Dodaj do ulubionych

Królik gnostycki

03.03.11, 07:46
Królik gnostycki
Cezary Michalski

Fala opowieści o polskim papieżu narasta. Są tacy, którzy wierzą, że w okolicach 1 maja to będzie tsunami i wszystko wymiecie. Ocaleje tylko wielkie betonowe kasyno. W Biloxi nad Zatoką Meksykańską widziałem jedyny budynek, który przetrwał tam „apokalipsę” Katriny („apokalipsę”, jeśli wierzyć telewizyjnym misjonarzom z Południa). Było to trzydziestopiętrowe betonowe kasyno. Ponownie otwarło swe podwoje dosłownie parę tygodni po „apokalipsie” (telewizyjni misjonarze pojawili się tam zaraz po ponownym otwarciu), która oczyściła całą okolicę z domów i kościołów. O rany, zachowuję się jak jakiś powiatowy Wolter. Jedynym moim usprawiedliwieniem jest to, że zachowuję się tak jako konserwatysta w kraju, do którego konserwatystów oświecenie nigdy nie dotarło (a jak do jakiegoś konserwatysty kiedyś dotarło, i tak teraz ukrywa to przed „prawicowym ludem”wink.

Ale wróćmy do naszego świętego tsunami, które na pewno wszystko i wszystkich ze wszystkiego oczyści. Już śmierć papieża sporo oczyściła, tuż po niej doszło bowiem do zwycięstwa PO – PiS-u, a jak ono dla Polski okazało się zbawienne, to już wszyscy wiemy. Potem jeszcze mocniej oczyściła nas tragedia smoleńska… i tak dalej, aż tylko kasyna przetrwają w oczyszczonym ze wszystkiego, co bardziej skomplikowane, polskim pejzażu. Opowiada się o papieżu w „Gazecie Wyborczej” i w „Rzeczpospolitej”, w świeckich tygodnikach opinii i w pismach katolickich. Opowieści o papieżu tak dziwnie się przy tym wykluczają. O innym papieżu są opowieści z lat 80., o innym z lat 2000, o innym opowiadają biskupi Michalik, Libera i ich Marek P., o innym Popiełuszko (zza grobu, ale to nie jest przeszkodą przy tego rodzaju opowieściach, już nie mówiąc o tym, że jego opowieść zza grobu jest zdecydowanie sympatyczniejsza, niż opowieść żywego Marka P. i jego biskupów). Ktoś tutaj kłamie. A może problem jest jeszcze poważniejszy?

Papież służący wolności i papież służący zniewoleniu; Kościół służący jednemu albo drugiemu; religia służąca wolności i służąca zniewoleniu; Bóg wywrotowy, Bóg instrumentalny… Czy aby cała ta niekończąca się wyliczanka nie wskazuje, że nie uważam papieża, Boga, Kościoła za wartości absolutne? Czy nie uważam Objawienia za wartość absolutną? Ano nie uważam. Zbyt wielu jest Bogów, zbyt wiele Objawień i cudów (nawet Terlikowski chwali się paroma na wizji), żeby nie należało traktować ich jako tworów ludzkich, jako ludzkich interpretacji Boga…

Może zresztą Bóg to też słowo zbyt odważne. Zatem ludzka tęsknota, potrzeba wyjścia z ponurej „gospodarki natury” (cyt. za Simone Weil/Hannah Arendt) – potrzeba, która dla jednych może być potrzebą wyłącznie antropologiczną, dla innych „tęsknotą objawioną i człowiekowi wszczepioną” (cudzysłów dlatego, że to nie są moje słowa, a nie dlatego, że wiem, czyje są). Może ludzie faktycznie zostali stworzeni wyłącznie po to, aby wychwalać Boga, ale wychwalają go w bardzo specyficzny sposób – nic pewnego o nim nie wiedząc, interpretując, tworząc świecką historię w otchłani separacji, gdzie ludzie twierdzący, że Bóg przemówił do nich bezpośrednio wczoraj o 17.16 i powiedział im dokładnie, co trzeba robić, jaką ustawę uchwalić i co w telewizji śniadaniowej następnego dnia na temat Jego woli powiedzieć… są zawsze kłamcami, nawet jeśli sami nie zawsze to wiedzą. Nawet dowodem na „boskość” Chrystusa była treść Kazania na Górze, przekraczająca „gospodarkę natury” opartą na przemocy i dominacji. A wskrzeszenie Łazarza dowodem żadnym nie jest, może było historycznym falszerstwem, tak jak fałszerstwem metafizycznym jest ampułka Dziwisza z krwią, którą podobno z Jana Pawła II „wyssano” („wyssano” – cyt. za Tadeusz Bartoś, bo tylko ludzie religijni zdolni są do bluźnienia w obronie religii).

Znowu pierwsza czytanka religijnego oświecenia, której by nie warto było powtarzać w innym kraju niż kraj Terlikowskiego, „Frondy”, Jurka, Michalika… gdzie przednowoczesność została przekuta w polityczną broń, w indywidualne kariery w mediach, polityce, Kościele. A jeśli nie w kariery, to przynajmniej w „misje” (przypadek Marka Jurka), które pomagają nam żyć z subiektywnym poczuciem wyraźnego sensu w mętnej, chaotycznej, mocno już zmęczonej nowoczesności. „Życie podszyte misją jest po prostu przyjemniejsze” – sam teraz cytuję moje dawne bluźnierstwo (bodajże z „Frondy”wink, z tekstu o Chateaubriandzie. Jedyne co mnie usprawiedliwia to natręctwo ironii, którego nawet wówczas nie mogłem się do końca pozbyć.

Bycie katolikiem w Polsce to nie jest przeżycie w jakikolwiek sposób religijne, a wyłącznie polityczne. Sprawdziłem. Może bycie katolikiem w nowoczesności w ogóle jest skazane na czystą polityczność, bez wiary? Taka była intuicja de Maistre’a – do Rewolucji wierzył, po Rewolucji, po terrorze, stracił wiarę. A jako człowiek kompletnie już niewierzący wyprodukował w Petersburgu Boga politycznego, Boga-Cara (Mickiewicz miał jednak genialne intuicje, szkoda, że pozwolił nam, Polakom, wyprać sobie mózg). Wyprodukował nawet Boga-kata, w którego do dzisiaj wierzą polityczni katolicy (czysto ludzkie twory „wyznaje się” łatwiej – żadnej tajemnicy, żadnej separacji, żadnej niepewności, takie „wyznania” bez problemu przetrwały w świeckiej nowoczesności, bo same nie mają nic wspólnego z religią).

Przypomnieli mi o tym wszystkim nasi polityczni katolicy, kiedy po tekście o króliku Emily Fusselman (moim ulubionym objawionym zwierzątku) zaczęli mnie w Internecie demaskować jako „gnostyka”. Gnoza – religia… dla nich ta różnica jest wyłącznie różnicą polityczną. Gnoza zła – religia dobra. Gnoza nieprzyjaciel – religia przyjaciel… Znowu, żadne to Objawienie, ale zwykłe behawioralne warunkowanie, jak – już chyba przywoływałem ten przykład, ale tyle człowiek pisze… – w dwójce Nagiej broni Zuckerów, w scenie przygotowywania Busha Seniora do przemówienia o gospodarce („deficyt zły – nadwyżka dobra…”, jakby go Balcerowicz przygotowywał, chociaż o OFE akurat Bushowi nic tam nie mówią). Ale co to jest gnoza, a co to religia? Tutaj by chłopcy ugrzęźli (nie Zuckerowie, ci są wystarczająco dowcipni, żeby znać różnicę – chodzi mi o naszych politycznych chłopców bez humoru). Ale dla politycznego podziału takie, za przeproszeniem, pierdoły nie są im przecież w ogóle potrzebne. No bo po co się zastanawiać nad istotą religii i gnozy, gdy front polityczny dymi i krwawi, a tam na mięso armatnie ciągle czekają „nasi” i ci drudzy. A królik Emily Fusselman jest „nienasz”, zatem jest… „gnostycki”.

www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Krolikgnostycki/menuid-291.html
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka