Dodaj do ulubionych

Himalaje polskości

14.06.13, 16:58
W górach wybuchła wojna polsko-ruska. Na razie trupy są dwa, obydwa płci polskiej.
Nasi jak zwykle polegli pięknie, bo zanim wyzionęli ducha, zdołali pokazać odwiecznym wrogom, gdzie raki zimują i zimą stylem alpejskim wdrapali się na szczyt Broad Peak, a Ruscy, choć stosują zdradziecki styl oblężniczy, góry nie zdobyli. Sukces możliwy był dzięki programowi „Polski himalaizm zimowy 2010-2015”. Co roku Ministerstwo Sportu na projekt mający na celu utrzymanie pozycji lidera Polski w himalaizmie zimowym - dyscyplinie uprawianej na świecie przez kilkanaście osób, z tego większość to Polacy i Rosjanie - wydaje 1,4 mln zł. Uzasadnienie: sukcesy sportowe wzmacniają markę Rzeczpospolitej.
Tylko że zdobywanie szczytów w temperaturze odczuwalnej minus 70 stopni i podczas wiejących 200 km/h wiatrów wzmacnia i tak już silnie zakorzeniony w świecie pogląd, że Polacy to wariaci o skłonnościach samobójczych. Marka jest to więc szczególna i niekoniecznie przynosząca Polsce korzyści. Zwłaszcza że ofiary na Broad Peak nie były jedyne.

Poza obozem
Jesienią 2011 r. w ramach programu zimowego zorganizowano wyprawę na Makalu, piątą pod względem wysokości górę świata. Wejście i zejście miało mieć charakter sportowy, uczestnicy nie mogli więc wspomagać się dodatkowym tlenem ani korzystać z pomocy tragarzy wysokościowych.
Ekspedycja szturmowała górę bez zabezpieczenia medycznego - nie udało się znaleźć lekarza gotowego wziąć w niej udział – co było niezgodne z zasadami, ale aż do ataku szczytowego wydawało się, że znowu się uda i imię Polski rozsławione będzie na wszystkich kontynentach. Lecz na finiszu wszystko zaczęło się pieprzyć.
30 września. Maciej Stańczak zaczyna narzekać, że nie czuje palców u rąk. Włazi na 8 tys. m, po czym wycofuje się. O 14.00 szczyt zdobywa trzech himalaistów: Artur Hajzer, Adam Bielecki i Tomasz Wolfart. 8 godzin później Hajzer, kierownik ekspedycji, wysyła SMS-a do Jerzego Natkańskiego, koordynatora wyprawy. Wynika z niego, że Wolfart osłabł, nie ma siły zejść do obozu i biwakuje w plenerze, ale wszystko OK, bo jest z nim kontakt radiowy.
1 października. Hajzer powiadamia koordynatora, że Wolfart nie ma siły, aby zejść do obozu i konieczne jest zorganizowanie akcji ratunkowej. Natkański informuje agencję ratownictwa śmigłowcowego Fish Tail Air w Katmandu. Ale wnet dostaje od Hajzera SMS-a o treści: Dotarł, schodzimy. Na jego podstawie akcję ratunkową odwołuje. O 20.00 dowiaduje się, że źle zrozumiał wiadomość od Hajzera i akcja poszukiwawczo-ratownicza jest jednak konieczna. Natkański zabiera się do roboty, ale o nocnej akcji nie ma mowy, śmigłowiec z pięcioma zaaklimatyzowanymi szerpami ma wylecieć dopiero następnego dnia. Hajzer, Stańczak i Wolfrat nocują w namiocie na wysokości 7400 m, Bielecki dociera do obozu.
2 października. Około południa Natkański dowiaduje się, że z powodu złej pogody śmigłowiec z szerpami nie poleci. O 19.00 dostaje SMS-a od Hajzera. All OK, schodzimy pomału. Dziś (nocleg) na Makalu-La 7200 m.
Ta informacja uspokajała i pozwalała myśleć, że wszystko jest w porządku i jest realna szansa, że himalaiści zejdą z góry o własnych siłach – czytamy w raporcie z wyprawy. Natkański zakłada jednak, że pomoc jest potrzebna i akcji ratunkowej nie odwołuje.
3 października. Śmigłowiec z pięcioma szerpami ląduje na wysokości 3500 m. Szerpowie zasuwają do góry. Stawka za zaaklimatyzowanego szerpę wynosi 500 dolarów na dzień plus 150 proc. premii za sprowadzenie himalaistów żywych. A himalaiści wciąż są żywi: Hajzer, Stańczak i Wolfrat schodzą z przełęczy. Ostatni dwaj robią bokami, nie udaje im się dotrzeć do obozu i kolejną noc biwakują. Bez namiotu, bo ze względu na warunki terenowe nie mogą go rozbić. Hajzer schodzi do obozu II na wysokości 6500 m. O 22.00 docierają tam szerpowie. Godzinę później zaopatrzeni w tlen i lekarstwa ruszają po Wolfarta i Stańczaka.
4 października. O 6.30 szerpowie odnajdują himalaistów. Ze Stańczakiem prawie nie ma kontaktu, Wolfart jest w ciut lepszym stanie. Dlatego czterech szerpów ściąga Stańczaka na noszach, a jeden pomaga w zejściu Wolfartowi. I Stańczak, i Wolfart nie zgadzają się na to, by podano im tlen: wszak to wyprawa sportowa. Odmawiają również przyjmowania leków.
O 13.30 szerpowie i himalaiści docierają do obozu II. Stańczak ma duszności i godzi się na przyjmowanie leków i tlenu. Ale życiodajnego gazu zaczyna brakować, bo szerpowie, żeby szybciej dotrzeć do himalaistów i zasłużyć na premię, zużyli go mnóstwo. Kilka godzin później role się odwracają: Wolfart zaczyna słabować, a Stańczak jest w nieco lepszym stanie. Obaj są bliscy śmierci, szerpowie doholowują ich do bazy wyprawy dopiero o 23.00.
5 października. Śmigłowiec transportuje wspinaczy do szpitala w Katmandu.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Himalaje polskości 14.06.13, 16:59
      Bez palców
      W wyniku odmrożeń Stańczak traci wszystkie palce u rąk. Wolfartowi medycy ucinają 4 palce. Obaj zostają kalekami dzięki wspieranemu publicznymi pieniędzmi programowi „Polski himalaizm zimowy.”
      A niewiele brakowało, żeby wskutek burdelu komunikacyjnego spełnili marzenie każdego prawdziwego himalaisty i zostali w górach na zawsze. Ministerstwo Sportu albo nie wiedziało o tym, jak przebiegała wyprawa na Makalu, albo wiedziało, ale uznało, że to, co się działo, mieściło się w normie. W każdym razie dzwonek alarmowy w głowie minister Muchy nie zadzwonił i resort po wyprawie nie wycofał się z finansowania himalaizmu zimowego. Dzięki temu w marcu 2013 r. Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski zdobyli Broad Peak i zginęli w drodze powrotnej, umacniając markę Polski.

      Kiedyś Syberia, dziś Himalaje
      Polska, naród, patriotyzm występują w retoryce himalaistycznej nader często, szczególnie w kontekście rosyjskim. Gdy przed laty Adam Hajzer, kierownik programu zimowego, doświadczony himalaista i chłop z głową do interesów, przekonywał posłów do wsparcia zimowego wspinania, mówiąc: Budżet naszej wyprawy zimowej to 300-500 tys. zł. Rosjanie mają od nas większy, ich wyprawy są liczniejsze. W naszym żargonie nazywamy je oblężniczymi. Korzystają z dużej liczby helikopterów, które przerzucają ich do bazy. Tylko to kosztuje 250 tys. dolarów. (…wink Nam wystarczy mniej, nie oczekujemy np. zwrotu utraconych zarobków za udział w wyprawie. Tak jak mają Rosjanie.
      Z kolei Ryszard Pawłowski, czterokrotny zdobywca Mount Everestu i wspinaczkowy partner Jerzego Kukuczki, zapytany, dlaczego himalaizm zimą to polska specjalność, odparł: Na pewno wynika to z naszej determinacji i umiejętności radzenia sobie w ekstremalnych warunkach. Historia pokazuje, że na Syberii czy innych zesłaniach, odbywających się w bardzo trudnych okolicznościach, to właśnie my, Polacy, radziliśmy sobie najlepiej. Nie chcę mówić o bohaterstwie, ale uważam, że nieustępliwość i determinacja są naszymi cechami narodowymi. Bez względu na zagrożenie i trudne warunki zawsze staramy się nie odpuszczać.
      Dodatkowo ktoś sprytnie rozkolportował wieść, że Putin wydał rozkaz zdobycia wszystkich 8-tysięczników zimą i załatwił swoim himalaistom sponsora w postaci Gazpromu. W tej sytuacji himalaizm zimowy stał się sprawą narodową i sejmowa komisja ds. kultury fizycznej sportu i turystyki pod wodzą Ireneusza Rasia nie miała wyjścia: zawnioskowała do ministerstwa od sportu o dofinansowanie, a ministerstwu pomysł bardzo się spodobał. Wkrótce program zimowy objął patronatem prezydent Bronisław Komorowski, który lubi patronować wszelkim przedsięwzięciom patriotycznym. Tym samym wysokogórska wspinaczka zimowa, będąca w istocie ruską ruletką, została usankcjonowana przez najwyższe władze państwowe.

      Do krwi ostatniej
      Zimowe wspinanie to wynalazek Polaków. Szło o to, że w latach 70 wszystkie 8-tysięczniki w zwyczajnych warunkach zostały już zdobyte przez inne nacje, a my, naród wybrany do wspinania i krwawo tłumionych powstań, nie mieliśmy żadnych osiągnięć. Głowiono się więc, co zrobić, aby naród polski mógł zabłysnąć. W grę wchodziły utrudnienia w postaci włażenia na górę boso albo na golasa, ale ostatecznie zdecydowano się na wariant zimowy. Nikt zimą przed Polakami nie wspinał się na 8-tysięczniki, a nasi himalaiści wchodzili jak po mydle, zdobywając szczyt za szczytem i choć często ginęli, świat docenił polską odwagę i nazwał nas lodowymi wojownikami. Lodowi wojownicy z Polski szybko zdobyli 8 z 14 8-tysięczników, ale pod koniec lat 80. okazało się, że ubytki pokoleniowe wywołane faktem, że nie wszyscy z wypraw wracali żywi, są zbyt duże i nie ma komu się wspinać. W rezultacie nasza absolutna hegemonia została zagrożona, bo inne narody nie miały tak wielkich strat osobowych i zdobyły 2 szczyty. Gdy startował program „Polski himalaizm zimowy”, do wzięcia zostały 4, w 2012 r. nasi wojownicy wleźli na Gaszerbrum I, a rok później na Board Peak, co było wielkim wyczynem sportowym, gdyż wyprawa zakończyła się tylko dwoma zgonami. Do dziś w dziewictwie zimowym tkwią więc tylko 2 szczyty, wśród nich K2, góra powszechnie uznawana za nie do zdobycia zimą. Polscy himalaiści nie przyjmują jednak tego do wiadomości i wejście na nią uczynili najważniejszym celem programu zimowego. Ponieważ Ruscy dostali rozkaz od Putina, że mają przed nami zdobyć wszystkie 8-tysięczniki, zapowiada się ciekawy wyścig. Ciekawy i krwawy, bo gdy Polak ma wroga, walczy do krwi ostatniej, co państwo wspiera jako godną pielęgnowania cechę narodową.

      MACIEJ MIKOŁAJCZYK

      www.nie.com.pl/25-2013/himalaje-polskosci

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka