smolineczka
15.07.05, 18:31
Napisałam to dzisięć tygodni temu - od tamtego czasu zażywam leki na
depresje, które na razie w ogóle nie pomogły:
Mój mąż od kilku ostatnich miesięcy bardziej interesuje się życiem
wirtualnym, niż realnym. Póki o tym nie wiedziałam wszystko byłó w
porządku (jestem przyzwyczajona do tego, że dużo czasu spędza przy komputerze
i nie sądziłam, że zaczął interesować się "poszukiwaniem bratnich dusz"). Ale
w pewnym momencie mąż zachował się tak, jak nigdy przed tym: zrobił się
nerwowy - tak to wyglądało, że zależało mu na tym, żebym się zainteresowała
tym wszystkim, co się zaczęło dziać w jego wirtualnym życiu: rózne rozmowy na
temat twórczości, konkursy, w których uczestniczy, jego sympatji i antypatji.
Faktycznie, nie przywiązywałam do tego wagi, chociaż były momenty, które mnie
trochę dziwiły, naprzykład bardzo emocjonalnie opowiadał naszemu znajomemu
jak wirtualnie pokłucił się z pewnym facetem, bo, jak tłumaczył, "musiał
bronić dziewczyny, którą wczyscy niesprawiedliwie krytykują". Nasz znajomy
nawet stwierdził wówczas, że chyba mój mąż w niej się zakochał. Ja, osoba
bardzo skłonna do zazdrości, wówczas zupełnie nie zareagowałam na to, pewnie
dlatego, że mąż nigdy przedtem nie dawał mi powodu do zazdrośći (mogłam byc
zazdrosna o czas, który poświęca nie mnie, - ale nigdy o kobietę). Ale mąż
(świadomie czy nie)zrobił wszystko, żebym się zaczeła interesować jego
wirtualnymi przyjaciółmi i przyjaciółkami. I kiedy dowiedziałam się, że
wlaśnie do tej "skrzywdonej" pisuję długie listy na temat tego, że znajomość
z nią i z jej twórczością dużo mu daje i napewno zmieni jego życie, że mają
ze sobą dużo wspólnego (a równocześnie do mnie zaczął mówić teksty, z których
praktycznie wynikało, że nie tak znów idealnie pasujemy do siebie) -
zabolało. Najpaskudniej poczułam się, kiedy się okazało, że z wspólnie z tą
dziewczyną napisali artykuł, z którego mój mąż był bardzo dumny (może własnie
o to chodziło, że miałam go chwalić? ale w trakcie pisania tak jakoś nie
wprost mówił mi o tym, że ja się nie zainteresowałam. Na moje pytanie
dlaczego wcześnie mi nic nie mówił stwierdził, że się bał jak ja na to
zareaguję.) Może niepotrzebnie zgodziłam się na drążenie tego tematu, ale
nawet po nocach opowiadał mi o swoich wirtualnych przeżyciach i robiło mi się
coraz ciężej na sercu, szczególnie kiedy na zadawał pytanie: "Ale mogę się z
nią przyjaźnic?" i mówił o męskiej naturze i wirtualnej miłości... Zresztą za
każdym razem nie zapominał dodawać, że chodzi wyłącznie o twórczość, bo ona w
nim rozbudza twórczą energję, bo jest osobą interesującą i we wszystkim się
zgadzają. Im dalej trwały te wyjaśnienia, tym bardziej pogrążałam się w bólu
i zaczynałam czuć pustkę wewnetrzną. Zaczęłam dzielić się z koleżankami
(oczywiście, nie wszystkimi szczegółami), ale dobre rady w niczym mi nie
pomogły, nie potrafiłam zatrzymać procesu popadania w depresje. W ciągu kilku
tygodni doprowadziłam się do całkowitego dołka psychicznego. Wiem, że jedynym
lekiem w tej sytuacji jest zmiana kierunku myśli, ale nie mogę myślić o
niczym innym...