Dodaj do ulubionych

Roman Dmowski, szkodnik stulecia

18.09.21, 06:54
wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,27580191,roman-dmowski-szkodnik-stulecia.html
Roman Dmowski, szkodnik stulecia
John Connelly


Czczenie Romana Dmowskiego źle się kojarzy - to tak, jakby Włosi stawiali pomniki Mussoliniemu albo Niemcy Hitlerowi. Oburzonym umieszczeniem Dmowskiego w tym towarzystwie przypomnę, że on sam się w nim umieścił, otwarcie zapowiadając pójście drogą włoskich faszystów i niemieckich nazistów.

W filadelfijskich katolickich szkołach, do których uczęszczałem w latach 60. i 70., byli uczniowie różnych narodowości, ale najokrutniejsze dowcipy opowiadano o Polakach. Myślałem, że idąc na studia, porzucam na zawsze ten świat nietolerancji.

Byłem w błędzie.

Początek 1990 r., kolacja w Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Harvarda. Mocarstwa negocjują z RFN i NRD zjednoczenie Niemiec, a Helmut Kohl kluczy w kwestii uznania granicy wschodniej. Podejmowaliśmy wtedy Christopha Bertrama z „Die Zeit", wedle którego kanclerz zapewnił premiera Tadeusza Mazowieckiego, że załatwi sprawę po marcowych wyborach, bo musi ugłaskać prawicę. W tym momencie jeden z politologów „zażartował": Mazowiecki jest Polakiem, więc trzeba było mówić do niego powoli.

Gdy zrelacjonowałem to jednemu z moich wykładowców, Stanisławowi Barańczakowi, był skonsternowany, ale nie zaskoczony. Przyznał, że Polska ma problem wizerunkowy i trudno oczekiwać, by to się kiedyś zmieniło. Barańczak grzeszył nadmiernym pesymizmem. Polska ma problemy z wizerunkiem, ale wizerunki ewoluują. Pytanie, w jakiej mierze historycy są w stanie stymulować te zmiany.

Państwo polskie zatrudnia setki historyków mających sprawić, żeby ludzie myśleli lepiej o Polsce.
Jednak historyk, który zakłada z góry, że w jego relacji naród A ma wypaść dobrze, a przywódca B źle, staje się zwykłym propagandzistą, partyjnym aparatczykiem. Historycy wybierają pytania, jakie zadają dziejom, ale nie wolno im wybierać odpowiedzi.

Jeszcze zanim polski Instytut Pamięci Narodowej został całkowicie upolityczniony pod rządami PiS, jego historycy stawiali sobie zadanie: wyłożyć polską „wizję historii". Ale coś takiego nie istnieje. Są pytania, które podsuwa historia, jednak odpowiedzi nie zależą od naszej narodowości.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Roman Dmowski, szkodnik stulecia 18.09.21, 06:55
      Polska jest miejscem, gdzie na dobre i złe realizował się właściwie każdy wyobrażalny plan. Jej dzieje są interesujące dla każdego, kto chciałby z przeszłości wyciągać nauki na przyszłość. Trudno wyobrazić sobie inną narodową historię, z której płynęłoby aż tyle nauk. Dlaczego u progu nowoczesności Polska była miejscem różnorodności, względnej tolerancji i wolności? Co sprawiło, że jako jedno z pierwszych europejskich społeczeństw rzuciła wyzwanie feudalnym monarchiom? Dlaczego była pierwszym państwem, które przeciwstawiło się Hitlerowi, i dlaczego najkonsekwentniej ze wszystkich rzucała raz po raz wyzwanie radzieckiemu totalitaryzmowi?

      Ale polska historia ma też mroczne epizody, które też wiodą do pytań. Dlaczego jeden z oddziałów Armii Krajowej walczących z rasistowskim reżimem Hitlera zamknął swe szeregi przed główną ofiarą nazistów, jaką byli Żydzi, a nawet dopuścił się na nich mordu? Inne oddziały przełamywały uprzedzenia, czując solidarność z Żydami? Na trudne pytania i niosące otrzeźwienie i zawsze pouczające odpowiedzi niewiele jednak zostało miejsca w IPN-owskiej historii.

      Wracając do wizerunku Polski w świecie, trzeba przyznać, że polski rząd na tym polu poniósł klęskę. Podczas kilku dyskusji dotyczących stawiania przez państwo zarzutów historykom, m.in. Janowi Grabowskiemu i Barbarze Engelking, często padały takie słowa:

      skoro polskie władze chcą karać historyków wskazujących współsprawców ludobójstwa, prawda musi być gorsza od tego, co już wiemy.
      Bardziej szokujące jest może to, że władze nie ograniczają się do ukrywania polskich sprawców, tylko ich jawnie wysławiają! Nie mam tu na myśli jakiegoś granatowego policjanta czy dowódcy NSZ, tylko twórcę toksycznej tradycji szowinizmu, dzięki której te zbrodnie wojenne były możliwe. Chodzi mi o Romana Dmowskiego.

      Antysemita bez wątpienia rasistowski
      Kolega z Gdańska przysyłał mi zdjęcie z okrojonego i ocenzurowanego Muzeum II Wojny Światowej. Zwiedzających wita tam specjalnie zamówiona drewniana rzeźba Dmowskiego, jak słyszymy – zasłużonego męża stanu. W sieci można też znaleźć fotograficzną dokumentację zeszłorocznej ceremonii na dworcu Warszawa-Wschodnia, podczas której ksiądz w liturgicznych szatach ogłosił jego „patronem" Dmowskiego. Do biblioteki uniwersyteckiej w Berkeley trafił wydany przez IPN kolorowy album o przywódcy Narodowej Demokracji, który przystoi jakiemuś prawdziwemu bohaterowi, Churchillowi czy de Gaulle’owi, a nie człowiekowi amoralnemu, jakim był Dmowski.

      Badaczom dziejów Europy czczenie tego skrajnie nacjonalistycznego polityka źle się kojarzy – to jakby rząd Francji upamiętnił Charles'a Maurrasa, a Włosi wystawili pomnik Mussoliniemu albo rząd Republiki Federalnej Niemiec kazał wmurować na Berlin Hauptbahnhof tablicę ku czci Adolfa Hitlera i Josepha Goebbelsa.

      Oburzonym umieszczeniem Dmowskiego w tym towarzystwie przypominam, że on umieścił się w nim sam. W dziele „Przewrót" z 1934 r. pisał entuzjastycznie o narodowej rewolucji, która ogarnia Europę, a zwłaszcza Włochy i Niemcy, i wkrótce połączy się z jego ruchem w Polsce. Szczególnie ciepło pisał o Mussolinim: „Dokonał on ogromnego dzieła nie tylko dla Włoch, ale dla całego świata naszej cywilizacji". Ale rasistowski światopogląd zbliżał go raczej do Hitlera, obaj bowiem tłumaczyli historię działaniami Żydów winnych wszelkiego zła, w Europie i gdzie indziej.

      Myli się Tomasz Terlikowski, twierdząc, że antysemityzm Dmowskiego nie był rasistowski. Dmowski głosił typowo rasistowską tezę, że Żydzi są niezdolni do asymilacji – europejskie społeczeństwa przejawiają „zdolność szybkiego wchłaniania żywiołów obcych, które się wśród nich osiedlają", w odróżnieniu od Żydów, którzy „zachowują swą odrębność nawet wtedy, gdy się formalnie asymilują". Wedle Dmowskiego, tak jak wedle Hitlera, przejście na chrześcijaństwo nie zmieniało wywrotowej natury Żydów i jak Hitler uważał on „kwestię żydowską" za problem podówczas kluczowy, a nie jeden z wielu:

      „Za czasów, kiedyśmy nie mieli swego państwa, kiedyśmy dopiero dążyli do jego odbudowania, ilekroć usiłowałem konkretnie sobie wyobrazić państwo polskie, jego granice, jego skład, źródła jego siły i słabości, zawsze ta trudność wysuwała się na pierwszy plan, w niej widziałem największą przeszkodę do zbudowania zdrowego, silnego państwa.

      Ta trudność tkwiła i tkwi ciągle w potwornie wielkim odsetku ludności żydowskiej w Polsce. Pierwszym warunkiem zbudowania mocnego, opartego na zdrowiem i silnym społeczeństwie, zdolnego do odgrywania samoistnej roli w świecie państwa polskiego jest usuniecie tej trudności z naszego życia.

      Dopóki Polska będzie miała to smutne pierwszeństwo w świecie, że jest krajem najbardziej żydowskim, dopóty nie ma mowy o tym, żeby mogła ona być państwem, zdrowo rozwijającym się na wewnątrz i zdolnym śmiało patrzeć w oczy niebezpieczeństwom zewnętrznym".
      To niezwykłe wyznanie. Ze wszystkich problemów stojących przed Polską – takich jak umacniające się Niemcy i silny Związek Radziecki, konieczność unifikacji dawnych zaborów, rozwój gospodarczy, szukanie zagranicznych sojuszników – Dmowski wysuwał na plan pierwszy kwestię żydowską. Nazwanie tego antysemityzmem nie wystarczy – to była totalna obsesja, ideologia wyjaśniająca niemal każdy problem ówczesnego świata. „Przewrót" czyta się bardzo podobnie jak „Mein Kampf", z tą różnicą, że Hitler głosił nienawiść bardziej otwarcie niż chłodny, naukowy Dmowski.

      „Rozwiązanie zagadnienia żydowskiego"
      Dmowski, zrazu sceptycznie nastawiony do Hitlera, już latem 1933 r. uwierzył, że niemiecki przywódca rozwiązuje problem żydowski dla dobra Europy, uruchamiając proces, który w końcu uwolni ją od „żywiołu wybitnie obcego", bowiem „rewolucja narodowa, na razie w Niemczech, rozpoczęła planową, konsekwentną akcję usuwania żydostwa ze społeczeństwa europejskiego, akcję, która się na Niemcach nie zatrzyma".

      Kluczowym słowem jest tu „żydostwo", polski odpowiednik „das Judentum". Jak naziści, Dmowski nie uważał Żydów za istoty ludzkie, którym przynależą dane od Boga prawa: „choćby Żydzi moralnie byli aniołami, a umysłowo geniuszami, choćby byli ludźmi o wiele wyższego od nas gatunku, sam fakt ich istnienia wśród nas i ich bliskiego udziału w naszym życiu, jest dla społeczeństwa naszego zabójczy i trzeba się ich pozbyć". Myślał jak ktoś, kto kieruje się ideologią totalną. Usunięcie Żydów z Polski było historycznym obowiązkiem i nie dopuszczało wyjątków:

      „Zagnieżdżenie się w kraju i silny udział w życiu społeczeństwa żywiołu wybitnie obcego, odrębne mającego instynkty, musi nieuchronnie działać rozkładowo na instynkty społeczeństwa, na jego uczucia, pojęcia, wierzenia, zasady moralne, na wszystkie tradycyjne podstawy bytu społeczeństwa i jego siły".

      CDN...
      • diabollo Re: Roman Dmowski, szkodnik stulecia 18.09.21, 06:57
        Na ogół się myśli, że już przed wojną Hitler nie krył pragnienia wymordowania Żydów, ale w praktyce, tak jak Dmowski, preferował eufemizmy. O ile Dmowski opisywał swoje plany wobec Żydów językiem okrągłym – „usunąć", „pozbyć się" – naziści pisali, że Żydzi muszą „zniknąć", że wymagają „specjalnego potraktowania". Hitler i jego zwolennicy mówili o „Lösung der jüdischen Frage" (rozwiązaniu kwestii żydowskiej), Dmowski zaś o „rozwiązaniu zagadnienia żydowskiego". Obrońcy Dmowskiego twierdzą, że on i jego ruch popierali demokrację, ale on sam wiedział dobrze, że rewolucji narodowej nie przeprowadzi się drogą parlamentarną, bo demokracja parlamentarna stała się „wszędzie" rządem Żydów i masonów. Tylko taki kraj jak Niemcy, który „obalił" ustrój parlamentarny, mógł prowadzić politykę antyżydowską i antymasońską („Szerzenie się ustroju parlamentarnego w świecie szło wszędzie równolegle z rozrostem masonerii i rozwojem potęgi Żydostwa").

        Naród nawet ponad dekalog
        Kilka miesięcy przed uhonorowaniem Dmowskiego na dworcu Warszawa-Wschodnia biskup Romuald Kamiński poświęcił inną tablicę w pobliskim kościele katolickim pw. Matki Boskiej loretańskiej. Dziwne to, zważywszy na krytyczny stosunek Dmowskiego do moralności chrześcijańskiej. Wedle niego polityką narodów rządzą ich „interesy", a celem ludzkiej egzystencji nie jest wieczne zbawienie, tylko służba narodowi, nawet jeśli wymagałoby to złamania dziesięciu przykazań. W „Myślach nowoczesnego Polaka" pisał o patriotyzmie:

        „Jego główną podstawą jest niezależny od woli jednostki związek moralny z narodem, związek sprawiający, że jednostka zrośnięta przez pokolenia ze swym narodem, w pewnej, szerokiej sferze czynów, nie ma wolnej woli, ale musi być posłuszną zbiorowej woli narodu, wszystkich jego pokoleń, wyrażających się w odziedziczonych instynktach. Instynkty te, silniejsze nad wszelkie rozumowania i panujące częstokroć nad osobistym instynktem samozachowawczym, gdy nie są znieprawione lub wyrwane z korzeniem, zmuszają człowieka do działania nie tylko wbrew dekalogowi, ale wbrew sobie samemu, bo do oddania życia, do poświęcenia droższych od niego rzeczy, gdy idzie o dobro narodowej całości".

        Ten antychrześcijański materializm negujący nadprzyrodzone prawdy głoszone przez Kościół potępił Pius XI, a także jego sekretarz stanu Pacelli. Wiadomo, że Dmowski chciał pojednać się z Kościołem, ale tło tego pozostaje mało znane. W grudniu 1926 r. Watykan obłożył anatemą Action Française, francuski odpowiednik endecji, i ekskomunikował jej przywódców. Był zaniepokojony, bo Action Française chciała, by katolicy służyli sprawie, która głosi „ateizm i agnostycyzm", jest „wroga katolicyzmowi, chrześcijaństwu i moralności jednostki i społeczeństwa".

        Takim ruchem była też endecja, by więc uniknąć kościelnego potępienia, Dmowski wydał broszurę „Kościół i naród polski", oportunistycznie twierdząc w niej, że katolicyzm, a zwłaszcza jego nauczanie w kwestiach dobra i zła, „tkwi w istocie polskości": „w okresie podziałów kościół polski był główną siłą, dążącą do zjednoczenia państwowego", a teraz „upadek wiary" stanowi zagrożenie dla politycznego ładu, bo prowadzi do „rozkładu dyscypliny moralnej i upadku obyczajów".

        Jeden z polskich hierarchów, arcybiskup Edward Ropp, przejrzał jego cyniczną próbę wykorzystania Kościoła do politycznych celów. Wedle niego Dmowski potraktował religię w duchu XVIII-wiecznego materializmu, jako czynnik życia społecznego i politycznego pozbawiony nadprzyrodzonego charakteru: „Strącona jest przeto wiara ze swego górującego stanowiska Bożej prawdy – i [Dmowski] znajduje się na tym samym poziomie, co masoneria". Dmowski jest jak wielu polskich inteligentów – pisał Ropp – katolikiem przez rozum i chrzest, ale nie zna katolickiej wiary, „nie rozumiejąc nadprzyrodzonego pierwiastka w religii i jej przeto obowiązkowości".

        Mimo to Dmowski miał wielu entuzjastycznych zwolenników wśród polskiego kleru, a kiedy zmarł w 1939 r., został pochowany z kościelnymi honorami.

        Wyprzedziliśmy hitlerowców
        Wolno jak najbardziej zastanawiać się nad skutkami myśli Dmowskiego dla wojny, która wybuchła tego roku. Polacy, którzy polowali na Żydów, mieli błogosławieństwo tego szanowanego uczonego i polityka, który uczył, że „duch czasu" wymaga usunięcia Żydów z Europy. Pisał wszak:

        „Jeżeli dla żywiołów, prowadzących dziś państwo, z wiadomych przyczyn okazało się niemożliwym oparcie się na zasadzie narodowej – co je zmusiło do odgrzebania z archiwów zwietrzałej »racji stanu« – to tym bardziej z tychże przyczyn nie mogły one myśleć o zajęciu stanowiska narodowego w kwestii żydowskiej. Musiały pójść drogą całkiem przeciwną, drogą prowadzącą do wzmocnienia żywiołu żydowskiego w Polsce. I tu poszły one wbrew duchowi czasu, wbrew nowym tendencjom politycznym, które tak silnie wystąpiły w Niemczech i tak szybko rosną w innych krajach Środkowej Europy".

        Mordu zabraniała moralność chrześcijańska, ale Dmowski nauczał, że interesy narodu mieszczą się w innej płaszczyźnie, więc polscy łowcy Żydów mogli uwierzyć, że przemoc wobec starców, dzieci, młodych matek jest konieczna i słuszna, że robią to dla Polski.
        Niemcy dostarczyli sposobności, ale nie pomysłu. Dmowski z dumą głosił, że antysemityzm jego obozu jest głębszy i bardziej autentyczny niż antysemityzm nazistów:

        „To, co powierzchownym aferzystom politycznym, nie znającym nawet niedawnej przeszłości, wydaje się w polityce obozu narodowego jakimś fortelem, jakąś sztuczką polityczną, jakimś krokiem taktycznym, zastosowanym do przemijających okoliczności, jest akcją wynikającą z najgłębszych zasad ruchu narodowego, często mającą swe poważne już początki w latach dawniejszych, kiedy państwo polskie jeszcze nie istniało.

        CDN...
        • diabollo Re: Roman Dmowski, szkodnik stulecia 18.09.21, 06:58
          Tak się rzecz ma m.in. z najważniejszym, najbardziej palącym zagadnieniem dzisiejszym, z kwestią żydowską. Zagadnienie to stało się polem do poważnej akcji już na parę lat przed wojną światową, tę akcję rozwinął obóz narodowy, a dzisiejsze stanowisko obozu jest tylko konsekwentnym rozwinięciem, w zastosowaniu do nowych warunków, stanowiska zajętego już przed wojną. Nie miał on niczego do nauczenia się od hitlerowców".

          Aleksander Hall uważa, że „prawda historyczna" wymaga, byśmy oceniali Dmowskiego nie według dzisiejszych standardów, tylko jako człowieka swoich czasów. Racja. Maurras, ojciec Tiso i Ante Pavelić, Ferenc Szálasi, generał Antonescu czy Vidkun Quisling – wszyscy oni byli ludźmi swoich czasów i jak Dmowski witali z uznaniem niemiecką narodową rewolucję. Rzecz w tym, że nikt nie nazywa dziś ich imieniem dworców kolejowych ani nie wmurowuje tablic pamiątkowych na ich cześć.

          Roman Dmowski, „ojciec niepodległości". Czyżby?
          Wiemy o antysemityzmie Dmowskiego, ale spójrzmy na to, co zrobił dla Polski, a zwłaszcza na jego walkę o niepodległość. Argumenty zwolenników przywódcy endecji w tej kwestii nie wiążą Dmowskiego z żadnym konkretnym rezultatem. Ich język jest metaforyczny: Dmowski jest „ojcem niepodległości" i „architektem" odrodzonej Polski. Ale co właściwie dla niej zrobił? Endecja nie miała monopolu na niepodległość, gdyż idea ta kwitła we wszystkich warstwach społecznych i obozach politycznych. W 1918 r., gdy stała się realna, była już powszechna.
          Powiada się, że endecja utorowała jej drogę, budząc polskiego ducha. Owszem, szerzyła ideę narodową, tyle że we własnym wydaniu, a politycy chłopscy i socjalistyczni też byli nacjonalistami, choć bez tak rasistowskiego zacięcia. Dbałość o przechowanie kultury narodowej nie była wymysłem endecji – tajne nauczanie istniało przed powołaniem w 1899 r. przez Ligę Narodową Towarzystwa Oświaty Narodowej i było efektem spontanicznej pracy tysięcy ludzi, którzy wykorzystywali też struktury polityczne. W latach 80. XIX w. Cecylia Śniegocka korzystała ze struktur PPS, a potem Ligi Narodowej (którą porzuciła ze względu na jej prorosyjską orientację). W zaborze pruskim endecja nie organizowała strajków szkolnych ani latających uniwersytetów. Dzieci i kobiety, które podtrzymywały polską kulturę, nie potrzebowały, by Dmowski mówił im, że mają „polskie obowiązki".

          Najbardziej charakterystycznym rysem politycznej konstrukcji Dmowskiego była prorosyjska orientacja. Lecz skoro sam nalegał, by przywódców oceniać podług osiągnięć, w tej kwestii osiągnął niewiele. Mimo wielkich nadziei współpraca z caratem niewiele dała polskiej kulturze i niepodległości. Jednak przysłużyła się interesom Narodowej Demokracji. Jak pisał szkocki dziennikarz i historyk Neal Ascherson:

          „(…) endecja umiała wykorzystać pozycję głównej partii »oficjalnej« w zaborze rosyjskim do budowania zaplecza w każdej legalnej organizacji społecznej, w tym w klasie chłopskiej i w przemysłowej klasie robotniczej. Gdziekolwiek zapuściła korzenie, szerzyła swoje doktryny biologicznej wyższości Polaków, niższości obcokrajowców, zagrożenia dla »polskiego stylu życia«, jakim jest socjalizm i zdradzieckiej obcości Żydów".

          W 1915 r. fiasko orientacji prorosyjskiej polityki było oczywiste, lecz niestrudzony Dmowski kierował już wzrok ku Anglii i Francji, rugując wysłanników swojego rywala Józefa Piłsudskiego (doniósł na Augusta Zaleskiego do Scotland Yardu), by dzięki wytrwałości, charyzmie i zmysłowi organizacyjnemu stanąć na czele Komitetu Narodowego Polskiego. Co jednak zdziałał dla niepodległości, czego by bez tego nie udało się osiągnąć? Niewiele.

          Drogę do niepodległości Polski utorowała wojna. Nie tylko upadek zaborców, lecz także wola zwycięskich mocarstw odbudowy polskiej państwowości, zapowiedziana przez Woodrowa Wilsona w styczniu 1917 r. Jakiś wpływ na to miał Ignacy Paderewski, ale nie Dmowski. Owszem, zabiegał on uporczywie o „wielką Polskę" (m.in. w podziwianym przemówieniu w Paryżu w 1919 r.), ale wobec upadku Rosji w interesie nowej Polski leżało też nawiązanie silnych sojuszów z zachodnioeuropejskimi mocarstwami.

          Według wnikliwych badań Piotra Wandycza na przeszkodzie stanął obsesyjny antysemityzm Dmowskiego, jego niechęć do wysłuchania cudzych poglądów i wiara, że wszyscy podzielą jego słuszne stanowisko (nie tylko w polskich sprawach), czym ostatecznie zraził sobie elitę polityczną Wielkiej Brytanii.
          Podziela tę opinię Norman Davies:

          „Największym nieszczęściem było to, że pierwszy polski przywódca znany brytyjskiej opinii publicznej był zagorzałym antysemitą, a niektórzy w jego otoczeniu praktykowali małostkową dyskryminację. Odbiło się to na postawie Brytyjczyków wobec Polski nie tylko na konferencji pokojowej i w krytycznych dniach wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., ale na stałe".

          CDN...
          • diabollo Re: Roman Dmowski, szkodnik stulecia 18.09.21, 07:00
            Dmowski zraził też sobie potencjalnych sojuszników w USA. Jego podróż w 1918 r. nie przyniosła Polsce spodziewanych korzyści – jak pisał Paderewski, „jego postawa jakkolwiek dumna i prawdziwie patriotyczna, wyrządziła naszej sprawie ogromną szkodę".

            Niespełnione sny o „Wielkiej Polsce"

            Jeśli spytamy o granice odrodzonego państwa i tu wpływ Dmowskiego wydaje się znikomy. Podobnie jak przed wojną podczas nieplanowanych, masowych i spontanicznych działań w obszarze kultury od 1918 r. Polacy, bez względu na polityczne afiliacje, chwytali za broń w Chełmie, na Śląsku, w Poznaniu i na rozległych Kresach Wschodnich. Budowanie państwowości wymagało przywództwa – wojskowego i politycznego – ale zapewnił je kto inny. Federalistyczne idee Piłsudskiego bazujące na współpracy regionalnej okazały się na dłuższą metę lepiej służyć narodowym interesom niż „wielka Polska" Dmowskiego, zwłaszcza że zachodnie mocarstwa nie zapewniły Polsce bezpieczeństwa, kiedy go rozpaczliwie potrzebowała.

            Jak pisze Wandycz, Dmowski nie urzeczywistnił swej wizji „wielkiej Polski". Nie włączył do niej Górnego Śląska, Olsztyna ani Gdańska, a strasząc za granicą Żydów i innych, spowodował, że Polska musiała podpisać tzw. mały traktat wersalski gwarantujący prawa mniejszości. Warto jednak zastanowić się, co by było, gdyby Dmowski zdobył wszystkie te ziemie i stał się prawdziwym architektem ustroju państwa, i co, gdyby okazał się skutecznym dyplomatą? Czy te sukcesy osłabiłyby działanie trucizny nienawistnej ideologii, którą – jak Hitler – kusił miliony? Jeśli wierzymy, że polityka musi też bronić elementarnych praw człowieka, odpowiedź brzmi „nie".

            Jednak na polskiej prawicy Dmowski cieszy się nadal ogromną popularnością. Trochę to niepojęte. W Austrii, Niemczech, Francji i we Włoszech działają partie konserwatywne, ale tylko skrajny margines ośmiela się gloryfikować takie osoby jak Georg von Schönerer [zmarły w 1921 r. austriacki nacjonalista i antysemita, nazywany przez wyznawców „führerem", któremu przypisuje się autorstwo pozdrowienia „heil"] czy Maurras, nie mówiąc już o Hitlerze. Dlaczego ich polski odpowiednik jest kimś, kogo nawet umiarkowani Polacy czują się w obowiązku szanować? Dlaczego tablica upamiętniająca w Wiedniu nauczyciela Hitlera lub w Rzymie jego sojusznika Mussoliniego wydaje się absurdalna, a pomnik Dmowskiego w Warszawie nie?

            Skąd te hołdy?
            Prostą odpowiedzią jest zimna wojna. Na Zachodzie wolna gra sił politycznych, zrazu pod czujnym okiem alianckich sił okupacyjnych, zapewniła, że tworząca się prawica została oczyszczona z rasizmu i skrajnego nacjonalizmu. W efekcie w Niemczech, Austrii, Włoszech i Holandii powstała chadecja, będąca ofertą dla wyborców konserwatywnych i chrześcijańskich, dla umiarkowanych nacjonalistów.

            Z kolei w Polsce i Europie Wschodniej prawica wraz z innymi niezależnymi siłami politycznymi została wyeliminowana, co zaprzepaściło szanse na samooczyszczenie, na denazyfikację. Co gorsza, w Polsce komunistyczni władcy podjęli radykalne wątki endeckiej spuścizny, by wykorzystać je do własnych celów. Wymownym przykładem była działalność faszysty Bolesława Piaseckiego, a także frakcji „partyzantów" w PZPR, która rzuciła wyzwanie Władysławowi Gomułce, głosząc hasła podobne do endeckich: precz z liberalizmem, Polska dla Polaków, przyjaźń z Rosją.

            O Dmowskim nie wolno było oczywiście w PRL wspominać, nie mówiąc o jego celebracji. Zamiast więc rozrachunku z jego dziedzictwem – jak było z nazizmem w Niemczech – polski protofaszysta został wymazany, stracił tożsamość, przestał istnieć. A niewiedza jest doskonałą pożywką dla mitologii. Wbrew historycznemu faktowi, że Dmowski kolaborował z okupantem zniewolonej Polski, publiczne milczenie na jego temat w PRL pozwalało uznać go za bezkompromisowego przeciwnika reżimu – on był prawicą, a reżim „lewicą".

            Stracona szansa na zreformowanie prawicy – ba, jej degeneracja – jest jednym z najtrwalszych, zarazem najsłabiej dostrzeganych, fatalnych skutków komunizmu. Widać to także w dawnej NRD, gdzie lata komunistycznej dyktatury uniemożliwiły przepracowanie dziedzictwa faszyzmu, dając wschodnim landom w spadku wielką radykalną prawicę.

            W swoim długim życiu (1864-1939) Dmowski wykonał ideowo-polityczną pracę dwóch pokoleń prawicowych radykałów, od von Schönerera po Hitlera, od Georges'a Sorela [francuski socjolog, teoretyk państwa narodowego] po Mussoliniego, od Édouarda Drumonta [francuski publicysta nacjonalistyczny, założyciel Francuskiej Ligi Antysemickiej] i Maurras'a po Pierre’a Lavala [premier kolaborującego z Niemcami francuskiego rządy Vichy]. Można śledzić jego troski i obsesje na punkcie dyscypliny i czystości od wczesnych prac aż po „Przewrót" – rozkwit idei zasianych w latach 90. XIX w. Szkody, jakie wyrządził, są nieobliczalne, ale nie wykraczają poza nasze zrozumienie, poddają się leczeniu, procesowi deendekizacji.

            Historia należy do wszystkich
            Często kojarzymy powojenną denazyfikację w Niemczech z dyktatem aliantów, procesami norymberskimi, czystkami, egzekucjami i zakazami, ale w rzeczywistości to był ledwie początek. Potem, w toku trwającej dziesięciolecia debaty publicznej, analizowano nieludzką, w istocie, z chrześcijańskiego punktu widzenia, pogańską ideologię nazizmu, by z czasem przymierzyć się do zrozumienia tego, w jaki sposób ideologia nienawiści mogła stać się tak atrakcyjna dla tylu zwykłych ludzi. Nie była to dyskusja z samymi Niemcami czy między Niemcami – wzięli w niej udział naukowcy z całego świata. Młody amerykański doktorant William Sheridan Allen zbadał, jakimi drogami nazizm pobudza wyobraźnię mieszkańców małego miasteczka. Potem brytyjscy historycy zapoczątkowali głębokie studia o Hitlerze. Historia żadnego narodu nie jest jego wyłączną własnością.

            Polska nie stworzyła ruchu politycznego, który sięgnął po władzę, by rządzić światem i unicestwić inne narody. Państwo polskie nigdy nie zainicjowało masowych mordów. Pierwsze powiedziało Hitlerowi „nie", stając się ofiarą nazistowskiego ludobójstwa.

            Niemcy i Polskę dzielą niezliczone różnice. Ale jak wszystkie europejskie kraje w dwudziestoleciu międzywojennym i Polska, i Niemcy zrodziły potężny ruch szowinistycznej prawicy. W tej mierze Polska może uczyć się od swego sąsiada.

            CDN...
            • diabollo Re: Roman Dmowski, szkodnik stulecia 18.09.21, 07:02
              Niemcy wydają więcej niż Polska na promocję swego wizerunku za granicą. Poza instytutami Goethego rząd powołał niemieckie instytuty historyczne na całym świecie – w Londynie, Rzymie, Paryżu, Tokio, Moskwie, Pekinie, a nawet w Berkeley i oczywiście w Warszawie. Celem nie jest jednak promowanie konkretnego obrazu Niemiec – raczej pobudzanie zainteresowania tematami historycznymi, które ich dotyczą. Efekty nie mówią – nie mogą powiedzieć – nic rozstrzygającego o niemieckiej przeszłości, ale mówią wiele o niemieckiej teraźniejszości – o państwie, które jest pewne siebie i nie boi się pytań o swoją historię, chyba najtrudniejszą ze wszystkich narodowych historii.

              Nie zasługuje na szacunek

              Dzisiejsza Polska emanuje czymś, co zdaje się destrukcyjnym przeciwieństwem zaufania – strachem. Bardziej niż członka wspólnoty europejskiej przypomina dawny Związek Radziecki. Boi się, że dociekliwe pytania zniweczą wizerunek, którego nie da się utrzymać – np. kraju bez kolaborantów. Filozofowie i duchowni potępią ten rząd za to, co zrobił z publiczną moralnością. Jako historyk Polski cierpię, bo polityka strachu zamyka umysły na fascynującą historię tego kraju – na Polskę Barańczaka, czas strajków szkolnych i tajnej edukacji, kiedy uczniowie z narażeniem życia studiowali poezję i historię. To dopiero początek. A jest jeszcze historia KOR-u, „Solidarności" i teraz Strajku Kobiet.

              Nikt teraz bądź w przeszłości nie zaszkodził bardziej wizerunkowi Polski, zniechęcając do tego bożego igrzyska, niż Roman Dmowski. Jego duchowymi dziedzicami są rządzący dziś wrogowie liberalnej demokracji, którzy ograniczają swobodę badań naukowych. Dmowski był człowiekiem swoich czasów, który w naszych czasach nie zasługuje na szacunek – nobilitowanie go cementuje tę fatalną spuściznę, jawnie sprzeczną z interesami Polski jako państwa i narodu. Odwiedzający gdańskie muzeum, widząc na honorowym miejscu pomnik polskiego adoratora faszyzmu, zdziwią się niepomiernie. Ojciec polskiej niepodległości? To po co ta niepodległość? Może to być ostatnie pytanie o Polskę, jakie kiedykolwiek zadadzą. Złe stereotypy przetrwają. Nie można wiarygodnie wypromować wizerunku kraju, można jednak sprawić, że nikt nie zakwestionuje jego czarnej wersji.

              Dmowskiego nie da się wymazać ani „skasować". Ma miejsce w historii wraz z innymi ludźmi jego czasu, faszystami, których tak podziwiał.

              Prof. John Connelly, historyk, pracuje na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, zajmuje się historią Europy Wschodniej.

              Tłum. Sergiusz Kowalski

              wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,27580191,roman-dmowski-szkodnik-stulecia.html

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka