Dodaj do ulubionych

Piszemy powieść.

09.12.05, 15:48
Legionowo. Miasto juz spało kiedy Pan Henio woźny tutejszej szkoły , siedząc
przy kominku wspominał dawne czasy młodości.
Obserwuj wątek
    • kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 15:57
      a było co wspominać...Pan Henio był przed wojną znanym miejscowym playbojem :-)
      • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:01
        I jak to mówią w kasze nie dmuchał . pewnego razu
        • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:09
          na ulicy Jagiellońskiej spotkał
          • kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:14
            Panią Irenkę, z którą kiedyś łączyła go zażyłość niekoniecznie platoniczna...
    • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:12
      Wtedy życie miało inny smak... Kobiety były skromniejsze, seks pod pierzyną
      bardziej tajemniczy... stare dobre czasy. I ludzie rozmawiali ze sobą, a nie
      patrzyli w grające pudło, godzinami siedząc obok siebie nawet na siebie nie
      patrząc. Teraz młode dziewczyny już nie rumienią się jak dawniej. Chodzą
      kołysząc biodrami i mało co nie gubią tych wiecznie opadających spodni. Zgroza
      ... gdzie ten świat zdąża ? Co będzie za kolejne 20 lat ? Jeśli dożyję he he,
      siedząc w pampersie z kroplówką nad ramieniem, o czym będę rozmyślał ? Jedyne co
      się nie zmienia to teściowe. One są nadczasowe. Jędza jedna, kurza twarz, jak
      wpomnę to mi nawet kawy nie trzeba. Pożytek jeden, że podnosi ciśnienie, stare
      babsko. Pan Henio schylił się i wrzucił polano do ognia. Z początku
      zaskwierczało jakby broniło się przed ogniem, potem powoli poddało się
      złocistemu jęzorowi, który otulił je całe i pochłonął.
      • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:18
        w oddali wyły wilki . Pan Henio wstał i
        • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:22
          skierował się w stronę łazienki. Czas wyprowadzić najlepszego przyjaciela na
          spacer, powiedział do siebie, uśmiechając się łobuzersko.
          • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:23
            Zerknął w lusterko i westchnął. Nie, to już nie ma znaczenia... każda kolejna
            zmarszczka nic nie zmieniała.
            • kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:25
              a problemy z prostatą były coraz bardziej dokuczliwe.
            • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:26
              A Irenka, tak.... to była kobieta... Fakt, że mogłaby cyckiem zabić i biodrami
              zadusić wołu.... ale jak ją na potańcówce przydusić to miękła w rękach jak wosk.
              Sama słodycz...
              • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:27
                Westchnął głęboko patrząc w dół i wrócił do kominka ogrzać stare kości.
                • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:29
                  Już świtało.
                  • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:30
                    Pan Henio
                  • kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:30
                    Zerknął przez okno i zauważył, że ktoś panu Zenkowi spod czwórki ściąga koła z
                    z jego passata.
                    • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:32
                      o cholera zakloł szpetnie i
                      • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:33
                        powiedził
              • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:31
                Było coś magicznego w ogniu. Coś co wciągało duszę człowieka między płonące
                polana i ukazywało sceny, które gdzieś zapisały się w naszej dawno zagubionej
                pamięci. Irenka... moja miłości, gdzie teraz masz swój kram z mięsem ? W niebie
                szykujesz aniołom strawę czy w piekle tańczysz z diabłami...
                • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:34
                  Psotka przeciągnęła się obok niego i miauknęła wyczekująco...
                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:37
                    Kocisko wierne, kochane...
                    • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:40
                      futerko jej się zmierzwiło, gdy przeciągnął szorstką ręką po jej grzbiecie.
                      Kotka wystawiła pazury i ziewnęła ukazując czerwone wnętrze swojego pyszczka.
                      • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:46
                        Passat sąsiada stał już nagi i bosy... hehe dobrze mu tak zasrańcowi jednemu...
                        taki ważniak to niech sobie dobry alarm posadzi w tym wózku. Wyobraził sobie
                        jutrzejszy poranek jak krawaciarz widzi swój samochodzik i klnie... hehe... może
                        nawet rzuci na ziemię swoją ukochaną skórzaną walizkę. Też będzie ubaw. Jeszcze
                        z dwie godzinki, to i nie opłaca się kłaść do łóżka. Piżamę zakładać.... zawsze
                        uważał że jest coś niemęskiego w piżamie. Facet jest jakiś śmieszny i
                        gogusiowaty jak jaki odmieniec, z tych innych... no i coś mu tam brakuje w
                        wyglądzie.
                        • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:48
                          Pocieszył się na myśl o czekającym go widowisku i zgłodniał jakoś. Przeciągnął
                          ręką po trzewiach i podniósł się z zamiarem pójścia do kuchni. Psotka
                          błyskawicznie podniosła się z ziemi i kilkoma susami dogoniła stare pantofle.
                          • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:53
                            Pajda czerstwego chleba i kawał sera już leżały na talerzu, a jeszcze czajnik
                            zaczął pogwizdywać. Psotka niecierpliwie drapała w powietrzu łapami,
                            przypominając o swoim istnieniu. Szklanka wypełniła się wrzątkiem i nabierała
                            barwy pięknego koniaku. Na myśl o słodkim trunku staremu ślina napłynęła do ust.
                            Możeby coś jeszcze dolać do herbaty. Z prądem, jak mówią górale, herbata jest
                            najlepsza.
                            • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:54
                              cdn
                              • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:34
                                Wlewając gorący napar w gardło miał wrażenie, że odrobina wódki wydartej staremu
                                kredensowy, roztapia mu lód w żyłach. Psotka wbiła delikatnie pazur w jego
                                kolano natarczywie patrząc mu w oczy. Rzucił jej kawałek sera, żeby mu dała
                                spokój, ale prawdę mówiąc lubił to. Ostatnio była jedyną istotą, która go
                                dotykała. Nawet gdy rozcapierzone palce z wysuniętymi małymi szponami zostawiały
                                krwawe podłużne ślady, ból sprawiał mu przyjemość. Czuję, że żyję, jeszcze...
                                Kot był wiernym towarzyszem. Odkąd pamięta psotka była obok, nawet nie zdaje
                                sobie sprawy kiedy i skąd się pojawiła... dziwne ... ten ciepły kawałek futerka
                                wzruszał go łez. Okrucieństwo ? może trochę, lubił patrzeć na jej furię gdy
                                czuła zapach mięsa na jego talerzu. Jak mały kociaczek zmienia się w dzikie
                                zwierzątko. Dzikie, ale bardziej uczciwe od wszystkich ludzi wokół niego.
                                • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:42
                                  Mijali go codziennie... Głównie kobiety. Codziennie patrzyli na niego jakby był
                                  niewidzialny. Czuł zapach wstydu i skrępowanie niektórych. Otwierał im drzwi,
                                  mył po nich podłogi, sprzątał po nich śmieci. Czasem dostrzegał w tłumie ludzi
                                  kogoś z iskrą zrozumienia, kto posyłał mu skromny uśmiech, ale pogodził się z
                                  masą milczących nadludzi, jakby żyli w innym wymiarze, w innym czasie. Dla niego
                                  czas zwolnił. Ciągnął się niemiłosiernie, czasem miał wrażenie jakby Pan Bóg
                                  zrobił dla niego spektakl. Zdystansowany od innych, miał własne miejsce z
                                  którego patrzył na świat. Każdy moment, kiedy któryś z aktorów zagadnął do
                                  niego, był magiczny. Czas ruszał z miejsca i ... żył...
                            • guayazyl1 Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:37
                              krakowianka jedna napisała:
                              Możeby coś jeszcze dolać do herbaty. Z prądem, jak mówią górale, herbata jest
                              najlepsza.
                              ---------------------------------------------------------------------------
                              ale prad wlasnie wylaczyli bo w sprywatyzowanej elektrowni zaloga zaczela
                              strajkowac domagajac sie podwyzek na swieta i bonow towarowych do Biedronki...

                              THE END
                              • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:45
                                (Syropku przestań pisac o mnie "krakowianka jedna", czyżbyś odnalazł w Panu
                                Heniu coś swojego? czemu prowokujesz? to piszemy powieść czy nie? kacza twarz :o))
                                • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:51
                                  Pan Henio wstał nagle przypominając sobie o lekarstwie, które zapomniał wypić.
                                  Podszedł do łuszczącego się już trochę kredemsu i otworzył ze skrzypieniem
                                  drzwiczki. Gdzie ten ... paskudny syrop, przeklęte babsko w białym fartuchu
                                  kazało mu pić go ze trzy razy na dzień, zawsze zapominał. Trochę specjalnie, bo
                                  smak był obrzydliwy jak jakiś wywar czarownicy ze skrzydeł nietoperzy i ropnych
                                  żabich skrzeków... hehe się zgubił i dobrze.... smak mocnej herbatki lepszy...
                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:00
                                    Za oknem zdążyło pojaśnieć, gdy niecierpliwym ruchem odgarnął firankę.
                                    Krawaciarz jeszcze się nie pojawił. Zerknął na zegarek, jeszcze pięć może
                                    dziesięć minut. Wychodzi punktualnie, czasem bierze tę hehe ochoczą sąsiadeczkę
                                    do samochodu,żeby ją podwieź do Warszawy. Pomyślał by kto... podwieź...jak na
                                    nich popatrzyć to widać że jak tylko trzasną lakierkami hehe w autku to obmacuje
                                    jakie majtki włożyła, sznurki czy barchany hehe

                                    Idzie... o ja... Boże jesteś wielki... będę miał co wspominać w zimowe dni...
                                    zasraniec zmienił kolor buźki z zielonego na czerwony, a potem znowu
                                    zfioletowiał... i tak stoi jakby go ktoś zamurował...
                                    o ... lalunia wyszła... w futerku z lisków hehe mrozu nie ma a ta w futrze, musi
                                    być jej zimno pod spodem... będzie dzisiaj dymanko...na nogach, paniusiu ...
                                    trza zmienić szpileczki na gumiaki i w drugę hehe Warszawa czeka... :o)
                                • guayazyl1 Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:52
                                  ja tak wylacznie z sympatii do Krakowa i Ciebie :)

                                  a piszemy...piszemy...jeno ja sobie poczytam.
                                  • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:57
                                    ci ... sza... piszemy powieść , dopisujcie , ale rozmowy uboczne w tym wątku
                                    nie mile widziane , ci... sza ....
                                    • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:03
                                      (panowie nie wiem co się robi z passatem bez kółek, poratujcie, bo ja zwykle
                                      męża wołam... wrócę później bo dzieciaki "kcom źreć" ;o))
                                      • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:36
                                        Paniusia szybciej zrozumiała swoją smutną sytuację... chyba telefonuje, niech
                                        mnie diabli wezmą jak nie po innego gacha... hehe drepcze za dom na uliczkę
                                        obok, gdzie za chwilę podjeżdża ... inny wózek. Troche gorszy, ale cóż zmiana
                                        statusu w tym wypadku jest usprawiedliwiona. Śmieszy mnie fakt że paniusi
                                        obojętny jest ptaszek za kierownicą, a zależy jest tylko na czterech kółkach...
                                        no i spaliny zostały tylko po niej. Kobitki z jednej strony mają dobrze:
                                        znajdzie zawsze się jakiś ptaszek, żeby dupci nie musiały wozić...
                                        Staremu humor dopisywał jak nigdy. Poczuł się rześki i wypoczęty mimo
                                        nieprzespanej nocy. Dziś Pan Bóg dał mu w prezencie niezłe przedstawienie.
                                        • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:43
                                          A co z sąsiadem w chwili nieszczęścia ? Pan Henio rozglądał się we wszystkie
                                          strony ale na ulicy krawaciarza nie było. Tak się zapatrzył na paniusię w
                                          liskach, że tęczowy sąsiad zniknął mu z pola widzenia. No trudno... nie można
                                          mieć wszystkiego naraz burknął Henio i podreptał po taboret. Będę czuwał:
                                          postanowił.
                                          Za oknem już jasno i ulica zaczęła powoli ożywać. Wrzeszczące lub milczące
                                          kobiety ciągnęły swoje pociechy objuczone tornistrami. Połowę z nich terkotało
                                          przez telefon. Zadziwiające jak dużo ludzi rozmawia dziś przez komórki, a jak
                                          mało mówi do siebie osobiście. To też oznaka współczesnych czasów. Zza rogu
                                          wyszły trzy młode dziewczyny, może 14 lat. Teraz trudno ocenić.Wszystko teraz
                                          takie rozwinięte... cycate to to i wymalowane, a z tyło wogóle nie widać czasem
                                          czy baba czy chłop.
                                          • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:50
                                            Dziewuszki w zimie półnagie jakieś. Ubrane fikuśnie, jakieś kurteczki
                                            przykrótkie jakby krawiec w pijanym widzie kroił materiał, brzuchy śniade jak
                                            bochenki chleba na wierzchu, ale płaskie, nijakich boskich krągłości ni ma.
                                            Skaranie boskie co z tego wyrośnie, jakiś suchciel, czy co... I to ma rodzić?
                                            Przecież z tego kaloryfera to i spaść można a co dopiero dziecko począć. Bóg dał
                                            babom słodkie pulchne ciała coby grzeszyć było łatwiej hehe no i dzieciom
                                            wychylać się na świat prędziej. No ale teraz to przecież z probówek będą leźć,
                                            jak owady jakie czy co... Stary jestem... Suchciele idą dalej i chichchchocą tak
                                            że im się żebra trzęsą.
                                            • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:57
                                              Popatrzył na swoje ręce i się zawstydził. Pomarszczone, szorstkie, pełne plam i
                                              ogorzałe słońcem. Jak dawno nie dotykał kobiety. Potrząsnął głową, ale pamięta
                                              zapach który oszałamia, nęci i gorąco co rozchodzi się po ciele od nóg do głowy.
                                              Zaczerwienił się. Starej daty był, jak to mówią. Wstydliwy. Pamięta miękkość
                                              piersi i tych małych ledwo rozkwitniętych, różowych na zielonej łące w środku
                                              lasu, gdzie zmasakrował cudne maślaki na wilgotnym mchu, i tych wielkich,
                                              olbrzymich białych z ogromnymi rozlanymi sutkami, kiedy miał wrażenie że mleko w
                                              nich płynie i tryśnie lada chwila... Ulica zamigotała i powoli znikła a stary
                                              przeniósł się gdzieś daleko...
                                              • w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 20:44
                                                ( czemu tylko ja piszę ? wszyscy sobie poszli ? Syropku też Cię lubię, ja tylko
                                                taka podejrzliwa jezdem :o( )
                                                • eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 20:48
                                                  ci.. sza .. jutro cd. powieści.
                                                • guayazyl1 Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 21:05
                                                  w.iwo napisała:
                                                  czemu tylko ja piszę ?
                                                  ----------------------
                                                  ranyjulek!pofolgowalas sobie niezle kobieto...a ja tak nie potrafie na
                                                  zamowienie :(
                                                  pozdrowka
                                                • madzia69 Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 22:16
                                                  kurde no
                                                  nijak sie wstrzelic nie moglam
                                                  czekalam az Ci sie wena skonczy ;)
                                                  ale to chyba stydnia bez dna :)))
                                              • kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 23:54
                                                do krainy jego młodości, kiedy ogorzaly słońcem wylegiwał się na łące pachnącej
                                                zniewalająco koniczyną. W zębach ściskał źdźbło trawy i mrużąc oczy spoglądał w
                                                palące słońce. Dłonią gładził złote włosy Ireny, która przeciągała się
                                                lubieżnie ugniatając swym białym jak mleko ciałem srebrzyste kwiaty koniczyny.
                                                • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:18
                                                  Do tej pory pamięta maki kołyszące się wśród kłosów jak krople krwi szumiącej w
                                                  skroniach, gdy spełnił się w oślepiającym słońcu. A potem zaległa cisza... i
                                                  pamięta tą ciszę do dziś. Jakby nagle ogłuchł, wszystko stało się jasne i
                                                  kołysało się na wietrze. Ptak śpiewał bezgłośnie gdzieś nad nim, trawa szumiała
                                                  i kładła się łanami gdzieś obok, ale nic nie słyszał. Jakby wszystko wokół
                                                  wstrzymało oddech. Coś mówiła do niego, poruszała ustami, wyciągnęła dłoń żeby
                                                  dotknąć jego twarz. Odwrócił się i zobaczył konika polnego. Wśród ugniecionej
                                                  trawy leniwie poruszał nóżkami lepkimi od krwi.
                                                  Wybuch dzwięków ogłuszył go, świerszcze, wiatr, trawy, wreszcie usłyszał... i
                                                  nic już nie było takie same...
                                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:24
                                                    Zacisnął dłoń na firance i szarpnął. Kawałek materiału zerwał się i zwisał
                                                    żałośnie nad oknem. Poczuł się strasznie samotny, rozczarowany. Zły, że wszystko
                                                    odchodzi,że czas przecieka przez palce jak woda. W swoim życiu zrobił wiele
                                                    dobrego, ale z wielu rzeczy nie jest dumny. Kiedy odszedł jego ostatni
                                                    przyjaciel, zdjął go lęk i wybrał się do spowiedzi. Tak dawno tego nie robił, że
                                                    dłonie spociły mu się ze strachu jak u uczniaka. Chciał żeby ulżyło ale niemiłe
                                                    uczucie pozostało i po spowiedzi. Może Bóg mu wybaczył, ale bardziej zależało mu
                                                    żeby wybaczyła mu ona.
                                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:27
                                                    Był wściekły bo nie lubiał być bezradny, i nie lubiał być zaszczuty. A właśnie
                                                    tak się czuł. Miał swoje lata, a jednak nie był przygotowany na to co mu powie.
                                                    Dostała pieniądze. Powinna być zadowolona.

                                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:30
                                                    Została sama. Lęk i smutek zrzucił na jej ramiona. Czuła jak ciąży jej ten
                                                    płaszcz. Byle tylko nie myśleć. Drzewa krążyły nad nią jak kruki w ciemny dzień.
                                                    Niebo wydawało się być dziś niżej niż zwykle. Zastrzyk i niemiłe zawroty
                                                    towarzyszyły ostatniej kołaczącej się myśli: nie chcę.
                                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:40
                                                    Potem odchodziła od niego powoli, jak motyl składała skrzydła. Cicha, zagubiona
                                                    w myślach, smutna. Gdy zastanawiał się nad tym zawsze odsuwał tę myśl o śmierci.


                                                    Przeszło 10 lat później obsesyjnie myślał o dziecku. Nowe życie, nowa miłość.
                                                    Rodzina. Marianna była pulchną kobietką o miłym sposobie bycia. Trochę oschła, a
                                                    trochę śmieszka. Lubiła żarty i śmiech. Pomyślał że to dobra towarzyszka na
                                                    resztę dni. Śpieszyło mu się. Gdy nie udało mu się w pierwszym roku mieć
                                                    potomka, zaniepokoił się. Może to kara ? Miłość już nie była tak spontaniczna,
                                                    tak gorąca, bo czuł presję... widział małe dzieci wokół i dręczył się
                                                    niezmiennie. Marianna była spokojna. Jej spokój dał siłę nowemu życiu. I nowe
                                                    życie wstąpiło też w Henryka.
                                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:47
                                                    W dzieciach najlepsze jest to że tak ładnie pachną. Kiedy gdzieś narodzi się
                                                    dziecko pojawia się taki słodki zapach. Oliwka, pieluchy, talk i mleko matki.
                                                    Marianna rozkwitła. Seks z nią był jak bukiet pięknych kwiatów. Obfita w
                                                    kształtach, różowo-mleczna, pachnąca niemowlęciem. Zatapiał się w nią często jak
                                                    w ramiona bezpieczne i wieczne. Nic złego tu go nie dosięgało, nawet myśli
                                                    uciekały w inne światy. Czuł się jak dziecko, w cieple i mleku zazdroszcząc
                                                    jedynie małej ruszynce obok. Właściwie pyzatej i rozdartej, jak po dwóch
                                                    miesiącach stwierdził. Z wyrzutami sumienia, ale uciekał z domu do świata, do
                                                    kolegów, żeby sobie coś udowodnić. Ale co ? juz nie pamięta...
                                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 01:24
                                                    Ten zasraniec chyba już się nie pokaże. Szarpnął ręką i firanka zerwał się z
                                                    karnisza. Nad oknem wisiał teraz żałosny strzępek . Czuł się podobnie.
                                                    Dochodziła ósma. Może się zdrzemnąć ? Czym wypełnić kolejny dzień ? I pomyśleć
                                                    że są ludzie co nie mają czasu. Pokuśtykał w stronę leżanki. Plecy bolały go
                                                    coraz mocniej. Wyciągnął się niecierpliwie na łóżku i rozprostował zdrętwiałe
                                                    nogi. Miał uczucie jakby coś przegrał lub stracił. Nie lubiał tego. Uciekał od
                                                    złych mysli. Psotka przeciągnęła się na podłodze i z wdziękiem wskoczyła na
                                                    pościel. Zamruczała pysznie i zwinęła z wdzięcznością w kłębek obok jego
                                                    ramienia. Była jedynym ciepłem jakie mu zostało. Kawałek futra i kilo gorących
                                                    kości trzymało go przy życiu. Do niej wracał i dla niej wychodził z domu. Dla
                                                    kotki...
                                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 01:28
                                                    (jutro bedzie więcej seksu bo się ponuro zrobiło hehe no tylko nie wiem na ile
                                                    można Panu Heniowi pozwolić - jak myślicie ? :o)
                                                  • w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 12:34
                                                    (Syropku podrzuć jakiś temat, przewrotna Madziu co dziś może robić Pan Heniu,
                                                    Psotko może coś humanistycznego ? pojawię się nocką, "potworzymy" ;o) czy dziś
                                                    wszyscy mają kłopoty z zalogowaniem na forum, czy moderator mnie nie chce? :o( )
                                                  • guayazyl1 ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 10.12.05, 15:58
                                                    a ja poprosze wylacznie o rozbuchane, pelne erotyzmu opisy jak to pan Henio byl
                                                    edukowany. najpierw przez nianie, potem przez guwernantke i wreszcie na
                                                    uniwersytetach przez wykladowczynie pewnego zachodniego jezyka. jak te zgnile
                                                    kobiety doprowadzily go do moralnego upadku, jak zszedl na psy i dziady, jak
                                                    sie zdegradowal, stoczyl i siegnal dna by w koncu stac sie cieciem w Szkole
                                                    Podstawowej Nr7.
                                                  • w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 10.12.05, 22:30
                                                    a jak to się ma do regulaminu forum ? co by mnie nie wywieźli na taczkach jak
                                                    Jagnę...
                                                  • madzia69 Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 10.12.05, 22:36
                                                    brak wszelkich zasad
                                                    jest zaleta tego forum ;)
                                                    chyba ze jakas szycha legionowska dopatrzy sie swojej osoby w postaci henia
                                                    albo krawaciarza
                                                    ...nie daj boze irenki ;)
                                                  • w.iwo piszemy powieść... 10.12.05, 23:03
                                                    Smok nieuchronnie nadlatywał. Robiło się ciemniej i ciemniej, a duszny cień
                                                    powiększał się nad nim... Przerażenie, które go zatrzymało w miejscu było mu
                                                    znane. Oblepiała go gęsta, mokra mgła o nieokreślonym kolorze i dźwięk, który
                                                    wrzynał mu się w mózg boleśnie i drwiąco. Szum skrzydeł i jakiś mroczny ciężar.
                                                    Uciekać ! Wyrwał nogi z bezruchu i odbił się od ziemi. Pęd powietrza sprawił mu
                                                    nieopisaną rozkosz. Wolność... umykał przed beznadziejnym uczuciem że kiedyś już
                                                    tak było. Policzki szczypały go od gorąca, a krew gotowała się w żyłach. Już
                                                    widział jakiś prześwit przed sobą i nadzieja jak bladoniebieski kolor ucieszyła
                                                    go gwałtownie. W piersiach brakowało już miejsca... miał wrażenie że pęknie,
                                                    rozerwie się zaraz, tak piekło go gdzieś w okolicach mostku. Nagle poczuł
                                                    podmuch wiatru i ostry ból przeciął mu plecy na dwie równe połowy. Jakaś ogromna
                                                    siła zwaliła go z nóg na ziemię i wszystkie cienie zniknęły... Pojawiła się ona,
                                                    ciemność. Głucha i cicha przywarła do niego na długo wysysając wszystkie
                                                    zawiązki myśli jakie tylko zdażały mu się uwolnić. Umarł ?

                                                    Pierwsze co usłyszał to szum. Wodospad ? Pierwsze co poczuł to zimne twarde
                                                    podłoże pod stopami. Sprawiło mu to nieopisaną ulgę. Powoli wracało jego ciało.
                                                    Poruszył stopą, coś miękkiego leżało obok niego. Opuścił dłonie ostrożnie przed
                                                    siebie próbując zachować równowagę. Mokre i śliskie oplotły mu ręce motając
                                                    każdy palec z osobna. Bez dłoni zaplątanych stracił pewność siebie. Woda
                                                    spływała po nim tworząc maleńkie kaskady na sutkach.
                                                  • w.iwo Re: piszemy powieść... 10.12.05, 23:17
                                                    Podniosła się nagle i lekko obejmując mu uda tak zdecydowanie, że zadrżał...
                                                    Szum wody ogłuszał go lekko jak lampka wina przed nocnym niebem. Próbując
                                                    rozchylić zlepione rzęsy w szybkim strumieniu zdołał uchwycić tylko pojedyńcze
                                                    srebrzyste błyski. Łuski smoka ? zaczynał wątpić w swój rozsądek. Wszystko było
                                                    takie nierealne. Ale gdy jego męskość zniknęła jakoś miękko i cicho, przypomniał
                                                    sobie to uczucie. Pulsowanie... rytmiczne, namiętne i jakby żarłoczne wciągało
                                                    go do siebie gorąco i delikatnie. Dał się ponieść falowaniu...
                                                  • w.iwo Re: piszemy powieść... 10.12.05, 23:28
                                                    Gonitwa w żyłach i napięte mięśnie, twarde jędrne pośladki. Woda owijała się
                                                    wokół niego drażniąc delikatnie sutki umykała w gęstwinę włosków na wyczekującym
                                                    podbrzuszu. Napięcie nie opuszczało go ani przez chwilę. Cudowne ssanie gorące i
                                                    wilgotne aż do bólu, prowadziło świadomość na skaj czegoś co już kiedyś przeżył.
                                                    Dochodził dziko i gwałtownie tęskniąc za nią i jednocześnie walcząc o wolność i
                                                    przewagę. Już nie wiedział czy dłonie ma skrępowane czy sam dociska je z całej
                                                    siły do siebie. Wybuch jak ulga ogromna rzucił go w przepaść czarną i głęboką, a
                                                    nagłe skrzydła z pulsowania poczęły lot w dalekim nieznanym kierunku... Było
                                                    cicho i ciemno...

                                                    Tam, gdzie mieszkasz, już biało od śniegu ...
                                                  • w.iwo Re: piszemy powieść... 10.12.05, 23:39
                                                    Za oknem hałas obudził go i niemiło dał znać o realności. Nienawidził tego
                                                    uczucia. Nie chciał otwierać oczu. W ciemności było mu zdecydowanie lepiej. Ale
                                                    wiedział, że sen uciekł i musi wstać. Zerknął na zegarek, późno... Na stole
                                                    leżały dwie cytryny. Żółtozielone, jeszcze nie przejrzałe. Skórka na nich
                                                    przypominała mu skórę zmarzniętej kobiety, no gdyby nie ten kolor. A końcówki
                                                    naprężone sutki... Odwrócił wzrok, ach to ten sen... westchnął...
                                                    Pamięta jak wziął pierwszą wypłatę. Był taki dumny. Jego własne pieniądze. Kupił
                                                    wtedy dwa kilo cytryn. Nie widzieli jeszcze czegoś takiego u niego w chałupie.
                                                    Dumny jak paw rzucił na stół żółte owoce, a rodzeństwo zbiegło się podziwiać
                                                    nieznane rarytasy. Chwilę później wylądowały w wiadrze pod piecem. Nawet świnie
                                                    się ich nie tknęły. Bo i skąd miał wiedzieć, że pomarańcze wyglądają trochę
                                                    inaczej...
                                                  • w.iwo Re: piszemy powieść... 11.12.05, 14:59
                                                    Żeby wstać musiał znaleźć sobie na osłodę coś milszego niż przykre wspomnienie z
                                                    chaty. Nie chciała pamiętać tamtej sceny, bolała... Odwrócił się ociężale na
                                                    drugi bok trącając kota bezczelnie zajmującego pół leżanki. Spojrzał w stronę
                                                    telewizora i westchnął... Pękata butelka z syropem stała na widoku równie
                                                    bezczelnie. Jeśli taki ma być dzisiejszy dzień to ja dziękuję Panie Boże. Zawsze
                                                    rankiem szukał znaków nadchodzącego dnia. Jedne były wyraźne, inne bardzo
                                                    enigmatyczne. Pęknięta szklanka czy klucz ptaków w drodze do szkoły wprawiały go
                                                    w jakiś nastrój. Jaki ? Zresztą nieważne...
                                                  • w.iwo Re: piszemy powieść... 11.12.05, 15:00
                                                    Gdzieś od czasu do czasu małe literki z uwagami są fajne... inspirują ;o)
                                                  • w.iwo Re: piszemy powieść... 11.12.05, 16:26
                                                    I tak parcie na pęcherz wyciągnęło go z łóżka. Potknął się o kapcie i knląc na
                                                    niczym niewinne sflaczałe pantofle ruszył w stronę łazienki. Podniósł klapę
                                                    muszli i pomyślał smutno o czasach gdy wieszał ręczniki kąpielowe na swoim
                                                    przyjacielu. Te największe hehe... nawet te wilgotne. Teraz prowadził go dłonią
                                                    jak ślepca, przez ubranie i podtrzymywał żeby trafić do toalety. Lubił go
                                                    zawsze... uśmiechnął się do siebie. Najbardziej wtedy, gdy zasypiał, a ten jak
                                                    samotny myśliwy drżał gdy tylko poczuł bliskość ciepłej dupeczki obok. Budził go
                                                    wówczas, żeby wypuścił go w wilgotną dziurkę na spacer. Lubił gdy brał w dłonie
                                                    pulchne pośladki i trzymał mocno aż zwierała się ciasno na wiernym przyjacielu.
                                                    Symbioza hehe ... Ale to były czasy, westchnął, jak patrzył na ładniutkie
                                                    babeczki to wyobrażał sobie jak mogłaby go mocno ścisnąć udami... Obecnie raczej
                                                    przeszkadzały mu kobiety. Hałaśliwe i zrzędne lub piszczące niemiłosiernie, nie
                                                    pociągały go wcale. Usiadł w końcu na dłużej i zatopił wzrok na pękniętej
                                                    umywalce. Najbardziej brakowało mu tej irytującej pieszczoty, tak bardzo
                                                    intymnej, że wstydził się jej najbardziej. Odrzucał głowę wtedy jak narwisty
                                                    koń, spłoszony dotykiem dłoni. Jak skrzydła kruchego ptaka głaskały go po jego
                                                    twarzy. Czułość... Brak mu tego najbardziej i nawet nie seksu, coraz rzadziej
                                                    potrzebował kobiety. A gdy napięcie przychodziło i nabrzmiewało wstydliwie, brał
                                                    go do ręki i kilkoma ruchami doprowadzał do wytrysku. Odczekiwał, aż ucichnie
                                                    burza i skulał się tak bardzo jakby wstyd pochylił go ku ziemi.
                                                    Czas na kawę, pomyślał, coś przyjemnego musi się przecież dziś wydarzyć...
                                                  • guayazyl1 ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 11.12.05, 19:44
                                                    obawiam sie jednak , ze ta studnia bez dna albo raczej kaskada, potok, gejzer
                                                    sprowadzi na nas klopoty i odezwie sie w koncu jakis straznik teksasu. chyba,
                                                    ze co pikantniejsze kawalki bedziemy dostawac mailem wprost do domu.
                                                  • w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 15.12.05, 19:16
                                                    Syropku, prowokatorze paskudny... To nawet nie erotyka... to cyniczny realizm
                                                    wymieszany z fantazją w snach pana Henia ... po prostu powieść... reszta to
                                                    tylko Twoja wyobraźnia... gdybym miała pisać Ci na maila coś pikantniejszego to
                                                    skrzynka by Ci się zagotowała... ;o)
                                                  • w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 15.12.05, 19:19
                                                    chwilowa przerwa techniczna spowodowana przeprowadzką na wyższe piętro... :o)
                                                    więc jak z tą powieścią ? zostawiamy pana Henia w spokoju ?
                                                  • madzia69 Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 15.12.05, 19:34
                                                    kilka postaci epizodycznych podniosloby temperature :)
                                                    dr szkoly, dumny, nadzieja miejskiej spolecznosci - Pan Psikaczu,
                                                    powabna nauczycielka o ksztaltnych piersiach - Marusia Ogonek
                                                    dreczony wyrzutami sumienia - Pan E.Legalnetowo
                                                    lekarz medycyny pozbawiony praw wykonywania zawodu za nielegalne praktyki
                                                    prowadzenia eksperymentow psychologicznych be zgody badanych - Dr.Wątplimerz
                                                    nieodwolanie wyobcowana - Wielka Iwa
                                                    oraz nienawidzaca rzeczywistosci - Bladzia
                                                  • madzia69 Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 15.12.05, 19:43
                                                    wlascicielka agencji detektywistycznej, bez licencji - Zuza
                                                    slodki Ekler,
                                                    dziki Pepsikokt
                                                    zwolennik terapi behawiorlano-poznawczej - P.Cichomaszyna
                                                  • w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 17.12.05, 16:09
                                                    Nabieram sił żeby źródełko trysnęło na nowo... ;o)
                                                    Henio erotoman zmieni się w Henia pracooooholika... ;o(
                                                    Czekam na wolną nockę hehe
                                                    pozdrawiam

                                                    PS. słodki Ekler będzie cukiernikiem ?
                                                  • w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 17.12.05, 18:22
                                                    Wspaniały aromat czarnej kawy rozszedł się po kuchni. Henio uwielbiał to.
                                                    Wystarczyło że poczuł jej mocny, aksamitny zapach i wstępowała w niego werwa,
                                                    czuł się jak młody ... no dobra, w każdym razie siły w niego wstępowały i brał
                                                    się do roboty. Parzucha, jak często ją czule nazywał, wlewała w niego chęć do
                                                    działania. Założył w biegu kurtkę i trzasnął drzwiami. Zbiegając po schodach
                                                    natknął się na dziwaczną postać. Młoda kobieta schylona na klatce schodowej
                                                    szperała pod skrzynką na listy. Gdy go zobaczyła podniosła nagle gazetę i
                                                    zasłoniła twarz udając że ją czyta. Henio nie miał czasu, ale wyraźnie
                                                    widział,że gazeta była do góry nogami... Fakt iż były wycięte w niej dwa
                                                    otwory, dotarł do niego po dłuższej chwili. Ciężkie metalowe drzwi zaskrzypiały
                                                    za nim przeraźliwie... Nie wiedząc czemu Henio poczuł jak przenika go lodowate
                                                    zimno, jakby śmierć przeszła obok mnie, pomyślał i strząsając z siebie niemiłe
                                                    uczucie pośpieszył dalej. Miasto czekało na niego...
                                                  • w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 17.12.05, 22:36
                                                    To chyba była zła kobieta, pomyślał gdy minął następną przecznicę. Miał niejasne
                                                    przeczucie, że kiedyś już ją gdzieś widział. Nagle zatrzymało go jakieś ramię...
                                                    obrócił się i zdecydowanym ruchem wyciągnął rękę w obronie. Ach to ty, spłoszył
                                                    się i zarumienił. Obok niego stała powabna kobieta z jedwabistymi włosami
                                                    spietymi w staroświecki kucyk. Znajoma uśmiechnęła się i szepnęła: idziesz do
                                                    szkoły ?
                                                    Marusia... odwzajemnił uśmiech i westchnął. Ty też ? Na dziesiątą mam spotkanie
                                                    z dyrektorem. Na dywanik. Co zrobić, takie życie... Lekko ruszyli razem przez
                                                    przejście na drugą stronę ulicy. Nie wiadomo co go podkusiło, żeby zerknąć za
                                                    siebie, do tyłu. Jakby coś ściągnęło jego uwagę, jakieś przeczucie że ktoś
                                                    mierzy do jego pleców. Gęsia skórka obsypała mu całe ciało... odwrócił się i
                                                    spojrzał odważnie, jak skoczek przed skokiem nabierając głęboko powietrze w
                                                    płuca... pod witryną Ery stała i patrzyła na niego przenikliwie kobieta z klatki
                                                    schodowej, zła kobieta...
                                                  • zuziknatropie Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 17.12.05, 22:59
                                                    nie na niego....ta zła kobieta patrzyła na jego pośladki....
                                                  • w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 18.12.05, 00:01
                                                    no tak, ...
                                                    a potem znowu będzie na mnie... ;o)))
                                                  • zuziknatropie Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 18.12.05, 00:55
                                                    tak, przypomniał sobie ich spotkania. Była kobietą której żaden mężczyzna nie
                                                    potrafił się oprzeć. Tak, pamiętam tę ostatnia noc. Przypomniał sobie targające
                                                    nim uczucia, bolało jeszcze bardziej. Pewnie była w nich urażona duma i jakiś
                                                    żal i wściekłość. Wrócił do domu, wkurzony na samego siebie. Na szczęście sen
                                                    zabił go od razu. Rano...Tak, chciał przyjść do niej, chciał przytulić,
                                                    przynieść kawę...Udało się tylko zrobić kawę. Nie chcieli wcale ze sobą
                                                    rozmawiać. Teraz wiem, ze każde miało w sercu o cos żal, zadrę,
                                                    wściekłość...Czas jednak biegł nieubłaganie....Po bagażach zorientował się, ze
                                                    podjęła decyzje. Na tarasie przed recepcja chciał choć popatrzeć w jej zielone
                                                    oczy, poszukać potwierdzenia lub zaprzeczenia tego o czym myślał. Schowała się
                                                    pod kapeluszem...W ostatnich sekundach mieli sobie mnóstwo do powiedzenia, ten
                                                    klakson ciągle ma w uszach...Wszystko do dupy....
                                                  • w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 19.12.05, 00:32
                                                    Dłoń Marusi wyrwała go z niemiłej scenerii. Znienawidzony motel rozpływał się
                                                    coraz szybciej, a ulica tętniąca życiem wróciła do niego z hałasem. Znajoma
                                                    trzymała go za rękę i patrzyła uważnie w oczy. Wszystko w porządku, zapytała.
                                                    Zaniepokoiłam się... Żachnął się niespodziewanie i skrzywił. Nie, to znaczy
                                                    wszystko ok, zamyśliłem się. Mamy jeszcze chwilkę czasu, może wstąpimy na kawę,
                                                    zaproponowała. Otępiały jeszcze od wspomnień skinął powoli głową. Patrzył na jej
                                                    twarz jak na martwy opuszczony budynek i dał się zaprowadzić dalej jak dziecko.
                                                    Weszli do miłej ciasnej kawiarenki, gdzie panował półmrok mimo rannych godzin.
                                                    Przyciemnione światła i lampki choinkowe rozwieszone na sztucznych drzewkach
                                                    miło otulały jej twarz. Zanim przyszła kelnerka dostrzegł zarys cegieł na
                                                    ścianach, jej wydatny kształt ust i miękkie parabole unoszące się miarowo wraz z
                                                    oddechem...
                                                  • aganiok32 a może by tak jakieś dialogi? ;-) 19.12.05, 09:58

                                                  • zuziknatropie Re: a może by tak jakieś dialogi? ;-) 19.12.05, 11:56
                                                    ja: (zasypaim)

                                                    on: (mnie podszczypuje)

                                                    ja: (się bronię)

                                                    on: (nadal podszczypuje)

                                                    ja: (się opieram)

                                                    on: (uporczywie podszczypuje)

                                                    ja: chcę spać

                                                    on: to się nie opieraj

                                                    ja: chcę szybko zasnąć

                                                    on: jeśli będziesz się opierać to zaczniemy za około 20 minut. potem jakieś 20
                                                    minut seks i spać pójdziesz za około 50 minut

                                                    ja: ale ja chcę wcześniej

                                                    on: to się nie opieraj tylko współpracuj, a będziesz wolna za góra 20 minut
                                                  • aganiok32 Re: a może by tak jakieś dialogi? ;-) 19.12.05, 11:57
                                                    20 minut....czyli jakis szybki numerek :-)
                                                    hehe
                                                  • zuziknatropie Re: a może by tak jakieś dialogi? ;-) 19.12.05, 11:58
                                                    żebym nie była posądzona o plagiat dialog był z www.onabloxuje.pl:)
                                                  • guayazyl1 jestem za... 19.12.05, 16:14
                                                    dialogi sa konieczne i do tego niezbedne jest umiejscowienie sytuacji w
                                                    legionowskich realiach.na przyklad dusznej sali legionowskiego kina Mazowsze co
                                                    go juz niestety nie ma. ale moglaby to byc retrospekcja :)

                                                    wszystko wibrowalo jej przed oczami ...spadala gdzies w dol...rozplywala sie w
                                                    nicosc. polprzytomna drzacymi rekami uwolnila piersi spod krepujacej bielizny.
                                                    twarde...nabrzmiale...niemal eksplodujace. czekaly kiedy dotkna je niecierpliwe
                                                    dlonie Henryka. cala skladala sie z tego wyczekiwania, ktore wypelnialo ja az
                                                    do bolu...
                                                    z polsnu wyrwalo ja swiatlo latarki obmacujace twarz i rzucone przez zeby slowa
                                                    kasjerki Euzebii Lewarek...bilet do kontroli poprosze!
                                                  • zuziknatropie Re: jestem za... 19.12.05, 17:22
                                                    zastanawia mnie tylko jedna sprawa dlaczego kobiety wczuły sie w role meskie a
                                                    faceci odwrotnie?? A skąd Gua niby wiesz jak czuła się i myślała kobieta?:))
                                                  • zuziknatropie Re: jestem za... 19.12.05, 17:23
                                                    wolałabym raczej żeby było bardziej edukacyjnie lub koedukacyjnie...choć i tak
                                                    jest fajnie:))
                                                  • zuziknatropie Re: jestem za... 19.12.05, 17:28
                                                    Zabolało, ale pewnie tak miało być...Poczułem jakąś fale gorąca uderzająca do
                                                    głowy, mogłem wtedy jak najszybciej uciec albo wybuchnąć. Szarpały mnie myśli,
                                                    ale pomyślałem, ze jeśli ma mnie jakiś widok zaboleć to może lepiej nie pchać
                                                    palca w drzwi...

                                                    albo tak (to mój ulubiony kawałek:))

                                                    Moja Mała Zuziu,
                                                    Gdy Kubuś Puchatek spadł z hukiem, po próbie dobrania się do miodku przy pomocy
                                                    balonika, Krzyś przytulił go i powiedział: "Mój Mały Głupiutki Misiu" Mów mi
                                                    Krzysiu!!!:)))
                                                    .
                                                  • guayazyl1 niby w odpowiedzi... 19.12.05, 20:21
                                                    cygan sie chyba powiesil bo pogoda taka jakas...jak w dawnym kieleckim...wieje.
                                                    dmucha!a wracajac do tego:

                                                    A skąd Gua niby wiesz jak czuła się i myślała kobieta?:))

                                                    nie wiem czy akurat w tym fragmencie ona miala czas na myslenie :) opieralem
                                                    sie wylacznie na obserwacjach i wlasnych doswiadczeniach:)


                                                    sinus.one.pl/~dorolinka/summer.jpg
                                                  • w.iwo HELP 19.12.05, 20:37
                                                    wszystko ok , ALE :

                                                    ludzie jak jest kawiarnia to bileterka czy konduktorka nie świeci w oczy latarką
                                                    (chyba że coś nam tu z Kafki chlapnęło, a to przepraszam) ;o)
                                                    jak jest ranek to dialog o szybkim numerku w łóżku jest ... jakiś oderwany od
                                                    rzeczywistości
                                                    a jak zauważyli lub nie zauważyli niektórzy to dialogi nie muszą być rozdzielane
                                                    standardowymi środkami interpunkcyjnymi i ... były :o(

                                                    trzymajmy się jako tako miejsc i próbujmy zachować ciągłość, a ZABAWA będzie
                                                    lepsza - o wiele trudniej dopasować swój klocek jeśli ktoś śmiesznego narzucił

                                                    Zuzia :o) detektyw szuka ideału pośladków z przeszłości - no nieźle mnie zażyłaś
                                                    Syropek słodki i kochany wczuwa się cudnie w kobiece instynkty (coraz lepiej,
                                                    jeszcze trochę i zmiana płci gotowa) Syropku czy nie byłeś kiedyś kobietą ?

                                                    pozdrawiam i całuję ciocia iwo
                                                  • w.iwo piszemy powieść 19.12.05, 21:03
                                                    Pozwólmy Heniowi posiedzieć jeszcze chwilkę przy Marusi Ogonek zanim ona namówi
                                                    go na ten wyczekiwany szybki numerek (20 min ? szybki to musiała pisać kobitka
                                                    haha) ... kilka rozdziałów dalej :O)


                                                    Oddech Marusi jakby zatrzymał się na chwilkę, gdy podeszła kelnerka. Co dla
                                                    Państwa ? - zapytała życzliwie obrzucając spojrzeniem nietypową parę. Dla mnie
                                                    lody Miki, poproszę, szepnęła wstydliwie Marusia i zapłoniła się wdzięcznie.
                                                    Henio zmieszał się: - kawa. Mamy dziś kawę amaretto, hawajską, ... jej słowa
                                                    gdzieś utknęły po drodze do niego. Patrzył na nią i nie słyszał co mówi. Zwykła,
                                                    czarna, parzona. Uśmiech kelnerki zwisł smętnie i odeszła kołysząc biodrami
                                                    prawie obrażona. Co ci jest Heniusiu, spytała Marusia, chwytając łapczywie jego
                                                    dłoń. Kawiarnia Olimp zadygotała, ciężkie marszczone zasłony zdawały się spadać
                                                    na ziemię, gdy poczuł jej mocne tętno. Zapach jej słonej skóry drażnił i miał
                                                    ogromną ochotę dotknąć jej dekoldu. Tam gdzie szyja kończyła swój bieg i spadało
                                                    spojrzenie Henia, drżała mała srebrzysta kropla potu. Jakby czekała na niego i
                                                    jego dłonie, jakby stworzono ją dla jego szorstkiego języka, jakby nic więcej
                                                    nie było istotne, tylko ona. Jego podniecenie, tak nagłe i piękne przerwała
                                                    nagle kelnerka: proszę lody.... i kawa... zazgrzytała zębami. Puchar z lodami
                                                    uszczęśliwił Marusię. Sięgała raz po raz łyżeczką do kieliszka i ślicznie
                                                    wyginała usteczka przy lodowych kwaśnych porcjach. Mógłby patrzeć tak na nią
                                                    godzinami. Iskierki światełek tańczyły na nóżce pucharu, kiedy obracała go
                                                    ciągnąc za uszka przeźroczystej myszki. Gdzieś mówiło mu przeczucie że te wargi
                                                    pulchne i czerwone dadzą mu rozkosz jaką będzie długo pamiętał. Kiedy uchylały
                                                    się lekko i zaciskały mocno, kiedy język oplątywał czule i drapieżnie chłodny
                                                    metal i podniecał się każdą odrobiną śnieżnobiałej śmietanki - Henio wiedział
                                                    już, że Marusia musi być jego. Zostało mu już tylko jedno: zapłacić rachunek...
                                                  • w.iwo Re: piszemy powieść 19.12.05, 21:07
                                                    Właściciel kawiarni niejaki pan Eklerk spojrzał na Henia groźnie zza okularów:
                                                    więc nie mamy czym zapłacić ? Przy tak słodkim nazwisku biznesmennn był niestety
                                                    gorzki i twardy ... jak czekolada Wawel z lodówki. No i co będzie ?
                                                  • zuziknatropie Re: piszemy powieść 20.12.05, 09:04
                                                    hmm, ten pan Henio to jakiś niewyżyty seksualnie a nie stać go nawet na
                                                    lodu....phi z z takim adoratorem:((
                                                  • zuziknatropie Re: piszemy powieść 20.12.05, 09:13
                                                    w takim razie trzeba pomyśleć jak zapłaci Pan rachunek. Dobrze, idą święta więc
                                                    znaj człowieku moje dobre serce. Przez tydzień będziesz pracował w mojej
                                                    kawiarni a Marusia....(*łypnął na nią nią...no,no niezła z niej sztuka.) Panna
                                                    Marusia będzie moją gosposią.
                                                  • w.iwo Re: piszemy powieść 20.12.05, 12:09
                                                    W tym zamieszaniu Henio popatrzył na rachunek i serce mu się ścisnęło. 14 zł ? i
                                                    za 14 złociszów i chwilkę zapomnienia ona miałaby płacić ciałem i duszą jakiemuś
                                                    czekolasiowi bez serca ? Nigdy, rzucił na ladę swój pamiątkowy zegarek i rzekł
                                                    twardo patrząc prosto w oczy twardemu Eklerkowi: wrócę po niego...
                                                    Marusia spojrzała wdzięcznie jak sarna na swego obrońcę i wybawcę... Czuła, że w
                                                    takiej chwili mogłaby wszystko dla niego zrobić... nawet...
                                                  • zuziknatropie Re: piszemy powieść 20.12.05, 12:57
                                                    zaraz, zaraz jakiego wybawce?. Zaprosił ją do kawiarni, zjadła lody ledwie za
                                                    14 pln i to miał być ten Romeo? A gdzie obiecana kolacją przy świecach,
                                                    krewetki, ostrygi, szampan? Tyle jej obiecywał, tak patrzył w oczy. Miało być
                                                    tak namiętnie, tak kusząco.... a tu...Ech Ci mężczyźni...

    • eklerk Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 14:18
      Legionowo. Miasto juz spało kiedy Pan Henio woźny tutejszej szkoły , siedząc
      przy kominku wspominał dawne czasy młodości .A było co wspominać...Pan Henio
      był przed wojną znanym miejscowym playbojem :) I jak to mówią w kasze nie
      dmuchał . pewnego razu na ulicy Jagiellońskiej spotkał Panią Irenkę, z którą
      kiedyś łączyła go zażyłość niekoniecznie platoniczna.. Wtedy życie miało inny
      smak... Kobiety były skromniejsze, seks pod pierzyną bardziej tajemniczy...
      stare dobre czasy. I ludzie rozmawiali ze sobą, a nie patrzyli w grające pudło,
      godzinami siedząc obok siebie nawet na siebie nie
      patrząc. Teraz młode dziewczyny już nie rumienią się jak dawniej. Chodzą
      kołysząc biodrami i mało co nie gubią tych wiecznie opadających spodni. Zgroza
      ... gdzie ten świat zdąża ? Co będzie za kolejne 20 lat ? Jeśli dożyję He He ,
      siedząc w pampersie z kroplówką nad ramieniem, o czym będę rozmyślał ? Jedyne co
      się nie zmienia to teściowe. One są nad czasowe. Jędza jedna, kurza twarz, jak
      wspomnę to mi nawet kawy nie trzeba. Pożytek jeden, że podnosi ciśnienie, stare
      babsko. Pan Henio schylił się i wrzucił polano do ognia. Z początku
      zaskwierczało jakby broniło się przed ogniem, potem powoli poddało się
      złocistemu jęzorowi, który otulił je całe i pochłonął. W oddali wyły wilki .
      Pan Henio wstał i skierował się w stronę łazienki. Czas wyprowadzić najlepszego
      przyjaciela na spacer, powiedział do siebie, uśmiechając się łobuzersko.
      Zerknął w lusterko i westchnął. Nie, to już nie ma znaczenia... każda kolejna
      zmarszczka nic nie zmieniała. A problemy z prostatą były coraz bardziej
      dokuczliwsze .A Irenka, tak.... to była kobieta... Fakt, że mogłaby cyckiem
      zabić i biodrami zadusić wołu.... ale jak ją na potańcówce przydusić to miękła
      w rękach jak wosk.
      Sama słodycz... Westchnął głęboko patrząc w dół i wrócił do kominka ogrzać
      stare kości. Już świtało. Pan Henio zerknął przez okno i zauważył, że ktoś
      panu Zenkowi spod czwórki ściąga koła z jego passata. O cholera zaklął szpetnie
      i powiedział ……..Było coś magicznego w ogniu. Coś co wciągało duszę człowieka
      między płonące
      polana i ukazywało sceny, które gdzieś zapisały się w naszej dawno zagubionej
      pamięci. Irenka... moja miłości, gdzie teraz masz swój kram z mięsem ? W niebie
      szykujesz aniołom strawę czy w piekle tańczysz z diabłami... Psotka
      przeciągnęła się obok niego i miauknęła wyczekująco... Kocisko wierne,
      kochane... futerko jej się zmierzwiło, gdy przeciągnął szorstką ręką po jej
      grzbiecie. Kotka wystawiła pazury i ziewnęła ukazując czerwone wnętrze swojego
      pyszczka. Passat sąsiada stał już nagi i bosy... He he dobrze mu tak zasrańcowi
      jednemu...
      taki ważniak to niech sobie dobry alarm posadzi w tym wózku. Wyobraził sobie
      jutrzejszy poranek jak krawaciarz widzi swój samochodzik i klnie... He he...
      może
      nawet rzuci na ziemię swoją ukochaną skórzaną walizkę. Też będzie ubaw. Jeszcze
      z dwie godzinki, to i nie opłaca się kłaść do łóżka. Piżamę zakładać.... zawsze
      uważał że jest coś niemęskiego w piżamie. Facet jest jakiś śmieszny i
      gogusiowaty jak jaki odmieniec, z tych innych... no i coś mu tam brakuje w
      wyglądzie. Pocieszył się na myśl o czekającym go widowisku i zgłodniał jakoś.
      Przeciągnął ręką po trzewiach i podniósł się z zamiarem pójścia do kuchni.
      Psotka błyskawicznie podniosła się z ziemi i kilkoma susami dogoniła stare
      pantofle. Pajda czerstwego chleba i kawał sera już leżały na talerzu, a jeszcze
      czajnik zaczął pogwizdywać. Psotka niecierpliwie drapała w powietrzu łapami,
      przypominając o swoim istnieniu. Szklanka wypełniła się wrzątkiem i nabierała
      barwy pięknego koniaku. Na myśl o słodkim trunku staremu ślina napłynęła do ust.
      Może by coś jeszcze dolać do herbaty. Z prądem, jak mówią górale, herbata jest
      najlepsza. Wlewając gorący napar w gardło miał wrażenie, że odrobina wódki
      wydartej staremu
      kredensowy, roztapia mu lód w żyłach. Psotka wbiła delikatnie pazur w jego
      kolano natarczywie patrząc mu w oczy. Rzucił jej kawałek sera, żeby mu dała
      spokój, ale prawdę mówiąc lubił to. Ostatnio była jedyną istotą, która go
      dotykała. Nawet gdy rozcapierzone palce z wysuniętymi małymi szponami zostawiały
      krwawe podłużne ślady, ból sprawiał mu przyjemność. Czuję, że żyję, jeszcze...
      Kot był wiernym towarzyszem. Odkąd pamięta psotka była obok, nawet nie zdaje
      sobie sprawy kiedy i skąd się pojawiła... dziwne ... ten ciepły kawałek futerka
      wzruszał go łez. Okrucieństwo ? może trochę, lubił patrzeć na jej furię gdy
      czuła zapach mięsa na jego talerzu. Jak mały kociaczek zmienia się w dzikie
      zwierzątko. Dzikie, ale bardziej uczciwe od wszystkich ludzi wokół niego.
      Mijali go codziennie... Głównie kobiety. Codziennie patrzyli na niego jakby był
      niewidzialny. Czuł zapach wstydu i skrępowanie niektórych. Otwierał im drzwi,
      mył po nich podłogi, sprzątał po nich śmieci. Czasem dostrzegał w tłumie ludzi
      kogoś z iskrą zrozumienia, kto posyłał mu skromny uśmiech, ale pogodził się z
      masą milczących nadludzi, jakby żyli w innym wymiarze, w innym czasie. Dla niego
      czas zwolnił. Ciągnął się niemiłosiernie, czasem miał wrażenie jakby Pan Bóg
      zrobił dla niego spektakl. Zdystansowany od innych, miał własne miejsce z
      którego patrzył na świat. Każdy moment, kiedy któryś z aktorów zagadnął do
      niego, był magiczny. Czas ruszał z miejsca i ... żył...
      Pan Henio wstał nagle przypominając sobie o lekarstwie, które zapomniał wypić.
      Podszedł do łuszczącego się już trochę kredemsu i otworzył ze skrzypieniem
      drzwiczki. Gdzie ten ... paskudny syrop, przeklęte babsko w białym fartuchu
      kazało mu pić go ze trzy razy na dzień, zawsze zapominał. Trochę specjalnie, bo
      smak był obrzydliwy jak jakiś wywar czarownicy ze skrzydeł nietoperzy i ropnych
      żabich skrzeków... hehe się zgubił i dobrze.... smak mocnej herbatki lepszy...
      Za oknem zdążyło pojaśnieć, gdy niecierpliwym ruchem odgarnął firankę.
      Krawaciarz jeszcze się nie pojawił. Zerknął na zegarek, jeszcze pięć może
      dziesięć minut. Wychodzi punktualnie, czasem bierze tę He he ochoczą sąsiadeczkę
      do samochodu,żeby ją podwieź do Warszawy. Pomyślał by kto... podwieź...jak na
      nich popatrzyć to widać że jak tylko trzasną lakierkami He he w autku to
      obmacuje
      jakie majtki włożyła, sznurki czy barchany He he
      Idzie... o ja... Boże jesteś wielki... będę miał co wspominać w zimowe dni...
      zasraniec zmienił kolor buźki z zielonego na czerwony, a potem znowu
      zfioletowiał... i tak stoi jakby go ktoś zamurował...
      o ... lalunia wyszła... w futerku z lisków hehe mrozu nie ma a ta w futrze, musi
      być jej zimno pod spodem... będzie dzisiaj dymanko...na nogach, paniusiu ...
      trza zmienić szpileczki na gumiaki i w drugę hehe Warszawa czeka... :o)
      Paniusia szybciej zrozumiała swoją smutną sytuację... chyba telefonuje, niech
      mnie diabli wezmą jak nie po innego gacha... hehe drepcze za dom na uliczkę
      obok, gdzie za chwilę podjeżdża ... inny wózek. Troche gorszy, ale cóż zmiana
      statusu w tym wypadku jest usprawiedliwiona. Śmieszy mnie fakt że paniusi
      obojętny jest ptaszek za kierownicą, a zależy jest tylko na czterech kółkach...
      no i spaliny zostały tylko po niej. Kobitki z jednej strony mają dobrze:
      znajdzie zawsze się jakiś ptaszek, żeby dupci nie musiały wozić...
      Staremu humor dopisywał jak nigdy. Poczuł się rześki i wypoczęty mimo
      nieprzespanej nocy. Dziś Pan Bóg dał mu w prezencie niezłe przedstawienie.
      A co z sąsiadem w chwili nieszczęścia ? Pan Henio rozglądał się we wszystkie
      strony ale na ulicy krawaciarza nie było. Tak się zapatrzył na paniusię w
      liskach, że tęczowy sąsiad zniknął mu z pola widzenia. No trudno... nie można
      mieć wszystkiego naraz burknął Henio i podreptał po taboret. Będę czuwał:
      postanowił.
      Za oknem już jasno i ulica zaczęła powoli ożywać. Wrzeszczące lub milczące
      kobiety ciągnęły swoje pociechy objuczone tornistrami. Połowę z nich terkotało
      przez telefon. Zadziwiające jak dużo ludzi rozmawia dziś przez komórki, a jak
      mało mówi do siebie osobiście. To
      • eklerk Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 14:21
        To też oznaka współczesnych czasów. Zza rogu
        wyszły trzy młode dziewczyny, może 14 lat. Teraz trudno ocenić.Wszystko teraz
        takie rozwinięte... cycate to to i wymalowane, a z tyło wogóle nie widać czasem
        czy baba czy chłop. Dziewuszki w zimie półnagie jakieś. Ubrane fikuśnie,
        jakieś kurteczki
        przykrótkie jakby krawiec w pijanym widzie kroił materiał, brzuchy śniade jak
        bochenki chleba na wierzchu, ale płaskie, nijakich boskich krągłości ni ma.
        Skaranie boskie co z tego wyrośnie, jakiś suchciel, czy co... I to ma rodzić?
        Przecież z tego kaloryfera to i spaść można a co dopiero dziecko począć. Bóg dał
        babom słodkie pulchne ciała coby grzeszyć było łatwiej hehe no i dzieciom
        wychylać się na świat prędziej. No ale teraz to przecież z probówek będą leźć,
        jak owady jakie czy co... Stary jestem... Suchciele idą dalej i chichchchocą tak
        że im się żebra trzęsą. Popatrzył na swoje ręce i się zawstydził. Pomarszczone,
        szorstkie, pełne plam i
        ogorzałe słońcem. Jak dawno nie dotykał kobiety. Potrząsnął głową, ale pamięta
        zapach który oszałamia, nęci i gorąco co rozchodzi się po ciele od nóg do głowy.
        Zaczerwienił się. Starej daty był, jak to mówią. Wstydliwy. Pamięta miękkość
        piersi i tych małych ledwo rozkwitniętych, różowych na zielonej łące w środku
        lasu, gdzie zmasakrował cudne maślaki na wilgotnym mchu, i tych wielkich,
        olbrzymich białych z ogromnymi rozlanymi sutkami, kiedy miał wrażenie że mleko w
        nich płynie i tryśnie lada chwila... Ulica zamigotała i powoli znikła a stary
        przeniósł się gdzieś daleko... do krainy jego młodości, kiedy ogorzaly
        słońcem wylegiwał się na łące pachnącej
        zniewalająco koniczyną. W zębach ściskał źdźbło trawy i mrużąc oczy spoglądał w
        palące słońce. Dłonią gładził złote włosy Ireny, która przeciągała się
        lubieżnie ugniatając swym białym jak mleko ciałem srebrzyste kwiaty koniczyny.
        Do tej pory pamięta maki kołyszące się wśród kłosów jak krople krwi szumiącej w
        skroniach, gdy spełnił się w oślepiającym słońcu. A potem zaległa cisza... i
        pamięta tą ciszę do dziś. Jakby nagle ogłuchł, wszystko stało się jasne i
        kołysało się na wietrze. Ptak śpiewał bezgłośnie gdzieś nad nim, trawa szumiała
        i kładła się łanami gdzieś obok, ale nic nie słyszał. Jakby wszystko wokół
        wstrzymało oddech. Coś mówiła do niego, poruszała ustami, wyciągnęła dłoń żeby
        dotknąć jego twarz. Odwrócił się i zobaczył konika polnego. Wśród ugniecionej
        trawy leniwie poruszał nóżkami lepkimi od krwi.
        Wybuch dzwięków ogłuszył go, świerszcze, wiatr, trawy, wreszcie usłyszał... i
        nic już nie było takie same... Zacisnął dłoń na firance i szarpnął. Kawałek
        materiału zerwał się i zwisał
        żałośnie nad oknem. Poczuł się strasznie samotny, rozczarowany. Zły, że wszystko
        odchodzi,że czas przecieka przez palce jak woda. W swoim życiu zrobił wiele
        dobrego, ale z wielu rzeczy nie jest dumny. Kiedy odszedł jego ostatni
        przyjaciel, zdjął go lęk i wybrał się do spowiedzi. Tak dawno tego nie robił, że
        dłonie spociły mu się ze strachu jak u uczniaka. Chciał żeby ulżyło ale niemiłe
        uczucie pozostało i po spowiedzi. Może Bóg mu wybaczył, ale bardziej zależało mu
        żeby wybaczyła mu ona. Był wściekły bo nie lubiał być bezradny, i nie lubiał
        być zaszczuty. A właśnie
        tak się czuł. Miał swoje lata, a jednak nie był przygotowany na to co mu powie.
        Dostała pieniądze. Powinna być zadowolona.
        Została sama. Lęk i smutek zrzucił na jej ramiona. Czuła jak ciąży jej ten
        płaszcz. Byle tylko nie myśleć. Drzewa krążyły nad nią jak kruki w ciemny dzień.
        Niebo wydawało się być dziś niżej niż zwykle. Zastrzyk i niemiłe zawroty
        towarzyszyły ostatniej kołaczącej się myśli: nie chcę. Potem odchodziła od
        niego powoli, jak motyl składała skrzydła. Cicha, zagubiona w myślach, smutna.
        Gdy zastanawiał się nad tym zawsze odsuwał tę myśl o śmierci.
        Przeszło 10 lat później obsesyjnie myślał o dziecku. Nowe życie, nowa miłość.
        Rodzina. Marianna była pulchną kobietką o miłym sposobie bycia. Trochę oschła, a
        trochę śmieszka. Lubiła żarty i śmiech. Pomyślał że to dobra towarzyszka na
        resztę dni. Śpieszyło mu się. Gdy nie udało mu się w pierwszym roku mieć
        potomka, zaniepokoił się. Może to kara ? Miłość już nie była tak spontaniczna,
        tak gorąca, bo czuł presję... widział małe dzieci wokół i dręczył się
        niezmiennie. Marianna była spokojna. Jej spokój dał siłę nowemu życiu. I nowe
        życie wstąpiło też w Henryka. W dzieciach najlepsze jest to że tak ładnie
        pachną. Kiedy gdzieś narodzi się
        dziecko pojawia się taki słodki zapach. Oliwka, pieluchy, talk i mleko matki.
        Marianna rozkwitła. Seks z nią był jak bukiet pięknych kwiatów. Obfita w
        kształtach, różowo-mleczna, pachnąca niemowlęciem. Zatapiał się w nią często jak
        w ramiona bezpieczne i wieczne. Nic złego tu go nie dosięgało, nawet myśli
        uciekały w inne światy. Czuł się jak dziecko, w cieple i mleku zazdroszcząc
        jedynie małej ruszynce obok. Właściwie pyzatej i rozdartej, jak po dwóch
        miesiącach stwierdził. Z wyrzutami sumienia, ale uciekał z domu do świata, do
        kolegów, żeby sobie coś udowodnić. Ale co ? juz nie pamięta... Ten zasraniec
        chyba już się nie pokaże. Szarpnął ręką i firanka zerwał się z
        karnisza. Nad oknem wisiał teraz żałosny strzępek . Czuł się podobnie.
        Dochodziła ósma. Może się zdrzemnąć ? Czym wypełnić kolejny dzień ? I pomyśleć
        że są ludzie co nie mają czasu. Pokuśtykał w stronę leżanki. Plecy bolały go
        coraz mocniej. Wyciągnął się niecierpliwie na łóżku i rozprostował zdrętwiałe
        nogi. Miał uczucie jakby coś przegrał lub stracił. Nie lubiał tego. Uciekał od
        złych mysli. Psotka przeciągnęła się na podłodze i z wdziękiem wskoczyła na
        pościel. Zamruczała pysznie i zwinęła z wdzięcznością w kłębek obok jego
        ramienia. Była jedynym ciepłem jakie mu zostało. Kawałek futra i kilo gorących
        kości trzymało go przy życiu. Do niej wracał i dla niej wychodził z domu. Dla
        kotki... Smok nieuchronnie nadlatywał. Robiło się ciemniej i ciemniej, a duszny
        cień
        powiększał się nad nim... Przerażenie, które go zatrzymało w miejscu było mu
        znane. Oblepiała go gęsta, mokra mgła o nieokreślonym kolorze i dźwięk, który
        wrzynał mu się w mózg boleśnie i drwiąco. Szum skrzydeł i jakiś mroczny ciężar.
        Uciekać ! Wyrwał nogi z bezruchu i odbił się od ziemi. Pęd powietrza sprawił mu
        nieopisaną rozkosz. Wolność... umykał przed beznadziejnym uczuciem że kiedyś już
        tak było. Policzki szczypały go od gorąca, a krew gotowała się w żyłach. Już
        widział jakiś prześwit przed sobą i nadzieja jak bladoniebieski kolor ucieszyła
        go gwałtownie. W piersiach brakowało już miejsca... miał wrażenie że pęknie,
        rozerwie się zaraz, tak piekło go gdzieś w okolicach mostku. Nagle poczuł
        podmuch wiatru i ostry ból przeciął mu plecy na dwie równe połowy. Jakaś ogromna
        siła zwaliła go z nóg na ziemię i wszystkie cienie zniknęły... Pojawiła się ona,
        ciemność. Głucha i cicha przywarła do niego na długo wysysając wszystkie
        zawiązki myśli jakie tylko zdażały mu się uwolnić. Umarł ?
        Pierwsze co usłyszał to szum. Wodospad ? Pierwsze co poczuł to zimne twarde
        podłoże pod stopami. Sprawiło mu to nieopisaną ulgę. Powoli wracało jego ciało.
        Poruszył stopą, coś miękkiego leżało obok niego. Opuścił dłonie ostrożnie przed
        siebie próbując zachować równowagę. Mokre i śliskie oplotły mu ręce motając
        każdy palec z osobna. Bez dłoni zaplątanych stracił pewność siebie. Woda
        spływała po nim tworząc maleńkie kaskady na sutkach. Podniosła się nagle i
        lekko obejmując mu uda tak zdecydowanie, że zadrżał...
        Szum wody ogłuszał go lekko jak lampka wina przed nocnym niebem. Próbując
        rozchylić zlepione rzęsy w szybkim strumieniu zdołał uchwycić tylko pojedyńcze
        srebrzyste błyski. Łuski smoka ? zaczynał wątpić w swój rozsądek. Wszystko było
        takie nierealne. Ale gdy jego męskość zniknęła jakoś miękko i cicho, przypomniał
        sobie to uczucie. Pulsowanie... rytmiczne, namiętne i jakby żarłoczne wciągało
        go do siebie gorąco i delikatnie. Dał się ponieść falowaniu... Gonitwa w żyłach
        i napięte mięśnie, twarde jędrne pośladki. W
    • eklerk Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 14:23
      . Woda owijała się
      wokół niego drażniąc delikatnie sutki umykała w gęstwinę włosków na wyczekującym
      podbrzuszu. Napięcie nie opuszczało go ani przez chwilę. Cudowne ssanie gorące i
      wilgotne aż do bólu, prowadziło świadomość na skaj czegoś co już kiedyś przeżył.
      Dochodził dziko i gwałtownie tęskniąc za nią i jednocześnie walcząc o wolność i
      przewagę. Już nie wiedział czy dłonie ma skrępowane czy sam dociska je z całej
      siły do siebie. Wybuch jak ulga ogromna rzucił go w przepaść czarną i głęboką, a
      nagłe skrzydła z pulsowania poczęły lot w dalekim nieznanym kierunku... Było
      cicho i ciemno...
      Tam, gdzie mieszkasz, już biało od śniegu ... Za oknem hałas obudził go i
      niemiło dał znać o realności. Nienawidził tego
      uczucia. Nie chciał otwierać oczu. W ciemności było mu zdecydowanie lepiej. Ale
      wiedział, że sen uciekł i musi wstać. Zerknął na zegarek, późno... Na stole
      leżały dwie cytryny. Żółtozielone, jeszcze nie przejrzałe. Skórka na nich
      przypominała mu skórę zmarzniętej kobiety, no gdyby nie ten kolor. A końcówki
      naprężone sutki... Odwrócił wzrok, ach to ten sen... westchnął...
      Pamięta jak wziął pierwszą wypłatę. Był taki dumny. Jego własne pieniądze. Kupił
      wtedy dwa kilo cytryn. Nie widzieli jeszcze czegoś takiego u niego w chałupie.
      Dumny jak paw rzucił na stół żółte owoce, a rodzeństwo zbiegło się podziwiać
      nieznane rarytasy. Chwilę później wylądowały w wiadrze pod piecem. Nawet świnie
      się ich nie tknęły. Bo i skąd miał wiedzieć, że pomarańcze wyglądają trochę
      inaczej... Żeby wstać musiał znaleźć sobie na osłodę coś milszego niż przykre
      wspomnienie z
      chaty. Nie chciała pamiętać tamtej sceny, bolała... Odwrócił się ociężale na
      drugi bok trącając kota bezczelnie zajmującego pół leżanki. Spojrzał w stronę
      telewizora i westchnął... Pękata butelka z syropem stała na widoku równie
      bezczelnie. Jeśli taki ma być dzisiejszy dzień to ja dziękuję Panie Boże. Zawsze
      rankiem szukał znaków nadchodzącego dnia. Jedne były wyraźne, inne bardzo
      enigmatyczne. Pęknięta szklanka czy klucz ptaków w drodze do szkoły wprawiały go
      w jakiś nastrój. Jaki ? Zresztą nieważne... I tak parcie na pęcherz wyciągnęło
      go z łóżka. Potknął się o kapcie i knląc na
      niczym niewinne sflaczałe pantofle ruszył w stronę łazienki. Podniósł klapę
      muszli i pomyślał smutno o czasach gdy wieszał ręczniki kąpielowe na swoim
      przyjacielu. Te największe hehe... nawet te wilgotne. Teraz prowadził go dłonią
      jak ślepca, przez ubranie i podtrzymywał żeby trafić do toalety. Lubił go
      zawsze... uśmiechnął się do siebie. Najbardziej wtedy, gdy zasypiał, a ten jak
      samotny myśliwy drżał gdy tylko poczuł bliskość ciepłej dupeczki obok. Budził go
      wówczas, żeby wypuścił go w wilgotną dziurkę na spacer. Lubił gdy brał w dłonie
      pulchne pośladki i trzymał mocno aż zwierała się ciasno na wiernym przyjacielu.
      Symbioza hehe ... Ale to były czasy, westchnął, jak patrzył na ładniutkie
      babeczki to wyobrażał sobie jak mogłaby go mocno ścisnąć udami... Obecnie raczej
      przeszkadzały mu kobiety. Hałaśliwe i zrzędne lub piszczące niemiłosiernie, nie
      pociągały go wcale. Usiadł w końcu na dłużej i zatopił wzrok na pękniętej
      umywalce. Najbardziej brakowało mu tej irytującej pieszczoty, tak bardzo
      intymnej, że wstydził się jej najbardziej. Odrzucał głowę wtedy jak narwisty
      koń, spłoszony dotykiem dłoni. Jak skrzydła kruchego ptaka głaskały go po jego
      twarzy. Czułość... Brak mu tego najbardziej i nawet nie seksu, coraz rzadziej
      potrzebował kobiety. A gdy napięcie przychodziło i nabrzmiewało wstydliwie, brał
      go do ręki i kilkoma ruchami doprowadzał do wytrysku. Odczekiwał, aż ucichnie
      burza i skulał się tak bardzo jakby wstyd pochylił go ku ziemi.
      Czas na kawę, pomyślał, coś przyjemnego musi się przecież dziś wydarzyć...
      Wspaniały aromat czarnej kawy rozszedł się po kuchni. Henio uwielbiał to.
      Wystarczyło że poczuł jej mocny, aksamitny zapach i wstępowała w niego werwa,
      czuł się jak młody ... no dobra, w każdym razie siły w niego wstępowały i brał
      się do roboty. Parzucha, jak często ją czule nazywał, wlewała w niego chęć do
      działania. Założył w biegu kurtkę i trzasnął drzwiami. Zbiegając po schodach
      natknął się na dziwaczną postać. Młoda kobieta schylona na klatce schodowej
      szperała pod skrzynką na listy. Gdy go zobaczyła podniosła nagle gazetę i
      zasłoniła twarz udając że ją czyta. Henio nie miał czasu, ale wyraźnie
      widział,że gazeta była do góry nogami... Fakt iż były wycięte w niej dwa
      otwory, dotarł do niego po dłuższej chwili. Ciężkie metalowe drzwi zaskrzypiały
      za nim przeraźliwie... Nie wiedząc czemu Henio poczuł jak przenika go lodowate
      zimno, jakby śmierć przeszła obok mnie, pomyślał i strząsając z siebie niemiłe
      uczucie pośpieszył dalej. Miasto czekało na niego...
      To chyba była zła kobieta, pomyślał gdy minął następną przecznicę. Miał niejasne
      przeczucie, że kiedyś już ją gdzieś widział. Nagle zatrzymało go jakieś ramię...
      obrócił się i zdecydowanym ruchem wyciągnął rękę w obronie. Ach to ty, spłoszył
      się i zarumienił. Obok niego stała powabna kobieta z jedwabistymi włosami
      spietymi w staroświecki kucyk. Znajoma uśmiechnęła się i szepnęła: idziesz do
      szkoły ?
      Marusia... odwzajemnił uśmiech i westchnął. Ty też ? Na dziesiątą mam spotkanie
      z dyrektorem. Na dywanik. Co zrobić, takie życie... Lekko ruszyli razem przez
      przejście na drugą stronę ulicy. Nie wiadomo co go podkusiło, żeby zerknąć za
      siebie, do tyłu. Jakby coś ściągnęło jego uwagę, jakieś przeczucie że ktoś
      mierzy do jego pleców. Gęsia skórka obsypała mu całe ciało... odwrócił się i
      spojrzał odważnie, jak skoczek przed skokiem nabierając głęboko powietrze w
      płuca... pod witryną Ery stała i patrzyła na niego przenikliwie kobieta z klatki
      schodowej, zła kobieta.. tak, przypomniał sobie ich spotkania. Była kobietą
      której żaden mężczyzna nie
      potrafił się oprzeć. Tak, pamiętam tę ostatnia noc. Przypomniał sobie targające
      nim uczucia, bolało jeszcze bardziej. Pewnie była w nich urażona duma i jakiś
      żal i wściekłość. Wrócił do domu, wkurzony na samego siebie. Na szczęście sen
      zabił go od razu. Rano...Tak, chciał przyjść do niej, chciał przytulić,
      przynieść kawę...Udało się tylko zrobić kawę. Nie chcieli wcale ze sobą
      rozmawiać. Teraz wiem, ze każde miało w sercu o cos żal, zadrę,
      wściekłość...Czas jednak biegł nieubłaganie....Po bagażach zorientował się, ze
      podjęła decyzje. Na tarasie przed recepcja chciał choć popatrzeć w jej zielone
      oczy, poszukać potwierdzenia lub zaprzeczenia tego o czym myślał. Schowała się
      pod kapeluszem...W ostatnich sekundach mieli sobie mnóstwo do powiedzenia, ten
      klakson ciągle ma w uszach...Wszystko do dupy....
      Dłoń Marusi wyrwała go z niemiłej scenerii. Znienawidzony motel rozpływał się
      coraz szybciej, a ulica tętniąca życiem wróciła do niego z hałasem. Znajoma
      trzymała go za rękę i patrzyła uważnie w oczy. Wszystko w porządku, zapytała.
      Zaniepokoiłam się... Żachnął się niespodziewanie i skrzywił. Nie, to znaczy
      wszystko ok, zamyśliłem się. Mamy jeszcze chwilkę czasu, może wstąpimy na kawę,
      zaproponowała. Otępiały jeszcze od wspomnień skinął powoli głową. Patrzył na jej
      twarz jak na martwy opuszczony budynek i dał się zaprowadzić dalej jak dziecko.
      Weszli do miłej ciasnej kawiarenki, gdzie panował półmrok mimo rannych godzin.
      Przyciemnione światła i lampki choinkowe rozwieszone na sztucznych drzewkach
      miło otulały jej twarz. Zanim przyszła kelnerka dostrzegł zarys cegieł na
      ścianach, jej wydatny kształt ust i miękkie parabole unoszące się miarowo wraz z
      oddechem...
      ja: (zasypaim)
      on: (mnie podszczypuje)
      ja: (się bronię)
      on: (nadal podszczypuje)
      ja: (się opieram)
      on: (uporczywie podszczypuje)
      ja: chcę spać
      on: to się nie opieraj
      ja: chcę szybko zasnąć
      on: jeśli będziesz się opierać to zaczniemy za około 20 minut. potem jakieś 20
      minut seks i spać pójdziesz za około 50 minut
      ja: ale ja chcę wcześniej
      on: to się nie opieraj tylko współpracuj, a będziesz wolna za góra 20 minut
      Oddech Marusi jakby zatrzymał się na chwilkę, gdy pode
      • eklerk Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 14:25
        Oddech Marusi jakby zatrzymał się na chwilkę, gdy podeszła kelnerka. Co dla
        Państwa ? - zapytała życzliwie obrzucając spojrzeniem nietypową parę. Dla mnie
        lody Miki, poproszę, szepnęła wstydliwie Marusia i zapłoniła się wdzięcznie.
        Henio zmieszał się: - kawa. Mamy dziś kawę amaretto, hawajską, ... jej słowa
        gdzieś utknęły po drodze do niego. Patrzył na nią i nie słyszał co mówi. Zwykła,
        czarna, parzona. Uśmiech kelnerki zwisł smętnie i odeszła kołysząc biodrami
        prawie obrażona. Co ci jest Heniusiu, spytała Marusia, chwytając łapczywie jego
        dłoń. Kawiarnia Olimp zadygotała, ciężkie marszczone zasłony zdawały się spadać
        na ziemię, gdy poczuł jej mocne tętno. Zapach jej słonej skóry drażnił i miał
        ogromną ochotę dotknąć jej dekoldu. Tam gdzie szyja kończyła swój bieg i spadało
        spojrzenie Henia, drżała mała srebrzysta kropla potu. Jakby czekała na niego i
        jego dłonie, jakby stworzono ją dla jego szorstkiego języka, jakby nic więcej
        nie było istotne, tylko ona. Jego podniecenie, tak nagłe i piękne przerwała
        nagle kelnerka: proszę lody.... i kawa... zazgrzytała zębami. Puchar z lodami
        uszczęśliwił Marusię. Sięgała raz po raz łyżeczką do kieliszka i ślicznie
        wyginała usteczka przy lodowych kwaśnych porcjach. Mógłby patrzeć tak na nią
        godzinami. Iskierki światełek tańczyły na nóżce pucharu, kiedy obracała go
        ciągnąc za uszka przeźroczystej myszki. Gdzieś mówiło mu przeczucie że te wargi
        pulchne i czerwone dadzą mu rozkosz jaką będzie długo pamiętał. Kiedy uchylały
        się lekko i zaciskały mocno, kiedy język oplątywał czule i drapieżnie chłodny
        metal i podniecał się każdą odrobiną śnieżnobiałej śmietanki - Henio wiedział
        już, że Marusia musi być jego. Zostało mu już tylko jedno: zapłacić rachunek...
        Właściciel kawiarni niejaki pan Eklerk spojrzał na Henia groźnie zza okularów:
        więc nie mamy czym zapłacić ? Przy tak słodkim nazwisku biznesmennn był niestety
        gorzki i twardy ... jak czekolada Wawel z lodówki. No i co będzie ?
        W tym zamieszaniu Henio popatrzył na rachunek i serce mu się ścisnęło. 14 zł ? i
        za 14 złociszów i chwilkę zapomnienia ona miałaby płacić ciałem i duszą jakiemuś
        czekolasiowi bez serca ? Nigdy, rzucił na ladę swój pamiątkowy zegarek i rzekł
        twardo patrząc prosto w oczy twardemu Eklerkowi: wrócę po niego...
        Marusia spojrzała wdzięcznie jak sarna na swego obrońcę i wybawcę... Czuła, że w
        takiej chwili mogłaby wszystko dla niego zrobić... nawet...



        • zuziknatropie Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 15:09
          nawet ugotować słynną zupę pomidorową. Była znana z niej w całym Legionowie. Ta
          zupa wywołała pomarańczową rewolucję.
          • w.iwo Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 23:39
            porządki świąteczne ? ;o)
            pozdrowienia dla twardego i gorzkiego właściciela kawiarni :o)

            • eklerk Re: Piszemy powieść. 21.12.05, 08:22
              Dzięki , wszyscy liczą na cd. Pozdrawiam :)
              • guayazyl1 odcinek alternatywny... 21.12.05, 15:44
                nie ma w.iwo to ja zaproponuje...


                za oknami kawiarni "Zacisze" snieg nabieral burego koloru, a w kaluzach zaczely
                przegladac sie szare bloki legionowskiego osiedla. nieliczni o tej porze
                przechodnie mijali sie w milczeniu nie podnoszac wzroku.
                w kawiarni bylo pusto. oprocz Henryka dwie chichoczace nastolatki i mlody
                chlopak zajety robieniem notatek. za barem siedzial wlasciciel lokalu Stefan
                Eklerk i czytal gazete.
                do spotkania z Marusia bylo kolo kwadransa. byl spokojny chociaz czekala go
                wazna rozmowa. moze najwazniejsza w jego zyciu.dzis mial jej powiedziec o sobie
                wszystko. mial powiedziec ze...
                nagle dziewczyny rzucily w strone baru jakies slowa, a Eklerk podszedl do
                stolika i pochylil sie nad nim. wzrok Henryka utkwil w mezczyznie i
                systematycznie zaczal obmacywac jego mocne ramiona, szerokie plecy i sprezyste
                posladki. Eklerk jakby czujac na sobie wzrok Henryka odwrocil sie. ich
                spojrzenia skrzyzowaly sie i zawisly w powietrzu.
                byla dokladnie pierwsza po poludniu kiedy do kawiarni weszla Marusia. za pare
                minut miala dowiedziec sie, ze Henryk jest gejem...

                he...he...:)

                www.ljudmila.org/siqrd/KeKe/Keke13/vizualije.jpg
                • w.iwo Re: odcinek alternatywny... 21.12.05, 16:34
                  o .... na jak już Ty coś palniesz ... jak tu pisać o mocno erotycznych momentach
                  między dwoma samcami ... jeZdem skonsternowana, wrócę nocką ...
                  • guayazyl1 Re: odcinek alternatywny... 21.12.05, 17:29
                    okej kobieto...wiecej tu nie zajrze. tylko nie unos sie :)..
                  • w.iwo Re: odcinek alternatywny... 21.12.05, 18:09
                    Kiedy zobaczył te małe delikatnie skręcone włoski na jego lekko złotawych
                    plecach znów to poczuł... Poczuł jak nocny motyl rozpościera skrzydła i otrząsa
                    krople rosy gdzieś głęboko w nim... i tak w podbrzuszu Enrique napięcie powoli
                    ogarniało pożogą całe ciało, aż Henryk schował się całkowicie wewnątrz i
                    zasnął... Patrząc na chłodnego Eklerka schylającego się nad stolikiem obok,
                    wyobraził sobie szczyt rozkoszy i ogarnęło nim uczucie gorącej namiętności.
                    Drżenie raz po raz przebiegało po nim od stóp do głowy. Myślał uporczywie o jego
                    pięknej linii pleców i delikatnym meszku w kotlinie rozkoszy. W koniuszkach
                    palców czuł zdrętwienie jakby głaskał i dotykał słodkiego Eklerka całą
                    wieczność. Czekał na tę chwilę od dawna i kiedy ten podszedł do jego stolika z
                    rachunkiem w ręce, złapał go nagle za dłoń i pociągnął zdecydowanym ruchem do
                    siebie. Po czym ręką objął jego szyję, mocno i twardo, a gdy ten walczył
                    zdumiony o równowagę, wpił się w jego usta. Pod palcami czuł jedwabistą skórę na
                    karku i każdy pojedyńczy włosek naprężony do bólu. Kiedy wsunął język pomiędzy
                    broniące się wydatne wargi poczuł słodycz jakiej jeszcze nie zasmakował nigdy w
                    życiu. Powoli i namiętnie badał wnętrze, a wilgoć zalewała go falami. Przełknął
                    ją i na nowo penetrując jaskinię znalazł jędrny i gorący język. Eklerk wygiął
                    się nagle, ale nie uciekł zaskoczony intensywnością pieszczoty. I wtedy Enrique
                    począł delikatnie, płynnie ssać... Wszystkie zmysły skierował na cierpki, giętki
                    język. Jak wąż owijał się wokół niego i liczył ostre jak krawędzie noży zęby.
                    Okaleczone wargi pękły lekko i wypuściły kroplę krwi. Ta rozmazała się
                    rozkosznie na ustach dając nieziemski i grzeszny smak temu pocałunkowi. Sekunda
                    trwała wiecznie, a czas zatrzymał się w kadrze, szum ciszy wypełniał uszy. Tylko
                    namiętność pulsowała w jego głowie, głośno i mocno dając znać że gotów jest dać
                    rozkosz. Poczuł ją w lędźwiach, w wilgoci i falowaniu krwi, która wypełniała go
                    coraz dokładniej. Puścił kark Eklerka i gestem nie znoszącym sprzeciwu chwycił w
                    dłonie biodra mężczyzny. Przyciągnął je do siebie czując że i u niego rytm
                    wybija przypływ. I kiedy wtulił swoją dumę w jego podbrzusze, Eklerk wyrwał się
                    nagle i cofnął o dwa kroki. Uczucie niespełnienia i żalu wypełniło go po brzegi.
                    Wołanie o rozkosz bolało tak bardzo że chcąc coś powiedzieć wydał z siebie tylko
                    ochrypły głos. I od tego momentu czas przyśpieszył tak szybko jakby chciał sobie
                    zrekompensować chwilowy postój. Eklerk rzucił mu paragon na stolik i zaczął
                    uciekać potrącając krzesła na drodze do kontuaru. Do kawiarni weszła Marusia.
                    Stanęła zaskoczona. Nie wiedziała o co chodzi, czuła że coś ważnego stało się
                    przed chwilą. Patrzyła na Henia i nie poznawała go. Enriquo wyjął z portfela
                    dwadzieścia złotych. Miękko opadły na szklany blat, jak jesienne liście. Zabrał
                    kurtkę z oparcia krzesła i wyszedł mijając kobietę, jakby w ogóle nie istniała.
                    Marusia stała jeszcze przez jakiś czas rozczesując myśli, po czym otrząsnęła
                    się, wzdrygnęła i opuściła kawiarnię. Za kontuarem siedział w kucki pan Eklerk
                    trzęsąc się jak mały szary zajączek. Obejmował rękoma swoje kolana i brodę
                    wtulił między ramiona. Widać było tylko piękne, wielkie rozszerzone źrenice ...
                    ze zdziwienia ...
                    • w.iwo Re: odcinek alternatywny... 21.12.05, 19:02
                      HA !
                      Syropku, podjęłam rękawicę rzuconą przez Ciebie... :o) trochę mnie boli głowa z
                      powodu przeorientowania seksualnego Henia, ale cóż zawsze można z głównego
                      bohatera zrobić schizofrenika... No nie mam nic przeciwko, ale trudno mi po
                      prostu zmienić osobiste przezwyczajenia ;o) Jeden mój znajomy zawsze mówił:
                      tylko mężczyzna może zrozumieć mężczyznę. Jak twierdzi Aganiok32, trzeba w życiu
                      wszystkiego spróbować... prócz smoły ;o)
                      I jak Syropku ?

                      ps. nie chcę Cię wyganiać, źle mnie odczytałeś, no dałeś mi po prostu Trudne
                      zadanie, i jak - może być ?
                      • w.iwo przerwa techniczna 22.12.05, 18:08
                        znikam na dni świąteczne więc pozdrawiam wszystkich ... z niecierpliwością
                        oczekiwać będę pomysłów nowych przygód ... sama jeZdem ciekawa co tu zastanę :o)
                        a póki co: byle do sylwestra ...
                        img410.imageshack.us/img410/3809/wita5un.jpg
                        • w.iwo Re: przerwa techniczna 28.12.05, 12:29
                          No kochani i nikt nie podjął rękawicy :o(



                          liczyłam na pełen wypas Waszych pomysłów, a tu pan Henio jak wyszedł tak się już
                          nie pojawił... nie lubię bawić się sama, w piaskownicy jest smutno samemu ;o(

                          Syropku ? a Ty przestań już liczyć wpisy ...
                          Czas pobawić się wyrazami... daj wyraz swojej fantazjiiiiii
                          • w.iwo koniec przerwy 28.12.05, 12:30
                            • w.iwo czas zacząć tango... 07.01.06, 13:30
                              Nowy Rok przyszedł czas zacząć tango, swięta się skończyły i nie ma co udawać,
                              tylko brać się do roboty, a tłumaczenie że światełka jeszcze wiszą na choinkach
                              i wystawach sklepowych jest poniżej pasa... obżartuchy, sałatki jarzynowe i
                              serniczki świąteczne już dawno wyszły lub pozieleniały ( lub odwrotnie)... co ja
                              tu samiusieńka tylko będę się wyżywać ;o(

                              no... pogadanka była, nawrzucało się trochę, to i teraz w ramach systemu
                              kanapkowego coś miłego: kochani jesteście boscy, rzućcie coś z siebie... ;o))))
                              • w.iwo Re: czas zacząć tango... 07.01.06, 16:20
                                Siedział w oknie i sprawdzał raz po raz .... nic się nie zmieniło. Po szarym
                                zamarzniętym chodniku szły nieporadnie ze strachem jakby miały za chwilę
                                rozsypać się na drobne kawałki. Twarze niektórych dokładniejsze, bardziej
                                dopracowane, inne matowe, prymitywne, ledwo ociosane, z zaznaczonym spojrzeniem
                                kreską zamiast brwi. Było coś przerażającego w ich wędrówce, stwórca nie
                                obdarzył ich szczególną uwagą, ale byli.... byli scenografią do jakiegoś
                                wydarzenia, epizodu z życia jakiegoś aktora. Makiety samochodów pozostawiono na
                                poboczu. Do jednego z nich przykuśtykał manekin ubrany w garnitur lub coś co
                                przypominało garnitur i żółtą szmatę imitującą krawat. Lepką grzywkę odsunął na
                                bok plastikowego czoła. Pełen powagi otworzył kartonowe drzwi i wsiadł do
                                pudełka jak do luksusowego samochodu. Przeciągnął z lubością dłonią po
                                kierownicy jakby podziwiał i witał się jednocześnie ze swoim autkiem. Wrak
                                potoczył się z hałasem i jakoś niechętnie po ulicy, podskakując śmiesznie na
                                wybojach. Pajac w środku wyciągnął niedokładnie odlaną beżową rękę i poprawił
                                nieistniejące lusterko. Krawaciarz, nic więcej – Kazio zdjął okulary i zamyślił
                                się. Jego sąsiad powoli odjechał ulicą, a słoneczne refleksy tańczyły na
                                karoserii wozu. Lakier metalik lśnił jeszcze długo, mrugał do Kazia wesoło zanim
                                nie zniknął na którymś z zakrętów.

                                Kazio popatrzył na swoje wysłużone dłonie i zadał sobie pytanie, które jeszcze
                                niedawno nie miało sensu. Jak wyglądają ? Jak widzą mnie inni ? Czy mają ślady
                                nieregularnego odlewu, jak niektóre z tych jakie widział na swojej ulicy ? Dla
                                kogo ta scenografia ?

                                Psotka owinęła mu się wokół nogi i miauknęła wyczekująco. Jedyne ciepłe
                                stworzenie na które nie miał odwagi spojrzeć w okularach. Przeszedł do kuchni
                                szurając kapciami a kotek popędził ile sił w łapach za nim. Sięgnął do szafki i
                                wyciągnął mielonkę z kurczaków i indyków. Pociągnął za uchwyt w puszce a ta
                                lekko ze świstem poddała mu się i otworzyła roztaczając zapach kociej potrawki.
                                Psotka oparła swoje łapy o niego i otarła puszysty pyszczek o jego policzek.
                                Skoczyła sprężyście na podłogę i wyczekiwała miski. W telewizorze nic nie było
                                ciekawego. Serial, kolejny wyciskacz łez tym razem z ładnymi dupkami tańczącymi
                                w rytm gorącej latynoskiej muzyki. Kołysały zmysłowo biodrami i rzucały
                                kowbojskie kapelusze w górę, gdy tylko mariachi uderzali w płaczliwy ton. Psotka
                                owinęła mu się wokół nogi i miauknęła wyczekująco. Spojrzał na swoje nogi
                                zaskoczony. Zwykle po jedzeniu zwijała się gdzieś w kącie na drzemkę. Nagle jego
                                wzrok padł na monitor telewizora. Wstał błyskawicznie i podszedł bliżej. Po
                                ciemnym ekranie ciekły zielone strumyczki cyfr. Rzucił się pędem do stołu gdzie
                                leżały okulary, do przedpokoju, gdzie rzucił swój czarny długi paszcz i zamarł
                                gotowy na wszystko... Wiedział co oznacza takie deja vie ...

                                Ciche pukanie w drzwi nie zaskoczyło go. Czekał na nie. Nie musiał patrzyć w
                                wizjer żeby zobaczyć kto stoi za drzwiami. Otrząsnął się lekko z odrętwienia i
                                zdecydowanie je otworzył. Za drzwiami stała piękna kobieta. W czarnym
                                błyszczącym lateksowym kombinezonie roztaczała bajeczną niewiarygodną aurę. Jej
                                usta rozchyliły się w tajemniczym uśmiechu i wręcz zobaczył jej oddech słodki,
                                pełen czerwieni i niespełnionych rozkoszy. Jak zaczarowany cofnął się o krok do
                                głębi mieszkania, a ona weszła, nie ... wpłynęła do środka jakby grawitacja nie
                                dotyczyła jej ciała. Wyciągnęła ciepłą dłoń w kierunku jego skroni i dotknęła go
                                pieszczotliwie. Bez słów uchwycił łapczywie jej rękę i przycisnął do siebie.
                                Gorąco przeszyło go nagle i zachwiał się lekko, ale dłoni nie puścił. Zacisnął
                                powieki i językiem przesunął po wnętrzu, między palcami. Dreszcz przeniknął go i
                                wrócił ze zdwojoną siłą. Jej słodycz porażała go i wciągała. Czekał na nią tak
                                długo. Wiedział że nie może liczyć na nic więcej niż ten wieczór. Popatrzył w
                                jej oczy i zatracił się w niej. W odległej tęczówce galaktyka wirowała
                                milionami gwiazd, iskrzyła się nieskończenie ciągnąc gdzieniegdzie mgliste smugi
                                komet.
                                Nie zamknięte drzwi rozwarły się skrzypliwie i zza nich wyglądnął Smith w
                                nieskazitelnym garniturze i czarnych okularach. Jego nieruchoma twarz zwróciła
                                się w kierunku Kazia i usłyszał nienawistne słowa:
                                - stówa za godzinkę !
                                - jak zwykle, czy dziś dłużej misiu ?
                                • w.iwo a niech to... 07.01.06, 16:28
                                  nie wiem skąd ten Kazio w podświadomości mi się zalogował, oczywiście bohaterem
                                  jest HENIUŚ.... czytelników przepraszam serdecznie, grypa mnie dopadła więc
                                  zwalam winę na nią ;o)
                                  • w.iwo .................. 10.01.06, 20:24
                                    się czuję tu samotna strasznie ...

                                    :o(
                                    • madzia69 Re: .................. 10.01.06, 20:46
                                      ja tez bo wlasnie wyrzucili moja choinke
                                      • w.iwo Re: .................. 10.01.06, 21:25
                                        ja mam sztuczną i trzymam do kwietnia ;o)
                                        • zuziknatropie Re: .................. 11.01.06, 09:17
                                          ej nooo...ja tu skupiam się na czerwonym lateksie a wy o choinkach...blee:))))
                                          • zuziknatropie Re: .................. 11.01.06, 09:18
                                            no i okazało się że Heniuś jest bi a nie gejem. Cóż za ulga:))
                                            • guayazyl1 propozycja do odrzucenia 11.01.06, 17:28
                                              proponuje Pani Redachtor pisac jeden...gora dwa odcinki tygodniowo (znajac
                                              plodnosc wyzej wymienionej to na dwoch sie nie skonczy :) )ale jednak
                                              wprowadzic postaci z kluczem. ich przygody bylyby odbiciem tego co sie dzieje
                                              na forumie.madzia juz to kiedys zaproponowala. przeszlo bez echa ale powtorze
                                              rozszyfrowujac kto jest kim:

                                              keechaczu - dr szkoly, dumny, nadzieja miejskiej spolecznosci - Pan Psikaczu
                                              aganiok32 - powabna nauczycielka o ksztaltnych piersiach - Marusia Ogonek
                                              e-legionowo - dreczony wyrzutami sumienia - Pan E.Legalnetowo
                                              guayazyl1 - lekarz medycyny pozbawiony praw wykonywania zawodu za nielegalne
                                              praktyki prowadzenia eksperymentow psychologicznych be zgody badanych -
                                              Dr.Wątplimerz
                                              w.iwo - nieodwolanie wyobcowana - Wielka Iwa
                                              zuziknatropie - wlascicielka agencji detektywistycznej bez licencji - tu nie
                                              mam literackiego pseudonimu :)
                                              madzia69 - nienawidzaca rzeczywistosci - Bladzia

                                              www.dizzydogmusic.com/images/sub_05.jpg
                                              • w.iwo znikam na tydzień... 13.01.06, 17:14
                                                na początku mego listu zapytuję Was o zdrowie czego i sobie życzę
                                                i śpieszę napisać że zostawiam Was na tydzień ;o( też mi smutno)
                                                jadę na terapię odwykową - tydzień w głuszy
                                                gdzie jedyne kabelki to sznur od żelazka
                                                będę bardzo bardzo tęsknić, ale jak słusznie chrupacabra (a brzmi jak
                                                ciasteczko)zauważył to nałóg...
                                                mam nadzieję że mnie nie zawiedziecie i powyżywacie się twórczo (nie chcę myśleć
                                                że tylko ja tu próbuję o seksie pisać)
                                                a lepiąc kolejnego bałwana będę myśleć o WAS kochani (tu ogromna łza potoczyła
                                                się po jej lepkim policzku i rozpryssnęła na literze N na szarej klawiaturze, na
                                                której czas już dokonał zniszczeń) no... właśnie... nałóg

                                                całuję i pozdrawiam gorąco iwo
                                              • w.iwo ps Syropek 13.01.06, 17:16
                                                Syropku: nie znasz mej płodności ... ;o))))
                                                • dr.odsiedmiubolesci Re: ps Syropek 13.01.06, 17:48
                                                  jesli nie jestes pewna to przyslij mi rejestr dlugosci Twojego cyklu. wylicze
                                                  Ci dni plodne. jesli sie krepujesz to polecam odpowiednie witryny
                                                  internetowe.mozesz sie zarejestrowac i dostawac SMS-em informacje o terminie
                                                  owulacji.
                                                  pozdrawiam :)
                                                  • w.iwo Re: ps Syropek 13.01.06, 18:17
                                                    wiem wiem co "Ty ojca będziesz dzieci uczył robić " ?
                                                    chodziło mi oto iż moja płodność jest ... no właśnie... nie wiesz ;o)))
                                                    konsultacje po powrocie z dziczy
                                                    póki co:
                                                    będę pisać na tradycyjnym natatniku do poduszki używając standardowego
                                                    wyposażenia... czyli owówka

                                                    pozdrawiam i całuję ciocia iwo
                                                  • guayazyl1 Re: ps Syropek 13.01.06, 20:26
                                                    iwonka to juz wie gdzie sie wypuscic na cimcirymci...

                                                    societyforarts.com/images/popek/psia.jpg
                                                  • w.iwo Re: ps Syropek 23.01.06, 22:44
                                                    przepraszam a co to jest "cimcirymci" ?
                                                    bo jeśli jest to o czym myślę, to niestety przyjechałam tak wygłodzona... ;o)
                                                    nic tydzień postu ... nawet w snach (strefa "bezgrzechu") same katastrofy
                                                    żadnych męskich ciałek ;o(
                                                  • w.iwo dedykacja specjalna dla Syropka ;o) 25.01.06, 19:18
                                                    W zimie najbardziej brakowało mu zapachów ziemi. I tej rozgrzanej słońcem,
                                                    piekącej na wargach, drażniącej pyłem przy każdym porywie wiatru, i mokrej,
                                                    nasączonej ozonem po czerwcowej, gwałtownej burzy. Brak mu było tego szaleństwa
                                                    zieleni, zmokniętych biedronek, skręconych kaskadach liści i pachnących
                                                    oszałamiająco kwiatów. Lubił zieleń. Tak. Zdecydowanie. Gdy zamykał oczy, pod
                                                    powiekami tańczyły fale traw czesane i kołysane wiatrem. Widział głębokie
                                                    kielichy lilii i czarne wnętrza aksamitnych czerwonych maków, tych samych, które
                                                    często prostował na dłoni jak barbarzyńca, by poczuć ich smak i kolor, delikatne
                                                    i niewinne. Tego lata siedział na ostatnim schodku na tarasie i wdychał swój
                                                    ogród, jakby nic więcej nie istniało. Słońce przekomarzało się lekko na
                                                    krawędziach liści winogronowych i mrugało do niego zalotnie. Miał wrażenie, że
                                                    ten świat jest tylko dla niego. W takie dni zamykał się w domu i na każdy dźwięk
                                                    dzwonka wzdrygał się nieprzyjemnie. Od rana do późnego wieczora patrzył w niebo
                                                    i pozdrawiał każde źdźbło trawy w swoim ogrodzie. Nocą szukał spadających gwiazd
                                                    i żal mu było się rozstać by pójść do łóżka. Nic nie było wtedy ważniejsze,
                                                    nawet ona.
                                                    Pamięta dzień kiedy schylił się i sięgnął ku ziemi, żeby nabrać w garść pełną
                                                    brązowych grudek. Pamięta jak bardzo zaszokowała go ilość żywych stworzeń na
                                                    swojej dłoni. Poczuł jak bardzo mały jest jego świat i niezmierna, nieskończona
                                                    ilość rzeczy nieznanych czy też tam w kosmosie czy też po prostu w jego dłoni.
                                                    Nieskończoność... I w takich to myślach zastała go Marusia. Zdyszana troszkę i
                                                    rumiana na twarzy zaglądnęła mu w oczy i posłała nieśmiały uśmiech. Gdy
                                                    pochyliła się podnosząc kwiat, suknia uchyliła nieco tajemnic i Heniu zobaczył
                                                    coś co piękniejsze było od gwiazd i bardziej fascynujące od słońca w trawach.
                                                    No, ... przynajmniej w tej chwili. Dwie duże soczyste piersi zakołysały jego
                                                    światem tak że rozstawił twardo nogi by nie upaść na leśnej ścieżce. Zaróżowione
                                                    od słońca, słodkie, przypominały ogromne puszyste brzoskwinie. Miał nieprzepartą
                                                    ochotę wziąć w dłonie i rozgnieść, żeby sprawdzić czy poddadzą się jego dotykowi
                                                    czy rozpłyną sokiem. Potem często spotykali się na tej ścieżce. Niby
                                                    przypadkiem, a tak właściwie oboje wyczekiwali pory popołudniowych spacerów.
                                                    Kochali się na gęstym mchu który sprężyście oddawał ich kołyszące ruchy bioder
                                                    i wracał wciąż z powrotem w górę. Powoli odgarniał jej zwiewne sukienki, żeby
                                                    odsłonić jej uda. Zaciskały się dla niego, zwodziły nieśmiałością i kusiły tak
                                                    mocno, że musiał starać się z całych sił by nadać powolność swoim ruchom. Kiedyś
                                                    w uścisku głębokim znalazła ich sarna. Maleńka delikatna i zbyt krucha, by była
                                                    rzeczywista. Nie przeszkadzały im żadne zwierzęta i ciekawe ptaki. Wchodził w
                                                    nią delikatnie a ona z odrzuconą do tyłu ręką zakrywała wstydliwie twarz. Jej
                                                    uda pulsowały i pomagały osiągnąć rozkosz. Narastała rytmicznie i wolno, ale gdy
                                                    przychodziła nic nie mogło jej powstrzymać. Na mchu wybuchał w niej i
                                                    przyciągając jej biodra z całych sił próbował uspokoić galopującą krew... Potem
                                                    podciągał się do niej wysoko i wtulał w ramię blisko falujących piersi, a ona
                                                    głaskała jego policzek, długo , spokojnie i cierpliwie.
                                                    Wieczorny chłodny powiew leśnego wiatru był dla nich bryzą oznaczającą powrót
                                                    do domu. Nigdy nie zapomni zieleni mchu i delikatności jej dłoni. Nawet w zimie,
                                                    gdy patrzy prosto w zaspy śniegu i gdy słońce próbuje z całych stopić sople
                                                    lodu, odgania myśli z sikorek trzepoczących u karmnika... i wraca na mech...
                                                  • w.iwo Re: dedykacja specjalna dla Syropka ;o) 26.01.06, 12:45
                                                    Coś nowego ? ... ciekawe czy Wam się spodoba... zdjęcia użyte własne, poza
                                                    drobnymi elementami graficznymi potrzebnymi do montażu... jednym słowem
                                                    ilustracje... :o)

                                                    img64.imageshack.us/img64/9420/mech10zk.jpg
                                                  • w.iwo Re: dedykacja specjalna dla Syropka ;o) 26.01.06, 17:06
                                                    img299.imageshack.us/img299/2864/mech21zi.jpg
                                                    Kiedy wrócił myślami do teraźniejszości i pojawił się znów w zimie, dreszcz
                                                    obrzydzenia przeszedł mu po plecach... No i skończyło się rumakowanie... rzekł
                                                    do siebie kwaśno i uśmiechnął się w duchu, gorzko... daj kurze palec a wsadzi w
                                                    niego swój dziób. Tak już jest z kobietami. Zresztą kto je zrozumie jak same nie
                                                    wiedzą czego chcą. Ty tępy irytujący kłapouchy gaduło ! Zgrzytnął zębami na
                                                    widok odbicia w lustrze i trzasnął szafką. Podszedł do okna i spojrzał na drzewa
                                                    oszronione i białe. Mróz dziś. Widok uspokoił go...
                                                    img294.imageshack.us/img294/1607/zima10qi.jpg
                                                    img52.imageshack.us/img52/468/zima24gq.jpg
                                                    Na rozpoczęciu roku szkolnego Mroczny Pan Dyrektor poprawił marynarkę i wesoło
                                                    powiedził do zgromadzonych nauczycieli i rodziców:
                                                    Co tu dużo gadać powiem krótko:
                                                    Połowy z was nie poznałem przynajmniej w połowie tak dobrze, jak powinienem, a
                                                    mniej niż połowę z was lubię o połowe mniej, niż żescie sobie na to
                                                    zasłużyli....... - rozległa się cisza i każdy z nich próbował zrozumieć czy to
                                                    pochwała czy obraza. Tylko Heniu szepnął cicho: to po co taki człowiek żyje jak
                                                    ten chwast ? no i co ? Będziemy tak stać jak ten cieć przy chałdzie żwiru ? ...
                                                    Obrócił się na pięcie i ostentacyjnie wyszedł z sali gimnastycznej.
                                                    Zacisnął pięści i przypomniał sobie ten moment. Wiele lat temu, gdy widział ich
                                                    razem na ulicy, bez strachu, prosto w twarz, wykrzyczał mu głośno:
                                                    - p... moją kobietę !
                                                    - i zapada taka niezręczna cisza co nie ? - zaśmiał się i zostawił ich w tyle.
                                                    Mimo wszystko czuł się lżej. Jakby ubyło mu z pięć kilogramów. Jakby odzyskał
                                                    wolność.
                                                    Odprowadzało go jedynie spłoszone spojrzenie Marusi...

                                                    Nie przywiązuj się ! - powtarzał zawsze jego dziadek. Nie miej niczego, czego
                                                    nie zostawilbyś w trzydzieści sekund, gdy zacznie się gorączka.
                                                  • w.iwo po tamtej stronie lustra ;o) 27.01.06, 18:36
                                                    Wasza być źli ? – wyszeptała pokornie Marusia ...
                                                    Stał pomiędzy nią a czymś co przypominało człowieka. Przypominało, bo kształt
                                                    jego zbliżony był do ludzkiego. Zaś oczy broczyły nienawiścią i cała postać
                                                    niemal jarzyła się czerwienią emocji.
                                                    Keeeee....chaczu.... – wycharczał Heniu i złapał leżący pod nogami kij, tak na
                                                    wszelki wypadek.
                                                    Obłęd – syknął,- stawaj - warknął cicho keechaczu !
                                                    Pochodził z domu Zabrak, jego matka Iridonia wcześnie opuściła ziemski padołek.
                                                    Drąg świetlny z dwoma końcami był jego najlepszym przyjacielem. Posługiwał się
                                                    nim z największą straszliwą precyzją. Zakręcił też nim żeby pokazać z jaką
                                                    łatwością przychodzi mu każdy manewr. Ścięli się szybko, prawie nie zauważeni
                                                    odskoczyli od siebie zmieniając pozycję w stosunku do słońca. Długi ważyli swoje
                                                    umiejętności i widać było że obaj doceniają przeciwnika. Henryk nie był
                                                    ułomkiem, a jego znajomość sztuk walki Jedi niemała. Tyle lat jej poświęcił na
                                                    naukę, przy każdym wiejskim weselu i w każdej oberży liczył żebra współkompanom
                                                    biesiad, medytując przy tym i rozbierając okoliczne płoty z desek. Szkolił się
                                                    na każdym wilkołaku i potworze, za ścierwo których otrzymywał nieraz niezłe
                                                    grosiwo. Słońce stało bezradnie na szczycie nieba i prażyło niemiłosiernie ich
                                                    twarze. Jego oczy stały się nagle ciemne, jakby źrenice otworzyły drzwi do jego
                                                    mózgu. Nie przypominał potulnego woźnego. Przypominał rasowego wiedźmina.
                                                    Następne starcie. Kopniak. Piasek podbity w górę opadł powoli obsypując ich
                                                    całych jasnym pyłem. Ich kije świstały lekko przecinając powietrze i słały skry
                                                    i jęki przy każdym kolejnym uderzeniu. Szaty furczały na wietrze i plątały im
                                                    nogi. I tak minęły trzy godziny...


                                                    Nasza coś wymyślić... – jęknęła zza drzewa Marusia.
                                                    Użyj bumbuma... – i skinęła głową na prawo. Pod wielkim drzewem leżał dość duży
                                                    głaz, dość duży żeby zakończyć tę walkę.
                                                    Niestety, ten teatralny szept usłyszał również Keechaczu..... i stał bliżej...
                                                    Marusia jęknęła... Keechaczu ważył powoli kamień i obracał go w rękach jak coś
                                                    niezwykle cennego, po czym wymierzył dokładnie i wyrzucił z ogromną siłą.
                                                    Haniu stał nieruchomo zrezygnowany, jakby znał wynik walki. Wiedział że
                                                    przegrał. Nie zdąży uciec. Czas stanął w miejscu i Henryk czekał na ostateczny
                                                    koniec swojego żywota.
                                                    Nikt nie spodziewał się tego co stało się w ułamku następnej sekundy. Ogonek
                                                    Marusia zakręciła się nagle i wystrzelając w górę swoje korpulentne ciało,
                                                    przekoziołkowała w stronę walczących. Stanęła mocno na ziemi i wyciągając dłoń
                                                    zatrzymała kamień w locie. Znieruchomiał tuż przed nią i opadł bezwładnie jak
                                                    ... kamień. Nie wiadomo w jaki sposób ujarzmiła powietrze, zatrzymała czas, nie
                                                    wiadomo.... oj.... Ale zrobiło to niesamowite wrażenie na panach. Haniu jak stał
                                                    tak stał, ale na jego spodniach widać było mokrą plamę. A Keechaczu klęczał
                                                    teraz na piasku zatopiony w medytacji.
                                                    Co to było ? – spytała wskazując na jego spodnie.
                                                    Nie wiem...- rzekł. Opuścił głowę i zwrócił się do swojego skarbu.
                                                    Spytał nieśmiało... – jak zareagujemy ?
                                                    Cierpliwością... odrzekł telepatycznie jego mokry skarb....

                                                    Gdzieś daleko umysł kierujący potęgą otrząsnął z siebie w tej chwili wszystkie
                                                    plany wojenne, całą sieć uplecioną chytrze z postrachu i zdrady; dreszcz
                                                    przebiegł przez królestwo CafeLegionowo, niewolnicy zadrżeli, dowódcy nagle
                                                    zbici z tropu zachwiali się bezwolni, ogarnięci rozpaczą. Władca bowiem
                                                    zapomniał o nich. Myśl i wola, potęga, która nimi władała, odbiegła ich, by
                                                    skupić się na piaszczystej łące... Jego oko przebijając cienie dotarło do nich i
                                                    rozpostarło nad nimi. Poczuli nieziemską siłę która wgniatała w piasek i
                                                    usłyszeli głos wielkiego El-legionowo.
                                                    - No, co się tu kurna dzieje ? - no , ... co ?
                                                    To Wielki Brat zaszczycił ich swoją uwagą..... a oni w pokorze rozeszli się w
                                                    swe domostwa, nie stawiając oporu...


                                                    P.S. Wszelkie postacie ... itd., oraz wykorzystano fragmenty Tolkiena „Powrót
                                                    Króla” w przełożeniu M.Skibniewskiej, oraz fragmenty filmów... wiecie jakich ;o)
                                                  • w.iwo Re: po tamtej stronie lustra ;o) 27.01.06, 23:53
                                                    w legionowskich lasach ... ;o)
                                                    img84.imageshack.us/img84/2332/walka10cv.jpg
                                                  • w.iwo Re: po tamtej stronie lustra ;o) 07.02.06, 10:53
                                                    Marusia stała przy kuchni i bezmyślnie mieszała drewnianą łyżką w garnku. Trochę
                                                    zagubiona i z wyrzutami sumienia myślała o uczuciach, które kotłowały się w niej
                                                    jak zupa na piecu. Pomidorowa.... Przyjęła ich obu, ale tak, jakby właściwie nie
                                                    decydowała o tym. Dała się ponieść potokowi wydarzeń i praktycznie nie próbowała
                                                    nawet cokolwiek zmienić. Bała się, że może zostać kiedyś oceniona jako
                                                    wyrachowana suka za tę zdradę, ale nie czuła się specjalnie winna. Heniu zawsze
                                                    wzbudzał w niej jakąś nieopisaną tkliwość, uczucie smutku, jak patrzył
                                                    niewinnymi głodnymi oczami na jej ciało. To jakby zabrać lizaka małemu dziecku.
                                                    Nie potrafiła wykrzesać z siebie tej odrobiny asertywności i wygonić go do domu.
                                                    Zresztą sama była odrobinę egoistką w tej sytuacji, bo pochlebiało jej
                                                    uwielbienie jakim darzył ją Heniuś. Tak.... jej Heniuś... to takie ... miłe,
                                                    ciepłe móc mówić tak o kimś.... Zawsze mogła na niego liczyć, zawsze był przy
                                                    niej, trzymał jej dłoń w ciężkich chwilach i pomagał w dobrych czasach. To
                                                    zobowiązuje do... właśnie do czego, nigdy nie mówili o uczuciach, myślach... po
                                                    prostu byli obok... jakieś skrępowanie nie pozwalało im nigdy ubrać w słowa tego
                                                    co ich łączy...
                                                    Kiedy poznała Kechaczu, poczuła zupełnie nieznany dreszcz emocji. Imponował jej
                                                    ten trochę szorstki, trochę władczy mężczyzna. Jego przesadna nieco pewność
                                                    siebie drażniła i podniecała. Czuła jego przewagę i pozwalała na to by rosła z
                                                    każdą chwilą. W szkole był jej szefem. Zależała do niego. Wiedział o tym gdy
                                                    przechodził obok niej korytarzem i uśmiechał się dobrotliwie. Obserwowała to
                                                    jakby zza szyby i doskonale zdawała sobie sprawę dokąd zaprowadzi ją cała ta
                                                    sytuacja, choć wypierała przed sobą te myśli i nie przyznawała się do tego. Gdy
                                                    przyszła na parking szkolny, zasypany śniegiem i skrzący się w świetle latarni,
                                                    stał tam i patrzył na nią. Prawie oficjalnie poprosił żeby została w szkole na
                                                    następny dzień, chciał by pomogła przygotować raport na Radę Pedagogiczną, którą
                                                    mieli mieć za trzy dni... Słowa były ostre ale patrząc w jego oczy wiedziała co
                                                    ją czeka. I nie wybierała... po prostu popłynęła z biegiem czasu...
                                                  • w.iwo gdy przychodzi samotność... 08.02.06, 11:11
                                                    Następne dni wypełniły się pośpiesznym i gorączkowym seksem... zaskakujące, ale
                                                    gdy przesuwa teraz na lekcji ręką po szorstkiej ławce, przypomina się jej, i
                                                    gwałtowność, i jego gorący oddech. Czuje wtedy, jak płoną jej policzki i odwraca
                                                    się do tablicy.
                                                    Kechaczu zawsze wiedział co chciał i brał to bez specjalnych protestów. Jego
                                                    dłonie wędrowały pod jej bluzkę bezczelnie i bez jakiegokolwiek skrępowania.
                                                    Obracał ją i podnosił jej spódnicę. Sprawdzał jak bardzo jest wilgotna i
                                                    wchodził w nią bez zbytnich ceregieli. Po tym bez zażenowania przechodził do
                                                    raportów i zmieniał atmosferę na bardziej ... oficjalną. Wiedziała, że to nie
                                                    może się dobrze skończyć, że nie ma żadnej przyszłości, jednak jak ćma do
                                                    świecy, tak ona do jego szorstkich dłoni, biegła z biciem serca by wypełniać
                                                    kolejne raporty. Czuła że takie traktowanie jej nie jest .... że wykorzystuje
                                                    ją, ale ... odsuwała od siebie te myśli. Kiedy opierała się o szkolną ławkę ,
                                                    przegięta wpół, wbijała paznokcie w drewno, w jej głowie prócz krwi pulsowało
                                                    pragnienie, by nikt nie stanął w drzwiach klasy. Przeraźliwe skrzypienie podłogi
                                                    odbierało jej jakiekolwiek erotyczne doznania ze schadzki. I sama nie wiedziała
                                                    już po co tu przychodzi. Czuła że wplątała się w jakąś sieć, z której trudno jej
                                                    będzie uciec. Uzależnienie... to że już zawsze będzie go widziała na korytarzu,
                                                    i zawsze będzie tak się uśmiechał. Moment, w którym obejmował jej biodra na
                                                    parkingu szkolnym i przyciągnął do siebie by czuła jego pożądanie, odpłynął
                                                    gdzieś daleko i magia przestała działać... jak teraz bardzo by chciała, by ten
                                                    seks trwał... z innym mężczyzną. By najlepiej nie znać go, nie móc spotykać co
                                                    dzień, by nikt nie wiedział ...

                                                    Było jej wstyd, ale jedyne czego teraz chciała to to ... żeby uciec jak
                                                    najdalej... Heniu... gdy spytał dlaczego, nie potrafiła mu dać jasnej
                                                    odpowiedzi. Tak naprawdę sama jej nie znała. Wyjechać i zapomnieć . Uciec.
                                                    Proste i czyste rozwiązanie, nie musieć nic wyjaśniać i komplikować... Szła
                                                    przez Aleję Róż, a śnieg zasypywał jej oczy. Duże płatki wirowały nad jej głową,
                                                    tańczyły i w końcu spadały... Wokół majaczyły pnie. Brzozy. Czyste, piękne,
                                                    proste... I wydawało jej się, że czas zatrzymał dla niej śnieg i wiatr, jak film
                                                    zatrzymany na jednej klatce. Szła dalej, czując jak przemakają jej buty...
                                                    dotykała dłonią nieruchomych płatków i była szczęśliwa...
                                                  • w.iwo samotność... 08.02.06, 11:12
                                                    też mi samotnie tutaj ;o((
                                                  • zuziknatropie Re: samotność... 08.02.06, 12:01
                                                    Szła zamyślona przez park, śnieg prószył, czuła jak przemarza. Zimno dociera
                                                    nawet do jej serca. I nagle doznała olśnienia. Tak, tak trzeba pakować rzeczy i
                                                    uciekać. Uciekać jak najdalej. To nie może dłużej trwać, a ona nie może
                                                    zatracić swojej osobowości. Przecież wie kim chce być. Wie jak ma wyglądać jej
                                                    zycie. Nie chce być cieniem, nie chce być samotna nawet w tłumie. W kilka minut
                                                    podjęła decyzje... Musi zaryzykować, musi przekonać się kim jest naprawdę. Musi
                                                    sprawdzić co tli się w jej umyśle i sercu. Czy jej marzenia mają szanse na
                                                    realizacje. Tyle pytań w jej głowie, tyle nadziei, tyle marzeń. Nie chce tego
                                                    wszystkiego stracić. Zostając tutaj, w tym szarym mieście, z tym nijakim
                                                    mężczyzną bez wyrazu Marusia uschnie z żalu...
                                                  • w.iwo Zuzia... chyba Cię kocham.... ;o)))) 08.02.06, 13:05

                                                  • guayazyl1 drugie dno?.. 09.02.06, 19:25
                                                    tak sobie czytam...w wolnych od nicnierobienia chwilach... te powiesc w
                                                    odcinkach i zastanawiam sie czy nie kryje sie w niej przypadkiem drugie
                                                    dno?..no bo czemu dyrektor szkoly czyli pracownik bynajmniej nie fizyczny ma
                                                    miec szorstkie dlonie?
                                                    czy autorce nie chodzilo o to, ze pracownicy budzetowki maja tak niskie pensje,
                                                    ze musza dorabiac na budowie albo przy wyrebie lasu? i czy w konkluzji autorce
                                                    nie chodzi o to by PiS wzial sie w koncu do roboty i zaczal spelniac obietnice
                                                    wyborcze, a nie uprawial festiwal propagandowy w mediach?
                                                    albo znowu...czemu Marusia Ogonek jest tak ulegla...beznamietna i posluszna jak
                                                    mechaniczna sexi doll?..czemu tak bezwolnie poddaje sie
                                                    Kichaczowi?..czlowiekowi, do ktorego przeciez nic nie czuje.
                                                    moze autorka chce zwrocic nasza uwage na zjawiska modne ostatnio w naszym
                                                    zyciu...mobbing, molestowanie seksualne...bo to, ze dyrektor upokarza
                                                    pracownice, wykorzystuje swoja pozycje i naduzywa w sposob karygodny
                                                    podleglosci sluzbowej jest oczywiste.moze autorka wie co sie dzieje w
                                                    placowkach oswiatowych...moze chce w ten sposob zainteresowac kuratoria?..
                                                    bede sledzil losy bohaterow powiesci.
                                                    :)
                                                  • w.iwo jak to było... ? 09.02.06, 20:13
                                                    taki niezły tekst który dają na końcu lub początku filmu ?
                                                    ..... skleroza , wybaczcie, chodzi o to , żeby nikt nie doszukiwał się realnych
                                                    ludzi i wydarzeń... wszystkie Marusie i Henie mogą spać spokojnie... to tylko
                                                    fantazje i czcze wymysły... ;o)
                                                    Syropek, nie siej fermentu, bo mnie Wezyr zamknie.... albo i insza władza...
                                                    i nie op... się tylko rzuć jakiś kawałek prozy ;o))))
                                                  • w.iwo rosołek ... 16.02.06, 12:19
                                                    Żył jak co dzień. Oddychał, jadł, spał, ale wszystko to nie miało już dla niego
                                                    większego sensu. Jakby świat wokół stracił barwy i zapach. Jakiś anioł stróż
                                                    wewnątrz niego albo jego mądrzejsza część jaźni, podszeptywał mu gotowe recepty
                                                    na powrót dobrego samopoczucia. Gdzieś w środku jakaś część jego osoby nie
                                                    chciała poddać się bez walki. Chciała żyć i cieszyć się jak dawniej z zapachu
                                                    pomarańczy i smaku dobrego rosołu.
                                                    Zgrabna blondynka w sklepie mięsnym uśmiechnęła się do niego czule i powiedziała
                                                    podając spory kawałek wołowiny
                                                    – coś jeszcze skarbie ?
                                                    Nie obeszło go to wcale, ten protekcyjny ton, który zwykle przyprawiał go o
                                                    szybsze bicie serca i sprawiał iż czuł się bardziej atrakcyjny i lżejszy, nic
                                                    teraz dla niego nie znaczył.
                                                    -Łopatkę lub szponder – bąknął coś pod nosem i niecierpliwie czekał na wydruk z
                                                    kasy. Wyszedł pośpiesznie omijając cukierenkę, która kusiła słodkimi
                                                    przyjemnościami i świeciła miękkim światłem. Omijał większość miejsc, które
                                                    przypominały mu jej osobę.
                                                    Następne zakupy zrobił w Hetmanie. Kura, i trochę szynki z komina. Zawsze
                                                    zastanawiała go ta nazwa wędliny... ale była smaczna i dobrze uwędzona. Lubiły
                                                    ją wszystkie paniusie, które skrupulatnie wycinały wszystkie ślady tłuszczu z
                                                    każdego plasterka na talerzu. Śmieszyły go takie delikatne stworzenia co
                                                    tańczyły z nożem wokół skórki szynki, a na widok salcesonu wykrzywiały fikuśnie
                                                    usteczka.
                                                    Oprócz mięsa absolutnie niezbędne są warzywa. Zerknął na regał z zieleniną i
                                                    wybrał kilka pomarszczonych marchewek i pietruszek. Zawahał się i odłożył je z
                                                    powrotem. Obok leżała włoszczyzna zapakowana w żółtą siateczkę. Mix, coś dla
                                                    sfrustrowanych kawalerów.
                                                  • w.iwo Re: rosołek ... 16.02.06, 12:20
                                                    W pięciolitrowym garnku wrzucony kurczak tkwił samotnie i smętnie nogami do góry
                                                    z liściem laurowym, kilkoma ziarnami pieprzu i dwoma ziarnkami ziela
                                                    angielskiego i jałowca. Henio wsypał jeszcze płaską łyżeczkę soli i postawił
                                                    garnek na małym gazie. Nakrył pokrywką, zostawiając małą szczelinę. Siadł
                                                    wreszcie na skrzypiącym krześle i popatrzył w stronę okna. Śnieg wielkimi
                                                    płatami spadał z nieba... Tęsknił za nią... Za ciepłem, które roztaczała, za
                                                    niekończącym się potokiem słów, który go zawsze irytował, za plotkami o świecie.
                                                    Cisza jaka go otaczała zamykała się wokół niego powoli i nieubłaganie, aż wstał
                                                    nagle wiedziony impulsem zapalił telewizor, byle by jej nie słyszeć. Kiedy głosy
                                                    obcych ludzi weszły do jego domu poczuł się raźniej. Gdzieś uciekł strach małego
                                                    chłopca zostawionego samotnie w domu. Ucichła tęsknota, ale i tak w głębi duchu
                                                    wiedział, że oddałby wszystko, byle tylko poczuć jej obecność znowu, przytulić
                                                    się przy W11, zasnąć w fotelu gdy masowała mu delikatnie stopy.
                                                  • w.iwo Re: rosołek ... 16.02.06, 12:22
                                                    Rosół powoli dochodził do wrzenia. Powolne, gęste zapachy poczęły rozchodzić
                                                    się po kuchni. Przypomniało mu to, iż trzeba zająć się włoszczyzną. Wziął 3
                                                    marchewki, pora, cebulę, dużą pietruszkę, pół selera, ćwiartkę kapusty, umył je
                                                    dokładnie i odłożył do obierania. Wyciągnął żółty nożyk do jarzyn i zamyślił
                                                    się. Przyszło mu na myśl, że wściekłość i żal jaki czuł w pierwszych dniach po
                                                    jej odejściu, to kara za coś co kiedyś już zrobił. Tak jak do trudnej książki,
                                                    którą nie potrafimy zrozumieć, tak Henio do tamtych wspomnień powrócił, by
                                                    sprawdzić przeznaczenie, karę i winę... do Marianny...
                                                  • w.iwo Re: rosołek ... 16.02.06, 12:23
                                                    Pochylił się nad garnkiem, gdy woda zaczynała mrugać. Zdjął pokrywkę i zobaczył
                                                    że kawał wołowiny odkształcił się, wybrzuszył i wystaje ponad powierzchnię wody,
                                                    na której zebrała się szumowina. Zbierał ją łyżką cedzakową, a przy okazji
                                                    wpychał niesforny kawałek mięsa pod wodę. Ten uciekał mu jak szczeniak w
                                                    zabawie, szybko i niestrudzenie. Wrzucił warzywa do wywaru. Zerknął na burą
                                                    obrzydliwą pianę którą zebrał z rosołu. Żeby tak można z życia zebrać wszystko
                                                    to co narobiło się przez ten czas, wszystkie krzywdy i porażki, każdy wstyd
                                                    który palił płomieniem i każdą troskę, gdy bezsilność wygryzała powoli gardło.
                                                  • w.iwo Marianna 16.02.06, 13:09
                                                    Marianna ... słodka, pulchna kobietka, od której uciekł do kolegów, do
                                                    wieczornych eskapad, i wreszcie do Zuzanny... Tyle wytrzymała z nim, tak bardzo
                                                    była cierpliwa, ale wtedy nie widział tego i jedyne co chciał to otwartych drzwi
                                                    na świat i wolności. Jak kocur, który chadza własnymi ścieżkami, tak on czując
                                                    strach przed zamknięcie i smyczą, wymykał się nocami... Wracał do miski mleka,
                                                    do posłania, które zawsze czekało na niego i nie wyobrażał lub nie chciał sobie
                                                    wyobrazić, że kiedyś to może się zmienić. Alkohol dawał mu pewność siebie. Siłę,
                                                    że jest wyjątkowy, mocny i może wszystko. Irytowało go spłoszone spojrzenie
                                                    pełnej żalu Marianny, gdy wracał nad ranem i padał tak jak stał, śmierdzący, w
                                                    ubraniu do czystej pościeli. Zostawił ją z małą i całą rzeczywistością którą nie
                                                    chciał z nią dzielić. Nie brał malucha na ręce, nie patrzył w ich stronę, bo
                                                    wyrzuty sumienia dręczyły go gdzieś w środku, a on nie chciał tak czuć. Często
                                                    szukał byle pretekstu, żeby rzucić garnkiem i trzasnąć drzwiami. Oddalali się od
                                                    siebie szybko. Ona z żalu, potem pretensji i nienawiści za swoje marzenia. On że
                                                    jest dla niego wyrzutem i na pewno nic nie da się naprawić. Odeszła...
                                                  • w.iwo Re: Marianna 23.02.06, 16:59
                                                    Kiedyś w dzieciństwie słyszała baśń o lustrze. Ktoś, kto przechodził w środku
                                                    nocy tuż obok lustra, zobaczył kiedyś swoje własne odbicie, które nie miało
                                                    głowy. Nazajutrz umarł... I ta głupia opowieść snuta gdzieś w pokoju dziecinnym,
                                                    utkwiła w pamięci dziecka. Lustra... Unikała ich jak strasznej wróżby. Udawała
                                                    że nie istnieją. Lekceważyła i omiatała szybko wzrokiem, gdy tylko zaczynało się
                                                    ściemniać. Zadziwiające, jak nieistotna bajka mogła zmienić zwykły przedmiot w
                                                    drzwi do ciemnych snów.
                                                    Przyszedł kiedyś czas, gdy Marianna siedziała przed lustrem i wpatrywała się
                                                    uporczywie w swoją twarz szukając znaku. Gdy skończyły się łzy i wyczerpała
                                                    rozpacz a ból który jej sprawił odszedł. Siedziała na dywanie obok telefonu,
                                                    przeraźliwie pusta i bez żadnych uczuć. Cały dzień i całą noc. Już nie
                                                    wystukiwała numeru. Próbowała kilka godzin i był wciąż zajęty. Albo nikt nie
                                                    odbierał... Widocznie byli ludzie którzy bardziej potrzebowali telefonu
                                                    zaufania... niż ona. Ona zaufanie już straciła. Dawno temu. Trzymała się tylko
                                                    przy nim jak ślepiec i nie chciała zobaczyć prawdy. Zadziwiające, że rok walki o
                                                    mężczyznę, który był miłością jej życia minął tak szybko. I wszystko się
                                                    skończyło... Czuła się wypalona, do dna, przeraźliwie pusta. Gdzieś te lata,
                                                    wspólna miłość, plany, chwile pełne radości i nadziei wydały się odarte z sensu.
                                                    Jakby nagle obudzono ją w kinie szarpiąc za ramię... ułuda... Wszystko w co
                                                    wierzyła rozsypało się... Gdzieś wokół toczyło się życie w zwolnionym tempie.
                                                    Jak film bez dźwięku, bez obrazu. Cały świat za oknami mieszkania zapomniał o
                                                    niej. W środku ogromnego leja, w zagłębieniu czasu była ona.
                                                  • w.iwo Zuzanna 23.02.06, 17:00
                                                    Zuzanna bawiła się słońcem, które wpadało przez szybę samochodu i nudziła
                                                    się czekając na Henia. Przeciągnęła się rozkosznie. Słońce obudziło w niej
                                                    nieprzepartą chęć do zabawy. Jak mały kociak wyprężyła się w dreszczach i
                                                    zamruczała cichutko. Gdy wrócił i popatrzył na nią wyczytał w jej oczach
                                                    pragnienie i na samą myśl o rozkoszach mocniej zabiło mu serce. Zuzanna
                                                    przekornie wyciągnęła swoją rękę i podniosła jego dłoń. Przywiodła do siebie
                                                    podnosząc na wysokość ust. Otarła delikatnie swoje policzki i stanowczo, ale
                                                    powoli obróciła do siebie wnętrze ręki. Kiedy wodziła po zakątkach linii życia
                                                    czubkiem języka, patrzyła prosto w jego rozszerzone źrenice. Nie wiedział jak
                                                    się zachować i czuł się niezręcznie, ale ciekawość i przyjemność unieruchomiły
                                                    go skutecznie. Wyczekiwał... Zuzanna łaskotała go troszeczkę, poruszając coraz
                                                    to wolniej i mocniej szorstkim jak kociak języczkiem. Kiedy zagłębiła się między
                                                    wskazującym a największym palcem jego dłoni, westchnął... Wilgoć i ciepło i
                                                    pulsujący rytmicznie język wprowadzał go w stan podniecenia. Wsuwała go powoli i
                                                    systematycznie między kolejne palce, żeby nie pominąć żadnego z nich. Gdy
                                                    zacisnęła mocno wargi tuż za linią brzegową paznokcia, przeszedł go dreszcz i
                                                    wyrwał dłoń. Przekręcił w stacyjce klucz i nie spoglądając w boczne lusterko,
                                                    włączył się z piskiem opon do ruchu. W tym momencie obchodziło go tylko to żeby
                                                    jak najszybciej znaleźć się w pościeli. Wziąć ją szybko i zapomnieć.
                                                    Zuzanna patrzyła prosto w słońce mrużąc oczy. Spod półprzymkniętych powiek i
                                                    czarnych podkręconych rzęs można było zobaczyć pewność siebie i uśmiech Mony Lisy.
                                                  • w.iwo weekend idzie... 24.02.06, 15:35
                                                    czas odpocząć , zwolnić, i nabrać dystansu do świata.... wyspać się... Matrix
                                                    dzisiaj... słoneczka moje kochane (do Was mówię) :o) może tu któreś wpadnie ?
                                                    tęsknię za krytyką Syropku, pomarudziłbyś coś niecoś... Madzia, Zuzia, Aganiok
                                                    dziewczyny... obojętność gorsza jest od nienawiści....
                                                  • guayazyl1 Re: weekend idzie... 24.02.06, 16:20
                                                    idzie łykend to i odpocznij sobie dziewczyno bo piszes tu jak niejaki
                                                    Kraszewski co to płodzil dzieła na zawołanie :)

                                                    powiem Ci , ze ja tu wpadam czesto i czytam nawet ale długasne kawałki mnie
                                                    mecza bom leniwy. czasem jak doczytam do ciekawego miejsca to przytrzymując
                                                    ręką gałki oczne zeby mi nie wypadly popijam czyms zimnym zeby sie ostudzic
                                                    zdziebko. ogolnie jednak wole "to" robic niz o "tym" pisac wiec nie licz za
                                                    bardzo na moja pomoc :)
                                                    pozdrawiam i zycze zeby wena tworcza Cie nie opuszczała.
                                                  • w.iwo Re: weekend idzie... 24.02.06, 18:04
                                                    szkoda, że nie lubisz pisać ... ;o((( jesteś niezły... a co do "tego", jeśli
                                                    Syropku, fascynujesz mnie, nigdy tak naprawdę nie wiem, co masz na myśli... może
                                                    kiedyś będzie możliwość pełniejszego zaprezentowania swoich odczuć, w
                                                    przyszłości, koła nie wymyślą ale forum z nagranymi głosami ?
                                                    piszesz "To" - masz na myśli seks, a pewnie masz ;o), uwielbiam seks... jak
                                                    każdy normalny człowiek w satysfakcjonującym związku... hahaha ha fajnie
                                                    brzmi... ale pisać też uwielbiam... tylko inaczej... i całkiem oddzielam Te
                                                    rzeczy ;o)))) (nie notuję gdy się kocham ;o))))))
                                                    mam nadzieję że nie odbieracie tego tylko jak wynurzenia erotyczne... bo niczym
                                                    takim nie są... lubię ubierać w słowa myśli i uczucia...
                                                    zadziwiające jak bardzo podobnie czasem myślimy... a przecież uważamy się za
                                                    kogoś orginalnego ;o)

                                                    Zuzia, wiesz że nadal Cię kocham kobieto ...
                                                    Człowiek jest jak kocię, niezależny ale bardzo potrzebujący głaskania...
                                                  • zuziknatropie Re: Zuzanna 24.02.06, 16:03
                                                    w.iwo ale Tobie idzie coraz lepiej, bardzo podobał mi się ten kawałek o
                                                    zuzannie:))
                                                  • zuziknatropie Re: Zuzanna 24.02.06, 16:05
                                                    szkoda że wczoraj go nie zamieściłaś...oj, bardzo szkoda:))
                                                  • zuziknatropie Re: Zuzanna 24.02.06, 16:05
                                                    tzn. wczoraj ale dużo wcześniej:))))))
                                                  • w.iwo Marianna 24.02.06, 19:41
                                                    Marianna mimo, że leżała tak od kilku godzin nie czuła odrętwienia. Nic już nie
                                                    czuła. Była jak wierne zwierzę, które obite i odrzucone, czekało gdzieś dalej
                                                    nic nie rozumiejąc z rzeczywistości.
                                                    Wtedy zobaczyła lustro. Podniosła je i przybliżyła do twarzy. Gdzieś odbicie
                                                    pokoju, jakaś postać, nic więcej. Zmieniła ostrość wzroku i skierowała
                                                    spojrzenie prosto w źrenice. Łagodna fala przemknęła po tafli i znikła, zamazało
                                                    się wszystko prócz oczu.
                                                    Moja twarz w lustrze, martwa, inna, obca. Gdzieś fałszywy uśmiech i
                                                    drwina wychylała się ze mnie powoli i strasznie. Już się nie bałam. Powiększone
                                                    źrenice wciągały i kusiły. Jak zagląda się do głębokiej studni, jak wychyla się
                                                    niebezpiecznie za barierkę, tak wchodziłam miękko do siebie.
                                                    Wszystko płynęło, twarze zmieniały się, rysy falowały. Miałam wrażenie
                                                    nieuchronności, a spokój siedział mi na ramieniu i ciężko dyszał. I czułam jego
                                                    ciężar, jakby kołysał się równomiernie... Ciemność oswojona na tyle by dać się
                                                    zobaczyć, odgarnęła szarą mgłę. Droga jak tunel ciągnęła się daleko, bez końca.
                                                    Tu przychodzi ktoś kto niczego się nie boi. Nie boi się śmierci. Tu widać jak
                                                    śmieszne i nieistotne są problemy i sprawy ludzkie. Nic nie jest ważne. Odchodzę
                                                    , pomyślałam... bez lęku.... tak po prostu... nic już nie ma sensu... tylko
                                                    pustka...
                                                  • w.iwo Zuzanna 27.02.06, 14:32
                                                    Zuzanna miała dzikie plany na dziś wieczór. Zaplanowała go skrupulatnie i
                                                    niecierpliwie, nie mogła doczekać się nocy. Kiedy wrócił z pracy pobiegła jak na
                                                    skrzydłach i powitała Henryka już w przedpokoju. Czule go pocałowała, objęła i
                                                    przytuliła się do niego. Jej małe dłonie wsunęły się lekko pod jasną koszulę i
                                                    pogłaskały tors mężczyzny.
                                                    – Kobieto, głodny jestem - odpowiedział na pieszczotę i odsunął ją lekko z
                                                    drogi. Gdy zaspokoił wilczy apetyt, zabrał ze sobą kufel piwa i usiadł ciężko na
                                                    wersalce sięgając ręką po pilota. Na nieszczęście dla Zuzanny leciał właśnie
                                                    mecz. Nie rozumiała mężczyzn i ich zachwytów nad kawałkiem trawy i jedną piłką.
                                                    Żeby to jeszcze ganiały te chłopy za jakąś laseczką, ale oni rzucali się za
                                                    piłką i niezdrowo podniecali. Jakieś niezrozumiałe dla niej zasady gry, jakieś
                                                    kartki... jedyne śmieszne było stawianie muru gdy trzymali swoje skarby w
                                                    garści. Jak cierpliwy psiak czekała na koniec rozgrywki wiedząc, że i tak nie
                                                    wygra z piłką nożną. Tylko ile to może potrwać ? Ile trwa taki mecz ? Gdy
                                                    zapytała go o to, popatrzył na nią niewidzącym wzrokiem i zaśmiał się jakby
                                                    opowiedziała dobry dowcip. Wyszła do kuchni trochę urażona, ale nie dała po
                                                    sobie poznać, że ją to obeszło. Mecz się skończył, więc Henryk podreptał za nią
                                                    i objął ją mocno z tyłu.
                                                    - Wreszcie koniec tego bezsensownego gapienia się w murawę - pomyślała do
                                                    siebie i zaśmiała się cichutko.
                                                    - Teraz zajmiemy się innym sportem misiu... uśmiechnęła się i pociągnęła go
                                                    łagodnie do siebie. Przylgnął do niej lekko i z ociąganiem poddał się jej
                                                    zabiegom. Czuł jeszcze ociężałość piwa i chętnie zgodziłby się na wszystko,
                                                    byleby popaść w błogą drzemkę. Zuzanna wciągnęła go do sypialni... Kiedy
                                                    rozebrała go i siebie samą, zsunęła się w dół łóżka, żeby nie dać Henrykowi
                                                    szansy na zaśnięcie. Pieszczotami doprowadziła go stanu, kiedy i on był
                                                    rozbudzony na dobre i namiętność obudziła w nim tygrysa... Kontrolowała rozkosz
                                                    i uciekała za każdym razem, gdy miał ją ochotę przytrzymać i wypełnić. Czekała
                                                    na moment, gdy przymknął oczy i sięgnęła pod poduszkę... dyskretnie i powoli
                                                    wyciągnęła wcześniej tam ukryty naszyjnik z perełek. Uśmiechnęła się z
                                                    zadowoleniem do siebie i zsunęła ponownie w dół. Trzymając delikatnie sznur
                                                    korali w dłoni zataczała kręgi jak wprawna czarownica. Objęła go i odpłynęli
                                                    falując ...
                                                  • zuziknatropie Re: Zuzanna 27.02.06, 15:32
                                                    hehe...Zuzanna raczej udusiła tymi perłami Henia za tę murawę i piwsko:))))

                                                    no i zrobił nam się kryminał:))
                                                  • w.iwo ;o)))))) 27.02.06, 15:51
                                                    pozdrawiam... Zuziu
                                                  • guayazyl1 a ja na to jak na lato... 27.02.06, 16:07
                                                    taaa...zuzka czyta to jak kryminal, a ja czytam jak sajens fikszyn jakies.
                                                    rozdziawiam gembe i czytam bo opisy so cudne. niestety rzeczywistosc jest bidna
                                                    i siermiężna bo paniom najlepiej wychodzi jednak udawanie dębowej kłody, a nie
                                                    wyrafinowane fiku-miku. he...he...i nie mam zamiaru nikogo o tym przekonywac.
                                                    tak jest i basta!
                                                  • zuziknatropie Re: a ja na to jak na lato... 27.02.06, 16:16
                                                    gua wzmocnij selekcje:))
                                                  • w.iwo Re: a ja na to jak na lato... 27.02.06, 17:35
                                                    zgadzam się z Zuzią... siądź wieczorem sam na sam ze sobą ;o) i zrób rachunek
                                                    sumienia na kartce, po lewej cechy -, po prawej cech +, a sam zobaczysz czego
                                                    szukasz w kobietach...
                                                    ------------------------------
                                                  • w.iwo młody Henryk... 27.02.06, 17:37
                                                    Zuzanna była kobietą, która rozbudziła w nim namiętność gorącą jak nigdy
                                                    przedtem. Czuł się przy niej jak uczniak, uzależniony od nauki. A każdy gest
                                                    Zuzanny przepełniał magnetyzm. Wypełniała jego dni, każdą myśl, także nie miał
                                                    czasu na wspominanie o Mariannie i jej dziecku. Zuzanna była zachłanna. Ledwo
                                                    tolerowała jego życie. Nie miał czasu na wyrzuty sumienia, ani na bezsensowne
                                                    myśli. Swojej byłej, bo tak ją nazywał, przesyłał pieniądze na dziecko i uważał,
                                                    że w zupełności to wystarcza. Magiczne wieczory, które spędzał z Zuzanną
                                                    zastępowały mu dotychczasowe życie. Była tak zmienna i intrygująca... zmieniała
                                                    się w szczebiocącą dziewczynkę, innym razem w wyrafinowaną kurtyzanę. Nie
                                                    nudziła go, mówiła jasno i krótko co chciała, lub zupełnie słodko, jakby jego
                                                    zgoda wymagała dodatkowych zabiegów. Zwykła czynność zmieniała się w coś pełnego
                                                    radości i życia. Gdy wracał wieczorami z pracy do służbowego mieszkanka,
                                                    zagłębiała na powitanie dłonie w jego gorącej koszuli. Obejmowała w pasie i
                                                    przytulała się zachłannie, aż nie dał jej powitalnego całusa. Za każdym razem
                                                    smak pomarańczy rozpływał się w jego ustach. Za każdym razem seks był inny,
                                                    zaskakujący. Lubił popołudnia przy telewizorze, wieczorne kąpiele pod
                                                    prysznicem, gdy myła go dokładnie waniliową pianą klęcząc u jego stóp. Uwielbiał
                                                    poranki, gdy budził się w chłodnej pościeli, otwierał oczy i patrzył na jej
                                                    ząbki zaciśnięte na wargach, przymknięte powieki gdy kołysała się nad nim.
                                                    Czasem tylko gdzieś w zakamarkach pojawiała się jakaś tęsknota, którą gasił
                                                    tak błyskawicznie jakby się bał przyznać do tego, że nie jest szczęśliwy...
                                                  • w.iwo Heniu, stary dobry Heniu.... 27.02.06, 19:02
                                                    Heniu otworzył oczy i obrócił się na bok. Wersalka stara jak świat
                                                    skrzypnęła przeciągle. Jak kobieta, rzekł do siebie i zaśmiał się patrząc w
                                                    okno. Kawałek materiału, imitujący firankę zwisał żałośnie nad oknem. Rozwarł i
                                                    wyprężył ręce na zmianę i poczuł jak krew napływa do palców. Siadł na pościeli
                                                    niedbale rzuconej na łóżku i wygiął zgarbione plecy do tyłu. Zatrzeszczało
                                                    dokładnie tak samo jak to coś w wersalce. Przypomniało mu się przysłowie ludowe.
                                                    - Jeśli kobieta w nocy nie jęczy, to w dzień warczy.... hehe... no teraz to mu
                                                    na nic.... jęczy tylko stara wersalka, no i drzwiczki od kredensu. O radości
                                                    życia starego kawalera... Starość, czas kiedy połowa moczu idzie na analizy....
                                                    hehee.... Smutne, ale prawdziwe....
                                                    Wstał ciężko i poczłapał do łazienki. Siadł na muszli i wpatrywał się uporczywie
                                                    na jakieś stare kolorowe gazety. Oprócz bezsensownego tekstu widać było jakąś
                                                    cycatą babeczkę. Taki biuścik miała kiedyś jego Zuza. Ale to było wieki temu....
                                                    zamyślił się.... jakby w innym życiu... Milusia była, nie powiem.... ale po roku
                                                    miał dość doświadczeń. Ile można się produkować dla kobity. I jak zaczęła go już
                                                    męczyć, dostrzegł, że podobna jest ... zresztą ... każda baba jest taka sama.
                                                    Każda jak nie goli nóg wygląda jak koza, każda chce żeby ją rozbierać w łóżku a
                                                    potem ubierać w sklepie. Każda ma ten... no... się mówi teraz napięcie
                                                    przedmiesiączkowe.... hehe... a dawniej że cholera ją bierze... jeden pies... te
                                                    baby...
                                                    Wałki noszą, suszą włosy i nakładają na twarz nie wiadomo co... rano zaś widać
                                                    dopiero co tam w środku było....blade, wymoknięte i z sińcami pod oczami.... A
                                                    wydawałoby się takie cudo... Zasadzają się takie na porządnych facetów i potem
                                                    każą sobie żenić się albo alimenty płacić. Każda. Spiją bidnego faceta i tyle.
                                                    To i po piątym piwie Boluś cud dziewcze we mnie zobaczył,...... hehe he...

                                                    Cudnie, znowu ten parszywy ból. Ile razy hemoroidy dawały mu się we znaki,
                                                    tyle razy mówił do siebie, że kupi ziółka do zaparzania. I na tym zwykle się
                                                    kończyło. Wstyd i tyle. Doktorka kazała czopki kupić. Niech się cieszy jędza, że
                                                    syrop pije. Diabli nadali... Wsadzać sobie baba każe nie wiadomo co ... Prędzej
                                                    go piekło pochłonie. Zazgrzytał zębami i dokończył poranną toaletę. Podniósł się
                                                    zanim spłuczka opadła i zanim lodowaty potok wody go obryzgał. W niezbyt
                                                    klarownej szklance stała wysłużona szczoteczka do zębów. Ominął ją zgrabnym
                                                    ruchem i sięgnął po zielonkawe pudełeczko. - Skończyły się, kurza twarz,
                                                    skończyły... musi dziś jeszcze zainwestować w tic-taki... może nie zapomni...
                                                    Zamyślił się jeszcze raz... Kobiety.... Gdyby wiedział to co dziś, nie
                                                    zostawiłby Marianny... Gdyby.... przecież wrócił, próbował... ale było już za
                                                    późno.
                                                    – Umarłam dla ciebie – powiedziała i bez mrugnięcia okiem odeszła. Nie poznał
                                                    jej, po prostu to była już inna kobieta. Może rzeczywiście miała rację...
                                                    Marianna odeszła... umarła dla niego...
                                                  • w.iwo ;o)))) 27.02.06, 19:05
                                                    tęskniłam już za starym, dobrym,cynicznym Heniusiem...
                                                  • w.iwo terapia 04.03.06, 17:50
                                                    Marianna zaczęła nowe życie. Była wściekła i gotowa. Wściekła na siedem
                                                    lat, które straciła. Gotowa na życie. Musiała jeszcze wszystko zorganizować.
                                                    Mieszkanie, dziecko, praca i może nowy facet. Gdzie kobiety samotne mogą znaleźć
                                                    normalnego faceta. Takiego co nie zagląda do kieliszka, nie chodzi na zdziry,
                                                    pracuje ... co nie jest odrzutem... Miała ochotę na seks, na nadrobienie
                                                    wszystkich pustych nocy. Na namiętność i czułe uściski. Potrzebowała mężczyzny.
                                                    Ale gdzie szukać kogoś kto może być jej oparciem. Wiedziała, że na sam seks jest
                                                    masę, morze mężczyzn. Ale taki co by został z nią i dzieckiem i dzielił życie...
                                                    gdzie takiego znaleźć ? W kościele, w barze ? Na dyskoteki była za stara,
                                                    znajomi praktycznie nie istnieli. Biuro matrymonialne budziło w niej
                                                    nieokreślone niemiłe skojarzenia. Ma wyjść na ulicę i krzyczeć na całe gardło,
                                                    że potrzebuje faceta ? Swatki rodzinne, ciotki i babki – nie, nie chciała, żeby
                                                    rodzina wtrącała się w jej sprawy. I tak czuła się upokorzona swoim życiem i
                                                    unikała zjazdów i imprez rodzinnych. Musiała znaleźć kogoś do małej, żeby móc
                                                    poświęcić trochę czasu na swoje nowe życie. Spotkania z przyjaciółkami o których
                                                    już dawno zapomniała, kino ze znajomymi, którzy odeszli w niepamięć. Zła była na
                                                    siebie. Teraz gdy odrzuciła emocje i wyzwoliła się z wszelkiej nadziei, widziała
                                                    jak w serialu telewizyjnym swoje błędy i swoje decyzje, wszystko co składało się
                                                    w całość jak wielkie trójwymiarowe puzzle. Jakby oglądała serial telewizyjny.
                                                    Marny serial. Wszystko jak na dłoni. To, że odsunęła swoich przyjaciół i
                                                    zamknęła się w domu, to, że przejęła wszystkie obowiązki związane z dzieckiem,
                                                    to wszystko miało swoje konsekwencje. Doprowadziło ją właśnie do tego momentu.
                                                    Zawsze zbyt mało asertywna, rzadko walczyła o siebie i swoje emocje chowała
                                                    często do kieszeni bez dumy i bez jęku. Zawsze tłumaczyła uczucia innych i
                                                    wczuwała się w ich życie. Zawsze szukała winy w sobie. Koniec z tym.

                                                    Na wizycie u dr Wątplimierza była trochę spłoszona. Chłodna poczekalnia i
                                                    parę skrzypiących krzeseł. Drewniany wieszak w kącie. Czyjś zapomniany parasol z
                                                    krzywą rączką. Nie wiedziała, czy sama traktuje poważnie to spotkanie. Nie
                                                    wierzyła w jego umiejętności. Po prostu bardzo chciała się wygadać, a nie miała
                                                    nikogo kto chciałby ją słuchać za darmo. Zresztą, tak naprawdę lepiej mówi się
                                                    czasem do kogoś obcego, płaci i wychodzi bez bagażu. Dokładnie tak samo jak z
                                                    prostututką.


                                                    --------------------------------------------
                                                  • guayazyl1 Re: terapia 05.03.06, 18:44
                                                    zaczyna sie dobrze...czekam...czekam. a moze bede czyms zaskoczony?..
                                                  • w.iwo anioł 06.03.06, 17:01
                                                    Rozległo się pukanie i Henio zdrętwiał na chwilę.
                                                    - Kto to mógł być ? - O tej porze ? Poczłapał w stronę drzwi i powoli z
                                                    niechęcią przytulił oko do wizjera. Z tamtej strony drewnianej rzeczywistości
                                                    stała i niecierpliwie podrygiwała starsza pani o jasnych kręconych włosach. -
                                                    Kurza twarz, sąsiadka.... Nie chciał ją wpuścić, nie miał ochoty jej widzieć...
                                                    To ta słodka jędza, co zawsze znajdowała pretekst, że by wejść do niego i
                                                    poszperać w pokoju. Taki wampir emocjonalny, kobieta co wysysa całą energię i
                                                    chęć do życia. Pilnował się przy niej, żeby nic nie mówić, bo każde słowo dawało
                                                    jej kolejne szanse na rozwinięcie swoich opowieści. Zawsze czegoś potrzebowała i
                                                    zawsze wszystko krytykowała. Dać jej palec to weźmie rękę i jeszcze pretensje
                                                    będzie miała, że tak mało, tak późno i woooooogóle... Była bezczelna i
                                                    arogancka. Zawsze dostawało mu się od niej. Dla niej był tłustym , starym osłem
                                                    i tyle.
                                                    Nagłe pukanie zadudniło tak mocno, że odskoczył od drzwi trąc prawy
                                                    policzek i bolące ucho. Ach dobra, dobra.... uchylił lekko drzwi, na tyle żeby
                                                    widzieć osobę stojącą za nimi. Drobna tleniona postać włożyła nogę w widniejącą
                                                    szparę i trajkocząc niezrozumiale wepchnęła się prawie siłą do domu. Nie
                                                    czekając na zaproszenie ani na samego Henia wkroczyła do kuchni i po kolei
                                                    zaczęł podnosić pokrywki garnków. Henia nie zdziwiło to bynajmiej, widać był
                                                    przyzwyczajony do takiego zachowania.
                                                    - Co takiego panią tu przywiodło, pani Helenko ? - spytał.
                                                    - A nic, tak sobie wdepnęłam, skarbeńku, dawno u ciebie nie byłam i zaszłam by
                                                    zobaczyć jak sobie radzisz stary pierdziochu. - Masz co jeść ? - otworzyła
                                                    kredens i zlustrowała zapasy herbaty i cukru. - Dałaby głowę, że u ciebie
                                                    szczury by zdechły z głodu... zobaczysz, kiedyś twoje kocisko zostanie sam na
                                                    sam z twoimi zwłokami... hehe he - No deratyzacja by ci się przydała,
                                                    skarbeńku, oj, przydała... a zapomniałabym, taka jedna pytała o Ciebie...
                                                    wczoraj, w bramie... Loki na maleńkiej zasuszonej główce zatrzepotały ja stado
                                                    sikorek. - No ale jakaś dziwaczna... czy ty komuś dzieckaś nie zrobił ? co ? -
                                                    Nie.... żachnęła się patrząc na Henia, który oklapł jak zdechłe liście buraka i
                                                    siedział w kącie na wersalce. - Też mnie zdziwiło, co taka lala chce od ciebie?
                                                    Jakby z W11 była, słowo daję, że od razu tak pomyślałam, bo wiesz, tu zniżyła
                                                    głos jakby miała jakiś sekret wyjawić, nabrała powietrza i syknęła: - bo to
                                                    jakaś zła kobieta była... Odsunęła się nagle i sunąc zdecydowanie do drzwi
                                                    zamaszystymi krokami, powiedziała jeszcze na koniec. – Wiesz, Henio, że post
                                                    jest... na gorzkie żale byś się przeszedł, albo i na drogę krzyżową... o duszę
                                                    swoją zadbał.... Henio podniósł się nagle z wersalki i podszedł szybko do drzwi
                                                    żeby je zamknąć czym prędzej... – Nigdy nie wiadomo... nigdy nie
                                                    wiadomo........, szepnęła staruszka i uśmiechnęła się tak ciepło i promiennie,
                                                    że cała złość nagle przeszła Heniowi. Jakby anioł skrzydło włożył między drzwi i
                                                    popatrzył prosto w duszę.............




                                                    -------------------------------------------------------------------------------
                                                  • w.iwo psychiatra 09.03.06, 01:56
                                                    Doktor Wątplimierz siedział wygodnie w fotelu i marszczył w zabawny
                                                    sposób czoło. Pochylał się nad papierzyskami, które latały wokół i starał się by
                                                    wyglądać bardzo poważnie. Kiedy po raz pierwszy zobaczył Mariannę, jęknął gdzieś
                                                    w duszy głęboko, ponieważ nie lubił słuchać wynurzeń kobiet. Zaskakiwały go w
                                                    swej pokrętnej logice i trudno było sprostać ich oczekiwaniom. Pojawiła się
                                                    cicho i nieproszona siadła miękko na ocienionej kanapie, kładąc ręce na
                                                    kwiecistych poduszkach. Zaczęła mówić, a w miarę jej opowieści przestał pragnąć
                                                    włożyć ją do kartoteki wraz z innymi neurotyczkami i zaszufladkować w zwyczajną
                                                    depresję. Było coś w niej pociągającego, jak w zieleni kwiatu. Gdy patrzeć na
                                                    niego irytuje brakiem kwiatów czy koloru i ma się ochotę dodać coś od siebie i
                                                    przypiąć wstążkę lub zmienić donicę. Tak też z Marianną było. Nieoczekiwanie dla
                                                    samego siebie, irytacja zaczęła zmieniać się w zaciekawienie i pragnienie, by
                                                    wywrzeć na niej jakieś wrażenie, by zmienić coś w jej życiu. Wbrew zasadom i
                                                    naukom założył nogę na nogę i kołysał nią to w lewo to w prawo, nerwowo gryząc
                                                    końcówkę długopisu. Marianna mówiła...



                                                    -------------------------------------------------------------------------------
                                                  • w.iwo Re: psychiatra 09.03.06, 01:57
                                                    Wydaje mi się, że moja miłość do niego wygasa powoli jak sączące się
                                                    ostatnie promienie zachodzącego słońca. Czuję się tak samotna i rozczarowana.
                                                    Rozumiem wszystkie schematy, scenariusze zachowań pomiędzy stronami po urodzeniu
                                                    dziecka, ale to coś innego. Siedzi głęboko w nas i wcześniej zakiełkowało. Od
                                                    początku naszego małżeństwa. Boję się, że już nie wrócimy do siebie. Zmienił
                                                    się, a ja nigdy nie będę tą samą osobą. Do tej pory myślałam, że czułość i seks
                                                    mogły by nas zbliżyć do siebie. Teraz przełamało się coś we mnie i już nie mam
                                                    tej pewności, ani ochoty na coś bliskiego i intymnego. Stał się dla mnie jak
                                                    ojciec. Dostrzega potrzeby zewnętrzne i stara się je zaspokoić. Nie jest tym
                                                    samym człowiekiem i nie chce dzielić się sobą. Nie byłam pewna, nie wierzyłam,
                                                    nie chciałam wierzyć, że może być w jego życiu ktoś inny. Że ma inne życie i
                                                    chce wyjść z mojego tak jak wychodzi się z supermarketu, po prostu. Przechodziło
                                                    to moje granice postrzegania. Nie rozumiałam tego. Jak z kogoś kochającego,
                                                    mojej miłości, mojego przyjaciela, mógł tak nagle zmienić się w najgorszego
                                                    wroga. Teraz nie ufam już niczemu co widzę i czuję. Bo gdy nie widziałam w nim
                                                    tej twarzy przez tyle lat, to mam wątpliwości co jest prawdziwe wokół mnie. W
                                                    tych dniach słońcem moim jest maleństwo. Jej cudowny uśmiech odmienia moje sny i
                                                    zatapia w bardziej pogodne myśli. Jest moim wybawieniem i moją kotwicą....


                                                    --------------------------------------------------------------------
                                                  • w.iwo Re: psychiatra 09.03.06, 01:58
                                                    Gdy skończyła się wizyta, doktor Wątplimierz siedział jeszcze w fotelu
                                                    usiłując zebrać myśli. W burzy przemyśleń starał się znaleźć jakąkolwiek
                                                    spokojną myśl, jakieś przesłanie, które mogłoby go zaprowadzić do realności. Z
                                                    ciszy wyrwał go nagły szelest. Popatrzył w stronę skąd dochodził dziwny odgłos,
                                                    ale w mroku nic nie dostrzegł. Na ciemnym ekranie komputera pojawił się jakiś
                                                    napis..... Nasunął okulary głębiej na nos i zbliżył się do pulsujących
                                                    literek.... NEO , OBUDŹ SIĘ .... zastygł w bezruchu i gorączkowo szukał
                                                    rozwiązania tej zagadki. PODĄŻAJ ZA BIAŁYM KRÓLIKIEM.... przeczytał... siedział
                                                    tak jeszcze chwilkę zanim zrozumiał, że dziś już nic nowego nie zobaczy... po
                                                    monitorze spłynęły szybko litery i cyfry, jak strumień wody na perfekcyjnie
                                                    płaskim kamieniu... Otrząsnął się, wstał i wyjrzał powoli na korytarz. Zamknął
                                                    za sobą drzwi na klucz i stanął na środku poczekalni. W kącie siedziało coś na
                                                    kształt małej puchatej kuleczki. Zapalił światło i ze zdumieniem stwierdził że
                                                    koło drzwi wyjściowych kica biały królik. Popatrzył na różowy nosek i sięgnął
                                                    odruchowo po płaszcz. Narzucił go szybko, wsadził teczkę pod pachę i gotowy już
                                                    do wyjścia uchylił lekko drzwi. Zwierzątko umknęło błyskawicznie i doktor
                                                    śpiesznie zatrzasnął je za sobą. Ulica i mrok powitały go wilgotnie i cicho.
                                                    Zapalone latarnie dawały gdzieniegdzie żółty półmrok , wydawałoby się tak ciepły
                                                    i miły w tym zakamarku. Zerknął w bok i ruszył przed siebie, a zwierzątko kicało
                                                    przed nim czujnie nastawiając uszka i oglądając się co chwilę czy podąża za nim.
                                                    Szedł bezmyślnie, a gdzieś w głębi trapiło go przykre uczucie, że o czymś
                                                    zapomniał, że czegoś mu brakuje. Dopiero po pewnym czasie dotarło do niego co to
                                                    było..... w poczekalni nie było.... parasola.


                                                    --------------------------------------------------------------------------
                                                  • w.iwo ulica 26.03.06, 18:08
                                                    Henryk stał w oknie i patrzył przed siebie. Próbował uporządkować
                                                    myśli i nie udawało mu się to od jakiegoś czasu. Tak chciałby jeszcze poczuć tą
                                                    gorączkę w żyłach, zafascynowanie i chęć działania. Chciałby poczuć że żyje a
                                                    nie zamienia się w pustą wysuszoną mumię. Obracał w dłoni poznaczonej brązowymi
                                                    plamami zimną szklaneczkę i przeglądał się w jej ciepłych refleksach które
                                                    rzucała wokół. Jego życie było nudne. Przeraźliwie. Czy to samotność ? Może też.
                                                    Brak mu było pasji, która by budziła go i wyrywała z łóżka co rano. Gdy zdawał
                                                    sobie sprawę z płynącego czasu, przerażenie nie dawało mu zasnąć. Miotał się w
                                                    pościeli i szukał rozpaczliwie czegoś co pomogło by odnaleźć spokój. Bał się
                                                    dewocji. Bał się podobieństwa do biegających do kościoła staruszek, ich spokoju
                                                    i stanowczości w wierze. Ale jednocześnie bardzo chciałby poczuć, że coś tam
                                                    jeszcze go czeka. Czasem myślał o wszystkich tych których pożegnał. Pamiętał ich
                                                    oczy i słowa, a potem wyrzucał ich z pamięci tak śpiesznie jakby miało go to
                                                    zarazić śmiercią. Tak jak nie myślał o odejściu, tak nie przyznawał się do
                                                    strachu. To przecież go nie dotyczyło...
                                                    Pamięta jeszcze tylko jej głębokie ciemne spojrzenie i niemoc mówienia, i żal
                                                    nieprzeżytych chwil. Wiedział, że mu wybaczyła. Jej spokój, jej pewność
                                                    przerażały go. Trzymał jej dłoń i w wirze myśli próbował wyłonić choć jedne
                                                    rozsądne zdanie. Ale nic nie przychodziło mu do głowy, więc wybiegł na ulicę
                                                    przed dom i szukał rozpaczliwie czegoś czym mógłby wytłumaczyć swoją
                                                    nieobecność. Teraz, kiedy o tym myśli i wraca do tej chwili, chciałby trzymać
                                                    jej rękę dalej i czekać aż pójdzie dalej. Zobaczyć jeszcze raz jej pewność, że
                                                    go nie potrzebuje i że na nią ktoś czeka. Tak bardzo tego potrzebował. Gdyby
                                                    teraz odszedł nic nie zostało by po nim, co mogłoby wzbudzić radość czy też
                                                    choćby cień wspomnienia. Po drugiej stronie, czekała by na niego, gotowa go
                                                    bronić przed jego wyrzutami i krzywdami jakie uczynił. Jego życie.... czy w
                                                    konfrontacji ze swoimi słabościami przejdzie na drugi poziom ? Co i kto mnie tam
                                                    spotka... Brak wiosny dręczył go koszmarami i nieodmiennie od kilku dni
                                                    wspomnienia kaleczyły go i strach paraliżował przed wyjściem z domu. Czasem czuł
                                                    silną potrzebę, żeby komuś opowiedzieć wszystkie słowa które tak go raniły.
                                                    Opowiedzieć o zmorach, które czekają na niego u wejścia i nie pozwalają ani żyć,
                                                    ani umrzeć... I żeby uwierzyć w miłość i wybaczenie, żeby odzyskać spokój
                                                    obiecał sobie znaleźć kogoś, kto mógłby oczyścić go i wysłuchać bez pytań i bez
                                                    oceniania.... tak po prostu... Zostawił ledwie napoczętą szklaneczkę na
                                                    taborecie i zarzuciwszy palto na plecy trzasnął drzwiami. Na ulicy było już
                                                    ciemno. Wilgoć otaczała go ze wszystkich stron i tylko poświaty latarni dawały
                                                    złudzenie przytulności. Ostrożnie stąpał po rozmokniętym śniegu uważając, by nie
                                                    stracić równowagi, kierował się w stronę kościoła. Ten impuls prowadził go w
                                                    drugą przecznicę, gdzie na tle granatowego nieba jaśniała wieżyczka kościelna.
                                                    Nagle zobaczył młodą kobietę, która szła powoli jakby bez celu. Po jej krokach
                                                    dowiedział się o bezsilności, gdy nie mijała kałuż i zamyślona wchodziła do
                                                    zimnej breji. Gdzieś błądziła wzrokiem, daleko i nie wiedząc gdzie idzie,
                                                    tańczyła dalej w swoich myślach. Minęła go i na moment zobaczył jej twarz, a
                                                    spojrzenie jej głębokie i czarne przywiodło na myśl dawne wspomnienie. Ona już
                                                    tam była... gdy to dotarło do niego, obejrzał się gwałtownie i chciał coś
                                                    powiedzieć, zatrzymać ją. Ale jak szybko pojawiła się jej postać tak szybko
                                                    zniknęła w ciemnościach... Na ulicy słychać było tylko równomierny stukot, jakby
                                                    ktoś parasolem badał co chwilę głębokość kałuży... Henryk otrząsnął się i
                                                    odwrócił. Przed nim jawiła się ogromna bryła kościoła, a w środku droga po
                                                    schodach i brama. Przyśpieszył kroku żeby jak najszybciej sprawdzić, czy jest
                                                    otwarta. Czy będzie otwarta dla niego....





                                                    -
                                                    Szklą się lodem jeziorka i błota ...
                                                  • w.iwo Re: ulica 26.03.06, 18:09
                                                    Jakieś dawno nieoliwione wrota zaskrzypiały przeraźliwie. Dreszcz
                                                    przebiegł przez plecy dr Wątplimierza. Już dawno nie widział nic białego i
                                                    puszystego. Zgubił się w tych ciemnych uliczkach i już nie wiedział gdzie
                                                    idzie. Ganił się w myślach za głupotę i tak nagłe wybiegnięcie z gabinetu.
                                                    Ostatnia wizyta pacjentki wybiła go z rzeczywistości i chętnie by teraz wrócił
                                                    do swego mieszkanka, do ciepłego szlafroczka. Gdy pomyślał o gorącym ciałku,
                                                    które teraz mogłoby go pieścić i wieczorze przy telewizorze i szklaneczce piwa,
                                                    przyśpieszył kroku. Postanowił nie ganiać za jakąś ułudą i wrócić na główną
                                                    ulicę. Może uda mu się złapać taksówkę. Czy w tym mieście są w ogóle taksówki ?
                                                    Ohyda, taka pogoda... Gdyby wrócił normalnie do domu, już teraz po gorącej
                                                    kąpieli zajęły by się nim delikatne dłonie rudej namiętności.... Zielone oczy i
                                                    słodkie usta. Tak bardzo jej potrzebował... Pusta ulica przerażała go. Z daleka
                                                    nadjeżdżał jakiś samochód. Snop świateł omiótł jezdnię i doktor ze wszystkich
                                                    sił pragnął, by zatrzymał się przy nim. Jakby auto miało jakąś magiczną moc, by
                                                    przenieść go z tego świata do fotela nakrytego ciepłym kraciastym pledem i
                                                    pilota leżącego na oparciu. Pojazd zatrzymał się przy krawędzi chodnika i
                                                    otwarły się drzwiczki. Z głębi doszedł go stanowczy głos... wsiadać...
                                                    Bez protestu wturlał się na tylnie siedzenie i wtulił w oparcie. Drzwi trzasnęły
                                                    krótko i pojazd ruszył. Był szczęśliwy... po prostu... za nic w świecie nie
                                                    chciał wracać na zimną i ciemną ulicę. - Józek,- mówił stanowczy głos - mam
                                                    następnego do izby wytrzeźwień, szykuj pryczę...


                                                    -
                                                    Szklą się lodem jeziorka i błota ...
                                                  • w.iwo ;o) 26.03.06, 18:15

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka