Dodaj do ulubionych

zaczyna sie macando po kieszeni podatnika

30.07.10, 14:03

ale cyrk medialny (palikotowy) musi trwac. wink
Jak zaslona dymna?

wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,8189709,_Polska_The_Times___Burza_w_Platformie_po_wypowiedzi.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: zaczyna sie macando po kieszeni podatnika 31.07.10, 12:37
      uffo napisał:

      >
      > ale cyrk medialny (palikotowy) musi trwac. wink
      > Jak zaslona dymna?
      >
      > wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,8189709,_Polska_The_Times___Burza_w_Platformie_po_wypowiedzi.html

      Z deficytem w finansach publicznych trzeba walczyć, można to robić na dwa
      sposoby - oba bolesne: podniesienie podatków i/lub cięcia wydatków.

      A ponieważ podniesienie podatków to jednak zabieg mniej bolesny niż rozwiązanie
      alternatywnie - przed wyborami parlamentarnymi 2011 będziemy mieli podwyżki
      podatków.

      Krytyka rządu w tej kwestii jest niepoważna. A porównywianie jego polityki do
      rządów PISSdy w czasach koniunktury gospodarczej, gdzie PISS obiżał podatki i
      quasi podatki jak składki ubezpieczeniowe, co jest między innymi przyczyną
      dzisiejszych kłopotów - to manipulacja.

      Rząd można krytykować za brak reformowania przez to cięć wydatków publicznych -
      ale po pierwsze nikt nie podejrzewa PO o idiotyzm i chęć przegrania w już
      praktycznie wygranych przyszłych wyborów parlamentarnych, a po drugie największe
      łby, czyli nobliści z zakresu ekonomii ostatnich lat coś ostatnio nie zachęcają
      do cięć tych wydatków, wręcz przeciwnie.

      Kłaniam się nisko.
      • uffo Re: zaczyna sie macando po kieszeni podatnika 31.07.10, 17:46

        na razie widze rozsadek wzial gore.
      • grgkh Re: zaczyna sie macando po kieszeni podatnika 14.09.10, 05:29
        Dobrze mówisz. A ja świetnie pamiętam czasy PRL, Gierka, a potem kartek na wszystko prawie i Balcerowicza. Ale dziś jesteśmy w zupełnie innej rzeczywistości. Historia mi się przydała, by się czegoś nauczyć - jak może być źle i co robić, by nie wpaść w te same tarapaty.

        Jak są wydatki to muszą być podatki.
    • diabollo Gdy trwoga, to do państwa! czyli... 05.08.10, 17:55

      interesujący tekst w temacie:

      wyborcza.pl/1,75515,8210266,Gdy_trwoga__to_do_panstwa_.html
      • grzespelc Re: Gdy trwoga, to do państwa! czyli... 05.08.10, 22:58
        "korekta VAT-u dziś może i wystarczy, ale jutro już z pewnością nie, by ratować
        deficyt. Być może będzie zmuszony podnosić zasadnicze podatki, co oczywiście
        będzie spotykało się ze sprzeciwem społecznym."

        Następny "znawca". VAT daje 40% wpływów budżetu, czyli 2 razy więcej niż podatki
        dochodowe razem wzięte, ale dla tego pana dochodowe są zasadnicze, a VAT nie...
        No litości...
        I oczywiście znowu autostrady. Lubisz Pan autostrady, to jedź do Portugalii. Tam
        sobie pobudowali i za...ście im to pomogło.
        Trzeba jednak pochwalić pana Makowskiego za słuszną konkluzję.
    • diabollo Gruszki trzeba strącać 10.08.10, 09:27

      Gruszki trzeba strącać

      Jacek Żakowski 2010-08-10

      Donald Tusk wygłosił może najważniejsze przemówienie od objęcia urzędu.
      Niestety, media były innego zdania. Słowa premiera w Sejmie uznały za część
      kłótni o budżet i podatki. Albo za alibi dla "reformatorskiej bezczynności rządu"
      Waga przemówienia wynika z podjęcia rękawicy rzucanej rządowi przez silnych w
      mediach i PO liberalnych populistów. Rząd wciąż potykał się o tę rękawicę.
      Ostrożnie podnosili ją współpracownicy Tuska - Rostowski, Boni, Grad, Bielecki -
      ale sam premier robił, co możliwe, by jej nie zauważyć. Teraz ją delikatnie
      podniósł, odrzucając politykę, która "da satysfakcję doktrynerom". Lepiej późno
      niż wcale. Ale im później podnosi się rękawicę, tym więcej terenu trzeba odwojować.

      Jak dużo jest do odwojowania, zobaczyliśmy dzień później, gdy się odezwały
      nożyce. Na konferencji z udziałem Leszka Balcerowicza Forum Obywatelskiego
      Rozwoju ogłosił swój program ratowania finansów. Potraktowano go z całą powagą,
      choć jest to koncert życzeń, który jak każdy populizm waży gruszki na wierzbie,
      a koszty pomija.

      Gruszki FOR to przede wszystkim likwidacja programu pronatalistycznego.
      Balcerowicz proponuje skrócenie urlopów wychowawczych i macierzyńskich,
      zniesienie ulgi na dzieci w PIT i becikowego, likwidację programu "Rodzina na
      swoim". Ma to dać miliardy oszczędności. O kosztach ani słowa. A ostentacyjne
      wycofanie się państwa z pomocy dla rodzin przestraszy wielu potencjalnych
      rodziców. Dla budżetu dzieci są zaś najlepszą inwestycją. Podatki i składki,
      które każde z nich zapłaci, będą o rzędy wielkości większe, niż pieniążki, które
      wydaje państwo, by zachęcić do posiadania dzieci. W warunkach dużej (kryzys,
      globalizacja) niepewności nawet symboliczna zachęta miewa decydujące znaczenie.
      FOR nie robi takiego ekonomicznego rachunku (ani szacunku). Nie liczy też, ile
      zmaleją wpływy ZUS i NFZ, czyli o ile wyższe będą składki (lub dotacje), by
      system ubezpieczeń (także prywatnych) wytrzymał, gdy dzieci będzie jeszcze mniej.

      Odpowiedzią na zaburzenie piramidy pokoleń ma być podniesienie wieku
      emerytalnego do 67 lat. FOR policzył, że w 2011 r. da to 5, a w 2020 r. 45 mld.
      Nie wiadomo dlaczego 67, a nie np. 68,5. I znów nic o kosztach. FOR podaje, że
      do 67 lat wiek emerytalny podniesie Holandia. Ale nie wspomina, ile Holandia
      wydaje na zdrowie, by tak długo utrzymać zdolność ludzi do pracy (kilkakrotnie
      więcej niż my), ani jak inna od polskiej jest struktura zdominowanej przez
      usługi gospodarki Holandii, czyli o ile więcej miejsc pracy pasuje tam do
      możliwości starszych. Balcerowicz nie mówi też, jak wzrośnie bezrobocie młodych,
      gdy po takiej reformie przez siedem (!) lat kobiety nie będą szły na emeryturę,
      jakie będą koszty budżetowe, ani ile stracimy, gdy za chlebem wyemigruje kolejne
      pokolenie.

      Na koniec FOR chce zaoszczędzić 2 mld na podwyżkach dla nauczycieli. Tu
      populistyczny wąż połknął własny ogon i się nim udławił. Jeśli mamy pracować do
      67. roku życia, a potem dłużej (co by było dobre), nie może to być walenie
      młotem. Trzeba więc podnieść jakość szkoły. Dydaktyczną i pedagogiczną. To
      wymaga przyciągnięcia do szkół lepszej części absolwentów uczelni. Czyli m.in.
      wyższych płac.

      Polska to wolny kraj. Każdy może snuć bajki, w jakie wierzy. Ale polityczne
      przywództwo to przekonywanie ludzi do rozwiązań sensownych, czyli m.in.
      obnażanie mrzonek snutych publicznie przez innych. Zwłaszcza gdy cieszą się oni
      poważaniem. A tak jest w przypadku symbolu polskich reform, który zrobił wiele
      dobrego, nim popadł w dogmatyzm i oderwał się od rzeczywistości.

      Jedna enigmatycznie podniesiona rękawica to mało. Dobre demokratyczne
      przywództwo to takie, które stale strąca gruszki malowane na wierzbach przez
      jakikolwiek populizm. Jeśli tylko istnieje ryzyko, że opinia publiczna weźmie je
      za dobrą monetę. Po przebiegu i skutkach debaty budżetowej widać, że jest ono
      poważne. Jeśli Polska ma się dalej rozwijać, ktoś musi gruszki konsekwentnie
      strącać. Ten ktoś to premier. Nikt inny nie da rady.

      wyborcza.pl/1,75968,8227893,Gruszki_trzeba_stracac.html
    • diabollo Rzeczywistość i ideologiczność 17.08.10, 19:25

      Rzeczywistość i ideologiczność

      Jacek Żakowski

      Populizm liberalny tym tylko różni się od lewicowego, że zamiast obiecywać
      zwiększanie wydatków, gdy państwa na to nie stać, obiecuje obniżanie (lub nie
      podwyższanie) podatków, gdy państwa na to nie stać
      W"Gazecie Świątecznej" Witold Gadomski zarzucił mi "psucie języka", bo pomysły
      Forum Obywatelskiego Rozwoju, by problem przyszłorocznego budżetu rozwiązać,
      tnąc wydatki, zamiast podnosić podatki, określiłem jako populistyczne.

      Wiedziałem, że dla wielu osób będzie to szokujące. Ale populistyczne może być
      nie tylko zwiększenie lub utrzymanie wydatków ponad stan, ale też obniżanie
      podatków poniżej koniecznego poziomu lub miraże zmniejszania wydatków, których
      zmniejszyć się nie da.

      Wśród publicystów, ekonomistów i polityków określających się jako liberalni,
      stąpający po ziemi obrońcy kapitalizmu i odpowiedzialnego budżetu, nurt
      populistyczny jest od lat potężny. Liberalni populiści są "świętymi mikołajami"
      w nie mniejszym stopniu niż populiści lewicowi. Mamili nas hasłem 3 x 15, ale
      nigdy nie pokazali, ile by to dało budżetowi i jakby się on domknął. Głosili
      "tanie państwo" jako lek na deficyt, ale nie policzyli, o ile może być tańsze
      bez wydłużania kolejek, większych dziur w drogach i hamowania rozwoju.
      Zmniejszyli składkę rentową, co znaczy, że więcej dokłada budżet, na który też
      my się składamy i który się dodatkowo (w tym roku o około 26 mld) zadłuża.

      Populizm liberalny tym tylko różni się od lewicowego, że zamiast obiecywać
      zwiększanie wydatków, gdy państwa na to nie stać, obiecuje obniżanie (lub nie
      podwyższanie) podatków, gdy państwa na to nie stać. Tak czy inaczej, w naszych
      kieszeniach ma być więcej pieniędzy, co jest ogółowi miłe, a skutkiem jest
      złamanie równowagi budżetu, nadmierne zadłużanie państwa, zaniechanie
      rzeczywistych reform.

      Gdy populistyczne pomysły stają się ciałem, przez chwilę jest miło, a potem
      trzeba płacić z nawiązką. Populiści - liberalni i lewicowi - są jak zakochani:
      nie liczą. Chcą, byśmy żyli mrzonkami. Taki charakter mają wsparte przez
      Gadomskiego propozycje FOR.

      Kilka dni temu mity liberalnego populizmu zdewastował w"Gazecie" prof. Dariusz
      Filar - znany jako liberał i raczej jastrzębi członek poprzedniej RPP. Filar
      policzył, ile w 2011 r. można zaoszczędzić na zmianach proponowanych m.in. przez
      FOR: na KRUS - 100 mln, na becikowym góra 150 mln, zasiłki pogrzebowe - 360 mln.
      Emerytury mundurowe - 0 (korzyści po roku 2030). To nic przy wielomiliardowej
      dziurze. Wydłużenie wieku emerytalnego może mieć znaczenie, ale też nie
      rozwiązuje problemu. Dlatego Filar proponuje jednolity VAT, co uprości podatki i
      (po wyrównaniu dla biednych) da z 10 mld zł.

      Gadomski twierdzi, że hasło "lewicowych intelektualistów" brzmi: "Podatki dobre,
      równowaga budżetowa zła". To jest kłamstwo, bez związku z krytyką pomysłów FOR.
      Jak Gadomski zakwalifikuje prof. Filara, który krytykuje zmniejszenie podatków i
      chce ich dalszego zwiększenia, by ratować budżet?

      Długookresowa równowaga budżetu to oczywista konieczność. Pytanie: Co i kiedy
      możemy uzyskać po wydatkowej, a co po dochodowej stronie budżetu? Realiści
      szukają sposobów, by się do równowagi zbliżyć. Populiści snują ideologiczne
      mrzonki. Prof. Filar policzył np., że 900 tys. z 1,5 mln gospodarstw rolnych ma
      miesięczny dochód poniżej 1000 zł. Nie trzeba być "lewicowym intelektualistą",
      by wiedzieć, że ich podatki i składki nie uratują budżetu. I trzeba być
      populistą, by twierdzić inaczej.

      Dla populistów liczby ani realne możliwości i skutki nie mają jednak znaczenia.
      Na konferencji prasowej FOR twierdził np., że podniesienie wieku emerytalnego w
      2011 r. da 5 mld zł, a po kilku dniach podał, że o połowę mniej. Każdy się może
      mylić. Ale czy 2,6 mld też starczy zamiast podniesienia przyszłorocznych
      podatków? Tu FOR i Gadomski milczą, bo musieliby postawić niedopuszczalne dla
      liberalnego populisty pytanie, czy po nieprzemyślanej obniżce podatków nie jest
      konieczna podwyżka. Lekcja liberalnych populistów brzmi: "Podatki są złe. Reszta
      się nie liczy". Ten populizm - jak każdy - trzeba nazywać i pokonać. Inaczej
      grozi nam życie mrzonkami i katastrofa państwa.

      wyborcza.pl/1,75968,8254964,Rzeczywistosc_i_ideologicznosc.html
    • diabollo Kowalik: Cięciobsesja 20.08.10, 00:07
      Kowalik: Cięciobsesja: Tadeusz Kowalik*

      Stary Człowiek Hemingwaya był rybakiem - virtuoso. Jeśli ujawnił słabość, to w
      niedocenieniu przemożnej siłydestrukcyjnej rekinów. (P.Baran).

      Krzyżem i deficytem

      Ekonomiści rzadko mogą się cieszyć ze skutków kampanii wyborczych. Nawet jeżeli
      wymuszają one zmiany pożądane, to z reguły są źle przygotowane, obudowane
      wątpliwą, przesadną, jednostronną argumentacją. Przecież to głównie wtedy władcy
      przypominają sobie o utytułowanych doradcach. Tyle że potrzebują ich jak, pijany
      latarni: nie dla światła, lecz oparcia. Tym razem, w Polsce stało się inaczej.
      Prawie wszystkie kraje Unii Europejskiej od wielu miesięcy przeżywają kolejną
      cięciomanię. Nawet ultrakonserwatywny „Wall Street Journal Europe” (28.05.90)
      już wiosną ironizował na temat ostatniej „europejskiej mody”: Nobody wants to
      miss the cutting (Nikt nie chce stracić okazji do cięć).

      Polski rząd natomiast postępuje ostrożnie. Władze polskie, choćby chciały
      uczestniczyć w europejskim chórze mody, nie mogły sobie pozwolić, by przed
      głównymi starciami wyborczymi skonfliktować różne grupy społeczne. Nawet
      zapowiedziana podwyżka VAT nie jest krokiem radykalnym, choć można się
      zastanawiać czy już teraz potrzebnym. Gdy prasa donosi, że: „USA i Euroland
      dostają zadyszki” (GW.13.08.90), lub podobnie: „Globalna gospodarka zamiast
      rosnąć, zaczyna hamować” (DGP.13-15.08.90), a i gospodarka polska daje sygnały
      różne, to powstaje pytanie, czy to dobry czas na ograniczanie popytu krajowego.
      Podwyżka VAT-u broniłaby się, gdyby gospodarki zachodnie i polska znalazły się
      na linii niezagrożonego wzrostu. Jest jednak inaczej. A jeśli już zdecydowano
      się na ten nieortodoksyjny krok we wczesnej fazie niepewnego ożywienia, to
      należało go zrównoważyć przynajmniej symbolicznymi sygnałami stymulującymi
      wzrost. Na przykład, nieco podnosząc skandalicznie niskie nakłady na badania i
      rozwój.

      Ogólnie, byłoby oczywiście lepiej, gdyby, choćby powoli, zaczęto przywracać
      progresywny podatek dochodowy, prawie zlikwidowany przez do cna zakłamaną „IV
      Rzeczpospolitą”. Gdyby ograniczono korzystanie wolnych zawodów i
      samozatrudnionych z 19% stawki. Dobrze jednak, że zdjęto choć część anatemy z
      podnoszenia podatków.

      Władza znajduje się w trudnej sytuacji. Być może najpoważniejszym problemem
      gospodarczym Polski jest obsesja mediów, które prowadzą zmasowany atak na
      władzę, domagając się radykalnej reformy finansów publicznych, a przede
      wszystkim strasząc syndromem greckim, mieczem Damoklesa długów. Nawet prasa
      lewicująca nie wyłamała się z tej obsesji. We władze bije się nie tylko krzyżem,
      lecz także deficytem i długiem. Ekonomię, wiedzę fachową reprezentują głównie
      rzecznicy prasowi banków-córek. Jeśli gazety odwołują się do „wiedzy
      ekonomistów”, to ich właśnie mają na myśli. A żeby głos ich brzmiał donośniej
      nazywa się ich głównymi ekonomistami. Nie dziwię się, że podenerwowany premier
      połajał tych właśnie ekonomistów. Ale i nie współczuję mu, gdyż ekonomicznym
      działaniom rządu brak transparentności. Dawniej, pewnym forum dla publicznie
      dostępnych analiz i debat były kolejne rady ekonomiczne, działające z zasady
      przy otwartej kurtynie. Tymczasem obecnie nic takiego nie istnieje. Rząd Tuska
      nie powołał niczego na miejsce uśmierconej przez rząd Kazimierza Marcinkiewicza
      Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów.

      Neoliberalne państwo opiekuńcze

      Wspiera tych ekonomistów Forum Rozwoju Obywatelskiego z Leszkiem Balcerowiczem,
      który staje się uciążliwym sojusznikiem bardziej pragmatycznych liberałów. Bo
      tylko on, ze straceńczą odwagą, mówi wyraźnie, co rozumie przez reformę finansów
      publicznych: cięcia wydatków socjalnych. Zauważmy, że od lat Polska ma jeden z
      najniższych w UE udziałów w PKB wydatków na (poza emerytalno-rentowym)
      zabezpieczenie społeczne - na tradycyjną pomoc socjalną, na świadczenia dla
      dzieci, na zasiłki dla bezrobotnych, na pomoc mieszkaniową. Chyba przez całe dwa
      dziesięciolecia miała najniższy udział wydatków na aktywną politykę walki z
      bezrobociem. Na te niechlubne rekordy Polski wskazuje jeden z najlepszych
      naszych specjalistów od zabezpieczenia społecznego, długoletni pracownik
      Międzynarodowego Biura Pracy, Krzysztof Hagemejer.

      Powstaje pytanie, skąd zatem biorą się przekonania, że w Polsce państwo
      opiekuńcze jest nadmiernie rozbudowane? Leszek Balcerowicz powiedział w odczycie
      dla Polskiej Rady Biznesu, że „jeżeli spojrzymy na Polskę, to zauważymy, że
      wskutek zablokowania wielu reform – mamy obciążenia dużo większe niż Szwecja,
      Dania, Niemcy, Francja, wówczas, gdy osiągały zbliżony do naszego poziom dochodu
      na mieszkańca (…wink Rozbudowane państwo socjalne jest wynikiem złej i niemoralnej
      polityki. Jego zwolennicy i twórcy nie mają prawa do okazywania moralnej
      wyższości wobec tych, którzy się im przeciwstawiają. Przeciwnie, zasługują na
      moralne potępienie”.

      Nawet wtedy, gdy Balcerowicz nie mija się z faktami, manipuluje nimi. Udział
      wydatków państwa w PKB na zabezpieczenie społeczne jest w Polsce rzeczywiście w
      okolicach średniej współczesnej Unii Europejskiej. Dzieje się tak dlatego, że,
      po pierwsze, udział wydatków na emerytury i renty jest bardzo wysoki, ponieważ
      obie te pozycje skrywają licznych bezrobotnych. A była to świadoma polityka
      rządu, gdy gospodarką kierował Leszek Balcerowicz. I dlatego głównie - to po
      drugie - liczba osób żyjących z kasy państwowej jest bardzo duża. Jest to po
      prostu odwrotna strona faktu, że mamy stopę zatrudnienia najniższą w Unii
      Europejskiej. Reszta jest na garnuszku państwa. To właśnie nazwaliśmy razem z
      Mieczysławem Kabajem w sporze z („dawnym”wink Jeffreyem Sachsem „neoliberalnym
      państwem opiekuńczym”. Fałszywym tropem zmierzano do minimalnego państwa. Skutek
      był odwrotny do zamierzonego.

      Warto tu zauważyć, że bezrefleksyjne odwoływanie się Balcerowicza do poziomu
      wydatków krajów wysoko rozwiniętych z lat 50. i 60. jest także z innych względów
      wątpliwe. Bo dopiero w ciągu ostatnich paru dziesięcioleci kapitał ludzki stał
      się decydującym czynnikiem wzrostu gospodarki. A wówczas nawet samego pojęcia
      jeszcze nie znano. Szkoda zatem, że to nie ten czynnik – duże inwestycje w
      kapitał ludzki  –  sprawił, iż w Polsce udział transferów społecznych jest
      względnie wysoki. Na miejscu Balcerowicza byłbym ostrożny z zadawaniem pytania:
      kto zasługuje „na potępienie moralne”. Wystarczy bowiem przypomnieć następujący
      fakt. W Ministerstwie Finansów, którym kierował autor tych słów, opracowano na
      początku 1990 r. scenariusz rozwoju gospodarki polskiej zakładający, że jeszcze
      u progu bieżącego stulecia (a więc przez całe dziesięciolecie) stopa bezrobocia
      miała wynosić 16%. Nie zablokowanie więc reform, jak twierdzi Balcerowicz, lecz
      dość dokładne ich wykonanie stworzyło podwaliny pod to, co teraz wywołuje
      oburzenie Balcerowicza.

      ________________

      *Tadeusz Kowalik (ur. 1926) – ekonomista i działacz społeczny. Profesor nauk
      humanistycznych i ekonomicznych w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN oraz Wyższej
      Szkole Społeczno-Ekonomicznej w Warszawie.

      www.krytykapolityczna.pl/Opinie/KowalikCieciobsesja/menuid-1.html
    • diabollo Ja pierdolę... 13.09.10, 19:22
      ... no sami poczytajcie:

      *******************
      OFE to przemiał papierów, a nie tworzenie bogactwa
      Z prof. Leokadią Oręziak* rozmawia Jan Smoleński

      Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Jeszcze kilka lat temu krytykowanie zmian systemu emerytalnego, przyjętych w 1999 roku przez rząd AWS-UW, było ucinane oskarżeniami o populizm. Dzisiaj już nawet osoby z rządu Platformy Obywatelskiej, której członkowie wywodzą się z AWS lub UW, przyznają, że „reforma” nie spełniła swoich założeń. Dlaczego w ogóle zmiany w systemie emerytalnym zostały przyjęte?

      Prof. Leokadia Oręziak*: Głównym celem było – a tak przynajmniej deklarowano – zapobieżenie negatywnym tendencjom demograficznym. Istniały obawy, że na skutek zmniejszania się liczby ludzi w wieku produkcyjnym za jakiś czas okaże się, że w budżecie zabraknie pieniędzy na wypłaty emerytur. Postanowiono znaleźć jakiś sposób, który mógłby przeciwdziałać tym negatywnym skutkom dla budżetu, zapewniając jedno jakoby bezpieczne źródło emerytury. I to był główny pomysł. Mówiono też, że ukryty dług emerytalny państwa jest tak wielki, że należy go wyciągnąć na światło dzienne. Wtedy politycy nie mogliby nim manipulować, a ludzie wiedzieliby, jakie są te zobowiązania. Postanowiono ujawnić ten ukryty dług emerytalny. Prawda natomiast jest taka, że wprowadzone rozwiązanie nie poprawia sytuacji demograficznej, wręcz przeciwnie, jest źródłem wielu zagrożeń, a dla emerytów stanowi wielką fikcję, żeby nie powiedzieć oszustwo.

      Natomiast bezpośrednim impulsem do zmian był chyba pomysł, który się wyłonił w ramach Banku Światowego na początku lat 90. XX wieku. Miał on niby zapobiegać problemom z wypłatami emerytur w przyszłości. Wydaje mi się, że to był taki innowacyjny pomysł, jak zapewnić instytucjom finansowym (międzynarodowym bankom i towarzystwom ubezpieczeniowym) dochody, opodatkowując całe państwa i stwarzając przy tym bardzo atrakcyjną, ale nieprawdziwą wizję emerytury pod palmami. Nie chcę twórcom tej „reformy” zarzucać złych intencji, chciałabym wierzyć, że wprowadzając te rozwiązania kierowali się dobrem emerytów, ale nie jest to łatwe. W czasach, kiedy przyjmowano ustawę o otwartych funduszach emerytalnych, w Polsce nie było takiej wrażliwości na lobbystów, nikt tego nie kontrolował i przypuszczam, że lobbyści mogli wtedy krążyć i zgłaszać swoje uwagi do ustawy. Wszystko zaczęło się niewinnie.



      Od reklam kończących się przyśpiewką „wesołe jest życie staruszka”.

      Oczywiście. Nie chodziło nawet o to, żeby zdobyć ich poparcie, ponieważ zmiany w systemie emerytalnym wprowadzono bez publicznej debaty. To była właściwie jednostronna, bardzo oględna prezentacja, bez pokazania, na czym ten nowy system ma polegać i jakie ma nieść skutki. W świetle dzisiejszej wiedzy było to wprowadzenie w błąd wielkiej masy ludzi. Dzisiaj oczywiście trudno się do tego przyznać, ponieważ zmiany wprowadzał rząd Jerzego Buzka, który pełni dziś ważną funkcję w Parlamencie Europejskim. Brutalna prawda jest taka, że jest to system, który jest dla naszego kraju bardzo niekorzystny, przybliża nas konsekwentnie do niewypłacalności.


      W jaki sposób?


      Jest to system, który tworzy dług. Wypadałoby zacząć od takiego stwierdzenia, że już w 1999 roku mieliśmy deficyt budżetowy. Mimo to wprowadziliśmy wówczas system kapitałowego oszczędzania na emerytury, który powoduje, że jako państwo ciągle musimy pożyczać pieniądze, żeby zaoszczędzić. Nasze państwo pożycza pieniądze na jakieś 6 proc., bo na tyle oprocentowane są nasze papiery skarbowe, a lokuje na jakieś 2-3 proc. Taki sposób postępowania jest bardzo niegospodarny.



      Na czym polega to pożyczanie?



      Od naszych wynagrodzeń odprowadzana jest składka na ZUS. Wynosi ona 19,52 proc. naszego wynagrodzenia. Z tego 12,22 proc. zostaje w ZUS, a 7,3 proc. trafia do otwartych funduszy emerytalnych. Gdyby te pieniądze nie trafiały do OFE, ZUS mógłby je wykorzystać na bieżące płatności emerytur, rent i innych świadczeń. To też by nie rozwiązało problemu deficytu ZUS, ponieważ nie jest to system samowystarczalny, ale Zakład dysponowałby ponad 20 miliardami złotych rocznie więcej. Tej sumy brakuje w finansach publicznych, więc państwo musi te pieniądze pożyczyć. Pożyczamy już tak od ponad 10 lat, ponadto powstaje dodatkowe zadłużenie wynikające z obsługi długu. W oficjalnym piśmie Ministerstwa Finansów czytamy, że pod koniec 2009 roku skumulowany koszt OFE dla budżetu wyniósł 14,7 proc. PKB. Tyle OFE stworzyły skumulowanego długu! Do roku 2060 tylko z tytułu istnienia OFE dług publiczny wyniesie 94 proc. PKB. Obecnie dług publiczny Polski przybliża się do zapisanego ustawowo progu ostrożnościowego 55 proc. PKB. Gdyby nie OFE, dług ten wynosiłby około 40 proc. Zbliżamy się też do konstytucyjnego progu długu, który wynosi 60 proc. PKB. Rząd odpowiada na to podwyżką podatku VAT, cięciem wydatków budżetowych (obydwa te rozwiązania uderzają w najmniej zamożnych), ale OFE nie rusza, choć to fundusze właśnie są największym kreatorem długu.

      Oprócz tego nasz rząd wraz z kilkoma innymi krajami postanowił walczyć w Unii o zmianę sposobu księgowania długu. W rzeczywistości będzie to polegało na tym, że dług będzie rósł, ale będzie inaczej zapisywany, czyli ukrywany pod inną nazwą. To absurd, bo przecież otwarte fundusze emerytalne stworzono po to, żeby dług ujawnić. Jeśli rząd chce ukrywać dług, to należałoby wrócić do systemu sprzed 1999 roku, przynajmniej nie musielibyśmy ponosić opłat na rzecz powszechnych towarzystw emerytalnych (PTE). Miejmy też świadomość, że na naszym rosnącym długu bogacą się międzynarodowe instytucje finansowe, czyli banki oraz towarzystwa ubezpieczeniowe, będące akcjonariuszami PTE.

      Wiceminister finansów Ludwik Kotecki powiedział, że Polska wyglądałaby atrakcyjnie na tle innych krajów regionu , gdybyśmy nie stworzyli sobie tego garbu w postaci reformy emerytalnej. Można zatem powiedzieć, że rzekomy największy sukces rządu Profesora Buzka doczekał się takiej oceny, na jaką zasługuje. Pozwolę sobie zacytować jeszcze ministra Koteckiego: „Uważam, że nas nie stać na taki gadżet jak OFE, które niczego nie gwarantują. Nie tylko nie gwarantują, że emerytury będą wyższe, ale nawet mogą stracić wszystkie pieniądze i powiedzieć – sorry, takie były warunki rynkowe. Tak jest skonstruowana ustawa”. Kotecki jest zbyt optymistyczny. One nie powiedzą „sorry”, tylko upadną i znikną. Niedawny kryzys finansowy jest tego przykładem. Myślę jednak, że większość ludzi nie zdaje sobie z tego wszystkiego sprawy, bo przez media nie sposób się po prostu z tym przebić.

      CDN...
      • diabollo Re: Ja pierdolę... 13.09.10, 19:24
        Jedna z propozycji ws. OFE, która wyszła z kręgów rządowych mówi, że należy zamrozić wpłaty z ZUS na dwa lata. Co pani o tym sądzi?

        Przede wszystkim nie ma jednolitych propozycji rządowych. Jest propozycja Ministerstwa Pracy, zakładająca redukcję składki płaconej do OFE z 7,3 proc. do 3 proc. oraz zawieszenie pobierania tej składki na dwa lata. Natomiast druga propozycja wychodzi od zespołu współpracowników ministra Michała Boniego, w tym profesora Marka Góry i innych twórców „reformy” emerytalnej oraz zwolenników OFE, żeby nie powiedzieć lobbystów. Jest to pomysł na stworzenie trzech funduszy, inwestujących inaczej w zależności od wieku przyszłych emerytów. Pieniądze osób mających przejść na emeryturę niedługo byłyby inwestowane bezpiecznie, natomiast pieniądze osób młodych – bardziej ryzykownie, czyli w papiery, na których można więcej stracić, ale i więcej zyskać. Chodzi o to, żeby zmusić fundusze do konkurencji między sobą i powiązać wynagrodzenia z rentownością. Problem z tym rozwiązaniem jest taki, że ono nie rusza w ogóle obecnego systemu. To zmiana wyłącznie kosmetyczna. Jest to pretekst, żeby utrzymać fundusze emerytalne. Stworzy to pozór, że fundusze dobrze funkcjonują. Po niedawnym kryzysie finansowym trudno powiedzieć, że istnieją jakieś bezpieczne inwestycje. Obligacje skarbowe przestały być już takimi inwestycjami po tym, jak okazało się na przykładzie Grecji, że nawet wysoko rozwinięty kraj może stać się niewypłacalny.

        Ponadto zwiększenie konkurencji między funduszami i powiązanie wynagrodzeń z rentownością tylko narazi inwestowane pieniądze emerytów na jeszcze większe ryzyko. Jeśli powiąże się wynagrodzenia zarządzających pieniędzmi, czyli powszechnych towarzystw emerytalnych, z osiąganą rentownością ich polityki inwestycyjnej, to stworzy to zagrożenie, którego rozmiarów nie sposób przewidzieć. PTE wykorzystają, co się da, żeby tę rentowność podbijać: sztuczki księgowe, manipulacje papierami wartościowymi przed okresami rozliczeniowymi itd. Ale trzeba pamiętać, że to, co zarobią dla przyszłych emerytów fundusze emerytalne, jest odwracalne. Każdy następny kryzys może oszczędności zniwelować, tak jak ostatni kryzys w świecie zredukował wartość aktywów funduszy o 30, 40, a nawet 50 proc. Odrabianie strat zajmie sporo czasu, a wiadomo, że to nie był ostatni kryzys. Zyski z funduszy są odwracalne, natomiast nieodwracalne są opłaty (od składek, za zarządzanie aktywami) pobierane przez pośredników, czyli przez powszechne towarzystwa emerytalne i mające w nich większość udziałów międzynarodowe koncerny finansowe. Jest to dystrybucja dochodu narodowego na rzecz zagranicy trudna do zaakceptowania w większości krajów rozwiniętych.

        Unia Europejska w zeszłym roku wniosła przeciw Polsce pozew do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości za ograniczenia, jakie nałożone są na OFE przy inwestowaniu za granicą. Obecnie OFE mogą inwestować poza Polską jedynie 5 proc. aktywów. Według Unii narusza to zasadę swobodnego przepływu kapitału.

        O wyroku w tej sprawie jeszcze nie słyszałam, ale jestem pewna, że będzie o nim głośno, jak zostanie ogłoszony. Pamiętajmy, że zasada swobodnego przepływu kapitału jest zasadą traktatową, więc najpewniej Polska przegra tę sprawę. Zniesienie tego ograniczenia w praktyce będzie oznaczało, że w pogoni za rentownością OFE, na której tak zależy naszemu rządowi, towarzystwa emerytalne będą kupowały obligacje hiszpańskie, portugalskie lub irlandzkie, czy inne, które są wysoko oprocentowane. Będzie można się wykazać dobrymi wynikami, pobrać od tego wynagrodzenie, a potem, jak kraj faktycznie zbankrutuje, umywać ręce. Jak widzimy na przykładzie Grecji, faktyczna niewypłacalność wysoko uprzemysłowionego kraju jest możliwa, choć jeszcze niedawno wydawało się, że państwa nie mogą zbankrutować. Poza tym bardzo wiele krajów wysoko uprzemysłowionych ze Stanami Zjednoczonymi na czele jest bardzo zadłużonych i niemożliwe jest, żeby wszystkie te długi pospłacały. Najpewniej nie powiedzą wprost, że nie wykupią obligacji, ale zastosują inne sztuczki, by od tego długu się wykręcić, na przykład podnosząc inflację. Tak więc posiadanie wysoko oprocentowanych obligacji jest złudzeniem bogactwa.

        Wbrew zapewnieniom ze strony zwolenników OFE, aktywa finansowe w postaci papierów wartościowych bardzo często nie wytrzymują próby czasu. W długim okresie, papiery wartościowe – i dłużne, i udziałowe, czyli akcje – są nieodporne na inflację i kryzysy finansowe. Na przestrzeni 40 lat, bo tyle mniej więcej oszczędza się na emeryturę, może przydarzyć się kilka poważnych kryzysów finansowych i wiele mniejszych, które mogą poważnie uszczuplić oszczędności. Trzeba sobie uświadomić, że przy inwestycjach w akcje nie jest uprawnione powoływanie się na szeregi czasowe z przeszłości. To że – dajmy na to – w jakichś latach na akcjach zarabiało się sporo, nie oznacza, że przez następne lata również będzie się zarabiać.

        Zazwyczaj mówi się, że na akcjach w długim okresie nie da się stracić.

        Indywidualny inwestor, przy dobrej strategii i w krótkim okresie może się wzbogacić, ale w przypadku OFE są to wielkie sumy pieniędzy wielkiej liczby ludzi. Tutaj działają inne prawidłowości statystyczne. W długim okresie nie da się zarobić więcej niż wzrost wartości produktu krajowego brutto. Akcje są odzwierciedleniem wzrostu gospodarczego i same w sobie nie tworzą bogactwa, są wyrazem realnej działalności ludzi. W praktyce jednak OFE nie mają szansy przynieść tyle zysku, ile wynosi PKB, ponieważ pobierane są różne opłaty. Jak się to potrąci od tego skumulowanego PKB, to zostanie przyszłemu emerytowi jakaś resztka. Ten system nie gwarantuje wysokich emerytur, to, co zapewnia, to dochody dla banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Realnego bogactwa, z którego będziemy mogli żyć na emeryturze, nie da się stworzyć poprzez przemiał papierów.

        Ale to tylko jeden problem wynikający ze zniesienia tych ograniczeń na inwestowanie za granicą. Drugi jest taki, że jak na razie, OFE kupują polskie obligacje. Natomiast, gdy ograniczenie zostanie zniesione, Polska będzie musiała podnieść oprocentowanie swoich obligacji, by były atrakcyjniejsze od obligacji innych krajów, a tym samym zadłużyć się jeszcze bardziej. Ale nawet gdyby zostały w portfelach przyszłych emerytów polskie papiery dłużne, to te obligacje skarb państwa będzie musiał wykupić, gdy będziemy przechodzić na emeryturę. Jeśli oczywiście oczywiście pozwoli na to sytuacja demograficzna i budżetowa.

        Mówi się, że to właśnie problemy z demografią będzie miał ZUS, ale nie OFE.

        Emerytura z OFE jest bardzo silnie uzależniona od sytuacji demograficznej. Na portfele przyszłych emerytów składa się komponent tzw. bezpieczny – o ile istnieją w ogóle bezpieczne papiery wartościowe – czyli obligacje, które będzie musiał wykupić rząd. Będzie mógł to zrobić jedynie z pieniędzy uzyskanych dzięki podatkom: nie dość, że musieliśmy płacić składki, to potem czeka nas najpewniej podwyżka podatków, by wykupić własną emeryturę. Natomiast, jeśli będzie za mało osób pracujących i płacących podatki, to nie będzie pieniędzy, żeby te obligacje wykupić. Nie oszukujmy ludzi, że oszczędności w OFE to prawdziwe bogactwo.

        Te 15 miliardów złotych z tytułu pobranych przez PTE opłat od składek w ciągu ostatnich 11 lat, trzeba było przeznaczyć na budowę żłobków i przedszkoli oraz inne ułatwienia dla młodych rodziców, by zachęcić ludzi do posiadania dzieci.

        CDN...
        • diabollo Re: Ja pierdolę... 13.09.10, 19:25
          Zwolennicy OFE mówią, że nie należy likwidować OFE, bo one mogą być inwestorami w prywatyzowanych przedsiębiorstwach. W ten sposób – podobno – mielibyśmy nadrobić braki budżetowe.

          Po pierwsze prawie wszystko zostało już sprzedane. Po drugie jak popatrzymy na faktyczny proces prywatyzowania, to odbywa się on zawsze pod silną presją deficytu budżetowego. Zatem nierzadko rząd musi prywatyzować szybko, za niewielkie pieniądze i to przedsiębiorstwa strategiczne, ważne dla bezpieczeństwa państwa. Ale przecież ten deficyt jest również wynikiem istnienia OFE! Gdyby nie OFE, to nie trzeba by było tak na gwałt prywatyzować. To jest błędne koło. Na skutek istnienia OFE musimy – często pochopnie – prywatyzować i liczyć, że OFE łaskawie kupią jakieś akcje. Po trzecie trzeba pamiętać, że tego rodzaju fundusze inwestycyjne nie są aktywnymi inwestorami dbającymi o dobro przedsiębiorstwa, tylko kupują akcje po to, by je potem z zyskiem sprzedać. Taka jest uroda tych instytucji. Przeczy to idei prywatyzacji, która założenia ma sprzyjać poprawie zarządzania przedsiębiorstwem.

          W propozycji ministerstwa pracy pojawiły się też postulaty, by obniżyć prowizje pobierane przez towarzystwa emerytalne. Fundacja Obywatelskiego Rozwoju w jednym ze swoich raportów powołuje się na obliczenia firmy Ernst&Young, według których lepiej jest zwiększyć stopę zwrotu o 1 proc.

          Tak jak ze zwiększaniem rentowności na siłę – to tylko zwiększy ryzyko i większe zagrożenie dla bezpieczeństwa funduszy. Ale nawet jeśli opłaty zostaną zmniejszone, to nie zmieni to sytuacji, że nadal będziemy oszczędzać z długu.

          Pozostaje również pytanie o to, kto opłaca wyliczenia i ekspertyzy.

          Udziałowcami E&Y są towarzystwa ubezpieczeniowe.

          Należy podkreślić, że tzw. niezależni eksperci, wynagradzani w różny sposób przez instytucje finansowe, m. in. z tytułu udziału w radach nadzorczych PTE, są po prostu lobbystami i jeśli chcą uczestniczyć w procesie tworzenia prawa to powinni zarejestrować się jako lobbyści, by było wiadomo, czyje interesy reprezentują. Dotyczy to także twórców OFE, którzy nie powinni brać udziału w reformowaniu systemu. Absurdalne jest też powierzenie przygotowania zmian w ustawie samym powszechnym towarzystwom emerytalnym. Miejmy nadzieję, że polskie państwo jest jeszcze na tyle suwerenne, że nie musi dostosować się do zmian, które przygotują zagraniczne centrale udziałowców PTE. Ponieważ chodzi o ogromne pieniądze publiczne społeczeństwo ma prawo wiedzieć, kto ostatecznie zadecyduje o przyszłości OFE.

          W jednym ze swoich artykułów postulowała pani likwidację OFE jako najlepsze rozwiązanie, ale teraz jest ono chyba niewykonalne. Co w takim razie w obecnej sytuacji?

          Zawiesić wpłaty do OFE na dwa lata, a najlepiej na pięć. Być może w tym czasie system sam się rozpadnie, a że musi się rozpaść – to jest pewne. Najlepiej byłoby go zlikwidować jak najszybciej.

          Należy też zadać pytanie, dlaczego tak trudno nam się z tej kosztownej i niebezpiecznej sytuacji wyplątać. Instytucje finansowe traktują najwyraźniej dochody w postaci opłat za członkostwo i obracanie aktywami jak prawo nabyte i nie chcą z nich zrezygnować, więc trudno się z tego wycofać. Obawiam się, że póki nie przyjdzie jakiś dramatyczny kryzys zadłużenia, to ten system – ryzykowny i kosztowny – będzie funkcjonował.




          *Leokadia Oręziak – profesor zwyczajny w Szkole Głównej Handlowej oraz Wyższej Szkole Handluj i Prawa i im. R. Łazarskiego. W SGH kieruje Studium Doktoranckim w Kolegium Gospodarki Światowej, jest również kierownikiem Zakładu Finansów Przedsiębiorstw i Ubezpieczeń. Specjalistka z dziedziny finansów międzynarodowych, rynku finansowego oraz integracji europejskiej.

          www.krytykapolityczna.pl/Wywiady/OreziakOFEtoprzemialpapierowanietworzeniebogactwa/menuid-1.html
          • grzespelc Nihil novi 13.09.10, 22:47
            Nie ma się co podniecać. Sprawa znana od czasu krachu systemu emerytalnego w Chile. Tak naprawdę chodziło o pobudzenie gospodarki przez wpompowanie kasy na rynki. To się udało w RFN po wojnie. Niby z przypadku chilijskiego wyciągnięto wnioski, stosując różne ograniczenia, które teraz właśnie PTE chcą znieść, bo akurat im one potrzebne nie są, tylko przyszłym emerytom. Tylko z prowizjami przegięli, te 10% na początku to mocna przesada, koszty ZUS-u wynoszą 2-3%. Ogólnie i tak wiadomo, że wszystko zależy od tego, czy przejdziesz na emeryturę w hossie czy w kryzysie, ale przymusu emerytalnego nie ma, każdy może wybrać, więc sprawa prosta - osiągniesz wiek emerytalny, to czekaj, na szczyt giełdy i wtedy na emeryturę.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka