lesna_duszyczka
05.06.12, 14:09
Witam wszystkich serdecznie i ponownie!
Nie zaglądałam "chwilkę" z powodu przeprowadzki i spraw związanych z nowym domem - ogarnianie "posesji" i co najważniejsze zajęcie się zawsze wymarzonym ogrodem - liczyłam,że to będzie terapia na moją nerwicę, płuca na świeżym powietrzu (wiecznie hiperwentylowane) dostaną wycisk i się uspokoją, a mój zespół hiperkinetyczny dostanie w " kość" prze ruch i w końcu się wyciszy wymęczony, tym samym przestanie męczyć mnie ;] Tak też się działo przez pierwsze 3 tygodnie, czułam się wspaniale!Jak nowo narodzona!Nerwica wyparowała.Byłam zafascynowana spełnianiem marzeń w postaci meblowania ogrodu, miejsca grillowego ( ot takie niegdyś blokowe marzenia o drobnostkach - bujana kanapa ogrodowe i basen do pływania,sadzenie kwiatków, sianie ukochanych ziółek) oraz urządzania pomieszczeń i ogrodu jak już wspominałam. Niestety od tygodnia nerwica znów daje mi się we znaki.Od kilku dni mam takie napady lękowe (wsłuchiwania się w siebie),że to koszmar!Doszedł brak apetytu i nudności.Znów biorę leki, z tym,że zmieniło się jedno, zazwyczaj wysokie ciśnienie spowodowane wariactwem życia w mieście(teraz mieszkam w zacisznej okolicy a za sąsiadów mam ptaki, sarny, drzewa...)przerodziło się chwilami w niedociśnienie:]w końcu mogę się napić kawy!Niemniej jednak tym bardziej sobie nie radzę,gdyż nadmierny spokój i niskie ciśnienie też mnie NIEPOKOI i się nakręcam....Paranoja! Ale do czego zmierzam..otóż dochodzę (tzn dochodziłam długo,chyba bałam się do tego przyznać sama przed sobą) do wniosku,że chyba jestem stłamszona i zduszona psychicznie przez moją drugą połówkę.Powoli zaczynam zdawać sobie sprawę z tego,że to co się dzieje w naszym związku zakrawa na terror(może za mocne słowo, ale nie znalazłam łagodniejszego) psychiczny stosowany wobec mnie.Nie chcę Was zanudzać, ale chcę wyrzucić to z siebie i poznać Wasze opinie.Nie rozmawiałam o tym z psychoterapeutą, uważałam,że wszystko jest w porządku.Nie mam porównania-to mój pierwszy partner,ale chyba jednak nie jest to normalne do diaska!:(.Mój partner jest osobą despotyczną (z trudną przeszłością- jak już opisywałam w innym wątku- matka zostawiła jego i dwójkę rodzeństwa).Te wydarzenia odbiły się na jego poczuciu własnej wartości(był zakompleksionym z powodu tej sytuacji i biedy jaka panowała w tamtym okresiew dzieciakiem "gorszego gatunku").Jego charakter jest ciężki, gdyż z upływem lat dorobił się, postanowił udowodnić całemu światu (coś na zasadzie "ja wam pokażę",że jest kimś . Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to,że jego kompleks niższości przerodził się w kompleks wyższośći. Widzi w innych przede wszystkim wady(on ich nie ma),winy przeszłości są niewybaczalne, biada temu kto zajdzie mu za skórę.Odizolował się od swojej rodziny,która wiele mu złego uczyniła(dużo też jej pomógł - nie zaprzeczam), ale od lat próbuje izolować mnie od mojej tłukąc mi do głowy o wadach innych.Imprezy rodzinne(i towarzyskie są ograniczane do minimum,zaprasza i chodzi tylko tam, gdzie towarzystwo mu odpowiada-czyli jego dwaj dobrzy kumple,jego brat i jego bratowa(bo mąż nie chce tracić czasu na męczenie się z tym, czy tamtym, który jest taki, czy siaki).Rodziców,czy mojego brata z bratową nie mogę zapraszać (a jak już, to ile się muszę naprosić i pokłócić, co za tym idzie nasłuchać jakie "faux pas" względem niego , czy mnie popełnili)Oczywiście tłumaczenie się i wymyślanie co rusz nowych wymówek spada na mnie:/Ustawia mnie i wszystkich wkoło....nie mogę bez niego podjąć najmniejszej decyzji....co nie powiem, co nie zrobię zawsze jest zle....co bym nie zrobiła to i tak zle i tak niedobrze....staram się przewidywać jego reakcje , ale on i tak jest wiecznie niezadowolony, sam wie najlepiej....jest wybuchowy i na wszystkich się wkurza....jak pojawia się uśmiech na jego twarzy to czuję ulgę i jest to święto, ale tylko wtedy, kiedy sam sobie zrobi jakąś przyjemność.Jest egocentryczny, nie idzie na kompromisy,zawsze robi tak,żeby było jemu wygodnie(heh z wyjątkiem jego poświęcenia jeśli chodzi o egzotyczne wycieczki zagraniczne,bo on w przeciwieństwie do mnie takich nie lubi).Wymaga dużo od siebie i od innych - stawia ich do pionu.Przyznam,że jest bardzo inteligentnym facetem i wszyscy się go boją- czują respekt i nikt nie potrafi mu nic wytknąć bojąc się jakiś konsekwencji.Jeśli chodzi o nasze ciepło rodzinne, dba o mnie,o mój - nasz byt(mam nawet testament), zabezpiecza przyszłość,zbiera na emeryturę,stara się, ale wszystko głównie opiera się na udogodnieniach materialnych, jest z siebie dumny jak sprawi mi przyjemność w postaci jakiegoś nowego super robota kuchennego, który ułatwi mi pracę,lub pierścionka z diamentem....ileż się muszę nagadać (tylko po to,żeby zrobić mu przyjemność) jak to się cieszę,choć mnie to nie cieszy,nie jestem materialistką, byłam szczęśliwsza jak byliśmy na starcie i nie mieliśmy prawie nic.Fakt- nie trzyma mnie pod kloszem, wręcz przeciwnie - udzielam się towarzystko - SAMA ,pracuję w zawodzie, ale sam założył mi moją działalność, wyremontował lokal, dba o marketing,doceniam to, ale męczy mnie totalne ubezwłasnowolnienie umysłowe,nawet nie czuję się komfortowo dzwoniąc przy nim do mamy, czy brata (wolę to robić po kryjomu), zaraz pyta a po co znów dzwonię, po co znów się tumaczę, a to,że coś powiedziałam nie tak,zarzuca mi nieodciętą pępowinę z moją rodzicielką,choć ja tak nie uważam,jestem między młotem a kowadłem...ciągle spięta i zduszona...relacje miedzy nim a moja rodziną załagadzam biorąc na swoje barki, męczę się straszliwie, bo jestem bezkonfliktową osobą i pragnę ,żeby było dobrze ze wszystkimi.Czuję się jak tykająca bomba zegarowa, na co dzień boję się,żeby go nie zdenerwować, nie urazić(nie chodzi o agresję fizyczną,nic podobnego),jestem "uczulona" na jego podwyższona ton głosu jak znów mnie za coś"inteligentnie" opieprza.Ten ton we mnie wzbudza agresję,jestem przy nim spięta.Jego inteligencja mnie przytłacza, bo czuję się jak tępak nic nie warty, gdy znów mi coś tłumaczy "jak krowie na rowie", czego nie rozumiem...nawet 2 razy nie mogę się zapytać o to samo( jak niedosłyszę gdy coś z pokoju mówi) bo zaraz komentarz,żebym do lekarza poszła, bo coś mi na słuch padło,niby spokojnie, ale znów poczucie winy,że znów coś jest zemną nie tak.Gdy o coś mnie prosi z góry się boję, bo wiem,że znów coś zle zrobię....oczywiście tak się dzieje,nawet jak dzwoni na komórkę moja, staję jak na baczność, bo gdy za długo nie odbieram już jest pretensja " co tak długo!"Mam normalnie uczulenie na to.Pewnie zastanawiacie się jak jest z czułością.......otóż nijak....od lat nie pocałował mnie spontanicznie w policzek, czy czoło(no raz, mocno podchmielony- na grillu z moimi rodzicami, takiego widoku nie widzieli-mama była w szoku)....nie powiedział żadnego komplementu-w tej kwestii nie chcę być nieskromna, ale tu akurat poczucie własnej wartości mam,z tym ,że brakuje mi takich gestów od niego.Żyję tak,żeby jak najmniej wchodzić mu w drogę, zwłaszcza, gdy jest czymś pochłonięty nie wysłucha co mam do powiedzenia,kończy się to nerwem "Nie widzisz, że jestem zajęty!", lub "Robię teraz coś ważnego!".Trudno mi w to uwierzyć, ale kiedy był 3 dni w szpitalu (dopadł go atak wyrostka robaczkowego),martwiłam się naturalnie, ale cieszyłam się, jak dziecko, którego rodzić wyjechał i ma wolną chatę!...wolność, swoboda....nie chodzi o jakieś balangi,cieszyłam się sama sobą w domu, żłopałam wino, jadłam pizze i oglądałam głupie wenezuelskie romansidło na cały regulator.Po kilku dniach chciałam,żeby już wracał,chyba się bałam,że sobie nie poradzę dłużej sama.Denerwuje mnie jego surowe podejście do życia, bo i ja muszę się podporządkować.Chodzę jak w zegarku zastraszona, ale nie wyobrażam sobie życia bez niego, jednocześnie mnie denerwuje taki związek...A może to ja mam jednak problem by się postawić? Nie wiem.....Nie mam pojęcia ...
Pozdrawiam wszystkich ciepło!