ray-of-light
13.07.06, 22:16
Na początku chciałbym nadmienić że jestem homoseksualistą. Mój problem wynika
z serii niefortunnych zdarzeń które przytrafiły mi się przez ostatnie dwa
lata. Skutki moich problemów ciągną się już za mną dość długo, dlatego piszę
ten list. Jestem bardzo młodym człowiekiem ale niestety nie potrafię sobie
sam poradzić, nie mam też bliskiej osoby która udzieliłaby mi wsparcia i
komfortu psychicznego. Cała ta sprawa dotyczy bardzo delikatnej sfery
ludzkiego życia jaką jest miłość. Do tej pory wszystko w życiu mi się
udawało, szedłem cios za ciosem zostawiając w tyle innych. Tak jest i teraz,
ale niestety czuję, że wypalam się w środku.
Od dwóch lat spotykam się z facetami. Pierwszy z nich to był na próbę –
chciałem dowiedzieć czy naprawdę jestem gejem. Okazało się że sprawia mi to
przyjemność i tak zostało do dzisiaj. Potem poznałem faceta przez którego
próbowałem popełnić samobójstwo. Miał partnera ale pozwalał mu na skoki w
bok. Zobaczyłem że dwoje ludzi potrafi życ ze sobą, chodzić na zakupy,
prowadzić razem dom, chodzić do kościoła i zyc jak normalna rodzina.
Zazdrościłem im i chciałem tego samego ale na było to niemożliwe. Chciałem
wiele rzeczy przeskoczyć w tak młodym wieku, a miałem wtedy 19 lat. Wyszedłem
z tego dopiero po pół roku, przez ten czas były papierosy, środki
antydepresyjne, narkotyki. Natomiast moje zycie toczyło się normalnie, zdałem
maturę, dostałem się na studia. Wpadłem w wir nauki, zabrało mi to cały mój
czas. Jednak kiedy miałem go trochę za dużo znowu wchodziłem na czata,
dawałem ogłoszenia na portalach gejowskich i tak spotykałem się znowu z
kolejnymi mężczyznami na noc. Raz byli, potem ich nie było. Zawsze mocno
przeżywałem rozstania. Chciałem codziennie budzić się u boku faceta, czuć
zapach smażonej dla mnie jajecznicy w kuchni. Chciałem kochać i być kochanym.
To się ciągnie nadal. Nie mogę się ustabilizować bo nie mam jak. Rodzice o
mnie nie wiedza, nie mogę zagwarantować drugiej osobie komfortu. Wszystko
muszę robić w wielkiej konspiracji.
Niszczy mnie to wszystko. Wieczorami płaczę. Płaczę kiedy widzę całujące się
pary w parku, idące za ręce. Jestem ciągle sam. Ludzie ode mnie uciekają bo
mam trudny charakter. Potrzebuję zbliżenia, przeżycia, a dopiero później
uczucia. Tak bardzo jestem pusty w środku i wyprany z uczuć że boję się sam
siebie. Boję się że znowu kiedyś targnę się na swoje życie. Nie boję się że
złapę kiedyś o ile już nie mam HIV. Po prostu potrzebuję kogoś, kogoś kto
będzie dla mnie kimś więcej niż jednonocnym kochankiem.
Ukojenie znajduje w papierosach i alkoholu. Wszyscy mają mnie za mądrego,
odpowiedzialnego człowieka, a nikt nie wie co naprawdę się dzieje ze mną,
jaki dramat rozgrywa się w tak młodym człowieku jak ja. Nie mam z kim o tym
porozmawiać. Wszystko biorę na siebie i wszystko muszę sam rozwiązywać. Kiedy
jestem z mężczyzną nie myślę o tym że jest mi teraz dobrze bo się z nim
kocham, ale o tym że rano będzie on musiał wrócić do domu a ja zostanę w
czterech ścianach. Sam.
Pomózcie mi proszę bo nie daję już sobie z tym rady. Chciałbym jeszcze trochę
zobaczyć świata zanim postanowię z niego odejść.
like-a-prayer@wp.pl