_vivien_
07.08.02, 02:40
Dziś łaziłam po sklepach na odstresowanie. Do wczoraj byłam w M. Duzo tam
fizycznie pracowałam, bo dom i ogród bardzo zapuszczony.
Było mi dobrze tam być w swoich kątach. Dom i ogród, i rodzina, nie moja już,
a wciąż tak bardzo moja, i psinka ukochana. I jak to wspaniale było robić
razem nawet głupie zakupy z Krzychem.
Ale na koniec on spieprzył wszystko. Bez żadnego, żadniusieńkiego powodu
zaczął mnie przy ludziach innych wyganiać z domu. Krzyczał, ze mam brać
manatki i sie wynosic. A ja nic nie powiedziałam, nie sprowokowałam. Tylko,
ze chcę do Szczecina jechać, bo tyle czasu nie byłam u Taty na grobie i chcę
tam do grobu sie przytulić i niech będzie juz cicho. Niech już będzie spokój.
A on......horror po prostu. Ja tylko spłakana pytałam za co ? Co ja zrobiłam
?
Miał brzydko wykrzywioną twarz i tyle w oczach nienawiści.
Tak starałam się pomóc tam - prałam, prasowałam, gotowałam, doprowadziłam
nieco dom i ogród do ładu, choc cięzko mi z moimi nogami - chyba będą obie
operowane i boję się czy mi czegoś nie uszkodzą, czy będę chodzić.
Potem, po swym wybuchu, Krzychu zaczął gadać, ze mu przykro, ze się uniósł,
że emocje...Ale jakie ? Dlaczego? Ja się tam nie musialam starać być grzeczna
i miła. Ja byłam taka cały czas. Innym z rodziny też powiedział potem ze ja
bardzo taktownie, kulturalnie, pracowicie tam się zapisałam swą obecnością, a
wszystko łagodził po ty tylko, by nastepnego dnia wrócic z pracy i.....dać
mi 15 minut na spakowanie i spłakaną, bez pożegnania z ludźmi nawet, zawieźć
na dworzec. I znów pytałam za co i co ja zrobiłam źle. - Za nic - mówił. -
Tatusiu pomóz mi - szeptałam do siebie i płacz mnie zaduszał, a on od
niechcenia: - No co, już sie pomodliłas ? - i...głaskał mnie po głowie. To ja
tak się czułam jak mały szczeniaczek, którego biją i krzyczą na niego, bo
nasiusiał, a on nie kojarzy tego czynu z karą i taki jest bezradny i
zagubiony w tym nierozumieniu sytuacji.
Jak ja płakałam w tym pociągu... Cała rozmazana. Nie mogłam tego zatrzymać.
Nabrałam leków na uspokojenie i chyba tylko dlatego dojechałam nie wyskakując
po drodze.
A teraz Krzyś znów przysyła sms-y, ze mu przykro i ze to wszystko wielkie
nieporozumienie. Jezu. Jakie nieporozumienie ? Niczego nie rozumiem, tylko
to, ze tak mnie dusi znów, boli i ze ide po ulicy w dzień biały, a łzy same
płyną po twarzy.I że obudziłam się rano, raniutko ze znanym mi tak dobrze
lękiem i chęcią nieodsłaniania żaluzji, nieodbierania telefonów i wsunięcia
się głęboko bardzo pod koc z poduszką na głowie.I żeby przetrwac tak schowana
dzień i niech nikt mnie nie wyciąga ze skorupy. Ale wylazałam jakoś sama.
I tak się boję, ze całe leczenie się cofa. Wciąż jestem na największej dawce
efektinu, rok prawie, i już było lepiej, ale po takich upokorzeniach
..........Ja tak bardzo chciałam po tych sprzątaniach po prostu tam pare dni
jeszcze pobyć, odpocząc, z psem nad Wartę po łąkach połazić....
Tak mi znów ciężko i tęskno do M. Nigdy nie przestanę kochac mojego domu i
mego męża też. To okropne byc tak rozdartą tyle czasu. A dom opuścić o którym
od dziecka się marzyło i który się samemu budowało, sadziło każdą w ogrodzie
roslinkę....
Jezu. Nikomu nie życzę.
vivien