blusowa
02.08.06, 10:47
Moja historia nie jest dość długa i pewnie typowa. Zaczęło się od nerwicy za
czasów szkoły średniej, nerwicy lękowej, leczonej ostatecznie przez 4 tygodnie
spamilanem. Trzy kolejne lata były wspaniałe. Uśmiechnięta, życzliwa, radosna
i "dalece daleka" od wszelkich problemów (żadnych leków nie przyjmowałam).
Potem zaczęły się studia, nowe stresy i moja tendencja do bycia
perfekcjonistką, ustawianie poprzeczki zbyt wysoko. Hmmm wtedy nie było
jeszcze źle. Po studiach wymarzona praca, na bardzo odpowiedzialnym stanowisku
i chęć sprostania wszelkim wyzwanim, wbrew sobie/wbrew własnym siłom. Kolejne
problemy nawarstwiały tą nakręcającą się spiralę nerwicy, która właśnie we
mnie wybucha i krzyczy od środka. Nie przyjmuję żadnych leków. Nie chcę się
uzależniać. Mam zaprzyjaźnionego lekarza, który mnie przed zbyt silną
farmakologią przestrzega. Nie chę byc lekomanką! Samemu sobie jest bardzo
ciężko pomóc. Moje obecne uczucia/dolegliwości?? Jestem tak strasznie nerwowa,
że drażni mnie nawet krzywo postawiona filiżanka, zbyt niski ton głosu mojego
rozmówcy, nie wspomnę o życiu z najbliższymi mi osobami, na których się po
prostu wyżywam. Czuję, że mam w środku tak dużo ściśniętych emocji, które
ukrywałam przez lata, że nie wiem w jaki sposób je uwolnić. Ponadto jestem
hipochondryczką. Chcialabym krzyczeć ale nie potrafię, nie umiem, boję się.
Właściwie to boję się uwolnienia z tych wszystkich "krępactw". Wolę się
maskować. Czy jestem normalna?