Dodaj do ulubionych

Kapitalizm

25.02.21, 13:08

wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26788962,kapitalizm-albo-kapitalizm-z-tym-ze-jest-pewien-niuans.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Kapitalizm 25.02.21, 17:56
      W USA i Europie Zachodniej kapitalizm wygląda inaczej niż w Chinach i Rosji. Zmierzamy ku temu drugiemu?
      Wojciech Orliński

      Kapitalizm albo kapitalizm, z tym że jest pewien niuans...

      Mark Fisher, nieżyjący już brytyjski eseista, kilka lat temu zauważył, że łatwiej nam sobie wyobrazić koniec świata niż koniec kapitalizmu.

      To bardzo prawdziwe słowa. Jestem niemal dokładnie jego rówieśnikiem, wiem więc, że obaj wyrastaliśmy na apokaliptycznej popkulturze, w której motyw końca świata był powszechny jak płaszcze, szpady i zamaskowani mściciele w popkulturze naszych babć i dziadków.

      Doprowadziliśmy to do logicznego absurdu w filmach o zombiakach. Przed taką apokalipsą chronią nas szczęśliwie elementarne prawa fizyki – wiecznie poruszające się „żywe trupy” byłyby przy okazji niewyczerpanym źródłem energii. Gdyby więc naprawdę wydarzyło się coś takiego jak w serialu „The Walking Dead”, nie byłby to koniec świata, tylko początek nowej, wspaniałej ery darmowego zasilania.

      Realistyczny film tego typu powinien był po prostu nosić tytuł „Elektrownia żywych trupów”. I mimo całego absurdu takiej koncepcji nadal przeciętnemu przedstawicielowi mojego pokolenia łatwiej sobie wyobrazić coś takiego niż pozbawiony elementów fantastycznych scenariusz, w którym ludzkość przestawia się na jakiś inny ustrój, już niebędący kapitalizmem.

      Dlaczego tak jest? I czy nie jesteśmy jednak w stanie wymyślić żadnej alternatywy? Te pytania stawia ekonomista Branko Milanovic w książce „Capitalism, Alone. The Future of the System That Rules the World” („Tylko kapitalizm – przyszłość systemu, który rządzi światem”).

      Futurolog od przeszłości pilnie poszukiwany
      To, na ile potrafimy przewidzieć przyszłość kapitalizmu lub jakiejś hipotetycznej alternatywy, zależy od tego, w jakim stopniu w ogóle rozumiemy procesy historyczne i potrafimy je prognozować. Tutaj Milanovic od razu ma dla nas złe wiadomości.

      Dwa najważniejsze wydarzenia zeszłego stulecia to wybuch I wojny światowej i zakończenie zimnej wojny. Czasem są uważane za symboliczny początek i koniec XX wieku. Oba te wydarzenia zaskoczyły ludzi im współczesnych. Z późniejszej perspektywy wydają się nieuchronne, bo gdy patrzymy wstecz, nasz wzrok ma zawsze idealne wyostrzenie.

      Jeśli jednak okiem historyka spojrzymy na konkretne decyzje, które w latach 1913 i 1988 podejmowały jednostki, biznesmeni, dowódcy wojskowi i cywilni, widzimy, że do ostatniej chwili większość społeczeństwa nie spodziewała się nadchodzącego przełomu. W 1913 r. większość cywilów i wojskowych uważała, że wojny nie będzie – a w 1988 r. większość komunistów i antykomunistów oczekiwała, że komunizm nie upadnie za ich życia.

      To pierwsze zaskoczenie wynikało z powszechnej wiary w coś, co Milanovic nazywa „wigowską teorią historii” – od konserwatywno-liberalnego obozu politycznego, który za idealny ustrój uważał monarchię konstytucyjną. Jego najbardziej znanym przykładem była brytyjska partia wigów, która odgrywała dominującą rolę w brytyjskiej polityce do I wojny światowej, a razem z nią się po prostu rozsypała, bo zawalił się wtedy cały świat wigów.

      Wigowie wierzyli, że jeśli wszystkie państwa otworzą swoje granice oraz rynki wewnętrzne, zapanuje światowy pokój. Po cóż niemieccy żołnierze mieliby dokonywać zbrojnej inwazji na Francję, skoro mogą do niej legalnie wjechać jako turyści i nikt by im nawet nie sprawdzał dokumentów na granicy?

      Świat wtedy był zglobalizowany nawet bardziej niż dzisiaj, bo dzisiejsze traktaty o wolnym handlu i swobodzie podróży dotyczą tylko wybranych państw w ich wzajemnych relacjach. Wtedy zaś Belgia, Francja, Anglia czy Niemcy po prostu zrezygnowały z kontroli granicznych. Co nie przeszkodziło w błyskawicznym przekształceniu europejskich granic w linie frontu.

      Rok 1989 z kolei przekreślił historyczną wizję marksistów. Marksizm – pisze Milanovic – nie umie wyjaśnić, co się wtedy właściwie stało.

      Marksiści wszystkich odmian (także tych nieleninowskich czy w ogóle nieautorytarnych) wierzą w sukcesję ustrojów. Niekoniecznie musi ona wyglądać tak jak w najprostszym modelu Engelsa (wspólnota pierwotna – niewolnictwo – feudalizm – kapitalizm – socjalizm – komunizm), ale krok wstecz na tym schemacie, czyli np. powrót z kapitalizmu do feudalizmu, wydawał się nie do pomyślenia.

      Od marksistów to przekonanie mniej lub bardziej świadomie przejęli także wyznawcy innych systemów filozoficznych (choć np. Francis Fukuyama w swoim „Końcu historii” zaczerpnął go u źródła – czyli u Hegla, od którego wziął to Marks). To dlatego jeszcze w 1988 r. powszechnie uważano, że odbudowa gospodarki rynkowej i demokracji parlamentarnej w krajach bloku radzieckiego jest niemożliwa, nawet gdyby upadła władza partii komunistycznej.

      W ten sposób – zauważa Milanovic – zostaliśmy w dość dziwnej sytuacji, w której futurolodzy próbują nam wyprorokować ustroje przyszłości, a tymczasem tak naprawdę do dzisiaj nie mamy porządnego wytłumaczenia tego, co się stało w latach 1914 i 1989.

      Ateny i Jerozolima
      Szukając wyjścia z tej sytuacji, zwraca się ku pismom rosyjskiego filozofa religii Nikołaja Bierdiajewa, który twierdził, że wszystkie wizje historii można sprowadzić do dwóch miast-symboli: Aten i Jerozolimy.

      Model ateński, w który wierzyli Platon i Arystoteles, zakłada cykliczność historii. Powiedzmy, poddani jakiegoś tyrana buntują się przeciwko niemu, obalają go i ustanawiają republikę.

      Republika po jakimś czasie wyrodnieje do oligarchii. Wtedy ktoś woła: „Precz z oligarchami!”, staje na czele buntu, a po wygranej rewolucji zostaje obwołany królem. I początkowo może nawet rządzi jak sprawiedliwy monarcha, ale albo on, albo jego następcy stają się w końcu tyranami. Których poddani się buntują – i tak dalej.

      CDN...
      • diabollo Re: Kapitalizm 25.02.21, 17:58

        Jak pisze Hannah Arendt w „O rewolucji”, słowo to oznacza dosłownie „obrót” i początkowo oznaczało po prostu kolejny etap cyklu republika – monarchia. Znaczenie nowożytne, czyli „skok do przodu”, „nieodwracalny przełom”, zyskało dopiero podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej – która na początku jednak też miała nie tyle przynieść coś nowego, ile przeciwnie, cofnąć zegar do roku 1614, gdy po raz ostatni spotkały się Stany Generalne, czyli feudalny parlament.

        Tłumacząc to słowami Bierdiajewa, zatriumfował wtedy „jerozolimski model historii” wywodzący się już nie z greckiej filozofii, tylko z judeochrześcijańskiego mesjanizmu. W tym modelu zakładamy, że historia ma sens, że dąży do jakiegoś celu (sądu ostatecznego, paruzji, komunizmu, punktu Omega itd.), zamiast kręcić się bez sensu w kółko, jak to sobie wyobrażali starożytni.

        Który z tych modeli jest prawdziwy? Otóż 100 lat po Bierdiajewie nadal, niestety, odpowiedź jest taka sama: cywilizacja istnieje zbyt krótko, żeby to rozstrzygnąć.

        Przez pierwsze 10 tysięcy lat nie było żadnego postępu. Antyczne imperia się rodziły i rozpadały, współistniejąc z plemionami koczowników żyjących w warunkach niezmiennych od neolitu.

        Przez ostatnie kilkaset lat wprawdzie byliśmy świadkami czegoś, co możemy nazwać postępem – przynajmniej technicznym – ale nie wiadomo, jak długo to się utrzyma. Co jakiś czas Wszechświat (a kto wierzy w Boga, ten powie: Bóg) przypomina nam, że jeden drobny wirus (albo zmiana klimatu, wybuch superwulkanu itd.) może nas cofnąć do neolitu.

        Albo i paleolitu, przy odrobinie pecha.

        Pan Ma i jego pan
        Niczym doświadczony prawnik udzielający klientowi maksymalnie wymijającej odpowiedzi na pytanie: „Mecenasie, czy ta sprawa jest do wygrania?”, Milanovic swoje rozważania o przyszłości kapitalizmu opatruje więc bardzo solidną argumentacją, sprowadzającą się do: „najmędrsi z mędrców tego nie wiedzą i nie mogą wiedzieć”.

        Gdyby jednak przesłanie tej książki sprowadzało się tylko do tego, nie zawracałbym nią państwu głowy.

        Milanovic zaczyna od konstatacji, że kapitalizm rzeczywiście obecnie triumfuje niemal niepodzielnie, bo w warunkach tego ustroju żyje jakieś 95 proc. populacji. A jednak ci, którzy w 1989 r. nie wierzyli w możliwość odtworzenia rynku i demokracji w krajach komunistycznych, mieli trochę racji. Gdy w Polsce 4 czerwca 1989 r. świętowaliśmy koniec komunizmu, w Chinach masakra na Tiananmen rozpoczęła odwrót w kierunku nowego typu ustroju, który Milanovic nazywa „kapitalizmem politycznym”.

        To też jest kapitalizm w najprostszej definicji – „ustrój, w którym podstawą gospodarki są prywatne przedsiębiorstwa nastawione na zysk”. Niemniej jednak w Chinach nie doszło do przełożenia bogactwa tych przedsiębiorstw na wpływy polityczne.

        Czytałem książkę Milanovica akurat, gdy równolegle działy się dwie przedziwne rzeczy (obie nie do pomyślenia jeszcze ze dwa lata temu). Amerykańscy magnaci internetowi odłączyli dostęp do mediów społecznościowych prezydentowi USA, de facto go kneblując – a ich chiński odpowiednik Jack Ma, były szef grupy Alibaba, ustąpił ze wszystkich funkcji i zniknął, by po jakimś czasie pojawić się publicznie w skromnej roli osoby wręczającej nagrody w konkursie dla nauczycieli.

        Wyglądało to tak, jakby chińskie władze strzeliły po łapach swojego miliardera, który poczuł się tak pewny i bezczelny, że zaczął je krytykować. I zrobiły to tak spektakularnie, żeby wszyscy inni chińscy bogacze zaczęli się bać.

        W Ameryce z kolei odwrotnie: Mark Zuckerberg i Jeff Bezos strzelili po łapach Donalda Trumpa. I zrobili to tak spektakularnie, że każdy internauta ma powody bać się utraty konta i danych, lekkomyślnie przeniesionych do chmury, do której dostęp w każdej chwili może być odebrany.

        Rynki, rządy i upokorzenia
        Kapitalizm w Chinach i Rosji wygląda więc inaczej niż w Ameryce i Europie Zachodniej. To z grubsza wiadomo.

        Marks i Engels zachodni kapitalizm ironicznie opisywali jako ustrój, w którym władza jest „komitetem wykonawczym burżuazji”. O tym, że częściowo mieli rację, przypominają nam codziennie liberalne media zamieszczające komentarze typu „rynki upokorzyły rząd”.

        Czasem rząd kraju kapitalistycznego, w naiwnym przekonaniu, że sprawuje realną władzę, musi się wycofywać z podjętych decyzji ze względu na reakcje finansistów. W ten sposób burżuazja przypomina nominalnie demokratycznym premierom i prezydentom, kogo powinni reprezentować.

        A jednak Marks i Engels nie mieli racji, gdy uniwersalizowali lokalny fenomen. W Europie w średniowieczu burżuazja rzeczywiście wybiła się na realną władzę w licznych republikach kupieckich, od Nowogrodu po Florencję. I potem wprawdzie tę władzę często traciła, ale utrwaliło to w kulturze europejskiej świadomość, że takie coś przynajmniej jest możliwe.

        Do roku 1500 w Chinach byli kupcy równie bogaci jak Marco Polo czy inni ich europejscy koledzy po fachu – wiemy to przecież z ich własnych relacji z podróży. Tylko że nigdy nie wybili się na polityczną podmiotowość – cesarz był dla nich bogiem, a nie kimś, z kim można negocjować sojusz przeciwko kolegom z konkurencyjnej republiki kupieckiej.

        W Rosji teoretycznie takie tradycje były, ale Iwan Groźny zadbał o to, żeby z tych nowogrodzkich nic nie ocalało (a także nikt, komu były bliskie). Dlatego rosyjski kapitalizm zdecydowanie bardziej przypomina dziś chiński niż amerykański – i to samo można powiedzieć o kapitalizmie w większości państw arabskich.

        Świat kontra Chiny
        Sto lat po zniknięciu partii wigów z brytyjskiej polityki można więc powiedzieć, że historia przyznała im rację, ale też połowicznie, tak jak Marksowi i Engelsowi. Mieli rację, że od kapitalizmu nie ma odwrotu i na lata 1914-89 można spojrzeć jako na okres, w którym ludzkość częściowo zbłądziła i szukała innych rozwiązań, by wrócić do rynkowej globalizacji.

        Nie mieli jednak racji o tyle, że nie oznaczało to tego, co w swoim neowigowskim eseju Fukuyama nazwał „końcem historii”. Powstały dwa konkurencyjne modele kapitalizmu, w którym ten konstytucyjny, demokratyczny i euroatlantycki napotkał godnego siebie rywala w azjatyckim kapitalizmie autorytarnym.

        CDN...
        • diabollo Re: Kapitalizm 25.02.21, 18:00
          Tym samym właśnie powróciła zimna wojna, rozumiana jako rywalizacja supermocarstw symbolizujących pewne wartości ustrojowe, które nie walczą ze sobą wprost, bo oba mogłyby się nawzajem zniszczyć, ale przez różnych pośredników walczą o wpływy w „strefach buforowych” takich jak Afryka. Tym razem jest to konflikt na linii Chiny – Zachód.

          Pytanie, czy Chiny chcą odgrywać rolę militarno-politycznego przywódcy obozu „antyzachodniego”. Milanovic odpowiada, że z całą pewnością tego nie chcą, ale być może zostaną do tego zmuszone.

          Ameryka też nie chciała stawać na czele jakiegokolwiek obozu. Przeciwnie, jeszcze w 1914 r. dominowała w niej doktryna izolacjonizmu zakładająca unikanie mieszania się w europejskie awantury. Bardziej przecież opłacało się handlować z obiema stronami.

          Chińska mocarstwowość na razie jest bardziej gospodarcza niż militarna, ale Chiny już rozbudowują tę drugą do obrony tej pierwszej. To nie byłby pierwszy taki przypadek w historii (obie wojny światowe miały wielu uczestników mimo woli).

          Jeśli więc Milanovic formułuje jakąś prognozę, brzmi ona tak: w najbliższych dekadach czeka nas rywalizacja między dwoma zasadniczymi modelami kapitalizmu – liberalnym i politycznym. Ta rywalizacja może się zakończyć wygraną innego ustroju, który być może też będzie kapitalizmem, ale jeszcze innym.

          Wyznania urodzonego w dyktaturze
          Pierwsze 20 lat życia spędziłem w dyktaturze. Niechęć do dyktatury jest więc dla mnie stanem naturalnym – przy wszystkich niedoskonałościach kapitalizmu wolę żyć w ustroju, w którym młynarz z Sanssouci może się procesować z królem Fryderykiem Wielkim i wygrać.

          I wprawdzie wiem, że to tylko legenda (nie wiadomo, czy istniał rzeczywisty pierwowzór tego młynarza), ale bardzo chcę w nią wierzyć. Tak jak Fryderyk Wielki po przegraniu procesu ze swoim poddanym miał zawołać: „Są jeszcze sędziowie w Berlinie!”, tak ja marzyłem o takich sędziach w Warszawie, z którymi można by wygrać proces nawet z pierwszym sekretarzem KC PZPR.

          Nie rozumiałem – i do dziś mam pewien problem ze zrozumieniem – ludzi, którzy nie odczuwają takiej potrzeby. Tymczasem na naszych oczach różne kraje wybierają autorytarny kapitalizm polityczny, czasem nawet robiąc to we w miarę wolnych wyborach – Brazylia, Filipiny, Turcja...

          Milanovic objaśnia to, odwołując się do XX-wiecznej szkoły ekonomicznej zwanej strukturalizmem. Jej głosiciele uważali, że główny konflikt XX wieku rozgrywał się nie między Wschodem i Zachodem, tylko między cywilizacyjnym centrum a peryferiami. Sami często wywodzili się z krajów peryferyjnych, zwłaszcza z Ameryki Łacińskiej.

          Dla takiego kraju najważniejsze pytanie brzmi: „Jak zmniejszyć dystans dzielący go od centrum?”. Model liberalny, „wigowski” nie jest dobrym rozwiązaniem, bo oznacza, że rodzime przedsiębiorstwa jak równy z równym muszą konkurować z gigantami z Ameryki i Europy Zachodniej.

          Młynarz z Sanssouci mógł wygrać ze swoim królem, ale nie miałby szans w starciu z koncernem Monsanto. W kapitalizmie politycznym peryferyjni przedsiębiorcy boją się swoich władz, ale nie boją się konkurencji z centrum. W liberalnym – odwrotnie.

          Są jeszcze sądy w Warszawie
          Milanovic prawie w ogóle nie pisze o Polsce, ale jego książka daje dużo do myślenia na temat naszego kraju. W końcu my też stoimy obecnie na rozdrożu między kapitalizmem liberalnym i politycznym, a także mamy do czynienia z problemem redukowania dystansu pomiędzy nami a umownym centrum (które na naszym kontynencie tworzą kraje starej Unii).

          W obu wypadkach wnioski z tej książki są dość optymistyczne. Po pierwsze, chociaż opozycyjni publicyści lubią porównywać Kaczyńskiego a to do Putina, a to do Erdogana (sam tu nie jestem bez winy), to na razie trzymamy się modelu liberalnego.

          Trzymając się podstawowego kryterium: nadal można wytoczyć państwu proces i go wygrać.

          Po drugie, przez ostatnie 30 lat udało nam się zredukować dystans między nami a centrum. W roku 1989 Polska była pod względem gospodarczym na poziomie tzw. Trzeciego Świata, teraz dogoniliśmy już ogon starej Unii, czyli Portugalię i Grecję.

          Milanovic cytuje Richarda Baldwina, który w 2016 r. sporządził zestawienie krajów z całego świata i odnotował, że tylko pięć krajów w tym okresie dokonało tej sztuki. To Chiny, Korea Południowa, Indie, Indonezja, Tajlandia i Polska właśnie.

          To nie jest zasługa żadnej konkretnej partii politycznej, bo dystans między naszym krajem a centrum równo redukowaliśmy za wszystkich kolejnych rządów. Górnolotnie można zauważyć, że to wspólna zasługa nas wszystkich, 40 mln Polaków, politycznie skłóconych ze sobą, ale zjednoczonych w pracowitości.

          „Capitalism, Alone” to książka gruba, mądra, dobrze napisana, dająca do myślenia i w ogólnym przesłaniu optymistyczna – czego chcieć więcej w tych ponurych czasach?

          A Bauman na to:
          Zważywszy na przykre atrybuty, jakimi bezpieczeństwo bez wolności obciążone jest tak samo jak wolność bez bezpieczeństwa, wygląda na to, że nigdy nie przestaniemy marzyć o wspólnocie

          „Capitalism, Alone: The Future of the System That Rules the World”
          Branko Milanovic
          Harvard University/Belknap Press, Cambridge

          wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26788962,kapitalizm-albo-kapitalizm-z-tym-ze-jest-pewien-niuans.html

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka