Dodaj do ulubionych

Kraina godności

24.01.11, 08:09
Fragment:

Jarosławowi Kaczyńskiemu to nie wystarcza, on chce pełnej odpowiedzialności Rosjan, a najlepiej zamachu. Rafał Ziemkiewicz w „Rzeczpospolitej” za to go krytykuje. Rację ma w tym sporze Kaczyński, rację polityczną w sensie, jaki pojęciu polityczności nadali wszyscy prawo-lewicowi piewcy zdrowej, politycznej przemocy. Choćby nawet egzekwowanej w imię „mężnego” (to od archaicznego słowa „mąż”, czyli w nomenklaturze współczesnej „samiec alfa” albo uparcie pretendujący do „alfa”wink politycznego nihilizmu. Dlaczego? Otóż nawet obiektywnie przedstawiona i zaprezentowana światowej opinii publicznej suma błędów i niedociągnięć rosyjskich i polskich jako przyczyna katastrofy smoleńskiej nadal nie składa się na smoleński mit. Nadal nie czyni Lecha Kaczyńskiego wielkim polskim wodzem, który tak boleśnie pogromił Rosję w Europie, Azji, a nawet w Możejkach, że został przez Rosję skrytobójczo zabity, co zaprowadziło go słusznie do wawelskiego Panteonu największych Polaków. Do smoleńskiego mitu nie jest potrzebny naukowy dozomierz z polskimi i rosyjskimi błędami, do smoleńskiego mitu potrzebna jest męczeńska śmierć prezydenta i politycznej elity kraju w zamachu zorganizowanym przez Putina za wiedzą Tuska, albo przez Tuska za wiedzą Putina, albo przez obu za zgodą i wiedzą wzajemną i Angeli Merkel. Nic mniejszego nie zadziała, w oparciu o nic mniejszego nie można żądać oddania władzy przez zwyciężającą w kolejnych wyborach Platformę przegrywającemu w kolejnych wyborach PiS-owi. W oparciu o nic mniejszego nie można zrobić także wody z mózgu znacznej części polskiego społeczeństwa i polskich elit - szczególnie medialnych. W oparciu o nic mniejszego nie można zdestabilizować polskiego państwa (czyli „Trzeciej RP”wink. A wersja katastrofy smoleńskiej, o którą ewentualnie Polska mogłaby walczyć - wspólne polsko-rosyjskie błędy i cywilizacyjne niedociągnięcia - nie wystarcza nawet na uzasadnienie pochowania Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.



Do 4 lipca 2010 Ziemkiewicz wraz z całą redakcją „Rzeczpospolitej” sam wierzył w skuteczność smoleńskiego mitu, później w tę skuteczność wraz ze znaczną częścią redakcji „Rzeczpospolitej” zwątpił. Kaczyński nie zwątpił, bo ma inne kryteria skuteczności. Dla Ziemkiewicza skuteczność to szybkie, najlepiej natychmiastowe zwycięstwo wyborcze Kaczyńskiego lub PiS-u, ocalenie przez zwycięski PiS pasm Ziemkiewicza w TVP S.A. i radiu publicznym przed „siłami postępu” (nie wiem, co medialna koalicja PO, PSL i SLD ma wspólnego z postępem, ale u byłych UPR-owców „siły postępu” to taki slang wtłoczony im kiedyś do mózgu przez Krajowego Mistrza w Brydżu Janusza Korwin-Mikke ) albo nawet tych pasm poszerzenie, a wreszcie pognębienie „salonu” (to także był chyba jeszcze wynalazek językowy Korwina). Kaczyński pasma Ziemkiewicza w telewizji i radiu publicznym chrzani, chrzani też karierę menedżerską Pawła Lisickiego. On tych ludzi traktował jako środki do celu, podczas gdy oni w oczywisty sposób skłonni są traktować samych siebie jako cele absolutne (redakcja „Rzeczpospolitej” jako postulowane przez Kanta „królestwo celów”?). A „salon”? Kaczyński wie doskonale, że „salon” zostanie pognębiony najbardziej nie wówczas, kiedy on sam stanie się „rozsądny” w rozumieniu Lisickiego i Ziemkiewicza po 4 lipca, ale kiedy pozostanie silny w polskiej polityce, narzucając jej swój język i swoje standardy, przerażając „salon” możliwością swojego powrotu do władzy.



W polemice pomiędzy Ziemkiewiczem i Kaczyńskim tak po ludzku (arcyludzku) rację ma Ziemkiewicz, bo po co trwonić publicystyczną wiarygodność i wylatywać z roboty wspierając „wariata” gadającego wciąż o zamachu „na brata” (syndrom „obywatelskiej poezji” Wencla/Rymkiewicza/Trznadla zagraża nam wszystkim). Ale politycznie rację ma Kaczyński, któremu do dalszego terroryzowania polityki polskiej wystarczy choćby stu posłów, a kto wie, czy dzięki smoleńskiemu mitowi nie będzie ich znowu miał więcej, a może nawet faktycznie nie odzyska udziału we władzy.



Choćby zatem Tusk z Millerem nawet wyruszyli na Moskwę, aby szczerbiąc miecze o kremlowską bramę doprowadzić do „uzupełnienia raportu MAK” („za późno”, później, niż by to zrobili Schetyna i Gowin), to i tak będzie to właśnie „coś mniejszego”, zdecydowanie zbyt małego, aby starczyło Kaczyńskiemu na skuteczny mit. Zatem w Smoleńsk - i to na warunkach Kaczyńskiego - będziemy się bawić dalej, co najmniej do wyborów parlamentarnych. A jak ich Kaczyński nie wygra (wówczas co prawda postawiłby pomnik smoleński wielkości Pałacu Kultury, pełen rozmaitych animacji jak Muzeum Powstania Warszawskiego, po czym jednak zająłby się choćby próbami rządzenia) albo nie przegra z kretesem (obie te skrajności są dziś stosunkowo mało prawdopodobne), to będziemy się męczyć dłużej. Smoleńskiem będą wypełnione programy informacyjne i publicystyczne, a także spora część agendy bieżącej polityki polskiej. Dalej będziemy obserwować miesięcznice na Krakowskim Przedmieściu i trzymiesięcznice w Łodzi (bo „masakra łódzka” to jednak coś politycznie mniej funkcjonalnego niż „masakra smoleńska”, wedle matematycznej diagnozy Kaczyńskiego dokładnie trzy razy mniej). Nawet wynik jesiennych wyborów jest w tej sytuacji zagadką, bo przecież nie wiemy, czy latem nie spadnie w Polsce kometa, nie wyleją rzeki albo szyny kolejowe nie roztopią się od 25-stopniowego upału, bo nasi oligarchowie, zamiast ze stali, wyprodukowali je z gumy (nie żebym czynił jakąkolwiek aluzję do Kulczyka albo do Tuderka). A Kaczyńskiemu wystarczy dwadzieścia procent (a może mieć więcej), żeby ta zabawa trwała dalej z podobną intensywnością.



Aleksander Smolar sformułował niedawno na łamach „Newsweeka” tezę, że „pierwszą merytoryczną opozycją” wobec rządu Tuska są dzisiaj ekonomiści, eksperci biznesu i liberalni dziennikarze próbujący rozliczyć premiera za OFE i deficyt budżetowy państwa. Ja akurat za to bym Tuska nie rozliczał, już prędzej za burackie kwiaty dla Grabarczyka, za inwestora z Kataru, za nieustanne udawane „ustawodawcze rewolucje październikowe”, za dopalaczowo-pedofilskie nagonki… i wiele innych przykładów piaru uniemożliwiającego choćby sformułowanie kryteriów modernizacji państwa, nie mówiąc już o ich egzekwowaniu. Ale także Aleksander Smole wie, że jego teza o „pierwszej merytorycznej opozycji” ekonomistów i ekspertów biznesu wobec rządu Tuska jest tezą raczej normatywną niż opisową. Kaczyński za pomocą mitu Smoleńska może zgromadzić elektorat pozwalający mu na nękanie Tuska, a nawet rzucenie go na kolana, podczas gdy Balcerowicz za pomocą zegara zgromadzić takiego elektoratu nie może. Zbyt z kolei skuteczne nękanie Tuska za pomocą zegara może pomóc Kaczyńskiemu, który z zegarem Balcerowicza zrobi potem to, co Wałęsa proponował kiedyś zrobić z termometrem.



Kaczyński jest przekonany, że tylko on potrafi rządzić tym państwem, że tylko w jego ręku władza nad Polską się nie marnuje, że w związku z tym władza w każdym innym rękach jest uzurpacją. W tym kontekście „okradzenie go” w latach 2005-2007 przez Tuska z ciężko wywalczonej władzy jest zbrodnią stanu, za którą Tusk musi zostać kiedyś rozliczony. Tusk faktycznie nie był najsympatyczniejszy w opozycji, ale Kaczyński przelicytował go pod każdym względem. Po wielu politycznych porażkach dotarł do ściany: aby móc rządzić państwem, musi je zniszczyć, co jednak produkuje ewidentny logiczny paradoks. Dla mnie nie do przejścia (oczywiście znam dialektykę, że trzeba zniszczyć Trzecią RP, aby móc rządzić Czwartą, ale w tę dialektykę nie wierzę).

<a href="
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Kraina godności 24.01.11, 08:16
      www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Krainagodnosci/menuid-291.html
      • grzespelc Re: Kraina godności 24.01.11, 23:53
        Dobra dość już tego, bo znowu się czuję, jak w krainie z powieści Gombrowicza. A może po prostu ten genialny pisarz napisał lustrzaną prawdę?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka