Dodaj do ulubionych

Jak umiera człowiek

26.07.08, 16:17
Jak umiera człowiek 22/05/08

Fot. Corbis Czy zbliżanie się do kresu egzystencji jest stresujące?
Czy na progu śmierci czekają na nas jakieś niespodzianki? Opowieści
tych, których udało się odratować w ostatniej chwili oraz najnowsze
osiągnięcia medycyny pozwalają nam lepiej zrozumieć, co się dzieje z
ciałem, gdy opuszcza je życie

Śmierć ma wiele twarzy, ale z reguły to niedotlenienie mózgu zadaje
nam ostateczny cios. W wyniku zawału, utonięcia czy uduszenia ludzie
umierają, ponieważ ich neurony pozbawione zostają tlenu, a to
prowadzi do zaniku czynności elektrycznej mózgu – czyli śmierci
według współczesnej biologicznej definicji. Niezależnie od
mechanizmu, po zatrzymaniu dopływu natlenowanej krwi do mózgu
człowiekowi zostaje jakieś 10 sekund, nim straci świadomość. Jednak
zanim umrze, może upłynąć wiele minut, a subtelne odczucia w tym
czasie zależą bezpośrednio od przyczyny zgonu. Dlatego wszystkich,
którzy są w stanie znieść drastyczne opisy, zapraszamy do
przeczytania krótkiego przewodnika po różnych sposobach zejścia z
tego świata.

WYKRWAWIENIE: KILKA STADIÓW WSTRZĄSU

„Szybkość, z jaką zachodzi śmiercionośny krwotok, zależy od źródła
krwawienia” – mówi John Kortbeek z kanadyjskiego University of
Calgary w Albercie. Człowiek może wykrwawić się w ciągu kilku
sekund, gdy aorta – główne naczynie krwionośne wychodzące z serca –
zostanie całkowicie oderwana, np. wskutek poważnego upadku albo
wypadku samochodowego. Śmierć może jednak skradać się znacznie
wolniej, gdy naruszona zostanie mniejsza tętnica czy żyła – nawet
godzinami. Ofiary takiego krwawienia doświadczają kilku stadiów
wstrząsu krwotocznego. Statystyczny dorosły ma pięć litrów krwi.
Utrata około 750 ml daje nieliczne objawy. Jeśli ktoś straci 1,5
litra – czy to w wyniku krwotoku zewnętrznego, czy wewnętrznego –
czuje się osłabiony i zdenerwowany, chce mu się pić, a jego oddech
przyspiesza. Przy dwóch litrach pojawiają się zawroty głowy,
dezorientacja i w końcu utrata świadomości.

„Ci, którzy przeżyli wstrząs krwotoczny, opisują różne doznania, od
strachu do względnego uspokojenia” – mówi Kortbeek. „W dużej części
zależy to od tego, jakie i jak rozległe były inne obrażenia. Jedna
rana docierająca do tętnicy udowej w nodze może być mniej bolesna
niż liczne złamania po wypadku motoryzacyjnym”.



POŻAR: ATAK TOKSYCZNYCH GAZÓW

Śmierć wskutek spalenia to męka. Gorący dym i płomienie wypalają
brwi i włosy, parzą gardło i drogi oddechowe, utrudniając
oddychanie. Oparzenia wywołują natychmiastowy, bardzo silny ból
poprzez stymulację nocyceptorów – czułych na ból nerwów w skórze. Co
gorsza, oparzenia prowadzą również do szybkiej reakcji zapalnej,
która zwiększa wrażliwość na ból w uszkodzonych tkankach i ich
okolicy.

„W miarę zwiększania się stopnia oparzenia, czucie częściowo zanika,
ale w niewielkim stopniu” – mówi David Herndon, specjalista od
oparzeń z University of Texas Medical Branch w Galveston. „Oparzenie
trzeciego stopnia nie boli tak bardzo jak drugiego stopnia, ponieważ
zniszczone zostają powierzchowne nerwy. Ale to semantyczna różnica –
duże oparzenia są straszliwie bolesne w każdym przypadku”.

Niektóre ofiary oparzeń opowiadają, że nie odczuwały obrażeń, póki
były w stanie zagrożenia lub ratowały innych. Jednak gdy spada
poziom adrenaliny i mija szok, ból szybko się pojawia. Walka z nim
pozostaje jednym z największych wyzwań podczas leczenia poparzonych.
Większość ludzi ginących w pożarach nie umiera z powodu oparzeń.
Najpowszechniejszą przyczyną śmierci jest wdychanie toksycznych
gazów – tlenku i dwutlenku węgla, a nawet cyjanku wodoru – w
połączeniu z brakiem tlenu. Badania wykonane w Norwegii w 1996 r.
wykazały, że 75 proc. z 286 śmiertelnych ofiar pożarów zmarło
wskutek zatrucia tlenkiem węgla.

Zależnie od wielkości pożaru i odległości ofiary od niego, tlenek
węgla może wywołać ból głowy i senność w ciągu kilku minut,
prowadząc ostatecznie do utraty świadomości. Według danych US
National Fire Protection Association, 40 proc. śmiertelnych ofiar
pożarów domowych zostaje zatrutych dymem, zanim zdążą się obudzić.
Obserwuj wątek
    • nienill Re: Jak umiera człowiek 26.07.08, 16:19
      ZAWAŁ: POSPOLITY MORDERCA

      Hollywoodzki atak serca z gwałtownym bólem, rozpaczliwym chwytaniem
      się za pierś i natychmiastowym omdleniem z pewnością czasem się
      zdarza. Jednak typowy zawał mięśnia sercowego jest znacznie mniej
      dramatyczny i zachodzi powoli, zaczynając się lekkim dyskomfortem.

      Najpowszechniejszy objaw to oczywiście ból w klatce piersiowej:
      napięcie, rozpieranie lub ściskanie, które może się utrzymywać albo
      pojawiać się i znikać. To znak, że mięsień sercowy walczy o tlen i
      obumiera z jego braku. Ból może promieniować do szczęki, gardła,
      pleców, brzucha i ramion. Inne oznaki to płytki oddech, mdłości i
      zimne poty.

      „Większość ofiar zwleka z wezwaniem pomocy, czekając przeciętnie od
      2 do 6 godzin. Przeważnie są to kobiety, zapewne dlatego, że
      częściej mają mniej znane objawy, takie jak niemożność zaczerpnięcia
      oddechu, ból pleców czy szczęki albo mdłości” – mówi Jo-Ann Manson,
      epidemiolog z Harvard Medical School. Ci, którzy przeżyli, mówią, że
      nie chcieli nikomu sprawiać kłopotu i że wydawało im się, iż nie
      mają zawału, lecz po prostu niestrawność, bóle mięśniowe lub są
      przemęczeni.

      Opóźnienia kosztują ludzkie życie. Większość śmiertelnych ofiar
      zawału umiera przed dotarciem do szpitala. Bezpośrednią przyczyną
      zgonu jest często arytmia, czyli przerwanie normalnego rytmu serca.
      Nawet niewielki zawał może zakłócić przepływ impulsów elektrycznych
      kontrolujących skurcze mięśnia sercowego, w konsekwencji zatrzymując
      je. Po 10 sekundach ofiara traci przytomność, a kilka minut później –
      umiera. Pacjenci, którym udaje się dotrzeć do szpitala, mają
      większe szanse. Lekarze mogą zastosować defibrylatory (przywracające
      normalny rytm serca), leki rozpuszczające zakrzepy czy zabiegi
      udrażniające tętnice wieńcowe.



      PORAŻENIE PRĄDEM: W MÓZG I W SERCE

      Podczas przypadkowych porażeń, gdy do czynienia mamy z reguły
      z „domowym” prądem o niskim natężeniu, najpowszechniejszą przyczyną
      śmierci jest arytmia, prowadząca do zatrzymania akcji serca. „Utrata
      przytomności pojawia się po standardowych 10 sekundach” – mówi
      Richard Trohman, kardiolog z Rush University w Chicago.
      Przeprowadzone w Montrealu badania nad przypadkami śmierci w wyniku
      porażenia prądem wykazały, że prawdopodobnie 92 proc. ofiar zmarło
      właśnie wskutek arytmii.

      Większe natężenia mogą wywołać niemal natychmiastową utratę
      przytomności. Krzesło elektryczne zostało zaprojektowane, by
      wywoływało szybką utratę świadomości i bezbolesną śmierć – krok
      naprzód w porównaniu z tradycyjnym wieszaniem – przepuszczając prąd
      elektryczny przez mózg i serce.

      Jednak to, czy krzesło spełnia swą rolę, jest dyskusyjne. Biofizyk
      John Wikswo z Vanderbilt University w Nashville uważa, że grube
      kości czaszki stanowią izolator, który nie pozwala na przepłynięcie
      odpowiednio dużego prądu przez mózg, zaś skazani mogą w
      rzeczywistości umierać wskutek przegrzania mózgu albo uduszenia,
      wywołanego przez porażenie mięśni oddechowych – tak czy inaczej, nic
      przyjemnego.



      UTONIĘCIE: WALKA O ODDECH

      Ten rodzaj śmierci otoczony jest swego rodzaju romantycznym nimbem,
      ponieważ niezliczone bohaterki literackie właśnie w ten sposób
      odbierały sobie życie. W rzeczywistości uduszenie się w wodzie nie
      jest ani romantyczne, ani bezbolesne, choć może być zaskakująco
      szybkie.

      Szybkość topienia się zależy od kilku czynników, w tym zdolności
      pływackich i temperatury. W klimacie umiarkowanym, gdzie wody z
      reguły są zimne, 55 proc. utonięć w otwartych zbiornikach ma miejsce
      w odległości najwyżej trzech metrów od bezpiecznej głębokości. „Dwie
      trzecie ofiar to dobrzy pływacy, a to wskazuje, że poważne kłopoty
      mogą zacząć się w ciągu kilku sekund” – uważa fizjolog Mike Tipton z
      University of Portsmouth. Gdy tonący pojmuje, że nie może utrzymać
      głowy ponad wodą, zaczyna panikować i wówczas dochodzi do
      klasycznej „walki na powierzchni”. Ofiara łapie oddech nad wodą i
      wstrzymuje go, gdy się pod nią zanurza, nie mogąc zawołać o pomoc.
      Jej ciało jest wyprostowane, a ręce wykonują słabe ruchy chwytania,
      tak jakby tonący wspinał się po nieistniejącej drabinie. Badania z
      udziałem nowojorskich ratowników w latach 50. i 60. XX w. wykazały,
      że to stadium trwa od 20 do 60 sekund.

      Kiedy ofiara wreszcie się topi, jak najdłużej stara się wstrzymać
      oddech – z reguły od 30 do 90 sekund. Potem wdycha trochę wody,
      krztusi się, kaszle i wdycha kolejną porcję. Woda blokuje wymianę
      gazową w delikatnych tkankach płuc, a jej wdychanie dodatkowo
      sprawia, że drogi oddechowe zamykają się – to odruch zwany skurczem
      krtani. „Gdy woda wypełnia drogi oddechowe, w klatce piersiowej
      czuje się rozdzierający, palący ból. Potem przechodzi on w uczucie
      spokoju i ukojenia” – mówi Tipton, przytaczając opowieści
      odratowanych.

      UPADEK: LĄDUJ NA STOPACH
      Upadek z dużej wysokości to z pewnością najszybszy sposób, by
      umrzeć: graniczna prędkość to ok. 200 km/godz., wysokość – 145
      metrów. Badania nad śmiertelnymi upadkami w Hamburgu wykazały, że 75
      proc. ofiar umarło w ciągu kilku sekund czy minut po wylądowaniu.

      Konkretna przyczyna śmierci może być różna, zależnie od powierzchni,
      na której człowiek ląduje, i pozycji jego ciała. Wyjątkowo małe
      szanse na przeżycie daje upadek na głowę – często zdarzający się
      przy spadnięciu ze stosunkowo małej (poniżej 10 m) oraz dużej
      wysokości (powyżej 25 m). Wykonana w 1981 r. analiza stu
      samobójczych skoków z mostu Golden Gate w San Francisco – wysokość
      75 m, prędkość przy uderzeniu w wodę 120 km/godz. – wykazała, że w
      wielu przypadkach do zgonu doszło praktycznie natychmiast wskutek
      masywnych stłuczeń płuc, odmy, pęknięcia serca albo uszkodzenia
      naczyń krwionośnych i płuc przez połamane żebra.

      Ci, którzy przeżyli upadek z dużej wysokości, często mówią o
      odczuciu spowolnienia upływu czasu. Naturalną reakcją jest próba
      wylądowania na stopach, co w efekcie daje złamania kości nóg,
      dolnego odcinka kręgosłupa i zagrażające życiu złamania miednicy.
      Siła uderzenia przemieszczająca się wzdłuż ciała może też rozerwać
      aortę i jamy serca. Jednak prawdopodobnie jest to najbezpieczniejszy
      sposób lądowania, mimo że siła jest wówczas skupiona na niewielkiej
      powierzchni – stopy i nogi tworzą „strefę zgniotu”, która zapewnia
      trochę ochrony najważniejszym narządom wewnętrznym.

      Doświadczeni skoczkowie czy wspinacze, którym udało się przeżyć
      upadek, mówią o uczuciu koncentracji, pobudzenia i determinacji, by
      wylądować jak najlepiej: z rozluźnionymi mięśniami, ugiętymi nogami
      i ciałem gotowym do przetoczenia się, jeśli będzie taka możliwość. Z
      pewnością każda rada jest dobra, ale najważniejsze to wycelowanie w
      miejsce odpowiednie do miękkiego lądowania. W 1942 r. kobieta
      wypadła z okna w apartamencie na wysokości 28 m i wylądowała w
      stercie świeżo wykopanej ziemi. Skończyło się na pękniętym żebrze i
      złamaniu nadgarstka.

    • nienill Re: Jak umiera człowiek 26.07.08, 16:20
      POWIESZENIE: DUŻO ZALEŻY OD KATA
      Samobójstwa i staromodne egzekucje z „krótkim spadaniem” powodują
      śmierć poprzez uduszenie – lina zaciska się na krtani i tętnicach
      prowadzących do mózgu. To może pozbawić ofiarę przytomności w 10
      sekund, ale czas wydłuża się, jeśli pętla jest w niewłaściwym
      miejscu. Świadkowie publicznych egzekucji często opowiadali o
      ofiarach „tańczących” w mękach na sznurze. Śmierć nadchodziła po
      wielu minutach, a jak pokazują liczne przypadki ludzi odratowanych
      po odcięciu liny – nawet po kwadransie.

      Gdy w 1868 r. zakazano publicznych egzekucji w Wielkiej Brytanii,
      kaci zaczęli szukać mniej widowiskowej metody. W końcu wybrali
      wariant „długiego spadania”, używając dłuższego sznura, tak by
      ofiara nabierała większej prędkości, która łamała jej kark. Trzeba
      było jednak brać pod uwagę ciężar skazańca, ponieważ zbyt duża siła
      mogła całkowicie oderwać głowę – a to dla doświadczonego kata była
      zawodowa porażka. Mimo przechwałek kilku znanych XIX-wiecznych
      egzekutorów, przeprowadzona w 1992 r. analiza szczątków 34 skazańców
      dowiodła, że uraz rdzenia kręgowego był przyczyną śmierci tylko w
      mniej więcej połowie przypadków. Zaledwie u jednej piątej widoczne
      było klasyczne „złamanie wisielcze” – między drugim a trzecim
      kręgiem szyjnym. Pozostali zmarli częściowo wskutek uduszenia.

      Michael Spence, antropolog z kanadyjskiego University of Western
      Ontario, otrzymał podobne rezultaty w przypadku ofiar z USA. Doszedł
      jednak do wniosku, że nawet jeśli uduszenie odgrywało jakąś rolę, to
      uraz w wyniku spadania szybko pozbawiał ofiary przytomności.



      ZASTRZYK TRUCIZNY: NA PEWNO BEZBOLESNY?

      Wstrzyknięcie trujących substancji opracowano w Oklahomie w 1977 r.
      jako humanitarną alternatywę dla krzesła elektrycznego. Stanowy
      lekarz sądowy i kierownik katedry anestezjologii ustalili, że należy
      zrobić kolejno trzy zastrzyki. Pierwszy z tiopentalu – środka
      znieczulającego, który miał stłumić wszelki ból. Potem środek
      zwiotczający zwany pankuronium (pavulon), zatrzymujący oddychanie.
      Wreszcie chlorek potasu, który błyskawicznie zatrzymuje akcję serca.
      Każdy z tych środków miał być podawany w dawce śmiertelnej, by
      zapewnić szybką i humanitarną śmierć. Jednak świadkowie mówili o
      skazańcach mających drgawki, dźwigających się i próbujących usiąść
      podczas egzekucji, a to wskazuje, że mieszanka nie zawsze bywała
      skuteczna.

      „Dzieje się tak – mówi Leonidas Koniaris z University of Miami
      Miller School of Medicine – ponieważ tiopentalu jest za mało”. Wraz
      ze współpracownikami przeanalizował 41 egzekucji z użyciem zastrzyku
      trucizny w Północnej Karolinie i Kalifornii i porównał stosowane
      dawki środka znieczulającego z danymi dla zwierząt takich jak
      świnie. Ponieważ zawsze stosuje się tę samą dawkę tiopentalu,
      niezależnie od wagi ciała, znieczulenie u cięższych skazańców może
      być niewystarczające – brzmiała konkluzja. „Myślę, że świadomość
      może być zachowana podczas dużej części egzekucji” – mówi Koniaris.
      Oznacza to uczucie duszenia się po sparaliżowaniu płuc i piekący,
      palący ból wywoływany przez wstrzyknięcie chlorku potasu. Skutki
      działania środka zwiotczającego sprawiać mogą jednak, że świadkowie
      nigdy nie zobaczą żadnych oznak tych męczarni. Sąd Najwyższy ma
      wkrótce rozstrzygnąć, czy ten rodzaj kary śmierci jest zgodny z
      prawem.



      WYBUCHOWA DEKOMPRESJA: BEZ TCHU

      Śmierć wskutek znalezienia się w próżni to typowy chwyt rodem ze
      science fiction. W rzeczywistości zdarzył się tylko jeden taki
      wypadek. Podczas radzieckiej misji Sojuz-11 w 1971 r. zawiodło
      uszczelnienie statku wchodzącego w ziemską atmosferę; po wylądowaniu
      okazało się, że trzech członków załogi zginęło wskutek uduszenia.
      Gdy zewnętrzne ciśnienie powietrza nagle spada, powietrze zawarte w
      płucach rozpręża się, rozrywając delikatne tkanki służące do wymiany
      gazowej. Zniszczenia są większe, jeśli ofiara nie zdąży wykonać
      wydechu albo próbuje wstrzymać oddech. Tlen zaczyna wówczas
      przemieszczać się z krwi do płuc.

      Doświadczenia z udziałem psów prowadzone w latach 50. XX w.
      wykazały, że 30–40 sekund po spadku ciśnienia ich ciała zaczęły
      puchnąć, ponieważ woda w ich tkankach parowała, ale skóra nie
      pozwalała jej wydostać się na zewnątrz. Tempo pracy serca początkowo
      rośnie, potem spada. We krwi pojawiają się bąbelki pary wodnej i
      docierają wraz z nią w różne części ciała, blokując krwiobieg. Po
      minucie następuje zatrzymanie krążenia.

      Ludzie, którzy przeżyli szybką dekompresję, to piloci, których
      samoloty straciły szczelność, oraz jeden technik NASA, który
      przypadkowo rozszczelnił swój skafander kosmiczny, przebywając w
      komorze próżniowej. Często mówią o początkowym bólu, przypominającym
      uderzenie w klatkę piersiową, a wielu pamięta uczucie uciekania
      powietrza z płuc i niemożliwości zaczerpnięcia oddechu. Czas do
      utraty świadomości wynosił z reguły nie więcej niż 15 sekund.
      Podczas eksperymentu przeprowadzonego w połowie lat 60. XX w. w US
      Army Aeromedical Research Laboratory odkryto, że szympansy
      zachowywały przytomność przez zaledwie 11 sekund, zanim oszołomił je
      brak tlenu. Co zaskakujące – w świetle tych traumatycznych efektów –
      zwierzęta, które zaczęły oddychać powietrzem o normalnym ciśnieniu
      po 90 sekundach, w większości przeżyły bez żadnych trwałych
      uszkodzeń.


      ŚCIĘCIE GŁOWY: ZEJŚCIE NIEMAL BŁYSKAWICZNE

      Ścięcie, nawet jeśli wydaje się dość makabryczne, może być jednym z
      najszybszych i najmniej bolesnych rodzajów umierania – przynajmniej
      jeśli egzekutor jest sprawny, ostrze ostre, a skazaniec się nie
      rusza. Szczyt technologii dekapitacyjnej to oczywiście gilotyna.
      Została oficjalnie dopuszczona do użytku przez francuski rząd w 1792
      r. jako bardziej humanitarna alternatywa dla innych metod egzekucji.
      Gdy użyto jej po raz pierwszy, widzowie byli przerażeni szybkością,
      z jaką została zadana śmierć.

      Świadomość nie zanika od razu po przecięciu rdzenia kręgowego.
      Badania na szczurach w 1991 r. wykazały, że mija 2,7 sekundy, zanim
      mózg zużyje tlen z krwi znajdującej się w głowie; dla człowieka czas
      ten oszacowano na siedem sekund. Niektóre makabryczne opowieści z
      porewolucyjnej Francji wspominają o ruchach powiek i ust przez 15–30
      sekund po opadnięciu ostrza, choć mogły to być skurcze i odruchy
      pośmiertne. Jeśli przyjdzie ci stracić głowę, ale nie będziesz miał
      tyle szczęścia, by znaleźć się na gilotynie lub pod dobrze
      naostrzonym toporem, czas świadomego odczuwania bólu może być
      znacznie dłuższy. Kat musiał uderzyć trzy razy, by odciąć głowę
      królowej Marii I Stuart w 1587 r. Dokończył zadanie nożem. W 1541 r.
      Małgorzata Pole, hrabina Salisbury, została stracona w londyńskiej
      Tower. Zaciągnięto ją do pnia, lecz nie chciała złożyć na nim swej
      głowy. Niedoświadczony kat ciął ją w ramię. Według części relacji
      hrabina zaczęła wówczas uciekać, a ścigający ją egzekutor zadał jej
      11 ciosów, zanim zginęła.

      Anna Gosline, „New Scientist”

      źródło: www.focus.pl/cywilizacja/zobacz/publikacje/jak-umiera-
      czlowiek/do-druku/1/
    • nienill tak tylko... chwila refleksji... n/t 26.07.08, 16:21
      • pillow7 Re: tak tylko... chwila refleksji... n/t 26.07.08, 19:36
        pogięło Cię? :( nie masz już czego rozbierać na czynniki pierwsze?

        stało się coś? czy Ci tak znikąd przyszło?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka