Dodaj do ulubionych

kiedy koniec terapii

02.11.11, 21:22
takie mnie dręczy od jakiegoś czasu pytania: po czym można rozpoznać ten moment, w którym należałoby już zacząć rozważać zakończenie terapii? i - jak to powinno wyglądać? już? zaraz? za tydzień, miesiąc, pół roku? czy dopiero kiedy "cele" wyznaczające na początku kierunek zostaną zrealizowane? a jeśli nie zostaną? jeśli pewne rzeczy po prostu zawsze już pozostaną poza zasięgiem i jedyne, co można zrobić, to pogodzić się z tym, co jest, nie zamykając się ewentualnie na możliwość zmiany, gdyby taka się jakimś cudem pojawiła? jak rozpoznać i oddzielić w sobie rzeczywistą potrzebę wsparcia w pracy nad danymi obszarami od pewnego po prostu przywiązania (nie mylić z zakochaniem) do terapeuty jak do bliskiego człowieka, któremu się poniekąd siebie powierzyło, zaufało i z którym przeszło się niejedno przez ostatnie x (2, 3, 4, mniejsza ile) lat(a)? od dłuższego czasu się nad tym zastanawiam, trochę nawet poruszałam to już na sesjach, ale ciągle nie potrafię sobie na te pytania odpowiedzieć. trudne to dla mnie, więc odsuwam w czasie zasłaniając się przed samą sobą pilniejszymi sprawami w życiu, ale.. może to już czas..
Obserwuj wątek
    • mskaiq Re: kiedy koniec terapii 02.11.11, 23:07
      Jesteś borderline a to jest problem związany z separacją. Dokonujesz jej po raz
      pierwszy według swoich zasad i własnych potrzeb, czyli tak jak to powinno
      się stać kiedy bylaś dzieckiem.
      To trudny krok, możesz spróbować spotykać sie z terapeutą raz na dwa tygodnie,
      jeśli tego potrzebujesz albo czułabys się z tym lepiej, to Ty decydujesz.
      A uczucia przywiązania, uczucia bliskości zostaną w Tobie i im wiecej takich uczuć
      uda Ci się zdobyć tym więcej będzie w Tobie radości i sensu życia.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 00:27
        Mask opanuj się w tych diagnozach, na litość absolutu.
        • mskaiq Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 08:43
          Canoine pisała o tym że tak została zdiagnozowana nie raz.
          Serdeczne pozdrowienia.
          • canoine Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 19:58
            tak dla ścisłości, to pisałam, że to była jedna z diagnoz, jakie mi wystawiono. a zebrałam ich cały wachlarz od schizo przez chad, cyklofrenię, bpd, depresję z objawami lękowymi, nadużywanie substancji i nie pamiętam co jeszcze. wszystkie i tak spaliłam któregoś wieczora w kominku :]
            • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 13:20
              masz kominek? ooo ja bym chciała, ostatnio spaliłam część zapisków w glinianej donicy na balkonie, ale tylko kilka kartek, bo się bałam że przyjedzie straż pożarna:) Bardzo lubię patrzeć jak palą się zapiski złych wspomnień , stare dokumenty dotyczące przykrych spraw itp, zawsze odczuwam ulgę jakby naprawdę tego złego nie było. Jak miałam ogród to raz na jakiś czas mogłam je spalić w ognisku a teraz nie ma gdzie.
              • canoine Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 18:54
                ja nie mam. ale przez jakiś czas miałam swobodny dostęp do tego wynalazku. coś jest w tym, co piszesz.
              • sosforeus Re: kiedy koniec terapii 25.11.11, 23:24
                Lucyna, masz balkon...? ooo ja bym chciala...;)
                • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 26.11.11, 13:55
                  bank ma, żeby Ci było gorzej powiem że całe 9 metrów kwadratowych balkonu, na wrotkach można jeździć, ja na razie mam kilka metrów kwadratowych , umownie przyjęłam że to tam gdzie stoi komp, ewentualnie depresyjny barłóg.
    • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 00:26
      jakbym znalazła terapeutę spotkania z którym byłyby dla mnie wyraźnie rozwijające i satysfakcjonujące, pomagałyby mi, i byłoby mnie na to stać finansowo to tak sobie myślę że może potraktowalabym te spotkania jako element higieny psychicznej i inwestycji w siebie. Jedni muszą być raz na tydzień w spa a ja bym sobie chodziła do takiego psychicznego gabinetu odnowy. Zawsze w życiu jakieś sprawy są z którymi człowiek nie ma się do kogo udać, a do tzw najbliższych jakoś nie specjalnei chce się z nimi wyrywać, a tu byłby taki wentyl bezpieczeństwa. Przestałabym chodzić chyba wtedy kiedy czułabym że to mi nie jest potrzebne, że więcej już nie ma co walcować, że daję radę samodzielnie i mam stabilne centrum:)
      • canoine Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 20:37
        rzecz w tym, że przy mojej - ekhm - konstrukcji psychicznej, to nie wiem czy kiedykolwiek dorobię się czegoś takiego jak "stabilne centrum". do szczęścia mi w życiu daleko (chociaż szczęśliwa czy zadowolona bywam), niewykluczone, że zawsze już będę się borykać z okresami depresyjnymi (terapia mi jednak mózgu nie zmieni), są sprawy, co do których nie czuję, bym je przepracowała (cokolwiek to znaczy i po czymkolwiek poznać, że problem został prze-pracowany) i że tkwią we mnie nadal jak takie drzazgi, ale.. nie wiem. może nie czas jeszcze, może nie z tym mimo wszystko terapeutą, może nie w ten sposób, a może wcale nie potrzebuję tego przepracowywać, może to sobie będzie tak do końca życia po prostu różnymi drobnymi drzazgami we mnie tkwić i boleć kiedy coś lub ktoś to poruszy.. a może coś zaszczepione na tej terapii kiedyś, za parę lat albo kiedy indziej, wyrośnie w coś, co wypchnie ze mnie te drzazgi.. a może nie i tak, jak jest teraz po prostu już będzie i koniec. dużo zmieniłam, ale nie można mieć wszystkiego.. nie wiem. wiem, że coraz mniej jakby mnie w tej terapii, bo i sporo rzeczy mi się teraz działo w życiu i wiem, że te drzazgi, których jakoś nie umiem ruszyć, odsuwam od siebie, a coraz częściej nie wiem właściwie o czym mogłabym z moim terapeutą porozmawiać.. wiem za to, że się tak po cichu przywiązałam do niego, jak do kogoś, kto mi przez ostatnie 3 lata poświęcił dużo czasu, zawsze był o wyznaczonej porze, znosił wszystkie moje odpały, dał mi dużo uwagi, ciepła, wsparcia, zrozumienia.. jak do kogoś bliskiego, komu w pewien sposób powierzyłam siebie, jak nie robię tego nigdy.. chociaż nie potrafię zdobyć się na pełne zaufanie i może nigdy do tego nie dojdę. no i wiem, że będzie mi go kiedyś zwyczajnie brakowało.. eee, za trudne to na dziś :|
        • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 22:55
          Ty znowu chcesz wywrzeć na sobie presję, po co?
          daj sobei więcej czasu, długo trwało złe, wyjście na prostą też musi potrwać, masz dylemat więc nei jesteś gotowa,
          Czy to czasem nie jest tak że wszystkie pomniejsze sprawy dookołne już zostały omowione i teraz czujesz że sięgasz sedna i będzie bolało a Ty ni chcesz tego ruszać, wolisz szukać powodów do zakończenia terapii i wmawiasz sobei że dasz radę już sama?
          nie mówię że napewno tak jest, ale może?
          • canoine Re: kiedy koniec terapii 04.11.11, 06:06
            zadawałam sobie podobne pytania wielokrotnie. i.. nie wiem.
            • al_bundy123 Re: kiedy koniec terapii 04.11.11, 08:18
              więc może lepiej zostawić to tak jak jest i nie burzyć tej z trudem budowanej równowagi ?
              Pozdrawiam
        • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 04.11.11, 16:23
          Moja terapeutka nieraz mówiła mi,że "niezdrowe" myśli,czy pewne objawy,pogorszenia BĘDĄ się pojawiać.Też mam poczucie,że zaczyna mi brakować tematów do rozmowy,że został tylko ten jeden,jedyny temat,jedyny objaw..Terapeutka powiedziała mi kiedyś,że da mi znak,że jest ze mną na tyle dobrze,że możemy się spotykać co dwa tygodnie.Narazie o tym nie wspomina.Kiedy w złości wykrzyczałam,że kończę terapię,ona zrobiła wszystko by dać mi do zrozumienia,że nie jest to właściwa pora na koniec,że ona jest chętna i otwarta na dalsze spotkania.
          U mnie było tak,że przerobiłam wszystkie tematy,które jak łuski oklejały ten najważniejszy.Łuski odpadły,została ta najważniejsza.Też przerabiałam etap,w którym chciałam się wycofać,bo wydawało mi się to wszystko za trudne.A było trudne,bo dotarłam do sedna..
          Bądż dalej w tej terapii.Mów terapeucie o swoich drzazgach.
          Ja też nie wiem jak to będzie.Był moment,że terapeutka była bardziej zaangażowana w pracę niż ja,ona we mnie wierzyła,a ja w środku wycofywałam się,poddawałam..Miałam wyrzuty sumienia.To minęło,znowu pracuję.A jak to wszytsko sie zakończy to nie wiem.Wiem,że ufam swojej terapeutce i niech tak zostanie..
      • tlenoterapia Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 01:52
        lucyna_n 03.11.11, 00:26 Odpowiedz
        jakbym znalazła terapeutę spotkania z którym byłyby dla mnie wyraźnie rozwijające i satysfakcjonujące, pomagałyby mi, i byłoby mnie na to stać finansowo to tak sobie myślę że może potraktowalabym te spotkania jako element higieny psychicznej i inwestycji w siebie.

        Czemu to jest niemożliwe?
        • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 12:20
          jakbyś była moim terapeutą tobym ci się zwierzyła z powodów, na forum to nie :)
          • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 13:08
            Ok,dzięki,coś tam spróbuję ustawić bo faktycznie mam misz masz, co może być przyczyną zjeżania się canoine
            • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 13:15
              odczucia uczestników co do Twoich wpisów to jej że się tak wyrażę brutalnie ich problem i Ty nie masz obowiązku się tym kierować (ja co prawda nie zauważylam zjeżania, ale nie w tym rzecz), rzecz w tym że nie odnajdziesz się w dyskusji jak nie widzisz drzewka bo nie wiesz kto komu i na co odpowiada.
            • canoine Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 18:57
              się nie zjeżyłam. ale to ułatwia nieco komunikację i pozwala uniknąć nieporozumień.
              • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 03:15
                weź spadaj, za chwilę zaczniesz klikać w czerwony kosz i pisać petycje do moderatora.
                • canoine Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 17:31
                  sorry, ale co to miało być? przy całej sympatii Lucy, ale daruj sobie takie teksty. jako żyję do żadnego moderatora nie pisałam i bądź łaskawa oszczędzić mi podobnych oszczerstw. "weź spadaj" - no proszę, proszę. po Tobie to bym się jednak czegoś więcej spodziewała. przykro mi, nie powiem.
                  • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 21:44
                    przepraszam, naprawdę
                    obiecuję starannie dobierać leki na przyszłość
    • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 01:44
      U mnie ten temat i identyczne pytania i niewiadome odnośnie terapii są bardzo aktualne.
      Myślę,że już samo poruszanie tego tematu świadczy o końcowym etapie terapii.Etapie,który jeszcze może długo potrwać zanim pewnie,niezależnie od terapeuty,staniemy na własnych nogach.Przyjdzie taki moment,że poczujemy,że to już koniec,że już wszystko zostało przepracowane,że damy radę same.
      Ja w zasadzie osiągnęłam już wszystkie cele w terapii,został tylko jeden,jeden najważniejszy.Wszystkie "łuski"już odpadły,z tą jedną nie wiem ile da się zrobić.Być może będę musiała pogodzić się z faktem,że nigdy w pełni nie pozbędę się tego objawu,że tak wżarł mi się w osobowość,że do końca życia będzie upośledzał moje funkcjonowanie.Na pewno przyjdzie czas na takie rozmowy z terapeutą.
      Swojego czasu próbowałam wymusić na terapeutce,żeby to ona zadecydowała o końcu terapii.
      Ale ta decyzja należy co mnie i już teraz wiem,że będzie to bardzo trudny,ale i niezmiernie ważny dla mnie moment.Pierwszy raz w życiu to ja zadecyduję o rozstaniu z osobą,która stała mi się realnie bliska.Może to jest właśnie owo zakochanie,czy też "zakochanie"w terapeutce.To co od niej otrzymałam wzbudziło we mnie bardzo silne poczucie bezpieczeństwa,ulgi,spokoju,niezwykłego ciepła.Nigdy takich uczuć nie doświadczałam i boję się,że nigdy już nie doświadczę..Dlatego będzie mi tak trudno.Ale na tyle ufam swojej terapeutce,że wiem,że zrobi wszystko w zgodzie ze mną i zrobi tak,żebym niepotrzebnie nie cierpiała.
      Dobranoc:)
      • mskaiq Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 09:38
        Myśle że nawet najbardziej wżarte objawy są tylko objawami zapamiętanymi.
        Jeśli zaakceptuje się że sa one wżarte i nie da się ich pozbyć to może oznaczać
        powrót do tych objawów i utratę tego co się zyskało na terapii bo przecież
        wraca.
        Objawy moga pojawiać się jeszcze przez bardzo długo, czasem wracać po
        długiej nieobecności ale nie oznacza że jest to powrót tego co udało się nam
        pokonać.
        Po terapii zna się już inne wzorce i trzeba się tych nowych trzymać. Za każdym
        razem kiedy stosujemy się do tego co zostało nauczone osłabia się starą pamieć
        a wzmacnia nową.
        Można nawet z tego czerpać motywacje, kiedy rozumie się że każde przeciwstawienie
        się staremu osłabia tamto złe a wzmacnia to nowe które chcemy.
        Serdeczne pozdrowienia.
      • canoine Re: kiedy koniec terapii 03.11.11, 20:39
        ano właśnie coś takiego, jak piszesz.. dużo z tego, co mogłabym odpisać Tobie, napisałam pod postem Lucyny..
      • mskaiq Re: kiedy koniec terapii 04.11.11, 21:32
        Myśle że to nie jest zakochanie w terapeucie. Stworzyłaś być może pierwszy
        wlaściwy związek z dugim człowiekiem.
        Każdy inny zbudowany w podobny sposób może przynieść Ci takie podobne
        uczucia ale musisz uwierzyć i zaufać drugiej osobie a o to nie jest łatwo.
        Serdeczne pozdrowienia.
    • tlenoterapia Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 01:47
      Jak można nie widzieć, ze psychoterapeuci tylko profesjonalnie udają ,ze wiedza jak można pomoc , a w rzeczywistości zielonego pojęcia nie mają co robić, w dodatku ten co gada i sie otwiera czuje bliskość do tego kto słucha ale bez wzajemności - to okropne.


      "Na szczęście organizm ludzki jest tak wspaniały, że wytrzyma prawie każde leczenie."
      • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 06:47
        mask być może masz rację,może to mój pierwszy prawidłowy związek z drugim człowiekiem,który będę stawiałą za swojego rodzaju wzór.
        Tlenoterapia związek terapeutyczny to specyficzny związek,w pewnym sensie wyimaginowany,ale ja się na taki zgodziłam.Terapeuta wie co robić,ale wiele zależy od pacjenta.Związek z terapeutą i sama terapia bardzo dużo mi dały,to niezaprzeczalne.Fakt,że terapeutka nie odwzajemnia moich uczuć,ale zdaje sobie z nich sprawę.I co najważniejsze,ona jest autentyczna.Jej autentycznie zależy na mnie jako pacjentce,jest bardzo zaangażowana w pracę,wierzy we mnie,to nie jest udawane.Terapeuta tyż człowiek.Na ile może na tyle odwzajemnia moje uczucia.Na to wszystko ja się zgodziłam i nie żałuję.
      • canoine Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 08:01
        w dupie mam czy udaje i czy go coś tak naprawdę obchodzę. nigdy nikt mi tyle czasu, uwagi, zainteresowania, troski nie poświęcił co ten "udający". nie ocenia, nie krytykuje, pierwszy raz w życiu nie muszę się bać, że dostanę po głowie za to, jaka jestem i co myślę i czuję. i może tak naprawdę gó... go obchodzi, co ze mną będzie, ale te spotkania z nim jednak dużo mi dały i mnóstwo dużych zmian udało mi się z powodzeniem przeprowadzić w życiu w okresie, który jakoś tak dziwnie pokrywa się z moim uczestnictwem w terapii. może to żałosne, że szukam wsparcia, pomocy i zrozumienia u kogoś, kto być może tylko "odklepie" ze mną te 45 minut w tygodniu i "zmykaj, następny proszę". ale cóż, te pogadanki z nim, w co nie wierzyłam, że to może cokolwiek zmienić takie pleplanie, dały mi jednak więcej niż cokolwiek innego i tak się dziwnie składa, że to chyba jedyna osoba, z którą mogę w ogóle o tym, co mnie boli porozmawiać i jedyna, którą jakkolwiek obchodzę. nawet jeśli to udawane. reszta świata nawet nie udaje zazwyczaj, że ma mnie i moje problemy zwyczajnie w poważaniu.
        • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 11:58
          Canoine to do mnie Twoja odpowiedź?
          • canoine Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 12:16
            a czy jak spojrzysz na drzewko postów, to moja odpowiedź jest pod Twoim wpisem?
          • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 12:20
            Aguś ustaw sobie sortowanie postów na drzewko , bo od najnowszego to będziesz miała misz masz.
        • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 12:16
          to nie jest żałosne, tylko bardzo sensowne, ja osobiście zazdroszczę trafienia na takiego terapeutę. Tak naprawdę dopóki człowiek nie dojdzie do punktu że samemu na sobie ma mu zależeć to się trochę męczy, bo jakby tak uczciwie spojrzeć w litościwe serduszka innych to w nich też tyko głownie miłość własna i zaspokojenie własnych potrzeb. Ponadto rozmawianie o pewnych sprawach z rodziną czy znajomymi może pociągnąć za sobą konsekwencje w postaci wygadania się czy mimowolnej oceny opowiadającego i o ile po zakończonej terapii można się zupełnie nie przejmować tym co pamięta terapeuta to z rodziną może być zonk.
          Wszystko zależey od tego z czym do tego terapeuty człowiek idzie i czego się po spotkaniach spodziewa, moim zdaniem możliwość bezpiecznego wypowiedzenie swoich tajnych bolączek bywa bezcenna, to niby tak mało no bo co, pwoiesz i co czasu nei cofniesz, ale dla psychiki może to być jak zdjęcie ogromnego ciężaru.
          • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 20:48
            Ustawiłam sobie na drzewko,ale chyba nadal nie widzę tego co powinnam widzieć,hmm,muszę się doradzić kogoś bardziej doświadczonego.
            Dla mnie terapeutka jest jedynym powiernikiem.Szanuję ją za mądrość,cierpliwość,zaangażowanie w pracę i troskę jaką mi okazuje.Jest pierwszą osoba w moim życiu,która daje mi takie poczucie bezpieczeństwa,akceptację mnie,nie ocenianie mnie,brak krytyki.Też ktoś mógby powiedzieć,że to żałosne,że w terapeucie,jakby nie było,w obcym człowieku,odnajduję to,co powinnam odnależć w najbliższych osobach.I jest dla mnie trochę krępujące,że myśl o niej wzbudza takie ciepło i spokój.
            Na ostatniej sesji zupełnie spontanicznie powiedziałam jej,że jestem jej wdzięczna na całą jej pomoc.Trochę zaskoczyła mnie jej reakcja.Nie wiem czy dobrze to odczytałam,ale wydawała się ...zawstydzona.Spuściła oczy i powiedziała,że to bardzo miłe co mówię..Nie pasowało mi to do niej,osoby otwartej,żywej,opanowanej.Ale nie żebym narzekała..
            Canoine a może spróbuj porozmawiać ze terapeutą o swoich drzazgach,lub powiedz mu to,co tutaj napisałaś.I zobaczysz jaki to będzie miało ciąg dalszy..
            • canoine Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 21:48
              rozmawiałam z nim o tym i o wielu innych rzeczach, o różnorakich drzazgach, a nawet całych deskach powbijanych gwoździami w żywe mięso mej istoty trochę też. przez 3 lata, nawet biorąc pod uwagę sesje niemal całkiem przemilczane, można naprawdę sporo przegadać w te i nazad. można powiedzieć, że rany zostały z wierzchu oczyszczone. ale na dogłębne rozgrzebywanie własnego mięsa, by powydłubywać wszystko do ostatniej drzazgi to chyba nie mam odwagi i nie stać mnie chyba nigdy będzie na ten poziom zaufania do drugiego człowieka. i właściwie to nie wiem, bo może to wcale nie jest konieczne? może można te drobne drzazgi po prostu zostawić, otorbią się może, wrosną w tkankę mięśniową i może czasem coś tam będzie uwierało, może coś czasem zakłuje, ale to i tak nic będzie w porównaniu z tym, co było? nie mam pojęcia. przerobiliśmy mnóstwo rzeczy, udało mi się przez ostatnie 3 lata przeprowadzić istną rewolucję w moim życiu (od chwiejnego autoagresywnego ćpuna-samobójcy po stałą pracę, samodzielne życie, studia, względną stabilność i brak kolejnych blizn na ciele..). ale jednak tych paru głęboko ukrytych rzeczy nie mam odwagi ruszyć. czasem trącam nieśmiało, ale boję się to wyłożyć na podłogę między nami, a on nie tknie niczego bez mojego jasnego sygnału, by się tym zająć. a jak trącę i się wycofam, nie przytrzyma mnie przy tym. szanuję go za to i doceniam poszanowanie mojego wolnego wyboru i autonomii, ale jednak czasem mi tym nie pomaga. tylko, że to są rzeczy, fundamentalne dość wprawdzie, ale bez których można żyć. być może trochę smutne i puste to życie, ale można. więc może zostawić już jak jest i pogodzić się, że lepiej po prostu nie będzie? albo może po prostu nie na tym etapie, nie w tych okolicznościach? nie wiem, skoro taka trudność, to może jeszcze nie "dorosłam". a może racjonalizuję jedynie. tak, rozmawialiśmy, nie raz i nie dwa. on w mojej głowie nie siedzi, by zgadywać, a ja po prostu nie wiem. chociaż może coś w tym jest, skoro nawet pisanie o tym teraz, budzi w środku lekką chęć wycofania się, ucieczki i zakończenia tej naszej współpracy. ach, to wieczne pragnienie, by ktoś kiedyś zatrzymał, zagrodził drogę, chwycił za rękę i "uratował". ale nie, to nie ten adres. wiem..
            • al_bundy123 Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 23:27
              "Jest pierwszą osoba w moim życiu,która daje mi takie poczucie bezpieczeństwa,akceptację mnie,nie ocenianie mnie,brak krytyki."

              tak sobie czytam te pozytywne wypowiedzi odnośnie psychoterapii i jedno mnie zastanawia czy to nie jest przypadkiem niebezpieczne że terapeuta pomagając odbudować się pacjentowi może go troszkę za bardzo mimo najszczerszych intencji, że tak powiem podrasować i kiedy przyjdzie do konfrontacji z innymi ludźmi którzy nie będą tak wrażliwi czy ogólnie ze światem zewnętrznym to będzie wtedy klops ? tzn. ta misterna konstrukcja własnego nowego/starego "ja" nie wytrzyma zderzenia z rzeczywistością ?
              • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 06.11.11, 10:16
                Tak z rańca to mi się jeszcze ciężko myśli...ale al bundy to nie tak jak myślisz.Ja nie siedzę w bezpiecznym kokonie oderwana od wszelkich problemów,a kiedy zostanę z niego wypuszczona to będzie zonk.Mimo obecnie pozytywnych uczuć do terapeutki,bo bywały i przeciwne,nie stoję z piękną,czystą i lśniącą karoserią a troskliwy właściciel mnie tuninguje.
                Terapia jest trudna,ciężka niejednokrotnie,bolesna.Ja cały czas dokonuję konfrontacji z rzeczywistością i z innymi ludżmi,wykorzystuję to czego uczę się na terapii,wracam do gabinetu ze swoimi doświadczeniami.Ja nie jestem oderwana od rzeczywistości,dlatego żadnego klopsa nie będzie.A terapia dlatego trwa tak długo,by porządnie ugruntować zmiany,które zaszły,własnie po to,by nie była to misterna konstrukcja.
          • tlenoterapia Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 22:08
            lucyna_n napisała:
        • mskaiq Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 21:51
          Myśle że budzisz w nim takie same uczucia jakie on budzi w Tobie. Żadna dobra
          relacja nie może być udawana.
          Serdeczne pozdrowienia.
          • canoine Re: kiedy koniec terapii 05.11.11, 21:53
            myślę, że się mylisz z tymi uczuciami i to grubo. gdyby on odczuwał naszą relację tak samo jak ja, sam się powinien iść leczyć.
            • mskaiq Re: kiedy koniec terapii 06.11.11, 21:43
              Nie trzeba przeżywać, poddawać się emocjom aby je znac i rozumieć. Na tym
              polega empatia, wie się co ktoś przeżywa, kiedyś mogło sie to przeżyć samemu.
              Inaczej jest bardzo trudno pomóc, bo się nie rozumie.
              Serdeczne pozdrowienia.
          • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 06.11.11, 10:26
            Moja relacja z terapeutą nie jest udawana.Nieszczerość wyczułabym od razu.Terapeutce zależy na mnie jak na pacjentce.Po "wykonanej robocie"ja pójdę w świat.Był czas,że ona była bardziej zaangażowana w pracę niż ja.Myślę o swojej terapeutce,rozmawiam z nią w myślach,ale ja mam ją jedną,a ona ma wielu pacjentów.
            Nie wiem co ona do mnie czuje.Życzliwośc,sympatię,chęć pomocy,szacunek na pewno.Ale nie pewno nie odwzajemnia moich uczuć w takiej formie,jak występują u mnie,bo nie może i ja bym nie chciała,bo to świadczyłoby o braku jej profesjonalizmu.
            • canoine Re: kiedy koniec terapii 06.11.11, 23:02
              teraz znów będzie, że jestem niegrzeczna i w ogóle be, ale wpis mskaiq powyżej, był do mnie. a niewiele rzeczy mnie tak irytuje jak ludzkie wszędobylskie wpieprzanie się ze swoim JA. JA JA JA JA. z całym szacunkiem, jeśli dotąd nie zauważyłaś, to miał być mój wątek, w którym chciałam poruszyć jakiś SWÓJ problem. i o nim porozmawiać ewentualnie. a nie o TWOICH przeżyciach związanych z TWOJĄ terapią i TWOJĄ relacją z TWOJĄ terapeutką. tymczasem mam wrażenie, że przy Twoim JA, to nic tu po mnie. poszanowanie przestrzeni drugiego człowieka - siadaj - trzy minus.
              • a.g.g.a Re: kiedy koniec terapii 06.11.11, 23:54
                Wiesz,rzeczywiście bardzo niemiłe jest to co napisałaś.Jest mi bardzo przykro.Też dlatego że błędnie odebrałaś moje pisanie o realcji z terapeutą.Pisałam to z myślą o tobie,na zasadzie porównania czy wymiany wspólnych doświadczeń.Kto jak kto,ale ja nie mam potrzeby żeby moje JA było zawsze na wierzchu i nie mam potrzeby by egoistycznie nawijać o sobie.Może coś jest na rzeczy,że tak to odebrałaś,a powtarzam,błędnie.
                Cóż,mogę ci jedynie pozazdrościć spontaniczności w okazywaniu swoich uczuć,także gniewu,bo ja bym się kilka razy zastanowiła zanim coś takiego napiszę.
                Uciekam z TWOJEGO wątku.Mam tylko nadzieję,że forum jest wspólne i nie zostanę z niego przegoniona.
                A ocenę wystaw sobie sama...
                • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 03:14
                  a ja właśnie na przekor bym siedziała
                  co to? prywatny wątek sponsorowany że musisz pisać to co się autorce podoba?
                  weź... trochę kurna asertywności wobec projekcji. Forum jest otwarte i dla wszystkich, cenzury ze strony gazety już i tak jest tutaj po kokardę.

                  każdy tutaj ma na celu wielkie JA i nie ma się co okłamywać, tak jest i nigdy inaczej nie bylo i nie będzie.
                  słusznie zresztą.
              • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 03:11
                Ja ja ja i kto to mówi?? przyganiał kocioł garnkowi.
                dlaczego ci przeszkadza że ktoś się chce podzielić swoimi doświadczeniami na podobny temat?

                Czytając ten atak poczulam się jak osoba ktora jest w towarzystwie nieprzewidywalnego zwierzęcia które patrzy łagodnymi oczami, chodzi, sobie, leży ziewa, człowiek chce je pogłaskać i ono nagle rzuca się z zębami i gryzie do krwi, a następnei robi minę pokrzywdzonego newiniątka i zwija się w kłębek.

                Troszkę autorefleksji by Ci się jednak przydało, nie kończ tej terapii może.
                <zniesmaczona>
                • canoine Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 07:20
                  a bo widzisz, zawsze cały świat jest ważniejszy, większość zdecydowana ludzkości ma to swoje JA, które rozciąga z ulubieniem na wszelkie dostępne przestrzenie, a dla mnie jakoś tak tego miejsca zawsze było niewiele. rzadko bardzo wyłażę z czymś swoim do ludzi i kiedy w odpowiedzi słyszę "a ja..", "a u mnie.." to mam poczucie, że równie dobrze mogłoby mnie nie być, bo kogo właściwie obchodzi, co ja tam sobie plumkam, każdy ma swoje, ważniejsze sprawy. potrafię jednocześnie odróżnić kiedy ktoś się powołuje na swoje doświadczenia w kontekście problemu, bo wiadomo, każdy ma inaczej, ale u mnie coś zadziałało, dlatego powołuję się na siebie, bo może komuś drugiemu podpowie to jakieś rozwiązanie (a żeby nie było, że je sobie człowiek z palca wyssał). i na początku koleżance a.g.g.a się to udawało, po czym płynie sobie radośnie w temacie swojej terapii, bo znalazła sobie do tego akuratne poletko, a ja znów czuję, że wyleciałam poza nawias, własnego jednak, wątku. no i na zdrowie. dla mnie to jest jednak komunikat: jesteś nieważna, idź sobie. nawet w tak idiotycznym "miejscu" jak parę postów na internetowym forum. ba, ostatnio nawet mój psych mi się wyżalał ze swoich problemów. może faktycznie powinnam przestać światu swoją osobę d-u-p-ę zawracać, ale jakoś ciągle się tego nie mogę nauczyć.
                  miłego dnia mimo zniesmaczenia. już się przestałam przejmować tym, co ludzie o mnie myślą. i tak gó... to kogo obchodzi.
                  • ichnia Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 12:27
                    canoine napisała:
                    > z czymś swoim do ludzi i kiedy w odpowiedzi słyszę "a ja..", "a u mnie.." to ma
                    > m poczucie, że równie dobrze mogłoby mnie nie być, bo kogo właściwie obchodzi,
                    > co ja tam sobie plumkam, każdy ma swoje, ważniejsze sprawy.

                    > dla mnie to jest jednak komunikat: jest
                    > eś nieważna, idź sobie. nawet w tak idiotycznym "miejscu" jak parę postów na in
                    > ternetowym forum.

                    Jedynie zbyt niskie poczucie własnej wartości i duże zakompleksienie może powodować taki odbiór wpisów, skądinąd życzliwych, nie obrażających ani w żadnym stopniu nachalnych.
                    Nie istnieje wyłączność na wątki forumowe. Każdy ma prawo wpisywać się, gdzie mu się podoba i pisać to, na co ma akurat ochotę (nie łamiąc regulaminów oczywiście).
                    Jeśli naprawdę potrzebujesz przestrzeni na wyłączność, załóż bloga - to TY tam będziesz najważniejsza, a wpisy internautów będą tylko dodatkiem (co więcej - z możliwością ich pełnej kontroli).
                    • canoine Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 17:37
                      > Nie istnieje wyłączność na wątki forumowe. Każdy ma prawo wpisywać się, gdzie m
                      > u się podoba i pisać to, na co ma akurat ochotę (nie łamiąc regulaminów oczywiś
                      > cie).

                      no to i ja napisałam, co myślę i czuję. nie uważam, bym kogoś też przy tym obraziła. a tu bach - burza - mi nie wolno? to też nic nowego.
                      • lucyna_n Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 21:43
                        Ja na swoje usprawiedliwienie mam tylko to że chyba dlatego tak przereagowałam że no z cenzurą mi się to skojarzyło a ja mam po pacyfikacji forum depresja traumę chyba.
                  • lucyna_n normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 13:17
                    ja ciebie odbieram tak że twoje ja jest dla ciebie najważniejsze, tylko z niewiadomych przyczyn czujesz to osobiście inaczej i ciągle glosisz swoją nicość.

                    napadlaś na spokojną nieco zagubioną forumowiczkę jak dzikus
                    w sumie nadal nie rozumiem dlaczego te wpisy aż tak cię wkurzyły, że schemat "a ja to mam gorzej"?? w tym przypadku wcale nei wydaje mis ię że ona jest skoncentrowana na sobie, pisze o sobie ale w kontekście wsparcia Ciebie.

                    Nie wiem co mielibyśmy pisać? o Twojej terapii ?, ale jak? że co, wchodzić Ci z butami do prywatnych spraw to tylko ja taka bezczelna jestem, inni przez delikatność bulkę przez bibułkę, przez porównanie ze sobą, dookołnie okrążają, przepraszają, nadmieniają. itd. Może powinni Cię pytać wprost i rozkminiać tu na forum co i jak z Tobą jest? z czym tam poszłaś, co przerobiłaś, jakie emocje Tobą targnęły? a jakie teraz targają i czy możesz już zakończyć terapię czy nadal jesteś zbyt walnięta? no bo nie wiem czy tego chcesz. a może chciałaś tylko pomonologować? Nie wiem czego chcesz. Obyś Ty wiedziała.

                    z drugiej strony, możność wyrażania emocji cenna rzecz, ale póki co idzie Ci to na chybił trafił, swoją złość lepiej byłoby skierować bardziej celowo, a nie na tego kto się pod rękę nawinie, wtedy może ta złość coś by dała, a tak tylko ranisz ludzi i siebie, bo wcale nie jest tak że się nei przejmujesz co ludzie do Ciebie mówią, owszem rozumowo uważasz że gó... to kogo obchodzi i słusznie, ale emocje nie chcą słuchać rozumu i się przejmujesz jak każdy zresztą, ale o przepraszam Ty nie jesteś każdy, Ty muszisz być na specjalnych prawach i taryfie ulgowej, no bo Ty masz poważne problemy, Twoja psychika est wrażliwa, a inni to sralis mazgalis rewerendis duptus (czy jak to tam się pisze) i niech wafle spadają na drzewo z tymi swoimi infantylnymi zwierzeniami i trywialnymi doświadczeniami.
                    • a.g.g.a Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 15:50
                      Canoine nie masz o czym rozmawiać na terapii?Proszę,już masz...Jak reaguję mega nieadekwatnie i agresywnie,bo moim problemem jest ogromne poczucie niższości.Jak nie umiem hamować złości.Jaka jestem niemiła i nieasertywna..itd itp.
                      Widzisz,jednak moja radosna twórczość coś ci dała.Warto się przy tej okazji mocno zastanowić nad sobą.
                      A TWÓJ wątek naprawdę nie jest mi potrzebny,by pisać o swoich doświadczeniach.TWOJE wątki będę omijać z daleka,byś mogła niepodzielnie panować i nie czuć się w żaden sposób zagrożona.A przede wszystkich nie mam ochoty być atakowana przez napuszonego koguta.
                      P.S.Na opinii innch ludzi bardzo ci zależy,oszukujesz sama siebie mówiąc że nie.
                      • canoine Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 17:51
                        no i zobacz - ja skrytykowałam Twoje ZACHOWANIE. w danej konkretnej sytuacji. a Ty jedziesz po mnie personalnie inwektywami. dumna jesteś z siebie? wzmocniło Cię to? mam nadzieję, że tak, choć jedno dobre by z tego wynikło.
                        dziękuję za początkowe próby dialogu. nie będziesz musiała wiele omijać, bo piszę tu niezwykle rzadko. tym bardziej było to dla mnie ważne, że przez chwilę ktoś mógłby porozmawiać ZE MNĄ.
                        trzymaj się.
                        • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 21:37
                          fakt , miałaś rację,
                          jak mnie to wkurza kiedy młodsi ode mnie mają rację
                          no
                      • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 21:37
                        haha, ja już się boję czytać Canoine po tym jak po raz kolejny kompletnie zignorowalaś drzewko a ja ją zrugalam

                        Canoine, ukłony do ziemi i buziaki

                        haha, no nie mogę.
                        przepraszam, muszę się odmeldować żeby się uspokoić.
                    • canoine Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 17:47
                      nie oczekuję specjalnych praw. nie próbuję też skoncentrować całego świata na sobie. chociaż jeśli tym jest założenie jednego wątku na pół roku, rok czy ileś tam i potrzeba tej odrobiny przestrzeni, w której mogłabym porozmawiać o jakimś swoim problemie - to ok, próbuję. od wielkiego dzwonu wyłażę z czymś, co mnie dręczy do jakiegoś ludzia. po czym odpowiedź dostaję "a ja to..". albo "weź spadaj". nie warto.
                      Twój odbiór mnie przyjmuję do wiadomości. choć chybiony mocno. nie wiem czym sobie zasłużyłam na Twój negatywny stosunek do mnie, bo to nie pierwszy raz w podobnym tonie czytam Twoją odpowiedź, ale też i nie wszystko w życiu muszę wiedzieć. następnym razem jednak nie dwa, ale pięć razy przemyślę, zanim do kogokolwiek, choćby wirtualnie ryja otworzę.

                      mimo wszystko pozdrawiam ciepło.
                      • a.g.g.a Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 19:04
                        Nie rób z siebie teraz ofiary a ze mnie okrutnika.To nie ja zaczęłam.Nie odwracaj kota ogonem. Ja również pozdrawiam.
                        • canoine Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 21:10
                          żadnej ofiary z siebie nie robię. komentuję jedynie zaistniałą sytuację i moje związane z nią odczucia wyrażam. a sytuacja jest taka, że skrytykowałam Twoje ZACHOWANIE (podkreślę raz jeszcze dla odróżnienia), a tu hajda po mnie personalnymi przytykami jazda. i to kupą, bo w kupie przecież raźniej. to takie bardzo normalnie ludzkie :)
                          pozdr. i "wezmę spadam" chyba, bo ten dialog psy na budę już.
                          • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 21:42
                            przydalaby się ktoś ktoby rozlał oliwę na te wzburzone wody w szklance.
                      • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 07.11.11, 21:41
                        a dajże spokój, wcale tak źle nei myślę, pod wpływem chwili (no nie najszczęśliwszej to fakt) było napisane,
                        już się po trochu kajam od góry.
                        i proszę się szanowną mną nie przejmować, mam niewyparzoną gębę, już kiedyś 100 wpisowy wątek osób przeze mnei poszkodowanych powstał, no tak to jest z wariatami, nc przez pół.
                        Lubię Cię, nawet jak widzę w Tobie narcyza, co to nie wolno lubić narcyzów?
                        • a.g.g.a Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 00:45
                          Teraz ja powinnam płakać,że mnie nikt nie lubi;)Żart oczywiście.
                          A tak w ogóle,to nie ma o co kopi kruszyć.
                          I tyle w temacie.
                          • al_bundy123 Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 07:07
                            no no trochę ożywienia nam się wdało na forum :] pokłóciły nam się drogie Panie poprzezywały od narcyzów teraz się pokajały i to wszystko w ciągu jednego dnia :] zaiste kobieta zmienną bywa a wszystko to w wątku o znamiennym tytule : kiedy koniec terapii :D
                            Pozdrawiam
                            • a.g.g.a Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 07:32
                              Forumowa terapia ciągle w toku:-)
                            • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 11:12
                              ee tam, za ostro palnęłam, i się Canoine schowała do swej ostyrygowej skorupki.

                              teraz to forum jest takie jak ciepłe kluchy, drzewiej bywało ciekawiej, teraz tylko międlenie smutów pozostało.
                              • canoine Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 20:23
                                się nie schowałam, chociaż jest mi ostatnimi czasy tak uroczo, że mam niemożebną na to ochotę, ino co się będę pikselami na forum przerzucać bez sensu - mam dość spraw w tzw. realu. nic na to nie poradzę, że mam galopującą alergię na międlenie czyjegoś JA, kiedy raz na ruski rok spróbuję pogadać o czymś, co mnie jakoś tam dręczy. aczkolwiek nie jest to problem na skalę światową i bez rozmowy o tym zapewne także przeżyję. podsumowując: nic się wielkiego nie stało, przynajmniej z mojej strony, choć ciekawym jest, że - lekka zaledwie - moja irytacja wywołała odpowiedź o takiej sile oburzenia :) tak samo ciekawym jest, że z reguły oddzielam czyjeś zachowanie, postawę, reakcję w danej sytuacji od samej osoby jako takiej - jak to i tutaj uczyniłam - w odpowiedzi natomiast dostaję przeważnie od ludzi bęcki we mnie personalnie. i komu to jego JA przyćmiewa resztę świata? - pytam. bo śmiem stwierdzić, że nie mi jednak.
                                dziś też na czyjeś "jeśli potrzebujesz, to chodź, pogadamy" kiedy w końcu parę godzin później znalazł się na to czas i poprosiłam o tę rozmowę, skończyło się to moim wysłuchaniem czyjegoś wku... na inną osobę. nie mam siły przebicia ze swoim JA, które czegoś potrzebuje, ciężko mi przychodzi poprosić o coś dla siebie, a jak ktoś to jeszcze jawnie zlewa, to mi macki do gleby opadają. i tak całe życie, z nielicznymi bardzo wyjątkami, kiedy aż często nie wiedziałam co powiedzieć i ze sobą zrobić, takie to egzotyczne, że ktoś rzeczywiście chciał mnie chwilę posłuchać :)
                                biorę też poprawkę na to, że gdzieś tutaj, mimo mej nikłej obecności, pozostał pewien obraz mnie sprzed lat w pamięci ludzi, którzy tamte czasy pamiętać mogą i że ten obraz jest jakoś tam przenoszony na teraz, żeby zachować jakąś ciągłość osoby. wiele się jednak zmieniło i tym samym wiele słów już zupełnie nie pasuje do tego, co jest, choć wynika z tego, co było. to rozumiem. ale tego jednego w ludziach się chyba nie nauczę nigdy przyjmować ze spokojem. właściwie nie widzę nawet powodu, dla którego miałabym się tego uczyć.

                                pax Lucy i pozdrawiam ciepło :)
                                • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 22:45
                                  dobrze że odpisalaś bo normalnie kaca moralnego miałam
                                  z tymi rozmowami o problemach to chyba po prostu jest tak że każdy najchętneij gada o sobie i nei wiem czy to jest do przewalczenia, jak ktoś umie słuchać to z reguly dlatego że jest nieśmiały lub niezaangażowany emocjonalnie. Rzadkość wielka żeby ktoś chciał wysłuchać, ja już się z tym pogodzilam że można albo wygadać w prożnię albo wcale.
                                  • canoine Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 23:26
                                    aj tam, zaraz kaca moralnego. nie ma o co :]

                                    zapewniam, że umiejętność słuchania bierze się nie tylko z nieśmiałości czy braku zaangażowania. brać się może ze zwykłego szacunku do drugiego człowieka i jego potrzeby podzielenia się czymś swoim z drugim człowiekiem. ale tak jak mówisz - większość najchętniej gada o sobie. i wplata to swoje JA w każdą możliwą szczelinę. jakoś tak bardzo często ludzie mi się wygadują ze swoich problemów. nie wiem, może mam coś wypisane na czole. a ja całe życie słucham, względnie jak potrafię, staram się coś poradzić, podzielić się spostrzeżeniami "z zewnątrz" jako obserwator. bynajmniej nie dlatego, że jestem nieśmiała, z zaangażowaniem bywa różnie. tylko to w drugą stronę jakoś niezwykle rzadko działa, niemal wcale. i ta właśnie dysproporcja doprowadza mnie do stanu irytacji.
                                    zapewne koleżance Adze oberwało się też tak nie do końca słusznie, choć po tym jak mi odbiła piłeczkę, wcale mi nie żal. po prostu kolejna osoba, która kolejny raz powiela to samo, co wszyscy, że już naprawdę można pie...a dostać. niewykluczone, że także przereagowałam. ale ileż można. wcale nie uważam, że jestem ważniejsza od reszty świata, ale sporo wysiłku mnie kosztowało nauczenie się, żem nie mniej ważna i też mam prawo do pewnych rzeczy. tak łatwo więc tego nie oddam.

                                    spokojnej nocy Lucy :)
                                    • ichnia Re: normalnie jak z jajkiem 09.11.11, 08:47
                                      canoine napisała:
                                      > jakoś tak bardzo często ludzie mi się wygadują ze swoich problemów. ni
                                      > e wiem, może mam coś wypisane na czole. a ja całe życie słucham,
                                      > tylko to w drugą stronę jakoś niezwykle rzadko działa, niemal wcale
                                      > . i ta właśnie dysproporcja doprowadza mnie do stanu irytacji.

                                      Miałam tak samo przez wiele lat. I też irytowałam się na taki stan rzeczy. Ja wysłuchiwałam, a mnie nie miał kto (nawet raz na ruski rok).
                                      Ale właśnie tak to działa. Dlatego Ty nie jesteś odosobnionym przypadkiem, po prostu takie są realia. Doskonale rozumiem jak to odbierasz, ale to da się zmienić. Nie pamiętam już kiedy powiedziałam STOP, ale tak się stało. W sumie, z perspektywy czasu, to niewielki wysiłek w porównaniu z innymi, z którymi przyszło mi się zmagać.
                                    • al_bundy123 Re: normalnie jak z jajkiem 09.11.11, 10:21
                                      haha widzę że nie odpuszczasz i musisz postawić na swoim :]
                                      Pozdrawiam
                                      • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 09.11.11, 11:45
                                        wiesz, właściwie to słuszna postawa, jak Ty o siebie nie zawalczysz to nikt nie zawalczy, tyle masz ile od życia wyszarpiesz. nie oczekujesz wiele - to nic nie dostaniesz.
                                        dlaczego zawsze ma być układnie, grzecznie i bez zgrzytów? muszą byc zgrzyty, musi się bagienko poruszyć, musi się coś dziać, zmieniać, bez tego nic tylko pora umierać.
                                    • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 09.11.11, 11:42
                                      kurcze ja się staram, ale na żywo tak bardzo się w rozmowie zapamiętuję że chyba cholera nie wiadomo kiedy zaczynam gadać tylko o sobie, mimo woli, może dlatego wolę forum, bo nie da się komuś przerwać, wypowiedź jest zawsze możliwa.
                                    • tlenoterapia Re: normalnie jak z jajkiem 10.11.11, 21:27
                                      canoine napisała:

                                      > aj tam, zaraz kaca moralnego. nie ma o co :]
                                      >
                                      > zapewniam, że umiejętność słuchania bierze się nie tylko z nieśmiałości czy bra
                                      > ku zaangażowania. brać się może ze zwykłego szacunku do drugiego człowieka i je
                                      > go potrzeby podzielenia się czymś swoim z drugim człowiekiem. ale tak jak mówis
                                      > z - większość najchętniej gada o sobie.

                                      Sadze, ze powodem może tez być introwertyzm - introwertycy zawsze dają pierwszeństwo innym do wypowiadania się, a potem cierpią i czuja się nieważni, gdy nie ma odwzajemnienia zainteresowania.
                                      Nie maja tez tej energii i silnych emocji co ekstrawertycy, żeby się przebić.
                                      W każdym razie łączę się z tobą w bólu ,ze tak jest ciężko rozmawiać z ludźmi.
                                      • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 10.11.11, 22:26
                                        o to to, wiele lat tak miałam, dokładnie, fobia społeczna zżerała moją wypowiedź, blokowała na mur i wolałam słuchac niż mówić bo z góry zakladałam że to co mam do powiedzenia jest nieinteresujące, banalne i niewarte słuchania. Teraz mam na odwyrtkę.
                                        ha, i znowu tylko o sobie!
                          • lucyna_n Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 11:13
                            a drzewko już sobie ustawiłaś przynajmniej?
                            • a.g.g.a Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 15:33
                              No naprawdę ni cholery nie wiem o co z tym drzewem chodzi! Ustawiłam sobie na sortuj drzewko, a mimo to nadal błogo nieświadoma chyba piszę w cały świat?
                              Jak mam odpowiadać,pod ostatnim wpisem czy pod tym,który chcę skomentować?
                              Serio pytam....:)
                              • al_bundy123 Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 15:49
                                tak dokładnie :] poza tym w tej chwili odpowiedziałaś na post lucyny ten w którym pyta czy ustawiłaś sobie drzewko :] czyli ten na który chciałaś odpowiedzieć.
                                Kiedy czytasz jakiś post i dajesz odpowiedz to odpowiadasz dokładnie na ten który czytasz :] poza tym na dole masz cytowany ten post.
                                Czyli jeśli będzie chciała odpowiedzieć na mój post to wchodzisz w niego i dajesz odpowiedz.
                                Mam nadzieję że nie zakręciłem ale nie jestem mistrzem prostych wypowiedzi ;p
                                Pozdrawiam
                              • koleiny Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 15:49
                                wchodzisz w posta na który chcesz odpowiedzieć i klikasz "odpowiedz".
                      • ichnia Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 09:41
                        canoine napisała:
                        > od wielkiego dzwonu wyłażę z czymś, co mnie
                        > dręczy do jakiegoś ludzia. po czym odpowiedź dostaję "a ja to..". albo "weź spa
                        > daj". nie warto.

                        A dlaczego? Internet czy forum ma swoją specyfikę, jeśli Ci ona nie odpowiada, nie potrafisz jej zaakceptować, to faktycznie - nie warto. Ale na pewno warto zweryfikować swoje podejście w tym temacie. Jeśli podczas zakupów w sklepie obsłuży Cię niemiła ekspedientka to obrazisz się na cały sklep, włącznie z jego właścicielem i przestaniesz robić tam zakupy? Zostawiam tę kwestię do przemyślenia (przerobienia na terapii być może).

                        > następnym razem jednak nie dwa, ale pięć razy przemyślę, zanim do kogokolwi
                        > ek, choćby wirtualnie ryja otworzę.

                        Bez przesady, nie chowaj się w głąb siebie, nie wycofuj. Wszak nie takie wyzwania czekają w życiu - tym realnym.
                        • canoine Re: normalnie jak z jajkiem 08.11.11, 20:33
                          ichnia napisała:

                          > canoine napisała:
                          > > od wielkiego dzwonu wyłażę z czymś, co mnie
                          > > dręczy do jakiegoś ludzia. po czym odpowiedź dostaję "a ja to..". albo "w
                          > eź spa
                          > > daj". nie warto.
                          >
                          > A dlaczego? Internet czy forum ma swoją specyfikę, jeśli Ci ona nie odpowiada,
                          > nie potrafisz jej zaakceptować, to faktycznie - nie warto.

                          nie warto się po prostu bez sensu przerzucać pikselami. jeśli na krytykę zachowania, ktoś, kto bierze ją do siebie personalnie, tak samo personalnie wypuszcza atak - to nie mój problem z własnym JA. tłumaczenie tego zwykle okazuje się być stratą czasu.

                          Ale na pewno warto z
                          > weryfikować swoje podejście w tym temacie. Jeśli podczas zakupów w sklepie obsł
                          > uży Cię niemiła ekspedientka to obrazisz się na cały sklep, włącznie z jego wła
                          > ścicielem i przestaniesz robić tam zakupy? Zostawiam tę kwestię do przemyślenia
                          > (przerobienia na terapii być może).

                          na ekspedientkę pomarudzę ewentualnie, bo nie ona mnie w tym interesuje, ale produkt, który chcę zakupić. przykład więc z lekka chybiony. bo tu interesuje mnie właśnie drugi człowiek, od którego potrzebuję wysłuchania i rozmowy o jakimś swoim problemie. to jest produktem. wobec tego przykład powinien brzmieć: jeśli podczas zakupów trafisz na ekspedientkę, która nie będzie Ci chciała sprzedać jakiegoś produktu, po który przyszłaś, bo ona woli zupełnie inny i nie obchodzi ją, co o tym myślisz - przestaniesz robić tam zakupy?

                          odpowiedź nie zabrzmi ani "tak" ani "nie". uzależniam od paru innych czynników. ale z pewnością - jak i tutaj - nie zostawię bez komentarza do całej sytuacji.

                          >
                          > > następnym razem jednak nie dwa, ale pięć razy przemyślę, zanim do kogokol
                          > wi
                          > > ek, choćby wirtualnie ryja otworzę.
                          >
                          > Bez przesady, nie chowaj się w głąb siebie, nie wycofuj. Wszak nie takie wyzwan
                          > ia czekają w życiu - tym realnym.

                          To kwestia oceny na ile warto podejmować takie czy inne "wyzwanie".
                          • ichnia Re: normalnie jak z jajkiem 09.11.11, 08:35
                            canoine napisała:
                            > To kwestia oceny na ile warto podejmować takie czy inne "wyzwanie".

                            Z tym mogę się zgodzić, dodając: indywidualnej i subiektywnej oceny.
    • pawel_bax Re: kiedy koniec terapii 07.11.11, 21:44
      Terapia nigdy nie ma końca, u mnie był to najpierw ośrodek zamknięty potem otwarty potem praca z psychologiem i mimo że prowadzę normalne życie czytam sobie w internecie, wchodzę na fora. Terapia nigdy się nie kończy tylko ich forma.
      • mskaiq Re: kiedy koniec terapii 08.11.11, 07:08
        Powiedziałbym że to nie tyle już terapia co rozwój człowieka. On trwa ciągle i
        często jest na pograniczu depresji, dystymi.
        Często jest to okres kiedy trzeba wprowadzać w życie to czego nauczyliśmy się
        na terapii. Czasami terapia nie daje już odpowiedzi na pojawiające się problemy,
        nasze reakcje są zgodne z tym co było przekazane na niej a czegoś ciągle brakuje,
        coś niepokoi, coś nie jest tak.
        Trzeba znaleść to samemu, zobaczyć co rzeczywiście stanowi wartość, co przynosi
        zadowolenie, co wypełnia pustke, obojętność.
        Serdeczne pozdrowienia.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka