annaberta
07.11.06, 16:48
Świadectwa uzdrowienia
Od wielu lat cierpiałam na bóle prawego kolana, połączone z niemożnością
chodzenia. Po wypadku z powodu zerwania ścięgna i łękotki byłam operowana.
Potem wielokrotnie byłam w sanatorium, rehabilitowałam tę nogę. We wrześniu
wróciłam do domu po podwójnej kuracji w Kołobrzegu i w Szczawnicy. Bóle nie
ustąpiły, nawet się nasilały, nie spałam całymi nocami. Na Mszy św. o
uzdrowienie byłam po raz pierwszy w pierwszą środę września 2005 r. i od tego
dnia nie doświadczyłam już bólu kolana. Muszę jednak zaznaczyć, że nie
odczuwałam tu nic specjalnego, żadnych nadzwyczajnych uczuć gorąca czy
mrowienia, czy jakiegoś bólu. Pierwszą oznaką uzdrowienia było to, że pierwszą
noc po tej Mszy przespałam – przedtem było to niemożliwe.
Jestem lekarzem i to, co się stało, uważam za oczywisty cud. Wcześniej leczono
mnie najróżniejszymi metodami, byłam otoczona najlepszą opieką moich kolegów
ortopedów, ale bez rezultatu. Na te wszystkie uzdrowienia można patrzeć tylko
oczami wiary, inaczej nie da się ich wytłumaczyć.
* * *
Mieszkam w Krakowie i chciałam dać świadectwo całkowitego uzdrowienia w
pierwszą środę grudnia 2005 r., w czasie Mszy św.
o uzdrowienie. Miałam duże kłopoty z kręgosłupem, nie mogłam chodzić, ruszać
się, schylać. Teraz wszystko ustąpiło, nie mam żadnych problemów. Po prostu
nie wróciły. Jestem całkowicie zdrowa, nie biorę żadnych leków.
* * *
Bardzo mnie bolała ręka w łokciu. Nie mogłam nawet wnuczki podnieść, ani noża
trzymać, nic ukroić – straszne to było. W pierwszą środę grudnia zeszłego roku
zostałam uzdrowiona. Jestem bardzo szczęśliwa, bo teraz mogę robić wszystko.
Od grudnia nie biorę leków, a wcześniej ciągle musiałam brać i nic nie
pomagało. Bogu niech będą dzięki!
* * *
Od znajomej dowiedziałam się, że w tym kościele odbywają się Msze o
uzdrowienie i uwolnienie. Przyszłam tu pierwszy raz w czerwcu zeszłego roku,
bo bardzo cierpiałam psychicznie. Byłam w głębokiej depresji, ponieważ mąż
mnie opuścił. Chodziłam przez wiele miesięcy do psychoterapeuty, ale
bezskutecznie. Stosowałam hipnozę, relaksację i inne środki, ale one nie
pomagały – chciałam popełnić samobójstwo. W końcu pierwszy raz przyszłam tu na
Mszę św. i po niej poczułam nagle wielką ulgę. Dała mi ona więcej niż
wszystkie środki uspokajające, które do tej pory brałam. Poczułam się
rozluźniona, chciało mi się spać – wreszcie mogłam normalnie spać. Następny
dzień był pierwszym, kiedy przestałam płakać. Przedtem na okrągło płakałam, a
od tej pory przestałam. Poczułam wielką ulgę na duszy. Wszystko tak nagle się
zmieniło, z dnia na dzień. Później z każdym dniem było coraz lepiej.
Po pewnym czasie przyprowadziłam tutaj mojego syna, którego rzuciła
dziewczyna. W zeszłym miesiącu on też chciał popełnić samobójstwo. Nie wierzył
mi, gdy mu mówiłam, że tutaj może tak samo doznać uzdrowienia, jak ja
doznałam. Po Mszy św. w styczniu tego roku syn z dnia na dzień zaczął czuć się
coraz lepiej. I dzisiaj idąc tu ze mną, by podziękować za łaskę tego, co się
stało, powiedział do mnie: „Miesiąc temu nie pomyślałbym, że dzisiaj będę czuł
się zupełnie inaczej”.
Ja wiem, że te Msze leczą ciało, ale przede wszystkim leczą duszę. I każdemu,
kto cierpi na duszy (a uważam, że jest to najgorsze cierpienie), poleciłabym
uczestnictwo w tej Mszy św. Bo nie da się opisać, jak Pan Bóg potrafi pomóc,
jak potrafi uleczyć cierpiącą duszę.
* * *
W moim domu było wiele niepokoju, wiele zła, więc dużo modliłam się za moje
dzieci. Mój syn, który ma skończone szesnaście lat, moczył się. Od czasu,
kiedy uczestniczę tu w Mszach św., mój syn przestał się moczyć. Kiedy oddałam
go w opiekę Pana Jezusa, wiedziałam, że On go uzdrowi. Wiedziałam, wierzyłam w
to, że tylko Pan Jezus może go uzdrowić. I tak się stało.
Pan Jezus uzdrawia także i mnie za każdym razem, kiedy uczestniczę we Mszy św.
o uzdrowienie. Bolało mnie wszystko, a teraz jestem zdrowa, mam siły, radość,
nie boli mnie już kręgosłup. Chwała Bogu, dziękuję Mu za te Msze św.
* * *
Na Mszę św. z modlitwą o uzdrowienie chodzę od października 2005 r. Jestem
matką 17-letniej dziewczynki, która cierpiała na zwątpienie, depresję, brak
wiary we własne siły, spadek zdolności do nauki. Kompletnie nic się nie
uczyła, ponieważ nie była w stanie.
Po pierwszej Mszy św. najpierw poczułam zmianę w sobie, zrobiłam się
spokojniejsza, bo patrząc na to, co się dzieje z moją córką, sama byłam bliska
obłędu. Mąż wysyłał mnie do psychiatry, bo reagowałam zbyt nerwowo,
sprawdzając bez przerwy, co córka robi, czego nie robi, bez przerwy wpadałam
do pokoju i patrzyłam, czy się uczy, czy nie.
Stopniowo zaczęłam odczuwać zmiany w sobie, stałam się spokojniejsza,
przestałam nerwowo biegać i sprawdzać ją.
Po Mszy św. w grudniu znowu poczułam ogromną zmianę. To było niesamowite
uczucie. Wtedy jeszcze córka nie powróciła kompletnie do zdrowia, ale ja byłam
już spokojna. Córka jeszcze chorowała przez grudzień, ale w tym czasie już
poprawiła kilka jedynek, które jej groziły. Po czym znowu się rozchorowała.
Chorowała całe święta i jeszcze do początków stycznia. W styczniu znowu tu
byłam. I co jest najważniejsze – córka ni stąd, ni zowąd wzięła się do nauki i
to w taki spektakularny sposób. Planuje czas, uczy się – zupełnie co innego –
jak niebo i ziemia. Chciałam więc dać świadectwo, że dziś jestem szczęśliwą
matką. Oby jak najdłużej. Dzisiaj znowu tu przyszłam, ale teraz już się modlę
za innych.
* * *
Moja siostra leżała ciężko chora na oddziale kardiologii w Szpitalu Jana Pawła
II w Krakowie. Chodziłam do niej, by pomóc jej w codziennej toalecie, wypiciu
herbaty itp., ponieważ była podłączona do monitora i kroplówki. Lekarze robili
wszystko, co było w ich mocy – korzystając z dostępnej aparatury – ale stan
był coraz gorszy.
7 września 2005 r., wracając ze szpitala, zgnębiona jej ciężkim stanem,
poszłam do kościoła Ojców Reformatów na Mszę św. z modlitwą o uzdrowienie,
gdzie o. Józef Witko w pierwsze środy miesiąca modli się wstawienniczo za
cierpiących duchowo i fizycznie.
Z trudem wepchnęłam się do kościoła i akurat usłyszałam słowa, by „chorych
przynieść tu do Jezusa”. Całym sercem, w duchu „postawiłam” szpitalne łóżko z
siostrą u stóp ołtarza, powtarzając: „Panie, Ty możesz to, czego nie mogą
lekarze”.
Kiedy po Mszy św. o. Józef modlił się wstawienniczo nad poszczególnymi
osobami, musiałam długo czekać, by zbliżyć się przed ołtarz. Cały czas
modliłam się. Gdy Ojciec podszedł do mnie, wyciągnęłam rękę ze zdjęciem
siostry i powiedziałam, że jest ciężko chora w szpitalu. Ojciec, modląc się,
położył jedną rękę na zdjęciu, a drugą na mojej głowie. W tym momencie urwała
się moja świadomość. Nie wiem, jak długo leżałam na podłodze. Gdy się
podniosłam, byłam pełna pokoju, wewnętrznej ciszy, z mocnym przekonaniem, że
miłosierny Jezus „znieczulił” mnie, by leczyć siostrę. Szpitalny kapłan
udzielił jej sakramentu namaszczenia.
Na drugi dzień szłam do szpitala bez lęku. Już na korytarzu znajoma pacjentka
oznajmiła mi: „Pani siostra sama wstała i umyła się w łazience”. Uradowana,
dałam jej jeszcze poświęconą wodę i oliwę.
15 października zabraliśmy siostrę do domu. Musi jeszcze oszczędzać serce, ale
dzięki miłosiernemu Bogu żyje i normalnie funkcjonuje. Dziękujemy Bogu i
modlitwą ogarniamy posługę o. Józefa, który nie patrzy na swoje zmęczenie, ale
wytrwale służy ludziom.
Wierzę, że modlitwa wstawiennicza może zmienić to, co po ludzku jest nie do
odwrócenia.