Dodaj do ulubionych

dom dzieciństwa

02.06.11, 17:55
człowiek przeżywa w domu rodzinnym jako dziecko pierwsze przełomowe emocje, odkrycia, dobre i złe. Ma z tym związane urazy, sentymenty, etc. Czy w domu dzieciństwa można mieszkać, jeśli ma się wybór oczywiście, bez jakichś zbędnych obciążeń, doświadczeń z przeszłości, czy też powinno się od nich uciekać na drugi koniec świata? Rozpocząć całkowicie Nowy Wspaniały Świat, jeśli chce się osiągnąć jakąś tam optymalna niezależność i spełnienie?
Obserwuj wątek
    • a000000 Re: dom dzieciństwa 02.06.11, 18:58
      z domu dzieciństwa należy wyfrunąć, jak ptaszek z gniazda. I budować SWOJE gniazdko, po swojemu.
      niekoniecznie na końcu świata, ale zawsze niezależnie.
    • gaika Re: dom dzieciństwa 02.06.11, 21:39
      Jeśli coś ciąży, ciążyć będzie i na końcu świata.
    • ayel45 Re: dom dzieciństwa 03.06.11, 22:08
      dom dzieciństwa z czasem przemija
      jeśli chcemy coś budować to musimy tam wracać / chyba, że była tam patologia.../
      bo spora część nas samych stamtąd pochodzi
      na czym polega ta "optymalna niezależność"? wink
    • zigissmundus_zigissmundus Re: dom dzieciństwa 03.06.11, 22:16
      Wszystko zależy od tego jakimi te doświadczenia są.
      • uffo Re: dom dzieciństwa 03.06.11, 23:10
        no właśnie, z jednej strony zależy od tego co się pamięta, co trzeba zapomnieć, a co trzeba sobie przypominać, ażeby dożyć coś co być może zostało gdzieś tam zepchnięte w najdalsze zakamarki psychiki, i zamiast wcielić się w całą osobę, pozostaje w formie stłumionej albo wypaczonej, i ciągnie się za nami, jak cień, obojętnie gdzie uciekamy. Słyszałem niedawno jakąś opowieść w radiu, dziewczyny, no, kobiety już, która dopiero po śmierci ojca zaczęła go odkrywać, m.inn. poprzez zamieszkanie w domu odziedziczonym po rodzicach. A uciekała stamtąd w młodości, ażeby, wiadomo, usamodzielnić się etc, ale o ojca widziała zawsze w negatywnym świetle, bo przecież w młodości najbliżsi, znaczy się dzieci vs. rodzice/opiekunowie, niejednokrotnie stają się sobie bezwolnie wilkami, po to ażeby zdobyć głebsze pokłady osobowościowe (może to właśnie, metaforycznie, miał na myśli Jezus gdy mówił o nienwidzeniu się członków rodziny, bliskich, domowników imię podążania za Nim, czyli spełniania skarbu serca)? A ta kobieta po tymczasowym zamieszkaniu w domu rodzinnym, później sprzedała go, twierdząc iż jednak emocje były zbyt przytłaczające.

        Chociaż właściwie dostrzegam dwie główne struktury wchodzenia w życie samodzielne, i potem sposób traktowania wszystkiego co związane z domem dzieciństwa, jako przeszkody lub wsparcia do uzyskania, wykształcenia pełnej osobowości, ta zachodnia, amerykańska, w której dzieci jak tylko dochodzą do wieku niezależności prawnej, właściwie to wtedy gdy idą na studia, podejmują jakąś pracę, uciekają na drugi koniec kraju, z rodzicami widzą się raz, dwa razy na rok, albo co kilka lat, (jeśli im rodzice opłacą podróż), i preferują ogólnie pełną izolację, no i ta druga, głownie istniejąca w krajach biednych lub nie zamożnych, gdzie struktura rodzinna jest bardzo mocna i aktywna, dzieci nie tylko że mieszkają w domu dziecińśtwa, ale wszyscy razem na kupie, z dziadkami, kuzynami, etc.,lub jak najbliżej. Oczywiście głównym czynnikiem jest tutaj pewnie bieda lub fatalne budownictwo etc., ale jest też taka tradycja rodzinności. Nie wiem, jasne że zależy od rodzaju doświadczeń, a zatem każdy przypadek indywidualny, ale myślę też że nie ma co popadać w skrajność, a jak można zrobić sobie taki eksperyment, kiedy nadarza się okazja, niekoniecznie po śmieirci rodziców, to warto chyba poddać się takiej refleksji, w domu dzieciństwa. Mi jakoś to nie przeszkadza, nie jestem zwolennikiem nadmiernej izolacji, i raczej nie lubię Freuda w tym kontekście. Można przecież wytworzyć wewnętrzną izolację, emigrację, przy braku zewnętrznej? Choć oczywiście jest to znacznie większe wyzwanie.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka