niunka24
14.03.06, 19:03
Nie wiem,czy piszę w dobrym miejscu. trochę się otworzę... boję się otworzyć,
ale mam dość radzenia sobie z tym wszystkim samej.
Moja mama nigdy nie akceptowała moich wyborów. Tolerowała je, ale zawsze
czułam na sobie jej brak akceptacji. Nie te studia (miało być SGH a nie jakiś
tam uniwerek), moich partnerów (miał być Anglik z pałacem i dwoma
fakultetami, a nie facet z własną firmą i ex żoną i dzieckiem), moich ubiorów
(ma być spódnica w kratę, a nie obcisłe dżinsy), mojego sposobu spędzania
czasu (zamiast jechać do Anglii i zarabiać, to ja pozuję do zdjęć, piszę
magisterkę nie o tym, o czym ONA by pisała, zajmuję się dziennikarstwem
zamiast uczyć się programowania) itp. Zawsze czułam na sobie jej
oskarżycielski wzrok. Chociaż wspierała mnie, to raczej krytyką niż dobrym
słowem... Dzwoni,żeby powiedzieć,że mnie kocha, a potem upewnia się,czy na
pewno nie planuje przyszłości z moim partnerem. A planuje, bo gdyby nie on,
już dawno wylądowałabym w szpitalu psychiatrycznym (w najlepszym razie, bo
mam za sobą już próbę samobójczą, ręcę pocięte od sznyt,a ile mój żołądek
pomieścił pscyhotropów, bóg jeden wie)
Jestem jedynaczką, moja siostra umarła przy porodzie. Mieszkam w tym samym,
niewielkim nieście,co rodzicie i jak na razie,niestety,nie mam możliwości
tego zmienić, chociaż i tak dobrze,że nie mieszkam z nimi pod jednym dachem.
Mam depresję od kilku lat. Mam 25 lat, a jestem traktowana jak nastolatka.
Ostatnio nie biorę psychotropów, bo czułam sie lepiej.
Zaczełam tez myśleć o dziecku, nie chcę się truć lekami.
Ale każda wizyta u mamy to dół, ból, rozpacz, brak energii do życia,
frustracja... Nie mam ochoty na NIC. nie chce mi się żyć, bo wiem, że jestem
beznadziejna, nie spełniam oczekiwać i nic mi się nie udaje. Czuję, że moje
życie jest gorszej jakości, moje wybory złe. Że to, o czym marzę
(rodzina,dziecko,pies...praca w redakcji....może cośtam jeszcze) to marzenia
płytkie, głupie i mało ambitne. Moje życie jest kategorii B. ja nie chcę tak
dłużej. Znów myślę o skończeniu tego wszystkiego, podtrzymuje mnie tylko
jedno - wielkie, ogromne pragnienie posiadania(złe słowo,ale inaczej nazwac
nie umiem) dziecka, rodziny.... Kocham mojego partnera i nie chcę go
opuszczać... Ale boję się,że to wszystko nie ma sensu, ze sobie nie
poradzę,że wszystko nie tak,nie tak..co mam robić? Rozmowy z mamą nic nie
dają. Kończą się tym samym - moim płaczem,jej złością,a potem wyrzutami
sumienia. Próbowałam nawet rozmów przy psychologu, na nic. Ona ma swoje wizje
na moje życie.... Nie umiem się wyrwac. Boli.
pozdrawiam,