanie ucznia

              Zadaniem ucznia było udawanie, że otrzymuje wstrząsy elektryczne. Jego wypowiedzi za każdym razem były takie same (odtwarzano je z taśmy)[4]:

              15-90 V – Auu
              (...)
              120 V – Auuu! „To rzeczywiście boli”
              (...)
              150 V – AAuuuu! Eksperymentatorze! Już dosyć, Proszę mnie stąd zabrać. Mówię panu mam kłopoty z sercem. Serce zaczyna mi już dokuczać. Proszę mnie stąd zabrać. Serce zaczyna mi dokuczać. Odmawiam dalszego udziału w tym. Pozwólcie mi wyjść.
              165 V – AAAUUU! (krzyk) POZWÓLCIE MI WYJŚĆ!
              180 V – AAAUUU! (krzyk) Nie mogę wytrzymać tego bólu! POZWÓLCIE MI STĄD WYJŚĆ!

              Prawdziwe krzesło elektryczne. W eksperymencie Milgrama używano zwykłego krzesła z oparciami na ręce. Do prądu „podłączone” były tylko nadgarstki ucznia.

              195 V – AAAUUU! (krzyk) Pozwólcie mi stąd wyjść! Pozwólcie mi stąd wyjść! Serce mi nawala. Nie macie prawa trzymać mnie tutaj! Pozwólcie mi stąd wyjść (4x)
              210 V – AAAUUU! Eksperymentatorze! Proszę mnie stąd zabrać! Mam już dosyć! Nie chcę już więcej brać udziału w tym eksperymencie.
              255 V – AAAUUU! Zabierzcie mnie stąd!
              270 V – (Okrzyki bólu) Pozwólcie mi stąd wyjść! (3x)
              300 V – (Okrzyki bólu) Absolutnie odmawiam odpowiedzi! Zabierzcie mnie stąd. Nie możecie mnie tutaj trzymać! Zabierzcie mnie! Zabierzcie mnie stąd!!
              315 V – (Głośny okrzyk bólu) Mówiłem, że odmawiam odpowiedzi! Nie chcę dłużej uczestniczyć w tym eksperymencie!
              330 V – (Intensywny i przedłużony okrzyk bólu) Pozwólcie mi stąd wyjść (2x) Mówiłem, serce mi nawala (histerycznie). Nie macie prawa mnie tu trzymać. Pozwólcie mi wyjść (powtórzone wielokrotnie).

              Przy silniejszych wstrząsach uczeń miał histerycznie i głośno krzyczeć. Od pewnego momentu przestawał reagować – w sali panowała wtedy złowroga cisza.

              cdn.
              • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:39
                Zachowanie eksperymentatora

                Eksperymentatora grał zawodowy aktor o bardzo oficjalnym wyglądzie, ubrany w fartuch laboratoryjny.

                Jeśli w pewnym momencie nauczyciel zwracał się do eksperymentatora z wątpliwościami co do dalszego kontynuowania wstrząsów, eksperymentator odpowiadał:

                „Proszę kontynuować”
                „Eksperyment wymaga, aby to kontynuować”
                „Proszę kontynuować, to jest absolutnie konieczne”
                „Nie masz innego wyboru, musisz kontynuować”

                Jeśli pierwszy nakaz nie był skuteczny, stosowano drugi, dopiero potem trzeci i czwarty. Jeśli po 4 zdaniu badany nie był posłuszny, przerywano eksperyment. Jeśli po którymś ze zdań nauczyciel podporządkowywał się i stosował kolejny szok, to przy następnym zawahaniu lub pytaniu „eksperymentator” miał wypowiadać kolejne zdania od pierwszego do czwartego.

                Gdy nauczyciel pytał, czy uczniowi może stać się krzywda, eksperymentator odpowiadał: „Wstrząsy mogą być bolesne, ale nie powodują uszkodzenia tkanek”.

                Jeśli nauczyciel mówił, że uczeń nie chce kontynuować, eksperymentator mówił: „Czy to się uczniowi podoba czy nie, musisz kontynuować aż on powtórzy poprawnie wszystkie pary słów”.

                Eksperymentator był pewny siebie i mówił zawsze stanowczym głosem, ale nie był niegrzeczny.
                Zachowania nauczyciela

                Rzeczywiste osoby badane odbierały eksperyment jako bardzo nieprzyjemny. W artykule Milgrama jest opis zachowania jednego z nich:

                Miałem okazję obserwowania jednego z badanych – dojrzałego i zrównoważonego biznesmena, wchodzącego z uśmiechem i pewnością siebie do laboratorium. Po 20 minutach ten sam człowiek był trzęsącym się i wiercącym, jąkającym się nerwowo wrakiem na granicy załamania psychicznego. Bez przerwy wyłamywał sobie palce i pociągał się za ucho. W pewnym momencie przyłożył obie pięści do czoła ze słowami: „Boże, niech się to wreszcie skończy”. A jednak reagował na każde słowo badacza i posłusznie ulegał jego poleceniom aż do samego końca[1].

                Wszystkie osoby badane (nauczyciele) w pewnym momencie zadawały pytanie o to, czy należy aplikować kolejny wstrząs elektryczny. Widać było, że badani męczyli się z powodu cierpień ofiary. Prosili badacza, aby pozwolił im przestać. Gdy odmawiał, kontynuowali, ale trzęsąc się, pocąc, jąkając. Obgryzali paznokcie, niekiedy wybuchali nerwowym śmiechem[5]. Niektórzy oszukiwali, sądząc, że pozostanie to niezauważone, i dawali ofierze mniejsze wstrząsy niż powinni.

                Kilku badanych poprosiło, aby zwolnić ich z dalszej konieczności stosowania szoków. Chcieli też oddać pieniądze, które dostali za udział w badaniu (mimo że na początku zaznaczano, że pieniądze dostają za samo przyjście do laboratorium, bez względu na to jak przebiegnie eksperyment).
                • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:42
                  Przewidywania wyników

                  Milgram zastanawiał się, jak wiele osób dojdzie do końca skali i zaaplikuje najsilniejszy wstrząs (450 V) uczniowi.

                  Badani (nauczyciele) mieli wiele powodów, dla których powinni w pewnym momencie przerwać eksperyment:

                  Uczeń bardzo wiarygodnie grał. Nauczyciele byli przekonani, że rzeczywiście rażą go prądem i wywołują jego coraz to silniejsze cierpienia. Dowodzą tego między innymi wywiady przeprowadzane z nauczycielami po zakończeniu eksperymentu.
                  Badani słyszeli w czasie przypinania ucznia do krzesła, jak mówi on eksperymentatorowi, że ma kłopoty z sercem.
                  Mimo że eksperymentator zapewniał, iż nie ma groźby „uszkodzenia tkanek”, uczeń krzyczał, że z jego sercem nie dzieje się dobrze, i histerycznie domagał się przerwania doświadczeń – słusznie twierdząc, że nikt nie ma prawa go tu trzymać.
                  Nauczyciele brali udział w eksperymencie na ochotnika. Oznacza to, że w dowolnym momencie bez konsekwencji mogli wyjść z sali i zatrzymać pieniądze, o czym ich informowano tuż po samym zgłoszeniu się do laboratorium. Nie było żadnego wyraźnego przymusu, pod którym należało dalej uczestniczyć w badaniu.
                  Badani nigdy wcześniej nie widzieli eksperymentatora ani ucznia i nie mieli ich także zobaczyć w przyszłości – nie było tu żadnych dalszych ewentualnych konsekwencji niesubordynacji.
                  Nauczyciele byli przekonani, że biorą udział w „badaniu wpływu kar na pamięć”. Jednak od pewnego momentu „uczeń” odmawiał wszelkich odpowiedzi. Oznaczało to, że kontynuowanie eksperymentu mija się z celem.
                  Wykonywano losowanie przed eksperymentem po to, aby rzeczywista osoba badana – nauczyciel – miała przekonanie, iż ślepy traf zrządził, że to nie ona jest rażona prądem. Chodziło o wytworzenie identyfikacji z ofiarą.
                  Nauczyciele dostawali próbną dawkę szoku (o sile 45 V), aby zwiększyć wiarygodność badania. Ten szok (10x słabszy niż ostatni szok, który aplikowano uczniowi) był odczuwany jako bolesny.
                  Nie było żadnego racjonalnego powodu, dla którego eksperymentator nie miałby sam aplikować wstrząsów uczniowi i „wyręczał się” nauczycielem.
                  Ochotnicy są (statystycznie) bardziej skłonni do ryzyka, odważniejsi i bardziej inteligentni niż typowi przedstawiciele populacji.

                  Gdy proszono studentów o przewidywanie wyników tak zaplanowanego eksperymentu, okazało się, że przeciętnie sądzili oni, iż do końca skali dojść może co najwyżej 1% nauczycieli.

                  Gdy proszono zawodowych psychiatrów (a więc specjalistów) o przewidzenie wyników, sądzili, że do końca skali dojść może najwyżej jedna osoba na tysiąc (jeden promil)

                  W tak opisanym eksperymencie najsilniejszy szok zaaplikowało uczniowi 65% badanych. Nikt nie wycofał się, gdy ofiara wyraźnie o to prosiła, ani wtedy gdy zaczęła wołać o pomoc, nawet wtedy gdy wydawała okrzyki pełne bólu. 80% uczestników kontynuowało wstrząsy mimo tego, że uczeń wspominał, że ma kłopoty z sercem i krzyczał „Pozwólcie mi stąd wyjść!” (300 V).

                  Siła wstrząsu Osoby przerywające badanie Napięcie
                  Od „słaby”, do „intensywny wstrząs” 0 15-285 V
                  „Bardzo silny wstrząs” 5 osób 300 V
                  „Niezwykle silny wstrząs” 4 osoby 315 V
                  „Niezwykle silny wstrząs” 2 osoby 330 V
                  „Niezwykle silny wstrząs” 1 osoba 345 V
                  „Niezwykle silny wstrząs” 1 osoba 360 V
                  „Niebezpieczeństwo: poważny wstrząs” 1 osoba 375 V
                  XXX (435-450 V) 26 osób 450 V
                  • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:43
                    Osoby, które doszły do końca skali były gotowe kontynuować eksperyment, gdy badacz decydował o jego zakończeniu.

                    Nie spodziewano się tak wysokiego odsetka całkowicie ulegających osób. Wyniki nie zmieniały się ze względu na wiek uczestników, nie odgrywała roli także płeć (kobiety i mężczyźni ulegali w ten sam sposób) ani narodowość.

                    Całkowita nietrafność przewidywań zarówno psychiatrów jak i studentów świadczy o braku świadomości presji, jaka wywierana jest na ludzi przez osoby obdarzone autorytetem oraz żywieniu złudzenia niezależności własnej osoby od wpływów innych ludzi (zobacz też: autowaloryzacja).

                    Liczba osób, które podporządkowują się nakazom eksperymentatora zależała od kilku czynników – zobacz sekcja mutacje eksperymentu.
                    Interpretacja

                    Dlaczego tak wiele osób zastosowało najsilniejszy szok?

                    Pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa, to, że większość ludzi (niemal 2/3) ma poważne zaburzenia i jest ukrytymi psychopatami lub sadystami. Prawdopodobnie tak właśnie myśleli psychiatrzy i studenci, którzy mieli przewidywać wyniki tego eksperymentu: Do końca skali mogą dojść jedynie osoby poważnie zaburzone – a takich ludzi jest ok. 1%.

                    Ta interpretacja jest jednak niesłuszna, na co wskazuje kilka faktów:

                    Badani po eksperymencie twierdzili, że było to jedno z najgorszych zdarzeń, jakie im się przytrafiło. Nikt nie czerpał przyjemności z udziału w eksperymencie.
                    Badani oszukiwali eksperymentatora wtedy, gdy myśleli, że tego nie widzi. Na przykład zamiast zaaplikowania wstrząsu 300 V wymierzali 15 V. Gdyby badani byli sadystami, należałoby oczekiwać oszukiwania w drugą stronę.
                    Milgram sprawdzał, jakie cechy osobowości posiadają ludzie aplikujący najsilniejsze wstrząsy w porównaniu z tymi, którzy przerywali badanie w pewnym momencie. Okazało się, że nie wykrył żadnych istotnych różnic w cechach osobowości. Jest to szalenie zaskakujący wynik i konieczny do zinterpretowania.

                    Prawdopodobnie testy osobowości nie kłamią i rzeczywiście nie ma różnic między tymi, którzy aplikują najsilniejszy szok, a tymi, którzy wycofywali się z badania. Milgram twierdził, że wszyscy, niezależnie od tego, jak się zachowują, przeżywają olbrzymią presję na podporządkowanie się autorytetowi – ich przeżycia są więc podobne. Na dowód tego twierdzenia przytaczał m.in. fakt, że ani jedna osoba z tych, które przerwały eksperyment, nie weszła do sali ucznia, aby udzielić mu pomocy i odpiąć od krzesła, do którego był przywiązany.

                    Nikt z badanych nie zawiadomił władz uniwersytetu o tym, że w laboratorium człowiek rażony jest prądem.

                    Wynik eksperymentu interpretuje się więc jako objaw skłonności ludzi do podporządkowania się autorytetom, która jest u ludzi olbrzymia (w niektórych wariantach badania nawet 93% osób stosowało najsilniejsze szoki).

                    Sytuacja ma tu znacznie większy wpływ na zachowanie ludzi niż osobowość, pragnienia, przeżycia, motywy, postawy i wartości. O tym, że zachowaniem badanych kieruje autorytet, świadczą mutacje podstawowej wersji eksperymentu.
                    Mutacje eksperymentu

                    Eksperyment powtarzano w bardzo wielu odmianach, na wielu narodowościach – m.in. w Holandii, Niemczech, Hiszpanii, Włoszech, Australii i Jordanii[7] – okazało się, że skłonność do podporządkowywania się jest wszędzie podobna.

                    Aby sprawdzić, od czego zależy uległość osób badanych, skoro czynniki osobowościowe są tu zdecydowanie na drugim planie, zaaranżowano całą serię badań. Milgram przeprowadził ponad 20 różnych odmian eksperymentu z 1961 r.

                    W jednym z nich „uczeń” nie był widziany ani słyszany przez nauczyciela. Okazało się, że w takich warunkach odsetek osób, które doszły do końca skali (450 V), wzrósł do 93%. Milgram zbadał także, że liczba osób ulegających autorytetowi zmniejsza się wraz z bliskością ofiary. Jeśli nauczyciel musiał siłą przyciskać rękę ucznia do elektrody (fizyczne zaangażowanie i duża bliskość), to liczba osób aplikujących 450 V szok spadła do 23%.
                    Gdy eksperymentator nakazał nauczycielowi przerwanie badania z powodu zbyt silnych szoków, to nauczyciel bez dyskusji podporządkowywał się nawet, jeśli uczeń pewnym głosem twierdził, że może znieść jeszcze silniejsze wstrząsy.
                    Jeśli w sali było dwóch eksperymentatorów, którzy w pewnym momencie zaczynali się spierać o to, czy kontynuować eksperyment, to „nauczyciel” zwykle spoglądał to na jedną, to na drugą osobę, próbując zrozumieć, kto jest „prawdziwym” autorytetem i kogo należy posłuchać. Jeśli nie dawało się tego rozstrzygnąć, przerywał badanie.
                    Jeśli badany mógł sam decydować jaki szok zaserwować uczniowi, nikt nie przekroczył dawki 45 V, co pokazuje dodatkowo jak bardzo badani działali wbrew własnej woli.
                    Jeśli „prawdziwy” eksperymentator wychodził z sali i pozostawiał swojego „pomocnika”, badani ulegali mu w znacznie mniejszym stopniu. Okazało się także, że skłonność do ulegania autorytetowi rośnie wraz z jego fizyczną bliskością. Jeśli eksperymentator wydawał polecenia z innego pomieszczenia np. przez telefon, liczba ulegających osób zmniejszała się.
                    Jeśli w pewnym momencie eksperymentator i uczeń zamieniali się miejscami (eksperymentator siadał na miejscu ucznia, zaś „uczeń” miał kierować działaniami nauczyciela), to badani nadal słuchali osoby, którą uznawali za „prawdziwego badacza”. Jeśli „uczeń” (teraz w roli eksperymentatora) nakazywał kontynuowanie eksperymentu, zaś rażony prądem eksperymentator nakazywał przerwanie go, 100% nauczycieli przerywało badanie.
                    Uległość badanych zależała także od tego, czy mieli jakiegoś sojusznika. Jeśli w eksperymencie występowało trzech „eksperymentatorów”, z których pierwszy wycofywał się po pierwszym prawdziwym okrzyku bólu ofiary, a drugi zaraz potem, to jedynie 10% badanych aplikowało najsilniejszy wstrząs.
                    Jeszcze inna wersja eksperymentu polegała na rażeniu prądem (tym razem naprawdę) chomików, z którymi wcześniej bawiły się osoby badane (jedynie kobiety). Badacze zastanawiali się, czy uczucia opiekuńcze, które powinny wyzwolić się w pierwszej fazie badania, przeszkodzą w aplikowaniu chomikom silnych wstrząsów. Jednak liczba osób podporządkowujących się autorytetowi nie uległa zmianie.

                    Czynnikami, które nasilały posłuszeństwo badanych były:

                    Bliskość autorytetu i stopień jego zaakceptowania jako „prawdziwego autorytetu” (zobacz: np. charyzma).
                    Zinstytucjonalizowanie autorytetu. Jeśli eksperymentator był postrzegany np. jako pracownik uniwersytetu, to uległość badanych rosła (podobnie dzieje się, gdy za daną osobą stoi inna instytucja np. urząd, wojsko, szpital, itp.).
                    Brak bezpośredniego kontaktu lub duży dystans do ofiary.
                    Autorytaryzm badanych (charakteryzujący się uwielbieniem dla autorytetów) – badani autorytarni byli nieco bardziej ulegli (częściej stosowali maksymalne szoki). Jednak ten wpływ osobowości był mało znaczący[8].

                    Zmniejszały uległość:

                    Niemożność uniknięcia odpowiedzialności za cierpienia ofiary.
                    Sprzeczne nakazy różnych osób obdarzonych autorytetem.
                    Obecność innych osób które sprzeciwiają się nakazom autorytetu (sprzymierzeńcy).
                    Bliskość ofiary (fizyczna bądź emocjonalna).
                    • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:44
                      Krytyka

                      Wielu badaczy[kto?] zarzucało Milgramowi zbytnią ufność w to, że zachowania ujawnione w eksperymencie będą pojawiać się także w codziennym życiu. Badani polegali na eksperymentatorze, czuli się od niego zależni, środowisko, w którym się znaleźli, było im nieznane. W takich warunkach rośnie posłuszeństwo i w związku z tym zachowanie badanych nie jest reprezentatywne względem codziennego życia. Odpowiedź Milgrama brzmiała tak: „Osoba, która przychodzi do laboratorium jest dorosła, aktywna, zdolna do dokonywania wyborów, zatem jest w stanie przyjąć lub odrzucić skierowane do niej polecenie podjęcia określonego działania”[9].

                      Wobec eksperymentu wysuwano także krytyczne uwagi natury moralnej. Badacze twierdzili, że okrucieństwo, któremu poddani byli badani (nauczyciele), równać się może jedynie temu, które sami zadali rzekomej ofierze[10]. W odpowiedzi Milgram powoływał się na doniosłość wyników eksperymentu oraz na wypowiedzi badanych. 84% z nich twierdziło, że jest zadowolone z uczestniczenia w badaniu i uznało eksperyment za pouczający. Tylko jeden procent badanych żałował, że odpowiedział na ogłoszenie w gazecie. Po roku od zakończenia eksperymentu przeprowadzono badania psychiatryczne na osobach, które najsilniej przeżyły doświadczenie. Okazało się, że eksperyment nie pozostawił w ich psychice żadnego trwałego śladu (zobacz też: PTSD).
                      Oddziaływanie eksperymentu Milgrama

                      Badania Milgrama rozpoczęły debatę nad etycznym aspektem eksperymentów psychologicznych. Obecnie etyka badań psychologicznych nakazuje między innymi dostarczenie pełnej informacji o przebiegu badań i uzyskanie świadomej zgody uczestników, nieujawnianie danych personalnych uczestników, dbanie o to, aby żaden z badanych nie doznał krzywdy ani dyskomfortu, itp. Wyjątkiem jest tu sytuacja, w której jedynym możliwym sposobem przeprowadzenia ważnego badania jest wprowadzenie badanych w błąd. W takim wypadku jednak konieczne jest przeprowadzenie sesji wyjaśniającej po eksperymencie (tzw. odkłamanie). Zatwierdzeniem planów badawczych zajmują się często komisje uniwersyteckie.

                      Doświadczenia Milgrama są dzisiaj uważane za jedne z najdonośniejszych (a z pewnością najsłynniejszych) i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych w historii psychologii[11], zarówno z powodów etycznych, jak i istotności tego zagadnienia w świecie realnym.

                      Po wielu latach od zakończenia serii pierwotnych eksperymentów badania w tej dziedzinie nadal były prowadzone. Na przestrzeni lat stopień podporządkowania się autorytetom nie zmienił się[12]. Trudno znaleźć podręcznik psychologii społecznej, gdzie nie byłoby choćby wzmianki o powyższej serii badań.
                      Rzeczywiste przykłady
                      Od kwietnia 1995 do 30 czerwca 2004 doszło do serii oszustw na pracownikach popularnej sieci amerykańskich fast foodów, w których telefonowała osoba podająca się za policjanta i nakłaniała osoby zarządzające (autorytety) do obnażania pracowników i nadużyć seksualnych. Sprawca osiągnął spory sukces w przekonywaniu pracowników do wykonywania działań, których w zwyczajnej sytuacji by nie dokonali[13]. Główny podejrzany, David R. Stewart, nie został uznany winnym w jedynym jak do tej pory procesie sądowym. We wrześniu 2007 roku zapadł wyrok w sprawie o wielomilionowe odszkodowanie dla pracownicy baru, która wygrała proces z pracodawcą. Co ciekawe, wygrała też proces kierowniczka fast foodu, która nakazała swojemu przyjacielowi intymną rewizję pracownicy, ten z kolei wykorzystał pracownicę seksualnie.

                      W 2010 r. francuska telewizja publiczna France 2 zrealizowała inspirowany eksperymentem Milgrama program stylizowany na teleturniej „Strefa ekstremalna” (na jego podstawie zrealizowano film dokumentalny „Zabawa w śmierć”). Uczestnicy mieli razić prądem przeciwnika gdy ten błędnie odpowiadał na zadawane pytania. W rzeczywistości przeciwnikiem był aktor, a ból był przez niego symulowany. Autorytetem była w tym wypadku prowadząca program atrakcyjna i popularna prezenterka telewizyjna, za którą stał gorący aplauz publiczności. W eksperymencie wzięło udział 80 ochotników, którzy za udział w programie nie mieli dostać żadnego wynagrodzenia. Aż 81% zaaplikowało przeciwnikowi najsilniejszy szok (400 V). Tylko 16 uczestników opuściło teleturniej przed jego zakończeniem, odmawiając dalszego „dręczenia” domniemanych ofiar .W pewnym momencie zmieniono zasady eksperymentu. Przy granicy 80 V prezenterka wychodziła ze studia, zostawiając gracza sam na sam z ofiarą i publicznością. W tym wypadku 75% uczestników przerywało grę.
                      • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:49
                        I wreszcie nie mniej ważny i już ostatni eksperyment

                        Eksperyment Ascha – jeden z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych (właściwie serii eksperymentów), przeprowadzony przez Solomona Ascha w 1955 r. i dotyczący konformizmu, a konkretnie jednej z jego odmian – konformizmu normatywnego. Badacze konformizmu zastanawiali się, czym są motywowane szeroko rozumiane zachowania konformistyczne. Wykryto dwa ważne motywy tych zachowań:

                        pragnienie posiadania racji, które rodzi konformizm informacyjny, oraz
                        lęk przed odrzuceniem społecznym, który jest motywem konformizmu normatywnego.

                        Geneza eksperymentu

                        W roku 1936 Muzafer Sherif przeprowadził eksperyment wykorzystujący efekt autokinetyczny (znany jako eksperyment Sherifa). Przedmiotem tego badania był mechanizm przekazywania norm społecznych przez grupy z pokolenia na pokolenie, zaś ubocznym efektem potwierdzenie olbrzymiej skłonności badanych do podzielania przekonań wytworzonych przez grupę (konformizm informacyjny).

                        Asch nie zgadzał się z interpretacjami zachowania badanych przedstawionymi przez Sherifa, twierdząc, że badani są skłonni do ulegania grupie w dużym stopniu tylko wtedy, gdy sami czują się niepewnie i nie mają wyrobionego zdania na dany temat – taka bowiem była psychologiczna sytuacja badanych w eksperymencie Sherifa. Asch spodziewał się, że w warunkach jednoznacznych badani nie będą ulegać grupie. Aby przetestować hipotezę, zaprojektował własny eksperyment.
                        Przebieg eksperymentu Ascha
                        Przykładowe karty z odcinkami przedstawianymi jako materiał do porównań w eksperymencie Ascha.
                        Przykładowe karty z odcinkami przedstawianymi jako materiał do porównań w eksperymencie Ascha.

                        Asch prosił ochotników, którzy zgłosili się do jego eksperymentu, aby w 18 różnych próbach jak najdokładniej przyjrzeli się trzem liniom (A, B, C) i zadecydowali, do której z nich najbardziej podobny jest odcinek X narysowany obok.

                        Gdy uczestnicy badania wykonywali zadanie w samotności, udzielali prawidłowych odpowiedzi w ponad 99% prób.

                        Odpowiedzi dramatycznie zmieniały się, gdy badanie przeprowadzane było grupowo. Asch podstawiał 7 osób, które w przekonaniu uczestników badania także były ochotnikami, tymczasem w rzeczywistości byli to współpracujący z badaczem aktorzy. W pierwszych 2 próbach (z różnymi kartami eksperymentalnymi) aktorzy mieli udzielać prawidłowej odpowiedzi. W trzeciej próbie, i większości pozostałych (12 z ogólnej liczby 18 prób) mieli natomiast udzielać zgodnie błędnej odpowiedzi.

                        W takich warunkach uczestnicy udzielali właściwych odpowiedzi tylko w 63,2% prób. Badanie ujawniło znaczne indywidualne zróżnicowanie: ok. 5% osób zawsze dostosowywało się do opinii grupy, a ok. 25% osób za każdym razem trzymało się własnej oceny – pozostali uczestnicy poddawali się konformizmowi przynajmniej w części prób.

                        Innymi słowy, 75% osób popełniło błąd w przynajmniej jednej z 12 kluczowych prób. Z drugiej strony jednak, 95% osób przynajmniej raz nie zgodziło się z grupą. Po badaniu, większość uczestników wyraziła przekonanie, że pozostałe osoby udzielały błędnych odpowiedzi.

                        Wiele relacji z przebiegu eksperymentu obecnych w literaturze zawyża faktyczny poziom i głębokość zaobserwowanego konformizmu. W przeglądzie 20 podręczników, tylko w jednym znaleziono wzmiankę, że większość uczestników udzieliła poprawnej odpowiedzi w ponad połowie prób, i była prywatnie przekonana, że grupa udziela złych odpowiedzi.

                        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/d/d3/Asch_experiment.svg/450px-Asch_experiment.svg.png

                        Interpretacja wyników

                        Psychologów (włącznie z samym Aschem) zaskoczyły tak duże procenty osób podporządkowujących się zdaniu grupy, przy nieobecności wyraźnego nacisku grupowego. Badani mieli bowiem wiele powodów, dla których nie powinni podporządkowywać się zdaniu grupy:

                        Odcinki nie były równe, co do czego nikt z badanych nie miał wątpliwości.
                        Badani zgłaszali się na ochotnika do eksperymentu, którego rzekomym celem było "sprawdzenie dokładności spostrzegania". Brali pieniądze za uczestniczenie w eksperymencie. W związku z tym powinno im zależeć na tym, aby eksperymentator dostał rzetelne dane ("czego nie robi się dla nauki!").
                        Badani nigdy wcześniej nie widzieli innych uczestników grupy.
                        Było bardzo mało prawdopodobne, aby w przyszłości ponownie spotkali się w tej "przypadkowo" stworzonej grupie.

                        Mimo to badani zmieniali swoje zdanie i kłamali, mówiąc to, co inni członkowie grupy. Asch zinterpretował ten wynik jako objaw uległości wobec większości – konformizmu – motywowanego lękiem przed odrzuceniem przez grupę oraz pragnienia bycia akceptowanym przez członków grupy. Jest to główny motyw tak zwanego konformizmu normatywnego. Taki konformizm polega na skłonności do podporządkowywania się niepisanym normom obowiązującym w danej grupie w obawie przed byciem wykluczonym z niej.
                        Alternatywne interpretacje
                        Pojawiło się pytanie, czy badani podporządkowywali się grupie dlatego, że bali się odrzucenia, czy też pod wpływem zdania większości rzeczywiście zaczynali wątpić we własne spostrzeżenia i "ich oczy kłamały". Inaczej mówiąc: być może zdanie innych członków grupy powodowało zmianę spostrzeżeń badanych. Tę hipotezę wykluczono, bowiem jeśli badani mieli swoje zdanie jedynie zapisać na kartce lub podstawieni aktorzy nie byli bezpośrednio obecni w pokoju (badany słyszał ich wypowiedzi przez głośnik i wiedział, że oni jego nie słyszą), to badani nie zmieniali swojego zdania. Ponadto po eksperymencie podczas sesji wyjaśniającej badani twierdzili, że zmiana zdania nie była związana ze zmianą spostrzegania.

                        Zatem z czym - zadaję pytanie?
                        I od razu - oczywiście w oparciu o Wikipedię próbuję znaleźć odpowiedź.
                        • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:51
                          Rozproszenie odpowiedzialności
                          Przejdź do nawigacji
                          Przejdź do wyszukiwania

                          Rozproszenie odpowiedzialności, nazywane także dyfuzją odpowiedzialności (w literaturze przedmiotu pojawia się także nazwa efekt widza lub efekt obojętnego przechodnia) to zjawisko związane z konformizmem. Polega na obniżaniu się prawdopodobieństwa zareagowania świadków kryzysowego zdarzenia wraz ze zwiększaniem się liczby świadków tego zdarzenia.

                          Rachunek arytmetyczny sugeruje, że im więcej jest świadków kryzysowego zdarzenia (np. wypadku samochodowego), tym większe jest prawdopodobieństwo, że któraś z tych osób podejmie jakieś działanie. Badania eksperymentalne i obserwacje pokazują jednak, że wraz ze zwiększaniem się ilości świadków prawdopodobieństwo reakcji spada. Zjawisko to nazwano rozproszeniem odpowiedzialności.

                          Przykład: Na zatłoczonym peronie nagle pewien człowiek traci przytomność. Jest bardzo prawdopodobne, że przechodnie będą "obojętnie" przechodzić obok leżącego i nie udzielą mu pomocy. Prawdopodobieństwo udzielenia pomocy i wezwania np. pogotowia czy policji jest znacznie większe (niemal trzykrotnie), jeśli utratę przytomności widział tylko jeden obserwator.

                          Fakt ten komentowany jest przez media zwykle jako objaw znieczulicy społecznej.

                          Psychologia oferuje jednak inne wyjaśnienia:

                          Jeśli pojawia się zdarzenie, które oceniane jest przez świadków jako wymagające jakiegoś działania, to przy większej ilości świadków owa odczuwana konieczność rozkłada się na wiele osób, co jest przyjmowane przez konkretne osoby jako mniejsza osobista odpowiedzialność za podjęcie działania (właśnie: rozproszenie odpowiedzialności).
                          Przebywanie konkretnego człowieka w grupie osób sprawia, że czuje się on bardziej anonimowy, w związku z czym jego działania są dostosowane raczej do wymogów grupy i sterowane zewnętrznie (zobacz też: zewnątrzsterowność Waltera Recklessa) niż do osobistych standardów i norm, które uważa się za słuszne (zobacz: Teoria spostrzegania siebie).
                          Sytuacja kryzysowa jest często sytuacją niejasną, to znaczy taką, w której nie wiadomo do końca, co się dzieje i co należy zrobić (w powyższym przykładzie: dlaczego ktoś leży, może jest pijany, może to ukryta kamera, może już ktoś zadzwonił po pogotowie itp.) Zaś w warunkach niedostatecznej ilości obiektywnych (fizycznych) danych człowiek zaczyna obserwować działania innych ludzi i traktować je jako rzetelne wskazówki, informujące o tym jak należy się zachować. Dlatego, gdy wielu obserwatorów przygląda się nieoczekiwanemu i niejasnemu zdarzeniu, zadają sobie pytanie: "Co się u licha dzieje?", a ponieważ nie wiedzą, to nie reagują, tylko obserwują "kątem oka" działania innych. Inni jednak również nie wiedzą jak zareagować, w związku z czym wszyscy dochodzą do wniosku: "skoro nikt nic nie robi, to znaczy, że nie należy nic robić". Jest to klasyczny objaw konformizmu. (Zobacz też: konformizm normatywny, konformizm informacyjny).

                          W sytuacji rozproszenia odpowiedzialności pojawia się często uczucie i przekonanie o tym, że jest się osobą anonimową pośród innych ludzi, co sprzyja niemoralnemu postępowaniu.

                          Badania nad efektem rozproszonej odpowiedzialności prowadzili między innymi dwaj amerykańscy psychologowie społeczni, John Darley i Bibb Latane, którzy uważali, że jednym z warunków, który decyduje o tym, czy świadek zareaguje jest to, czy przyjmie osobistą odpowiedzialność za to działanie. Obecność drugiego (i kolejnego) świadka znacznie zmniejsza szanse, że zostanie podjęta taka odpowiedzialność, lecz wyjątkiem jest tu pełnienie przez daną osobę odpowiedniej roli społecznej – np. bycie liderem grupy, która obserwuje zdarzenie lub np. lekarzem. Podjęcie działania przez takie osoby jest bardzo prawdopodobne.
                          • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:52
                            Syndrom grupowego myślenia (ang. groupthink – „gromadomyślenie”) – termin w psychologii społecznej oznaczający uleganie ograniczającej sugestii i naciskowi grupy, której jest się członkiem.

                            W wyniku narzuconej autocenzury członkowie grupy podlegającej temu zjawisku zubażają dobrowolnie swoje zdolności intelektualne. Myślenie grupowe prowadzi w skrajnym stadium do zupełnej utraty przez grupę poczucia rzeczywistości, przecenianie własnej siły i możliwości działania. Syndrom ten oznacza również izolację grupy od otoczenia i zamknięcie się grupy we własnym świecie.

                            Termin ten został zaproponowany przez amerykańskiego psychologa Irvinga Janisa w 1972.

                            Na czym polega syndrom grupowego myślenia

                            Regułą jest, że nagromadzenie wiedzy i doświadczenia zmniejsza częstość pomyłek i prowadzi do możliwie najlepszego rozwiązania problemu. Przy założeniu, że każdy z uczestników wnosi twórczy wkład osobisty, skutkiem myślenia grupy powinny być trzeźwa, wielostronna ocena sytuacji oraz podjęcie właściwej decyzji. To dlatego powszechnie się uważa, że myślenie zespołowe zapewnia lepsze wyniki, niż myślenie samodzielne.

                            Okazuje się jednak, że w sytuacjach, kiedy poszczególnym uczestnikom zależy na lojalności wobec grupy i minimalizacji konfliktów, inteligencja grupy wcale nie przewyższa inteligencji jej poszczególnych członków, że decyzje rozmaitych komitetów czy komisji są wyjątkowo nietrafne i byłoby lepiej, gdyby były one podejmowane przez pojedyncze osoby. Zespół bowiem ulega złudzeniu co do swojej nieomylności i wyższości intelektualnej, przy czym złudzenie to jest tym silniejsze, im wyższy jest status społeczny każdego z uczestników, im wyższym dyplomem może się on legitymować i im większy jest poziom wewnętrznej spójności grupy. Istnieje wiele czynników, które powodują, że grupa podejmuje często gorsze jakościowo decyzje o większym poziomie ryzyka. Czynniki te składają się na tzw. syndrom grupowego myślenia.

                            Według Irvinga Janisa syndrom ten charakteryzuje się następującymi objawami:

                            iluzja nieomylności i pewności siebie,
                            lekceważenie niepomyślnych informacji,
                            wiara we własną etykę zawodową, nieuwzględnianie etycznych i moralnych aspektów decyzji,
                            lekceważące traktowanie wyników i osób spoza zespołu,
                            wywieranie nacisku dla wymuszenia konformizmu,
                            samocenzurowanie się (aby uniknąć powtarzających się negatywnych reakcji grupy, krytyczni jej członkowie decydują się w końcu milczeć),
                            iluzja jednomyślności (milczenie jest traktowane jako wyraz zgody),
                            filtrowanie informacji, tzn. członkowie grupy starają się nie dopuścić informacji sprzecznych ze zdaniem grupy.

                            Myślenie grupowe prowadzi do podejmowania błędnych decyzji i kryzysów, gdyż umożliwia grupie widzenie i słyszenie tylko tego, co chce. Informacje niezgodne z poglądami grupy są ignorowane, zwłaszcza jeśli pochodzą z zewnątrz. Grupa nie poszukuje i nie bierze pod uwagę nowych możliwości, co prowadzi do nieuzasadnionego optymizmu i samozadowolenia, a w następstwie do kryzysu.

                            Badania nad syndromem grupowego myślenia przeprowadził Irving Janis. Punktem wyjścia tych badań było spostrzeżenie, że niejednokrotnie grupy kierownicze podejmują głupie, lekceważące zasady moralne, pochopne czy wręcz szkodliwe dla realizacji zadań decyzje. Większość swoich spostrzeżeń poczynił Janis na grupie decyzji politycznych. Każda z tych decyzji była wypracowana w toku serii spotkań małej liczby członków, doradców rządu, którzy stanowili wspólną grupę.

                            Janis przeanalizował dokładnie kilka wielkich niepowodzeń amerykańskiej polityki zagranicznej:

                            klęska podczas ataku Japończyków na Pearl Harbor,
                            inwazja w Zatoce Świń,
                            wojna wietnamska.

                            W toku swoich badań Janis interesował się głównie procesem dochodzenia grupy do podjęcia decyzji, które wprowadzone w życie okazywały się tak tragiczne w skutkach. Według Janisa, aby skutecznie funkcjonować, grupa zmuszona jest ciągle pobierać i odpowiednio weryfikować uzyskane informacje. Proces ten może ulegać defektom prowadzącym do błędnych decyzji.

                            Do wyróżnionych defektów zaliczył on:

                            ograniczenie dyskusji do rozważania zaledwie paru działań bez analizowania pełnej gamy alternatyw,
                            unikanie przez grupę powtórnego analizowania tego sposobu działania, który już na początku był preferowany,
                            zlekceważenie przez członków grupy tych sposobów działania, które początkowo zostały ocenione jako niezadowalające przez większość grupy,
                            korzystanie przez grupę w małym stopniu z możliwości uzyskania informacji od ekspertów, którzy mogliby oszacować zyski i straty,
                            wykazywanie przez grupę selektywnej tendencyjności w sposobie reagowania na informacje zależnie od tego, czy są one w zgodzie z wcześniej podjętymi decyzjami czy nie.

                            Ponadto wszelkie błędne decyzje w procesie grupowym mogą wynikać jeszcze z indywidualnych własności członków grup. Mogą być również efektem struktur organizacyjnych w jakich się to przetwarzanie informacji odbywa.

                            Warunki do powstania syndromu grupowego myślenia związane są z psychologiczną sytuacją członków grupy, którzy podejmują istotne decyzje i występują często w warunkach braku dostatecznej ilości informacji wyjściowych, trudności w przewidywaniu skutków decyzji oraz podleganie silnym stresom wynikającym z wagi podejmowanych decyzji. W takich warunkach często jedynym punktem odniesienia dającym poczucie komfortu psychicznego dla członków grupy staje się ona sama.

                            Na tę sytuację nakłada się często wewnętrzna dynamika grupy, która zależy od dwóch czynników:

                            Pierwszy związany jest ze spójnością grupy określoną jako pozytywne wartościowanie grupy przez jej członków oraz ich motywacje do silnego poczucia przynależności do tej grupy. Spójność ta poza pozytywnym wpływem ma również negatywny wpływ, obniżający często efektywność działań. Spójność grupy wyraźnie wzrasta w obliczu zagrożenia. Członkowie grupy zwykle szanują siebie wzajemnie i cenią, czego ubocznym efektem jest dążenie do spójności i blokowanie sprzeciwu. Konformizm grupy rośnie.
                            Drugi z czynników związany jest z wykształceniem się mechanizmów wyzwalających konformizm wobec norm grupowych (poczucie zagrożenia, poczucie odpowiedzialności za podjętą decyzję itp.)

                            Podsumowując, można powiedzieć, że myślenie grupowe prowadzi do spadku psychicznej efektywności, realizmu osądu moralnego, spowodowanych wewnętrznymi i zewnętrznymi naciskami.
                            Objawy "grupowego myślenia"

                            Na syndrom ten składa się dziewięć różnych objawów:

                            Iluzja wszechmocy czy niezwyciężoności, podzielana przez większość lub wszystkich członków grupy, stwarzająca optymistyczne przekonania o sukcesie. Tego typu przeświadczenie może zneutralizować lęk wynikający z poczucia osobistej nieadekwatności wobec zadań bądź niewiarę w możliwości znalezienia właściwego rozwiązania w czasie kryzysu. Psychologiczną funkcją tego objawu jest wzmocnienie poczucia pewności siebie członków grupy i likwidacja lęku.
                            Kolektywne wysiłki zmierzające do obronnej racjonalizacji działania w celu pomijania ostrzeżeń, mogących doprowadzić do powtórnego rozpatrywania wątpliwości. Psychologiczna funkcja tego objawu to obrona grupy przed niepewnością, która mogłaby osłabić działanie w przyjętym kierunku i zachwiać wiarę w słuszność podejmowanych decyzji.
                            Wiara członków grupy we wrodzoną wyższość moralną własnej grupy skłaniająca do ignorowania etycznych i moralnych konsekwencji swoich decyzji. "Nasze cele są dobre i słuszne" – to przekonanie umożliwia członkom grupy unikanie poczucia winy i wstydu wobec decyzji, które mogą pogwałcić własne zasady moralne.
                            Stereotypowe wizerunki przywódców wroga jako zbyt złych na to, aby wchodzić z nimi w jakikolwiek układ, bądź jako zbyt słabych, aby ich traktować jako równorzędnych partnerów. Tego rodzaju stereotypy dehumanizują wroga i likwidują poczucie winy przez usankcjonowanie amoralnych działań, jakie przeciwko nim podjęto. Ponadto obraźliwa charakterystyka wroga umożliwia przeistoczenie agresji pojawiającej się wewnątrz grupy na zewnątrz.
                            Bezpośredni
                            • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 17:54
                              Bezpośredni nacisk na każdego członka grupy, który przedstawia silne argumenty przeciwko któremuś z grupowych stereotypów. W rezultacie każda z osób w grupie znajduje się pod naciskiem zalecenia, aby nie przeciwstawiać się grupowym stereotypom, gdyż grozi to odrzuceniem takiej osoby z grupy.
                              Autocenzura odstępstw od oczywistego grupowego uzgodnienia prowadząca do wewnętrznego negowania ważności własnych wątpliwości. Rozwój tego typu autocenzury wyzwala blokadę procesów oceny i weryfikacji, co sprzyja podporządkowaniu się wnioskom niezgodnym z założoną koncepcją.
                              Wspólna iluzja jednomyślności. Iluzja ta skutkuje tendencją do poszukiwania zgodności, której to tendencji podporządkowane zostaną wszelkie poczynania grupy
                              Wyłonienie z grupy członków stających się swego rodzaju "stróżami poprawnego myślenia". Ich zadaniem jest ochrona grupy przed dopływem niepomyślnych informacji, które mogłyby zniszczyć podzielane przez członków grupy samozadowolenie płynące z przekonania o własnej efektywności i moralności grupowych decyzji. Brak tych informacji pozwala na niedostrzeganie defektów w ich "wypieszczonej koncepcji" i unikania konieczności zapoczątkowania bolesnych przewartościowań.
                              Skłonność do komunikowania tylko tych informacji, które są przez grupę podzielane.

                              Kiedy w grupie decydentów pojawią się wszystkie lub większość z tych symptomów, wówczas członkowie wykonują zadania nieefektywnie i prawdopodobnie nie osiągną założonych celów. Janis twierdził, że im więcej pozornej uprzejmości w grupie, tym większe niebezpieczeństwo, że niezależne myślenie będzie wypierane przez myślenie grupowe, prowadząc do zdehumanizowania i irracjonalizowania działań skierowanych przeciwko grupie przeciwników. Tego rodzaju uprzejmość jest często niczym innym jak rodzajem skutecznego nacisku na jednostki, które muszą uczestniczyć w tym "spektaklu wzajemnej adoracji", aby nie zostać, wraz ze swoim kontrowersyjnymi poglądami, odrzucone przez grupę.
                              Czynniki zwiększające prawdopodobieństwo pojawienia się syndromu GM

                              Grupa podejmuje decyzję brzemienną w skutki.
                              Trafność decyzji lub jej błędność będzie ważyć na prestiżu każdego z jej członków.
                              Członkowie grupy posiadają wysokie kwalifikacje, cenią i szanują siebie wzajemnie
                              Grupa jest położona wysoko w hierarchii społecznej. Nie ma nikogo wyżej w hierarchii, kto mógłby sprawować funkcję nadrzędną lub sprawdzającą.
                              Grupa ma dostęp do szczególnych informacji, niedostępnych ogółowi (np. informacje tajne).
                              Grupa pracuje w sytuacji ograniczonego czasu i pod dużą presją na wypracowanie odpowiedniego rozwiązania.

                              Zapobieganie "grupowemu myśleniu"

                              Janis sformułował kilka zaleceń, których przestrzeganie chroni przed skutkami ubocznymi grupowego myślenia.

                              Lider grupy (lub osoba dominująca) powinien każdemu z członków grupy wyznaczyć rolę wymagającą krytycznej oceny proponowanych rozwiązań. Lider musi demonstrować, iż możliwe jest, by członkowie grupy wyrażając swe wątpliwości byli w stanie wpłynąć na jego własne sądy i przekonania. Ponadto grupa powinna mieć rozsądnego przewodniczącego, posiadającego talent mediatora, co umożliwiałoby unikanie kłótni i znajdowania wyjścia w momencie, gdy rozmowa utkwi w martwym punkcie.
                              Przywódcy w hierarchii organizacji powinni być bezstronni, nie zaś stwarzać określone preferencje i oczekiwania na samym początku. Wymaga to od lidera ograniczenia swoich podsumowań do pozbawionych tendencyjności stwierdzeń oraz unikania propozycji, które sam chciałby zastosować. Daje to możliwość członkom grupy zaczerpnięcia informacji i rozpatrywania szerokiego zakresu alternatyw.
                              Organizacja powinna rutynowo wprowadzać w życie praktykę powołania kilku niezależnych grup podejmujących decyzję i oceniających się nawzajem. Każda z nich powinna pracować z innym liderem. Aby zminimalizować postawę typu "zrobi to kolega", należy określić zakres odpowiedzialności każdej z grup.
                              W czasie, kiedy poddaje się badaniom możliwość zrealizowania alternatyw, grupa decydentów od czasu do czasu powinna się dzielić na spotykające się oddzielnie podgrupy, które wypracowują odpowiednie rozwiązania osobno, a następnie łączyć się znowu dla sprecyzowania odmienności swoich punktów widzenia.
                              Każdy członek grupy decydentów powinien okresowo dyskutować wypracowane przez grupę rozwiązania z zaufanymi współpracownikami spoza grupy, a następnie relacjonować ich reakcje grupie, opisując obiektywnie pozytywne i negatywne reakcje na to, co się aktualnie w grupie decyduje.
                              Grupa powinna posiadać i wysłuchiwać opinii jednego lub więcej ekspertów bądź wykwalifikowanych współpracowników, dobrze zorientowanych w temacie, lecz niestanowiących członków grupy. Eksperci powinni być wysłuchiwani, zanim grupa osiągnie jednomyślność; należy ich zachęcać do otwartego wyrażania wszystkich swoich wątpliwości.
                              Jeżeli polityczne rozważania prowadzą do konfrontacji z rywalizującym narodem, to sporo czasu należy poświęcić przyjrzeniu się wszystkim sygnałom ostrzegawczym pochodzącym od rywali.
                              Na każdym spotkaniu grupy przynajmniej jednemu z członków grupy powinno przypisać się rolę "adwokata diabła", którego zadaniem jest "szukanie dziury w całym", czyli wyszukiwanie i zgłaszanie wszelkich możliwych wątpliwości. Lider musi zadbać o to, by wszyscy świadomie poddali się szczegółowej analizie "adwokata diabła". Rola adwokata diabła powinna być przechodnia aby jeden z członków grupy nie został zakwalifikowany jako "dziwak".
                              Przed podjęciem ostatecznej decyzji, po wykrystalizowaniu się ostatecznej formy kompromisu, grupa powinna odbyć "spotkanie ostatniej szansy", na którym od każdego wymagałoby się wyrażenia w sposób jasny swoich wątpliwości i wtórnych przemyśleń.
                              Powinien być opracowywany plan alternatywny (plan B).

                              Zdaniem Janisa przyjęcie takich reguł postępowania w grupie powinno być normą przy podejmowaniu wszelkich istotnych decyzji politycznych i społecznych. Daje to jaką taką gwarancję, że grupa podejmie odpowiednią i rozważną decyzję nie podyktowaną grupowym zaślepieniem.
                              Krytyka

                              Syndrom grupowego myślenia zrobił dużą karierę w psychologii społecznej. Jednak posiada niewielkie osadzenie w systematycznych badaniach naukowych, został sformułowany na podstawie obserwacji kilku spektakularnych, błędnych decyzji podejmowanych przez grupy wybitnych specjalistów (klęska w Zatoce Świń, decyzja ZSRR o agresji na Afganistan itp.)

                              Dotychczasowe badania pozwalają z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że kluczową rolę w pojawieniu się syndromu odgrywa poczucie zagrożenia samooceny (lub uzależnienia samooceny od prawidłowej decyzji) wraz z dużą spójnością grupy.
                              • wscieklyuklad Re: Zimbardo i inni... 19.11.18, 19:26
                                Wnioski własne.

                                To długa treść, lecz warta przestudiowania od dechy do dechy.
                                Dowodząca, że nauka często nie jest w stanie zaszufladkować zachowań zbiorowych przewidując je a priori mylnie wobec faktów.
                                Zachowania są jednak niemal identyczne niezależnie od nacji, kraju i płci (choć w tym ostatnim przypadku zapewne odmienne u mężczyzn i kobiet, ale to dobrze, bo przecież w wolskiej rzeczywistości pojawiło się już hasło o obaleniu władzy przez kobiety, a protest czarnych parasolek odsunął perspektywę zaostrzenia prawa aborcyjnego).

                                Metoda "na pisona" także spełnia kryteria zakreślone przez psychologię - zarzucenie odbiorcy (tu społeczeństwo) "kanonadą tzw. reform" inicjowanych w myśl nośnego sloganu "dobrej zmiany" postawiło nas przed murem informacyjnego szumu.
                                Rozumiemy teraz tempo i sposób procedowania - ustawy klepane w ciągu kilkunastu godzin i bez jakiejkolwiek publicznej debaty, wbrew druzgocącym opiniom nie tylko organizacji pozarządowych czy opozycyjnych krytyków, ale i biur legislacyjnych parlamentu. Zarzucenie kolejnymi ustawkami procedowanymi na kolanie i z szybkością światła (wiele musiano poprawiać) uniemożliwiło nie tylko zapoznanie się z treścią, ale pojęcie istoty błędu - odbiór ograniczał się do oburzenia bardziej tempem, niż jakością stanowionego prawa (czytaj: bezprawia).
                                Psychologia dokładnie opisała ten mechanizm - jest to najlepsza metoda na wprowadzenie grupowego zamętu, gdy jej członkowie zaczynają się gubić w gąszczu nierozwiązywalnych i narastających problemów interpretacyjnych co czyni działania rozmytymi i nieskutecznymi.
                                Zakładając złą wolę decydentów nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż w gronie doradców bydła znajdują się najwyższej klasy manipulanci społecznymi nastrojami - jednolitość tzw. "przekazu dnia" powtarzana jak mantra przez dowolnego pisona dowodzi, iż olbrzymi sztab doradców opracowuje "uzasadnienia", które wprawiają adresata w osłupienie, a Ciemny Lud w odbiorczy orgazm.
                                Buńczuczny cham, pewny siebie nawet największy idiota, przez odbiorcę zawsze zostanie uznany za autorytet - to wszystko udowodniły przywołane za Wikipedią eksperymenty.
                                Opozycja przypomina dziś bardziej opisaną dworcową scenkę, gdy przechodzący obok liczą na to, iż stosowne do dramatyzmu wydarzeń działania podejmie za nich ktoś inny.
                                Z drugiej strony Ciemny Lud ma swego jasno określonego i mocnego pozycja wodzusia, który - wedle ich słusznego potąd przekonania - pokaże (w ich naturalnie imieniu) opzoycji gdzie zimują raki.

                                Eksperymenty świadczą, iż zadawanie bólu przypadkowej osobie wcale nie musi iść w parze z tendencjami sadystycznymi.
                                Podkreślają też, jak wielką rolę odgrywa autorytet oparty na społecznej pozycji - im status ten wyższy, tym większa szansa na scalenie działań skutkujących sukcesem.
                                Ciemna Masa jest zaś grupą w większości rekrutującą się z ludzi o niskim statusie (świadczy o tym przekrój głosujących w ostatnich wyborach) - są tam owszem i naukowcy, bo przecież kazda społeczność musi być naturalnie zróżnicowana, jednak ich "statut" składa się z jedynego paragrafu: wykończyć elity, bo elity osiągnęły zbyt wiele (okradły nas), toteż trzeba nie tylko pozbawić ich szansy dalszego bogacenia, ale przynajmniej spróbować sprowadzić do poziomu "nizin".
                                Nikt nie lubi żadnej z form społecznej przepaści. Brak wykształcenia czy majątku każdego z nieudaczników podświadomie trawi.
                                Z tego też względu Ciemna Masa będzie rękami i nogami bronić obecnego układu, gdyż utrata "autorytetu" odebrałaby jej resztki "dziś odzyskanej godności" (wstanie z kolan).

                                Wnioski?

                                Psychologiczne eksperymenty i płynące z nich wnioski podkreślają wyraźnie rolę EKSPERTÓW!
                                Zwracałem już na to uwagę przy okazji wielotysięcznych demonstracji - sam marsz, palenie świeczek, bełkot "znanych twarzy" z estrady to zbyt mało.
                                Aby grupa demonstrujących/protestujących, miała szansę na integrację ze sobą (zbiorowość) i celem, musi być NIEUSTANNIE I WŁAŚCIWIE EDUKOWANA.
                                Tymczasem demonstracje przebiegają bez uczestnictwa i AKTYWNEGO WYKŁADU SPECJALISTÓW W WIELU DZIEDZINACH (były takie wystąpienia przy okazji obrony sądów, ale wszystko to rozmywało się w pustych okrzykach bardziej pasujących do stadionowych sektorów niż oburzonych tłumów.)
                                Preambuła do Konstytucji nie winna być jedyną treściwą "paszą" dla maszerujących.
                                Ze smutkiem czytam też Facebookowe wynurzenia grup opozycyjnych (by była jasność - wszystkich).
                                Łatwiej tam trafić na biadolenie (na szczęście nie szloch, gdyż ten cechuje wyłącznie egzaltowanego debila-narcystę), niż na konkretne propozycje.
                                Facebook czytają tysiące ludzi - utyskiwania kto na danym spotkaniu zachował się nieadekwatnie do oczekiwań jednostki/grupy, kto został zbanowany na portalu lub wykluczony z grupy/organizacji to "woda na młyn pisonich odwetowców i trolli".
                                Czemu nie drukuje się tam artykułów np. z gazetki KOD-u? Czemu nie ma omówień EKSPERTÓW analizujących szczegółowo na czym polegają zagrożenia związane z konkretnym przepisem/ustawą (np. z dziś podpisaną przez idiotę błyskawicznie ustawą o dobrowolności funduszu emerytalnego gdy uszczupla to dochód netto o kilkaset złotych miesięcznie nie dając ŻADNEJ gwarancji na godziwą emeryturę)
                                Sama edukacja uliczna niewiele zmieni (choć oczywiście praca u podstaw ma sens) - tylko szeroki zasięg "propagandy" daje perspektywę wyedukowania jak największej liczby odbiorców - propisonów się nie "oświetli" ale można tak dotrzeć do niezdecydowanych lub nieświadomych zagrożeń (bo ich nie znają lub nie zdają sobie sprawy z ryzyka).

                                I to co najważniejsze.
                                Urawniłowka spojrzenia jest jak wynika z tekstów Wiki - NIEBEZPIECZNIE ZŁA i ODRADZANA.
                                A na Fejsie nieustanny szloch z powodu różnicy poglądów!
                                Nawalanka winna wieść do konsensusu i ewolucji tak poglądów jak i działań.
                                pisony zasypały nas lawiną ustawek. Osiągnęły już 90% tego co planowały.
                                Teraz pora na dogłębną i FACHOWĄ analizę, która musi zdemaskować nie tylko złą wolę, ale też cynizm i szkodliwość dla przeciętnego Kowalskiego.
                                Masowe demonstracje to już przeszłość.
                                A przecież wystarczyło poczytać Wiki by skierować działania i taktykę na zupełnie inne - bardziej zatłoczone tory.
Pełna wersja