martushka79
20.06.06, 12:43
Witam wszystkich,
Chciałam opisać moją historię związaną z depresją. Zanim wzięłam się za
pisanie tego wątku, poczytałam troszkę, co piszecie o swoich doświadczeniach
i zgadzam się z kilkoma opiniami. Faktycznie, może i nastała 'moda na
depresję'..często się słyszy o tym, że ktoś ma 'doła'. Ale kto faktycznie
przez to PIEKŁO nie przeszedł, ten nie wie, jak wyniszczająca potrafi być
prawdziwa depresja, stany lękowe etc. Jak to wszystko, co jest w naszych
głowach zaczyna wirować i sami już nie wiemy, co nam jest.
Z perspektywy czasu widzę, że pierwsze objawy depresji miałam w liceum.
Przyszło nie wiadomo skąd...zaczęłam się bać. Głowę zaczęły zaprzątać mi
myśli, że życie nie ma sensu.. (typowe, co?), że świat prowadzi donikąd, że
codziennie robię to samo, spotykam tych samych ludzi..a wszystko, co robię
zbliża mnie do śmierci, która mnie przeraża. Każdego dnia było gorzej...dużo
spałam, wydawało mi się, że jak się obudzę, będzie lepiej..płakałam bez
powodu, oblewałam się zimnym potem, zaczynałam się cała trząść...te stany
lękowe, powodowane przez natłok myśli powodowały, że zaczynałam zastanawiać
się nad najbardziej banalnymi czynnościami..każdy ruch powodował przerażenie,
że zaraz umrę.., że coś mi się stanie, i po jakimś czasie
przechodziło..ogromnym wsparciem była dla mnie moja Mama, której spokojny
głos, ciepłe słowa powodowały ukojenie..Sama przez to przeszła kilka razy w
życiu. Tylko ktoś taki wie, co się wtedy czuje...Ale ten pierwszy okres trwał
niedługo..bez myśli samobójczych..Oczywiście zaczęłam zagłębiac się w siebie,
każdy ból w organizmie powodował panikę, ze jestem chora..wszystko mnie
bolało. Badania (EKG, morfologia etc.) nic nie wykazały..Wszystko było w
mojej głowie. Teraz o tym wiem. Tak, to co piszecie o znalezieniu sobie
zajęcia, zaprzątnięciu głowy pozytywnymi myślami, odwróceniu uwagi - to
prawda. U mnie podziałało. Wtedy to był koniec roku szkolnego (dodam, że
świadectwo z wyróżnieniem..), więc nie miałałm powodu do załamywania..
zaczeły się wakacje, moją uwagę skierowałam nie na siebie, wgłąb siebie, lecz
na to, co się wokół działo..Jakiś wyjazd, znajomi, słońce..I udało się! Wtedy
przeszło... na kilka lat.
Drugi raz złapało mnie na studiach, przed obroną. Wtedy kilka rzeczy zbiegło
się jednocześnie..w planach miałam ślub z moim obecnym mężem, wyprowadzkę z
domu rodzinnego, obrona pracy mgr. I trach! Wzięło mnie, perspektywa
zmiany..byłam przerażona..czym?? jakieś paniczne myśli, zimne poty,
trzęsienie całego ciała..tym razem doszły jeszcze duszności.. Sama zaczęłam
się nakręcać i wywołałam kolejny okres (około 2 miesięcy) depresji lękowej.
Bałam się.., najbardziej tego, że umrę. Wychodziłam do pracy i potrafiłam
wysiąść z tramwaju, kiedy zaczynało mnie chwytać. Doszły duszności, więc
brakowało mi powietrza, miałam wrażenie, ze zaraz się uduszę..panika,
drżenie, walenie serca..no i natłok myśli. Że zaraz mi się coś stanie..
Najgorszy w tym wszystkim był brak wiary w to, ze będzie lepiej. Cały czas
myslałam o tym, zeby mi przeszło, żeby to się już nie powtórzyło..ale im
bardziej o tym myślałam, tym bardziej to się nasilało..Chciałam umrzeć.
Zaczęłam wierzyć w to, że to jedyny ratunek. Zaczęłam chodzić do kościoła,
chociaż nie wierzyłam w Boga..i prosić, żeby mi pomógł, jeśli faktycznie jest
i widzi, jak się męczę.. i wtedy odnalazłam sens życia. Pomyślałam sobie, że
jeśli miałabym dziecko, to miałabym dla kogo żyć..miesiąc później okazało
się, że jestem w ciąży. Depresja odeszła na dalszy plan, miałam dla kogo żyć.
I mam nadal:-)) Mamy wspaniałego syna, jest dla mnie wszystkim..Dla mojego
męża też. Kiedy miał mniej więcej 1,5roku..coś we mnie drgnęło. Zaczynały się
natłoki myśli, bez pozostałych objawów.. przestraszyłam się, ze mogłabym
zrobić coś głupiego, a przecież jestem matką.. natychmiast poszłam do
psychiatry. Na szczęście obeszło się bez leków, z sugestią uporząkowania
kilku spraw domowych (stosunki z teściami, mężem itp.).. i nic poza tym. Nie
dałam się ponieść. Nie dałam się złapać depresji i wymknęłam się jej zwinnie,
cały czas myśląc o dziecku...dla którego jestem wraz z ojcem najważniejszą
osobą na świecie. Następnym razem - oby go juz nie było!! - też się nie dam..
Przecież nie wolno się poddać, trzeba walczyć! O siebie...warto.
... Od kilku miesięcy z takim samym rodzajem depresji walczy moja koleżanka.
Wiem, ze jestem dla niej wsparciem, bo przez to przeszłam. Wiem, co czuje,
kiedy ma napady lękowe..i jak bardzo potrafią być wyniszczające..U niej bez
leków się nie obeszło, jest na psychotropach..Byłam z nią przy ostatnim
ataku, widziałam po jej twarzy, kiedy się zbliżał..jak zaczynała wpadać w
panikę.. trzymałam ją za rękę, głaskałam po policzku, odwróciłam uwagę
rozmową 'o pogodzie'...pierwszy raz od trzech miesięcy nie wezwała pogotowia
(które przyjeżdża do niej średnio 2razy dziennie). W sobotę idzie do
szpitala...:-( Zastrzyk, spokój... do następnego ataku.
Trzymam za nią moco kciuki. Wy też się nie poddawajcie!
Musimy z tym walczyć...i pomagać innym to zwalczyć.
M.