oban
03.09.03, 22:55
Otóż "nałogowo" jeżdżę samochodem.
Najchętniej w nocy, najchętniej daleko, najchętniej sam
Uspokaja mnie to, relaksuje do tego stopnia i "czyści" myślenie, że żartuję
iż jazda samochodem jest dla mnie jak modlitwa. Inaczej wtedy czuję inaczej
myślę inaczej widzę siebie i świat.
Potrafię jednym ciągiem przejechać 500 - 600 km bez zbędnego zmęczenia.
Lubię jechać dla samej jazdy, dla samego prowadzenia samochodu, pojechać
gdzieś nie dlatego, żeby tam być ale przede wszystkim aby jechać.
Zastanawiam się : czy jest to forma ucieczki przed rzeczywistością z
jednoczesnym stwarzaniem sobie wrażenia, że nad nią panuję ?
Zamknięty w samocgodzie mijajacy kolejne wsie i miasta i ludzi bez
dłuższego zatrzymywania się, czyli bez "angażowania" się
jednocześnie mając kontrolę nad samochodem , czyli moim kawałkiem
rzeczywistości ?
Czy też faktycznie to jest tylko relaks.
Wiem że dla przeciętnego kierowcy 600 km to czasami wyczyn - dla mnie
to miód na moją duszę. Owszem jest to pewien rodzaj zmęczenia również
ale tylko po naprawdę bardzo długiej trasie czy w bardzo ciężkich warunkach
ale nie jest to znużenie, jest to raczej rodzaj zmęczenia jaki sportowiec
czuje po treningu, czy może jeszcze bardziej po zwycięskich dla niego
zawodach.
A tak na marginesie : do czegoś praktycznego mi się to przydaje bo
sporo jeżdzę służbowo (mies ok 3-4 tys km) i nie męczy mnie to czyli
w pracy nie jestem zmęczony. Natomiast te 3-4 tys na mies to dla mnie jedank
nie dość. Średnio 2 x w mies mam jeszcze te moje "nałogowe" wyjazdy.
Czasami zastanawiam się czy to lek na moje problemy czy też może obłęd