martini-7
20.10.10, 20:03
dziś przedostatnia wizyta u terapeutki, uznała ona że możemy kończyć bo dobrze sobie radzę.... powiedziała ciekawe rzeczy... najfajniejszą było stwierdzenie, że najlepszą decyzją w moim poprzednim związku była decyzja o zakończeniu go.... uświadomiła mi, że na samym początku chcąc idealnego związku zrezygnowałam z siebie, że to się pogłębiało, że ten układ trzymał mnie w cieniu... to by nawet miało sens bo wszystko zaczęło się zmieniać jak ja pomału (wręcz za wolno) zaczęłam mieć swoje życie, poznawać inne poglądy... ciekawe, dlaczego mój były używał wówczas stwierdzenia "ludzie mówią że Cię przestają poznawać" pewnie dlatego używał liczby mnogiej by ruszyć we mnie sumienie co niestety mu się udawało.... facet miał luzik ze mną, realizował się robił co chciał a jak ja zaczęłam wychodzić z cienia to przestało być fajnie.... przez tyle kurna lat wierzyłam w te bajkę o miłości i idealnym z nim związku... fajne to może było na początku ale jak umarły motylki w brzuchu to było tylko przyzwyczajenie którego ja nie mogłam odróżnić z braku doświadczenia od miłości. Ciekawy wniosek mi przyszedł do głowy... ja całe życie przed czymś tak naprawdę uciekałam... najpierw dzięki motylkom związałam się z nim, uciekałam do niego od rodziny, od niego do przyjaciela, do samotności do okaleczania się, od tego uciekałam do mojego obecnego męża, a dziś nie uciekam, wreszcie nie czuję się jak przechodzień, kiedyś wydawało mi się ze tamten związek jest zakończeniem wędrówki ale tak nie było, stąd te frustracje, okaleczenia, depresje itp. dziś nie chce już niczego szukać, czuję się wreszcie spełniona i nie tłumię potrzeb i emocji, jest bosko, moja dusza odnalazła swój dom...