29.11.03, 23:26
W końcu odważyłam się napisać... Pewnie na niewiele mnie będzie stać, mam
wrażnie, że zatrzymałam się w rozwoju intelektualnym i nie jestem w stanie
sklecić jednego zdania.
Taaak. Ten i inne objawy nie pozostawiają złudzeń. Dla mnie to osobista
porażka - zawsze przecież jakoś sobie radziłam, zawsze byłam twarda, zawsze
jakoś niosłam swój krzyż.
Przyszło mi jednak do głowy, że może życie wygląda inaczej niż ja je
postrzegam? Może nie ma żadnego krzyża?

Przeczytałam objawy depresji, wszystko pasuje. Nie sądzę, abym sobie
wmawiała pewne rzeczy, aby np. poczuć przynależność do jakiejś wspólnoty czy
coś... A może?
Martwi mnie to wszystko. Nie mogę nawet myśleć o tym, aby udać się do
lekarza - jeszcze nie teraz! Ludzie, to jest w tym wszystkim najgorsze - iść
do lekarza i powiedzieć coś, o czym człowiek boi się nawet pomyśleć. Jak wy
to robicie???

Pomyślałam, że może najpierw popiszę trochę na forum, może uda mi się coś z
siebie wykrztusić, coś nazwać po imieniu, do czegoś się przyznać. Na razie
czuję tylko obezwładniający lęk i chęć ucieczki gdy tylko pomyślę o tym, co
jest ze mną nie tak. Boję się konsekwencji nazwania problemów. Chociaż
doskonale wiem jak im na imię...
Dzisiaj poczułam atak paniki, coś potwornego. Ta cholerna bezsilność. Nie
wiedziałam co mam ze sobą zrobić, aby mi przeszło. Kompletnie nic nie
pomagało: ani odwrócenie uwagi, ani spokojne oddychanie, ani łyk wody. Ja
już nie chcę tego przeżywać, nie chcę koszmarów w nocy. Śni mi się coś
zupełnie neutralnego, a towarzyszy temu potworny strach, aż budzę się z
krzykiem.
Te koszmary to mam niezbyt często - może raz na dwa miesiace. Atak paniki
moze 3-4 razy w miesiacu, najczęściej o świcie... Może przesadzam?

Jezu, nie mogę już dłużej pisać. Muszę przestać o tym myśleć, zapomnieć o
tym... Może jutro uda mi się coś napisać. Chciałabym.
Pomóżcie.
A.
Obserwuj wątek
    • toja_28 Re: Witam 30.11.03, 00:13
      Miss Gray, wydaje mi sie, że jestem na podobnym etapie co ty, chociaż odważyłam
      się zapisać do Centrum na Sobieskiego na wizytę do psychologa. Też mam takie
      wrażenie, że nie potrafię sobie poradzić z pewnymi fragmentami rzeczywistości i
      mojego życia (bo też na pewne sprawy mądrych nie ma i nie wszystko mozna
      przeskoczyć - to też trzeba sobie przetłumaczyć). Nie wierzę, że z każdej
      sytuacji jest jakieś wyjście - z pewnych nie ma (przynajmniej czasowo) - i
      jestem chyba własnie w takiej. Chodzi mi o związek z mężczyzną - pozostaje
      chyba się rozstać, ale nie chcę teraz zostać sama - nie czuje się na siłach.
      Długo nie chciałam dopuścić mysli, że to właśnie ten związek podcina mi
      skrzydła, ale chyba rzeczywiście tak jest.
      Wpedziłam się nawet w obsesje róznych chorób - co przerózne badania wykluczyły
      (aczkolwiek dalej czasem zastanawiam sie nad niektórymi, i czy lekarze u
      których byłam dobrze zdiagnozowali. Do czasu jak trafiłam podczas kolejnego USG
      na super lekarkę, która wytłumaczyła mi, że ucieczka w chorobę to wybieg naszej
      psychiki - po prostu ucieczka od jednego stresu w inny, silniejszy (oj, miałam
      to na wykładzie z psychologii, ale niestety już nic z tego prawie nie pamietam,
      bo i z drugiej strony co to za psychologia na studiach administracyjnych)
      Dlatego uczulam, żeby nie brać do siebie różnych dolegliwości. To tylko
      pogrąża. Teraz już mi to "chorowanie" trochę przeszło, ale mam wrażenie, że
      czasem powraca. Dlatego chcę porozmawiać o tym wszystkim z psychologiem. po
      spotkaniu z pewną starszą, mądrą kobietą, nie wykluczam także ew. wizyty u
      psychatry. Nie chce zmarnować sobie życia (mam 28 lat) i przez resztę czasu
      albo być non-stop w depresji, albo "być" cały czas chora.
      Chciałabym dodać jeszcze jedno moje spostrzeżenie.
      To forum pomaga. Można się tu wygadać, poczytać co piszą inni, jak się czują,
      jak sobie radzą. Ale mam wrażenie, że osoby o dużym stopniu empatii mogą się
      czasem bardziej pogrążyć. Mam właśnie nieodparte wrażenie że i ze mną tak
      własnie było przez pewien czas.
      Ostatnio znowu bywałam tu częściej (raczej czytając), więc chyba to jednak
      wraca, chociaż jak widać z tego postu , znów włączyłam się aktywnie.

      Ale bez dwóch zdań- to po lekturze tego formu zapisłam się na konsultację.
      Wizytę mam wyznaczoną na wtorek - i chociaż teraz (dziś) akurat jest mi juz
      lepiej, mimo to pójdę tam. Bo wiem, że to wraca.
      Pozdrawiam bardzo serdecznie i trzymam kciuki za dobry nastrój.
      • hella100 Re: Witam 30.11.03, 00:32
        O boszsz, nie jestem w stanie przeczytac tak dlugich postow, ale czytajac
        pobierznie, wiem ze mialam, a raczej mam tak samo. Dzieki B. leki, ktore
        przepisal mi lekarz pomagaja. Idz do psychiatry! nie probuj nic robic sama!
        • toja_28 Re: Witam 30.11.03, 00:41
          szczerze przepraszam za długi post :))
          Miałam tylko zamiar podeprzeć na duchu i poradzić, ale wyszło jak wyszło. Chyba
          wydrukuję sobie mój post przed wizytą u psychologa i dam go do przeczytania :)))
          To wszystko pewnie dlatego, że nie moge spać.
          Pozdrawiam wszystkich nocnych marków...
          • hella100 Re: Witam 30.11.03, 00:47
            Nie mam nic do dlugich postow;-) To ja nie potrafie skupic sie na niczym
            dluzszym niz przepis na kawe;-)
            /no nie, to znowu ja;-(/
    • novika7 Re: Witam 30.11.03, 00:51
      A mój pościk będzie króciutki. Radzę Miss_gray iść do psychiatry a on już z
      niej wszystko wyciągnie.



















































































      `



















































































































































































































































































































































































































































































































    • sklonowana40 Re: Witam 30.11.03, 10:16
      Troche Cie rozumiem. DLa mnie informacja o chorobie tez byla czyms w rodzaju
      porazki. Ja??? Matka-Polka, kobieta samodzielna, walczaca, twarda,
      zdyscyplinowana, zaradna.. mozna wyliczac jeszcze dlugo...
      Ale potem, w czasie terapii i leczenia, powoli sie oswajalam z tym, ze jednak
      wcale NIE musze byc twarda, ze nie musze sobie ze wszystkim radzic, ze nie
      musze byc profesjonalistka itp. I zaczelam sobie pozwalac na luz... Moze
      dzieki temu uniknelam sytuacji tak typowych dla choroby, ze wcale nie mozna
      pracowac?
      Do lekarza poszlam, bo dotarlo do mojej madrej glowy:-) ze sama nie dam rady.
      Ze ta bezsilnosc wobec tego, co sie ze mna dzieje, dokucza mi bardziej niz
      wstyd. Zrobilam to z trudem, bo balam sie reakcji srodowiska na leczenie
      psychiatryczne:-(, ale nie mialam oporow, zeby w 4 oczy powiedziec, ze umieram
      ze strachu, ze nie moge sie rano zmusic do umycia, ze mam wszystkie mozliwe
      choroby swiata, ze placze bez powodu, albo dostaje atakow agresji.
      Miss_gray.. nikt z nas Ci nie pomoze. Mozesz pomoc sobie sama z pomoca lekarza
      (leki) lub terapeuty. Kazdy z nas musi przez to przejsc, zwlaszcza, jesli sa
      ataki paniki. Nie zwlekaj, nie szukaj tutaj porady. Powiedz sobie, albo ona
      mnie, albo ja ja... (to o depresji:-) i pedz do lekarza.
      Czekam na wiadomosc, jak bylo...Szacunek z Krak:-)
    • miss_gray Smutno i długo 30.11.03, 20:27
      Dziękuję serdecznie za odpowiedzi.
      To będzie długi post...
      Dzisiaj trochę myślałam nad tym lekarzem i oczywiście doszłam do wniosku, że
      prędzej czy później będę musiała się do niego udać.
      Na razie jednak, choć to może wydawać się dziwne, mam większe problemy niż
      depresja.
      Mam półroczną córeczkę i 20 zł na koncie do końca grudnia, choć ten się
      jeszcze nawet nie zaczął... I tak dobrze, bo tyle zostaje mi po opłaceniu
      wszystkich rachunków. W styczniu nie będę już miała na rachunki.
      To tak obrzydliwie banalne, że aż mi wstyd. To pewnie nadaje się na inne
      forum...
      Mój związek z ojcem dziecka to kolejne pożal-się-boże mojego życia. Już dałam
      sobie spokój z walką, pozostał tylko strach i złość. Strach przed ciągłym
      zagrożeniem... On jest tzw. alimenciarzem. Ma syna z poprzedniego związku i
      ukrywa się przed całym światem, bo nie płaci zasądzonych alimentów. Kiedyś
      zgubił dowód osobisty i do dziś go nie wyrobił, bo boi się, że go znajdą i
      wsadzą do więzienia... I tak żyjemy jakby w wymyślonym świecie. Bez szans na
      jakąkolwiek przyszłość. Jest dobrym specjalistą w tym co robi, ale obecnie nie
      moze znaleźć pracy. W ciągu całego naszego związku pracował w kilku firmach, w
      prawie wszystkich (oprócz jednej) na czarno - bo mogą go znaleźć...
      Proza życia. Co jeszcze? Podejrzewam, że on także ma depresję - na razie w
      fazie utajonej (jeśli coś takiego jest), ale wcześniej obserwowałam u niego
      typowe objawy tej choroby, zresztą sam o tym mówił.
      Wtedy, gdy to obserwowałam byłam w zaawansowanej ciąży i również w depresji.
      Domyślacie się co z tym robiliśmy - po prostu nic. Ja nie miałam na nic siły,
      on żył w swoim świecie.
      Jestem zrezygnowana i bezsilna. Nie mam do mojego partnera już żadnego żalu.
      Mimo wszystko staramy się jakoś gadać, ale wobec faktów, których nie można
      zmienić jesteśmy oboje bezsilni.
      Cóż, tego żaden psycholog nie zmieni. Jesteśmy na bakier z prawem, z życiem,
      ze społeczeństwem, w którym żyjemy.
      Nawet nie wiem czy jestem na tyle anonimowa na forum, aby pozwolić sobie na te
      zwierzenia. W gruncie rzeczy jednak mnie to mało obchodzi.
      Do tego oboje jesteśmy alkoholikami.
      Pijemy 2-3 razy w tygodniu po kilka piw. Ja piję tak, aby nie mieć kaca - on
      mnie zabija. Jemu zwisa. Podczas picia możemy normalnie pogadać, jesteśmy
      bardziej pozytywnie do siebie nastawieni... Dla mnie jest to jedyna rzecz,
      która sprawia mi przyjemność. W zasadzie czekam tylko na te wieczory, kiedy
      będę mogła się z nim napić, wyluzować się, zapomnieć.
      Teraz ten problem pewnie zniknie, bo nie ma kasy. To mnie przeraża, bo bez
      alkoholu popadam w jeszcze większy dół. Wiem jednak, ze z tym dołem da się
      żyć - podczas ciąży i karmienia piłam 2 piwa tygodniowo (przed ciażą upijałam
      sie zawsze na umór co drugi, trzeci dzień). To był dla mnie straszny,
      traumatyczny okres... okres, w którym nie mogłam pić. W niepiciu pomagał mi
      mój parner - jemu jakoś bez większych problemów przyszła rezygnacja z picia.
      Teraz, kiedy przestałam karmić piersią wszystko powraca. Coraz częściej zdarza
      mi się upić prawie do nieprzytomności.

      Nie mam juz siły. Czuję, ze moje życie przypomina jedną wielką brudną breję.

      Przepraszam wrażliwe osoby za ten ekshibicjonistyczny opis. Mam nadzieję, że
      opisanie wszystkiego pomoze zrozumieć mi co się dzieje z moim życiem i moze
      łatwiej będzie mi pójść do lekarza (no i do AA).

      Pozdrawiam i dziękuję tym, którzy w całości przeczytali ten syfiasty post.

      Mam jeszcze sporo do wyrzucenia z siebie.
      Pozdrawiam
      • sklonowana40 Re: Smutno i długo 01.12.03, 09:02
        Strasznie duzo goryczy w tym, co napisalas. Moze jednak troche na wyrost się
        obwiniasz i oceniasz? Wiesz, mysle, ze wielu z nas tutaj ma za soba rozne
        przejscia i ci, ktorym zycie oszczedzilo faz buntu, zla, "upadku", sa w
        mniejszosci. Kazdy z nas ma jakas przeszlosc, ktora - prawdziwa czy
        wyimaginowana - kladzie sie cieniem na jego terazniejszosci. A i terazniejszosc
        rzadko dla kogo bywa latwa i przyjemna, bardzie przypomina zapasy w blocie niz
        normalne zycie:-( Jak ktos ma kase, to np. w malzenstwie mu sie nie uklada,
        albo nie ma dzieci, jak znowu tutaj jest ok, to kasy nie ma...
        Mnie np. finansowo wiedzie sie ok.. dochody przewyzszaja dlugi, ale .... moj
        starszy syn nie ma kontaktu z ojcem i sprawia wielkie problemy, moj ojciec jest
        ciezko chory i nie wiem, ile jeszcze bedzie z nami, ja nie mam partnera i
        troche mi z tym niewygodnie:-), a moja jedyna przyjaciolka (?) nie odezwala sie
        od maja:-( Czuje sie przytloczona zyciem, trudnosciami, chorobami, samotnoscia
        w domu, gdzie nie mam wlasnego kata. Ale ciagle mam nadzieje, ze bedzie lepiej,
        bo przeciez kiedys znowu musi zaswiecic slonce... Oklepane? Pewnie. Ale co mi
        szkodzi uwierzyc?:-) Nie moge Ci powiedziec, ze Twoje zycie nagle sie odmieni,
        ze partner zacznie placic alimenty, Wasza kasa wypelni sie brzeczaca moneta,
        ale pomysl, masz coreczke, masz kogos, dla kogo warto sie szarpac z zyciem, dla
        kogo bedziesz dlugo jeszcze calym swiatem, sloncem, mlekiem i nadzieja. Pomysl,
        ilu ludziom nie jest to dane... i usmiechnij sie do niej, zaspiewaj jej,
        poprzytulaj, ponos na rekach. Zobaczysz, ze od razu bedzie Ci lepiej...:-)
        Dzieci to magia, nawet jesli daja w du.. kiedy dorostaja... Pozdrawiam Cie
        cieplo...
        • miss_gray Dziękuję serdecznie 01.12.03, 16:45
          Nie masz pojęcia jak bardzo podniosłaś mnie na duchu.
          Wczoraj po napisaniu tego postu poczułam się fatalnie. Ciągnie się to do dziś.
          Jednak po przeczytaniu Twoich słów bardzo mi ulżyło. Może dlatego, że
          spodziewałam się raczej postów w stylu "zawaliłaś, to teraz masz za swoje".
          Dziękuję jeszcze raz!
          A.
          • sklonowana40 Re: Dziękuję serdecznie 02.12.03, 09:00
            Czy uwazasz, ze ktokolwiek ma prawo cos takiego powiedziec? Zawalilas, to teraz
            masz? Ja mysle, ze NIKT. I tyle. Jesli ktokolwiek kiedykolwiek bedzie nas
            ocenial za nasze zycie, to z pewnoscia nie bedzie to czlowiek....
            Nie mam zaciecia do metafizyki, ale mysle, ze tylko my sami i Bog, jesli gdzies
            jest, mamy prawo oceniac nasze zycie.
            Szacunek z Krak
            • mr_hyde Re: Dziękuję serdecznie 02.12.03, 12:25
              sklonowana40 napisała:

              > Czy uwazasz, ze ktokolwiek ma prawo cos takiego powiedziec? Zawalilas, to
              teraz
              >
              > masz? Ja mysle, ze NIKT. I tyle. Jesli ktokolwiek kiedykolwiek bedzie nas
              > ocenial za nasze zycie, to z pewnoscia nie bedzie to czlowiek....
              > Nie mam zaciecia do metafizyki, ale mysle, ze tylko my sami i Bog, jesli
              gdzies
              >
              > jest, mamy prawo oceniac nasze zycie.
              > Szacunek z Krak



              Zmieniłaś nicka ze Starowinki??
              • sklonowana40 Re: Dziękuję serdecznie 02.12.03, 13:23
                Tak...:-) Podobnie jak i motto. Tylko ja sama jestem taka sama.. No nie, sorki,
                mam 5 kg mniej:) Pozdrawiam Krakusie:-)
                • miss_gray Re: Dziękuję serdecznie 03.12.03, 00:00
                  Gratuluję zrzucenia 5 kilosów, to jest naprawdę coś:)
                  Uśmiecham się, bo wczoraj wieczorem, kiedy mój dół osiagnał maksimum,
                  zadzwonił telefon i mam tak zwaną fuchę:) Kasę dostane co prawda w bliżej
                  nieokreśloej przyszłości, ale przynajmniej z czystym sumieniem mogę się
                  zadłużyć. Na razie jestem na etapie wcinania zupek chińskich (Leader Price,
                  0,65 gr za sztukę), ale jak znajdę jelenia, który mi kasę pożyczy, to może i
                  schabowy się trafi;)))
                  Ogólnie znów weszłam w tryb "wszystko będzie dobrze, tylko o tym nie myśl" i
                  jakoś leci. Tylko czy to jest rozwiązanie?
                  Ha. Jeszcze dwa miesiące temu mieszkałam w Krakowie...
                  • sklonowana40 Re: Dziękuję serdecznie 03.12.03, 08:57
                    W ramach porannego Wersalu dziekuje uprzejmie:-)
                    No tak, fucha to cos milego, znam to :-)
                    >>> Ogólnie znów weszłam w tryb "wszystko będzie dobrze, tylko o tym nie
                    myśl" i jakoś leci. Tylko czy to jest rozwiązanie <<<
                    Nie wiem, czy powinno sie nie myslec o problemach? Zasadniczo udawanie, ze nie
                    istnieja, nie pomaga, a smiem twierdzic, ze wrecz przeciwnie. Uslyszalam, ze u
                    podloza nerwicy lezy wlasnie "zapominanie" o problemach, wypychanie ich do
                    podswiadomosci. Na teorii sie nie znam, ale z doswiadczenia wiem, jak
                    nieprzyjemny bywa powrot do takich "zapomnianych" problemow.
                    Nie namawiam Cie, abys grzebala w swoich trudnych sprawach, ale moze przypatrz
                    im sie delikatnie, z boczku i czasem pomysl, jak by sie z nimi wziac za bary?
                    Ja mam chyba nieco inna nature i staram sie w miare mozliwosci usuwac od razu
                    to , co mnie gniecie, bo lata spychania wszystkiego w nieistnienie daly mi
                    okrutnie popalic.
                    Ciesze sie z Toba, ze jest jakies swiatelko... , tylko nie jedz tych zup, bo to
                    sama chemia..
                    Pozdrawiam cieplo Krakusko sprzed 2 miesiecy:-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka