wm1000
31.05.05, 23:13
Wybieram się do psychiatry (już kilka miesięcy - "bo zawsze coś mi
wypada").Liczę na jego pomoc, bo wpadam w stany lękowe w domu i poza nim.
Ocieram się o nie codziennie, ale walę cloranxen (wiem - świństwo, ale co z
tego - trochę pomaga). Kilka lat temu zdarzało się, że rodzina musiała
wysyłać po mnie "umyślnego" abym odważył się wrócić z podróży (musiałem mieć
towarzystwo).A podróżowałem sporo, waliła mi się firma, banki osaczyły, z
wierzyciela stawałem się dłużnikiem. Normalna sprawa w czasach wczesnego
kapitalizmu :-). Ale chyba mnie przerosła (finansowo napewno).Brałem więc
clonazepan (tylko on skutkował) i "przespałem" tak kilka lat.Opuszczali mnie
(pewno ich odstraszałem) kolejni znajomi, etc.etc. W końcu wyizolowany, sam w
domu, wylazłem z lekomanii.Przez trzy miesiące łaziłem po ścianach, ale bez
pomocy lekarzy jakoś się pozbierałem. I znowu, po 3-4 latach zaczyna się, ale
tym razem doczepiło się do tego zwątpienie i "brak sił" (jestem już starszy(?)
(46), żona leczy sie z depresji(gdzieś tam w środku się cieszę, bo czuje się
już dobrze-mnie to jednak nie za bardzo buduje.)).Wydaje mi się, że sam
potrzebuję pomocy (a jednak to napisałem). Próbuję się motywować, mam plany,
ale czasem widzę już koniec wszystkiego...Zawsze myślałem, że dam sobie radę
sam. Wszelkie plany, co do "naprawy" własnej osoby, zmiany sposobu myślenia,
gasną po krótkim czasie. Nie mogę wyzbyć się świadomosci, że robiąc coś dla
siebie oszukuję się, że to i tak nie ma sensu. Nawet teraz pisząc ten myślowy
monolog, spodziewam się co najwyżej reakcji typu "musisz spoważnieć" (czytaj
też: zmądrzeć).Mam jakieś przekonanie,że gdybym się czymś zajął (poza pracą i
dodatkowym drugim zajęciem,które angażuje mnie, dając nawet niewielkie
korzyści finansowe i trochę satysfakcji-większej nawet niż praca), to
zapomniałbym o wszelkich swoich problemach. Ale ta świadomość niechybnego
znowu gdzieś wyjazdu, niechybnego oddalenia od domu, oczekiwania na kolejny
symptom lęku, zdaje się tłumić wszelkie resztki "ambicji". No i ten strach
przed wywewnętrznianiem się, świadomość bezzsensu tej czynności. Pewnie
gdybym zaczął rozmawiać, to może "wyprostowałbym" się. Dlatego na początek
postanowiłem napisać ("dla siebie"). Może to nie jest forum do aż takich
wynurzeń, ale to moja pierwsza i może ostatnia próba? (słowo "próba" kojarzy
się jednoznacznie; nie miewam już myśli "S") Prawdę mówiąc, nie za bardzo
wierzę w lekarzy. Jeżeli mam inny "przepis na życie"... I widzę już swój
horyzont (może to słynne męskie klimakterium - tylko jak długo jeszcze?). A
może mam wyluzować? Ciągle to słyszę. Fakt, powinienem. Tylko jak nie walnę
piguły ze dwa razy dziennie, to ledwo sobie radzę(a i tak to wydaje mi się za
mało). Parafrazując zatem poetę, pytam "czy to jest nerwica? czy to jest
depresja?", bo o przyjaźni, a tym bardziej pokochaniu mojego-swojego stanu
nie może być mowy. Czasem wydaje mi się, że oczekuję recepty na "życie", ale
kiedyś jakoś dawałem sobie przecież radę. A do lekarza na pewno kiedyś pójdę
( a może urlop...tylko co, mam pojechać cały w lękach?). No i łykam również
stilnox, bo strach przed zaśnięciem też trochę jest etc.etc Znane - prawda?
Może jakieś sugestie? Tylko nie dołujące, bo się przejmuję (nerwowy
jestem....). Zresztą nie wiem czy tu jeszcze raz zajrzę (obawiam się
negatywnych opinii - już mówiłem: czas spoważnieć). Z góry dzięki za
jakiekolwiek reakcje.