Elżbieta Turlej, [współpr.] Jadwiga Hereta
Proboszcza zdemaskować niełatwo...
Zemsta fryzjerów
Plan był prosty: Z. daje się uwieść i nagrywa księdza, pokazuje film parafianom, a ci wywożą proboszcza na taczkach. Ale, jak zwykle, zawiódł pierwiastek ludzki.
Księża psują reputację gejom – doszli do wniosku X. i Y., właściciele salonu fryzjerskiego w Lipsku oraz ich pracownik Z. Chwilę wcześniej obejrzeli „Fakty”, a w nich kolejne informacje o duchownych molestujących chłopców na Dominikanie, sprzeciwach Kościoła wobec legalizacji związków partnerskich z przebitką na Ruch Ofiar Księży.
X. wrażliwy społecznie, ale też bezkompromisowy, najpierw pokrzykiwał, że palec boży kiedyś dotknie wszystkich zakłamanych sukienkowych (sam jest wierzący), ale potem postanowił go wyręczyć. Y. nie był zainteresowany. Z. owszem, tym bardziej że sam miał doświadczenia z klerem.
I to nie byle jakie, bo przez kilka miesięcy, tuż po szkole fryzjerskiej, spotykał się ze znanym duchownym z diecezji zamojsko-lubaczowskiej. Ksiądz – aktywny gejożerca, działacz Legionu Maryi walczącego z grzechem sodomii – poza parafią był raczej pasywny. Spotykali się w samochodzie, w okolicznych lasach. Znajomość się rozmyła, ale Z., dzięki mediom, słyszał o kolejnych etapach kościelnej kariery duchownego. A ten nie tylko brylował jako uznany autorytet moralny, ale też założył zespół szkół katolickich, został jego dyrektorem i diecezjalnym duszpasterzem nauczycieli.
Kiedy – na fali dyskusji o związkach partnerskich – pytali go o opinię o gejach i lesbijkach, przekonywał, że legalizacja takich związków to triumf zła, a homoseksualizm jest zaburzeniem moralnym, z którego mocą miłości Boga można się wyleczyć. Na przykład w podlubelskim ośrodku terapii reparatywnej Odwaga, niedaleko którego spotykał się z Z.
Mam dym w parafii
Plan był prosty: Z. odnawia znajomość z księdzem, jedzie do niego, uwodzi, nagrywa wszystko ukrytą kamerą, a potem X. i Y. pokazują film parafianom. To otwiera im oczy, wywożą gejożercę na taczkach i sprawiedliwości staje się zadość. Ale Z., po kilku tygodniach namysłu, stchórzył. Y., podobny do niego fizycznie, mógłby go zastąpić, ale X. byłby zbyt zazdrosny. Dlatego postanowił się poświęcić, tak jak Harvey Milk, amerykański aktywista gejowski, który zginął za sprawę. I sam zajął się księdzem.
Początkowo szło sprawnie. Z. odnalazł telefon do duchownego, umówił się na spotkanie, X. kupił na Allegro okulary zerówki z kamerą wbudowaną w oprawki, przećwiczył sposób poruszania się i mówienia Z. W połowie grudnia pojechali do parafii, w której proboszcz święcił kolejne sukcesy. Tym razem jako dobroczyńca młodzieży, dla której stworzył teatrzyk, klub sportowy, a i sam czasem wystąpił z gitarą i śpiewem (po włosku, z ulubioną pieśnią pt. „Gdybym był mafiozem”

.
Nieprzychylna prasa donosiła wprawdzie, że jadąc na lekcję religii, był nietrzeźwy (policyjny alkomat wykazał około promila alkoholu we krwi), ale sąd okazał się łaskawy i warunkowo umorzył postępowanie. Tym razem – jak powtarzał sobie X. – miało być jak Pan Bóg przykazał, z wyraźnie zarysowaną winą i bolesną karą. Pierwszy punkt scenariusza, czyli przywitanie z księdzem, zaliczył bez kłopotów. Duchowny był przekonany, że rozmawia z Z. – Bardziej dynamiczny jesteś – zauważył tylko.
CDN...