rumiankowa
14.12.02, 18:14
Wczoraj miałam kolejną sesję z niesamowicie bystrą terapeutką. Trafia w
sedno jak nikt. Rozsupłuje wszelkie mechanizmy obronne i nie ma się jak
uciekać w racjonalizację, wyparcie, projekcję itd. Bo pokaże paluchem od czego
uciekasz.
Cała się trzęsłam, brałam trzy głębokie oddechy żeby móc mówić, po wyjściu
nie byłam w stanie zapisać kolejnego teminu - ręce mi latały, nogi jak z
waty, zęby dzwonią....
Się płaci cene za dążenie do stabilności. Ale wiem, że tak ma być - źle
byłoby gdybym wychodziła jak z kawiarni... Tylko zadziwia mnie, że nadal
odkrywane są we mnie "ameryki" - wydaje się, że tak wiele wiem o sobie, że
jestem świadoma - a tu bach, jedno słowo, jedno pytanie i nagłe olśnienie!
Wszystko w danym temacie układa się tak spójnie, "eureka!", już wiem - o to
właśnie chodzi! Mam jasność. Wiem dlaczego - dlaczego ubieram się właśnie
tak, dlaczego mój mąż ma właśnie teraz zniżkę nastroju, dlaczego obieram
taką a nie inną postawę wobec bliskich, dlaczego, dlaczego.... I te
olśnienia powodują... "zapowietrzenie", jakby dziecko stało z otwartą buzią
i wybałuszonymi oczami myśląc "aaach... to taaak się dzieje....". I stoi jak
wmurowane.
Tak ja teraz stoję. Wmurowana, zadziwiona, przyjmująca do wiadomości...
Trawiąca. I ciężko jest. Jakby się nagim było...
Ale wiem, że aby ubrać się lepiej, stosowniej, wygodniej... trzeba się
najpierw rozebrać z przyciasnego, wymiętego, niemodnego...
Ktoś pomyśli, że każde ubranko z czasem zaczyna uwierać. Ale teraz to ja
muszę zdjąć to co mi nałożono wieki temu i tak przywarło, że
sama go nie sciągnę. A dalej... jak już będę się ubierać bardziej
świadomie, z większym wyborem to ubranie będzie przyjemnoscia,
a nie kaftanem wżartym do kości.
To co sobie potem sama wytworze, zawsze będzie zdrowsze niż to czym mnie
skrępowano (nawet za moją zgodą).
Jak widzę terapię? To UŚWIADOMIENIE sobie procesów (które ukształtowały się w
przeszłości), rozszerzenie wiedzy o sobie, samoświadomości. Można to zrobić
raz na całe życie, bo tego sie nie zapomina, tak jak pływania czy jazdy na
rowerze.
Kiedy wiemy jak działamy, kiedy mamy jasność co do nas samych, kiedy
rozsupłamy zagadki... wtedy nie doprowadzimy do sytuacji chodzenia w
garniturku tak długo, aż się przyklei do kości. O to w tym wszystkim chodzi,
aby przepracowac i wiedzieć skąd to wżarte ubranko, dlaczego pozwoliliśmy je
sobie nałożyć, jacy w nim byliśmy i jak ma się to wżarcie do bolu, który
wciąż nam dolegał.
Terapia to nie rozwiązywanie bieżących problemów. To nie tylko leczenie
skutków, ale głównie poznawanie przyczyn.
A co za tym idzie - usuwanie wszelkich objawów złego samopoczucia i
funkcjonowania. Bo lęki, depresja, bezradność itd nie są problemem samym w
sobie, ale OBJAWEM zaburzenia. Terapia nie skupia się na objawach, ale
dochodzi do przyczyn.
Tak ja to wszystko widzę - kilka lat z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi (z
których wychodzę), 2 lata po terapii grupowej, w trakcie indywidualnej.
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę WIARY w ocalenie. Ja się zbieram po tym
wszystkim do kupy, trzeba na to czasu, ale to jest możliwe!
Rumiankowa