Dodaj do ulubionych

Różnych Rodaków się spotyka w Świecie...

21.05.03, 19:55
O misjonarzach.

Z misjonarzami spotykał się chyba każdy Expat na Bliskim Wschodzie (za
wyjątkiem może tych pracujących w Arabii Saudyjskiej). I, o dziwo, większość
tych ludzi pochodzi z Polski.
Ja trafiłem na polskiego księdza w Asjut w Egipcie (choć jest tam bardzo mała
kolonia katolicka, jako że dużo to tam jest Koptów) - prowadził swój mały
kościółek we własnym mieskzaniu (spore było. Gdy w 1985-7 roku w Asjut
pojawili się Polacy z różnych kontraktów, widać było, jaką mu to sprawiło
radość, nawet jeżeli większość z nas była raczej mało religijna.

Drugiego misjonarza spotkałem w Chartumie. I ten człowiek zrobił na mnie
ogromne wrażenie. Blisko 60-letni, a znakomicie radzący sobie z upałem i
spartańskimi warunkami bytowania człowiek. Sutanny nie miał, ale zawsze nosił
parasol, którym osłaniał się od słońca i to mu wystarczało. Żadnych
kilmatyzatorów, samochodów itp luksusów, jakie my (ludzie młodzi i sprawni)
uważaliśmy za oczywistość dla "chaładzi". Ksiądz rezydował w Chartumie, ale
jego owieczki były głównie na południu, na terenach objętych wojną, albo
w "strefie przyfrontowej". Głód, bieda i choroby. Zorganizowaliśmy system
zbiórki starej odzieży od osób wyjeżdżających do domu (nikt przecież nie
zabierał ze sobą do Polski łachów, w których chodził po budowie, a nawet do
miasta), praliśmy to, prasowaliśmy, pakowaliśmy w worki i dawliśmy Księdzu
dla jego parafian. Gość wyjeżdżał załadowany tak, że musieliśmy go odwozić na
postój ciężarówek jadących na południe, bo by się nie zabrał. Jego też zawsze
udało się wystroić w najlepsze z pozbieranych ubrań. A ZAWSZE po paru
tygodniach wracał - w jednej koszuli i jednych spodniach, bo wszystko rozdał
biednym. Tylko parasol zawsze miał przy sobie.
Kiedyś pojechaliśmy sobie na wycieczkę na VI Kartaraktę Nilu. To około 80 km
na pn. od Chartumu, czyli śmiesznie blisko, jak na tamtejsze warunki. Ksiądz
zabrał się z nami. Na Katarakcie urządziliśmy sobie barbecue, a w
międzyczasie, gdy mięsko się piekło, poszliśmy w góry zobaczyć przełom Nilu.
I okazało się, że 60-letni ksiądz, dla którego przejście pieszo po pustyni 50
km dziennie to "normalka" ze swoim parasolem szedł po rozpalonych do 50-60
stopni bazaltowych skałach lepiej niż my, 30-40 letni ludzie, z których
przynajmniej część pracowała fizycznie i naprawdę mogłą się pochwalić niezłą
kondycją...
Przed końcem mojego kontraktu nas stary ksiądz otrzymał emeryturę i wyjechał
do jakiegoś klasztoru na Cyprze, w którym misjonarze odpoczywają na starość.
Przysłali nowego, młodego, ale to już nie było to samo...
Obserwuj wątek
    • chaladia A teraz o Świadkach Jehowy 22.06.03, 13:34
      Rok 1990/91 w Sudanie to był okres katastrofy kadrowej. Płaca w dolarach
      wynosząca 300 "papierów" nie stanowiła już jakiejkolwiek atrakcji i zamiast
      najpeszych fachowców zaczęliśmy otrzymywać z kraju ludzi z wyrokami,
      alkoholików, fachowców z dwiema lewymi rękami, rasistów niezdolnych do
      współpracy z Murzynami czy Arabami itd itp.
      Tym bardziej zadziwił nas brygadzista zbrojarski, który nie pił, znał się na
      robocie, opiekował się swoją kilkudziesięcioosobową brygadą Czarnych i, co
      najciekawsze, znał trochę angielski i chętnie się uczył i angielskiego i
      arabskiego.
      Niestety, po paru miesiącach nasz wywiad wewnętrzny (w kraju taki jak Sudan
      trzeba mieć oczy i uszy otwarte na wszystkie strony) doniósł, że interesuje się
      nami lokalna policja polityczna i, co gorsza, religijna. Wkróce okazało się, że
      przyczyną jest nasz brygardzista zbrojarski, który był Świadkiem Jechowy i
      prowadziła intensywną akcę misyjną wśród swoich podopiecznych. W kraju, gdzie
      toczy się wojna religijna! Trzeba było się go natychmiast pozbyć, zanim camp
      zostanie najechany, poddany rewizji (a mieliśmy parę apartur do produkcji
      bimbru, kasety porno i sto innych rzeczy, za które szło się do więzienia).
      Project Manager wezwał gościa na rozmowę, a ten odpowiada, że on ma wizę na
      rok, wniosku o wizę wyjazdową nie podpisze, nawracać nie przestanie, bo to jest
      sprawa jego sumienia i firmie nic do tego, co robi. Nie było rady, trzeba było
      religijnego pomyleńca zamknąć siłą na campie, żeby nie miał kontaktu z
      tubylcami, załatwiliśmy jakoś wizę wyjazdową bez jego podpisu, problemem było
      przekroczenie granicy. Siłą wlaliśmy mu do gardła ponad pół litra samogonu
      (strasznie się bronił), dwóch ludzi wzięło go pod pachy, zawiozło na lotnisko,
      jakoś (rozdając na lewo i na prawo paczki papierosów) przekonało straż
      graniczną i celników, żeby się pijanym w trupa "chaładzią" nie interesowali,
      wsadzili go do samolotu i wyrzucili nieco już otrzeźwionego dopiero w
      Amsterdamie. Następnie wrócili i zameldowali o wykonaniu "misji specjalnej".
      Pacjent nawet się potem nie pojawiła w macierzystej firmie w Polsce...
      I od tego czasu znielubiłem Jehowitów.
      • fima Re: A teraz o Świadkach Jehowy 21.11.03, 13:51
        Rozumiem Wasz kłopot, ale to straszna scena:
        >Siłą wlaliśmy mu do gardła ponad pół litra samogonu
        > (strasznie się bronił),
        naprawdę nie można było inaczej? Ale sądzę, że niektórzy koledzy dobrze się
        bawili - o ile wiem jakie zuchy nie miały problemów z "katastrofą kadrową".
        Tak czy inaczej dzięki za wieści przyczepkowo-żeglarskie.
        • chaladia Re: A teraz o Świadkach Jehowy 21.11.03, 16:32
          fima napisała:

          > Rozumiem Wasz kłopot, ale to straszna scena:
          > >Siłą wlaliśmy mu do gardła ponad pół litra samogonu
          > > (strasznie się bronił),
          > naprawdę nie można było inaczej?

          A jak Ty sobie wyobrażasz inny sposób wywiezienie pacjenta z kraju, gdzie
          obowiązuje wiza wyjazdowa WBREW JEGO WOLI? Na szczęście Sudańczycy byli
          przyzwyczajeni do tego, że Chaładzie opuszczają ich kraj pijani w trupa...

          Poza tym, 100% załogi zdawało sobie sprawę z tego, jakie zagrożenie ten
          nieszczęsny idiota na nas ściągnął i brutalne traktowanie było troche
          odreagowaniem stressu. Zwłaszcza, że każdy inny bardzo by chiał mieć
          tę "charagę" wlaną do gardła.
          • vika411 Re: A teraz o Świadkach Jehowy 06.03.04, 10:12
            Dobrze mu tak!Przeciez on rodakow narazal na okropne szykany akto wie czy nie
            smierc w wiezieniach dzikusow islamskich! W imie czego? Swojej fanatycznej
            wiary?
            swoja droga ...moze by tak tym samogonem potraktowac fanatykow islamskich tez
            ale wywiesc ich na Arktyke nie do amsterdamu?.-)
    • chaladia O Lotnikach... 28.08.04, 15:41
      W Sudanie my, budowlańcy, żyliśmy względnie komfortowo na campie. Camp był za
      miastem na pustyni, mieliśmy ochronę, magazyn żywności (na miesiąc),
      uzdatnianie wody, generator, klimę i co tam jeszcze było potrzeba.
      Tymczasem w El-Hassaheisa żyło w latach '80-'90 kilkudziesięciu polskich
      lotników, którzy zwalczali szarańczę. Mieli samoloty AN-2 z aparaturą do
      opylania i żyli w zdecydowanie bardziej spartańskich warunkach. gdy
      przychodziło zagrożenie szrańczą lub inną plagą, samoloty (kilkanaście sztuk)
      rozmieszczano na polowych lotniskach, a piloci mieszkali w pobliskicg wioskach
      lub wręcz w namiotach albo szałasach przy maszynach. O uzdatnionej wodzie,
      prądzie elektrzycznym czy klimatyzacji z reguły mowy nie było. I to była
      PRAWDZIWA AFRYKA. Co ciekawsze, wielu z tych ludzi wracało na kolejne
      sezony "szarańczowe" do Sudanu, bo podobało im się takie zycie.

      Kiedyś przejęliśmy po lotnikach lekarza, który lat kilka ich leczył. Gość
      zobaczył nasz "szpital", czyli baraczek z klimatyzacją, wymalowany w środku
      czukiem tak, że wszystko dawało się zmywać, z bieżącą czystą wodą,
      klimatyzatorem z filterm powietrza i powiada: "panowie, toż to waruni, w
      których można operacje na otwartym sercu przeprowadzać - a ja tam, na pustyni,
      musiałem trepanować czaszki ofierom wypadków lotniczych w trzcinowym szałasie w
      czasie habubu przy lampie naftowej" - NB, jak się potem dowiedziałem, ofiara
      wypadku przeżyła tę oprację. Fakt, gość jest świetnym lekarzem, z ogromnym
      doświadczeniem w Afryce, Dziś się marnuje w Polsce jako ordynator jakiegoś
      szpitala...
    • pam_pa_ram_pam Re: Różnych Rodaków się spotyka w Świecie... 19.05.05, 11:02
      Spotkałem w Brazylii kilku Polonusów ze "starej" emigracji.
      Szokuje język, jakiego ci ludzie używają. Dopiero w ten sposób można sobie
      uświadomić, jak nasza mowa zmieniła się na przestrzeni 100 lat i 4 pokoleń.
      Niby się rozumie doskonale, co ci ludzie mówią, ale to jest trochę tak, jakby
      się czytało Pamiętniki Jana Chryzostoma Paska, albo coś w tym stylu.

      Drugi szok to nieufność tych ludzi w stosunku do Polaka "z kraju". "Komunistów"
      się boją, czy co?
      • nnina13 Re: Różnych Rodaków się spotyka w Świecie... 31.05.05, 20:13
        Tak, zmiany w naszym języku tez zauważam, kiedy rozmawiam z polskimi
        emigrantami z lat dwudziestych bądź co bądź ubiegłego już stulecia lub ich
        dziećmi.
        Moi znajomi (dzieci emigrantow teraz ok. 60tki) urodzili się we Francji i tam
        już uczyli się polskiego od swoich rodziców. Mówią dobrze po.... "staropolsku".
        Kiedyś odwiedzili mnie w Czechach i stwierdziłam, że ten ich "staropolski"
        pozwala im na lepsze komunikowanie się z Czechami niż każdemu Polakowi
        mieszkającemu stale w Polsce.
        Stąd mój wniosek, że Czesi jednak są trochę... (nie chce obrazić tu fanów
        Czechów!!) opóźnieni w przyswajaniu nowości.
        • ewamewa2 Re: Różnych Rodaków się spotyka w Świecie... 23.06.05, 09:40
          Ktoś, kto spędził trochę czasu w Indiach, mógł słyszeć o Ewie Marii Czerukuru...
          • survey06 Re: Różnych Rodaków się spotyka w Świecie... 23.06.05, 10:38
            ewamewa2 napisała:

            > Ktoś, kto spędził trochę czasu w Indiach, mógł słyszeć o Ewie Marii
            >Czerukuru.

            Fajnie, tylko kto „spędził trochę czasu w Indiach”? Nie jest łatwo poszukać i
            odnaleźć gdzieś tam polonusa w ponad miliardowej społeczności. Indie raczej
            nie „miały wzięcia” wśród polskich expatów. Słyszałem o przypadku odmowy
            wyjazdu 2ch serwisantów na commissioning młyna w rejonie Kalkuty, gdy
            dowiedzieli się co ich tam czeka. Kalkuta i okolice to szczególnie wredne
            miejsce i pod każdym względem nieprzychylne Europejczykowi. Chociaż, .....
            Polservice miał w Indiach w początkach lat 90-ych dobry kontrakt na wiercenia
            poszukiwawcze gazu, ale na zachodnich terenach indyjskiego subkontynentu.

            • chaladia Re: Różnych Rodaków się spotyka w Świecie... 23.06.05, 19:57
              Megadex miał jakąś dostawę i montaż elektrowni do Indii.
              Mieli tam ładnych parę osób...
              Problem z Indiami jest taki, że oni dysponują własną, całkiem nieźle
              wykształconą kadrą i raczej to oni bywają expatriate'ami w krajach arabskich i
              gdzie indziej... a u siebie to "szanują" tylko Anglików - chyba z sentymentu, a
              nie z przekonania do ich przewagi intelektualnej.
    • pam_pa_ram_pam Wariaci... 06.06.05, 13:46
      Wariaci...
      Tak się zdarzało w latach '70 i '80, że na eksport jeździli często ludzie,
      których pod żadnym pozorem wysyłać nie należało poza rodzinną wioskę.
      Ale "przebicie" dewizowych zarobków było tak ogromne, że jeśli tylko ktoś miał
      okazję, to jechał - a potem: "co ma być, to będzie".
      Ja tych lat dobrze nie pamiętam, ale moi rodzice - jak najbardziej tak. W
      Libii, Botswanie, Iraku, Iranie, czyli tam, gdzie były bardzo duże skupiska
      Polaków zawsze pojawiało się bimbrownictwo, a po alkoholu, do tego nie zawsze
      odpowiednio oczyszczonym zestressowane umysły jeszcze szybciej odchodziły od
      normalności. Efekt - co roku parę osób wracało nie zupełnie normalnymi. Krążyła
      taka opowieść o jednym takim robotniku z Libii (góralu), któremu zaczęło się
      wydawać, że jest u siebie w górach i zrobił sobie narty. Jako doświadczony
      cieśla z Szaflar nie miał z tym problemu. Problemem był ze znalezieniem śniegu.
      Ponieważ gość dość skutecznie opuścił się w pracy, a do tegp był coraz bardziej
      agresywny, postanowiono odesłać go do domu. Na Okęciu miała czekać na niego
      karetka z kaftanem bezpieczeństwa. Nieszczęsny góral z nartami został
      odstawiony na lotnisko i poleciał do kraju. Na Okęciu wysiadł, przeszedł przez
      kontralę celną i paszportową, ale w hali przylotów wydało mu się, że czegoś
      zapomniał, czy coś i poprosił jakiegoś Bogu ducha winnego człowieka o
      popilnowanie bagażu, w tym nart. W tym samym czasie pacjenta szukali
      pielęgniarze z kaftanem bezpieczeństwa. Ponieważ samolot z Trypiolisu był
      jedynym, jaki w tym czasie przyleciał, gość z nartami był charakterystyczny i
      nie powinno być problemu z jego "zgarnięciem". No i oczywiście w kaftanie
      znalazła się ten usłużny czałowiek pilnujący bagażu. Gość zdołał wytłumaczyć,
      że nie jest tym, o kogo chodzi dopiero w Tworkach...

      Nie wiem, czy to prawda, czy żart, ale ciekawa historyjka.
      • survey06 Re: Wariaci... 07.06.05, 10:23
        Wariaci na kontraktach i budowach eksportowych byli zawsze. Bywali wariaci
        niegroźni, ale spotykało się też i przypadki wariatów bardzo niebezpiecznych.
        Te „przypadki szczególne” objawiały się na różne sposoby i przy różnych –
        często zaskakujących – okazjach lub okolicznościach.

        Dwóch niegroźnych „psycholi” miałem na budowie w Iraku. Zaraz po dotarciu na
        miejsce i zainstalowaniu się (i po wytrzeźwieniu), oświadczyli, że w żadnym
        wypadku nie będą pracować w „świętą niedzielę” i należy bezwzględnie zamienić
        pracę z niedzieli na piątek. Nie trafiały do nich żadne argumenty o pełnym
        respektowaniu praw i przepisów miejscowych, zgodnie z ogólnie przyjętymi
        zasadami oraz zapisami szczegółowymi kontraktu. Nie przekonywały ich również
        dobre rady kolegów. Na wszystko mieli tylko jedną odpowiedź. TAK BYĆ NIE MOŻE.
        TO TRZEBA ZMIENIĆ. Trwali w swym beznadziejnym uporze przez dwie niedziele, w
        które nie pojechali do roboty. Oczywistym też było, że nie pracowali w dwa
        kolejne piątki, gdyż nikt ich nie zawiózł na budowę oddaloną jakieś 30 km. Na
        oczy przejrzeli dopiero pod koniec miesiąca przy podpisywaniu listy płac i
        listy transferowej. W następnym miesiącu wszystko wróciło do normy. Odpoczywali
        jak reszta załogi w piątki a pracowali w pozostałe dni tygodnia. Z tą tylko
        różnicą, że w każdą niedzielę po pracy i po obiedzie, ubrani w ciemne wyjściowe
        garnitury, takowe też czarne odświętne dokładnie wypucowane półbuty, białe non-
        irony i obowiązkowo pod krawatem urządzali sobie godzinny spacer w 40-o
        stopniowym upale wzbudzając każdorazowo lokalną sensację.
        • pam_pa_ram_pam Re: Wariaci... 07.06.05, 15:25
          W Libii wielu stęsknionych za domem ludzi w tęsknocie za domem wychodziło z
          campu i podążało "do Polski" przez pustynię...
          Miałem wtedy lat kilkanaście i nijak nie potrafiłem zrozumieć tych ludzi. Mnie
          i moich kolegów (też dzieci expatriate'ów) nijak do domu nie ciągnęło. No bo i
          po co? Tam zimno, nudno, a tutaj ciepło, międzynarodowe towarzystwo, niezbyt
          wymagająca szkoła, co piątek wyprawy na pustynię, grllowanie, ognisko itd itp.
          Co ciekawe, zawsze na campie było sporo fajnych dziewczyn.
          • chaladia Re: Wariaci... 07.06.05, 21:07
            W czasie moich wędrówek po świecie trafiłem kiedyś na angielski podręcznik z
            lat '70 pod tytułem "jak zorganizować budowę na pustyni". Było tak masę dobrych
            rad, między innymi na temat organizowania campu tak, żeby ludzie nie wariowali.
            Pierwsza rada, to było ustawienie na środku placu (camp MUSI mieć plac, który
            powinien pomieścić wszystkich mieszkańców) drogowskazu z kierunkiem "do domu".
            Ludzie prości muszą wiedzieć, gdzie jest ich dom.
            Druga rada była trudniejsza do realizacji, ale niewątpliwie słuszna. Campu nie
            należy otaczać siatką, a już pod żadnym pozorem drutem kolczastym, lecz
            szczelnym murem z cegły, choćby nie palonej, jakiej w Trzecim Świecie pełno
            wszędzie. Chodzi nie tylko o to, żeby autochtoni nie zaglądali chaładziom do
            środka, ale zwłaszcza o to, żeby ludzie, którzy po paru miesiącach z reguły
            mają "dość" kraju, w którym zobowiązali się przepracować rok lub dwa nie
            musieli go widzieć poza godzinami pracy - no i żeby milei jakąś prywtaność.
            Trzecia rada była taka, by podzielić camp na część "dzienną", do której wstęp
            nocą mogą mieć tubylcy i częśc nocną, gdzie chaładzie są po godzinach pracy
            sami ze sobą nawet bez służby, która sprząta i robi porządki wtedy, gdy Biali
            pracują.
            Oczywiście żadej z tych rad nie zastosowano nigdy na polskich campach. Nic więc
            dziwnego, że przy rocznych pobytach bez urlopu "pośredniego" wielu się
            załamywało - ostatecznie Angole pracowali w systemi 4 miesiące pracy - 2
            tygodnie urlopu z przelotem...
          • survey06 Re: Wariaci... 09.06.05, 10:56
            Tutaj w Tripoli, na szczescie nie ma camp'ow. A w srodowisku, w ktorym pracuje,
            wszelkie relacje - te sluzbowe, towarzyskie i prywatne - sa oparte na ogolnie
            przyjetych i obowiazujacych zwyczajach. Pracuje tez tutaj duzo fajnych
            dziewczyn. Co w niczym nie zmienia faktu, ze wszyscy bardzo chetnie wyjezdzamy
            do swoich domow. Dzisiaj jest wlasnie taki dzien mojego wyjazdu do domu.
            Wlasnie tez i po to aby nie mowic o nas "shamahiyah".....
            I po to aby tutaj, z nowymi silami chetnie wracac.
            Bo przeciez .....PUSTYNIA WZYWA.





            ps.
            a tak na marginesie. Tylko prosze sie nie obrazic, bo w zadnym wypadku nie mam
            takich intencji. Z nick'iem kolegi nieodlacznie kojarzy mi sie pewien dowcip:

            Anglik dzwoni w polskim hotelu na room service i zamawia:
            Two tea to romm two two two please. Na co slyszy w sluchawce
            od polskiej obslugi: Pam pam pa ram pam pam.......:)


            Tripoli; 09-06-2005
            • pam_pa_ram_pam Re: Wariaci... 09.06.05, 11:52
              Cóż, dziś expatriackie dochody nie są wiele większe od tych w kraju, zwłaszcza
              dla "zachodnich" expatów. Tak więc trudno dziś o ludzi, którzy jechaliby
              overseas wbrew swoim przekonaniom, predyspozycjom, a do tego zabierali tam
              rodziny. W latach '70 "przebicie" dewizowe było trak ogromne, że wiele osób
              decydowało się na wyjazd wbrew oczywistym przeciwwskazaniom, nawet lekarskim.
              Szczytem marzeń był wyjazd całą rodziną i wynajęcie komuś mieszkania w Polsce,
              gdyż, primo - dochody rosły szybciej przy dwóch pensjach transferowanych
              (nawet, jeśli żona była wysyłana na niskie stanowisko biurowe), secundo - przy
              całorocznych kontraktach bez możliwości urlopu w międzyczasie nie dokuczała tak
              rozłąka, no i tertio - firma często sponsorowała szkołę, a to umożliwiało naukę
              progenitury z językiem wykładowym angielskim. Poziom takiej szkoły był z reguły
              niski, ale sam fakt dobrej znajomości języka obcego był w PRL-u ogromnym
              atutem. Firma (Budimex, Polimex) też miała z tego pożytek, bo pracownik pod
              nadzorem żony i mając przy sobie dziecko był mniej podatny na alkoholizm.
              Problemem było jednak to, że ludzie ci zamyjkali się z polskim gettcie, a ich
              dzieciaki (z którymi miałem najwięcej kontaktów) były wzorcowymi przypadkami
              ksenofobii i rasizmu. Dziś zapewne ci ludzie bylibyaktywistami Młodzieży
              Wszechpolskiej, gdyby nie to, że mają, tak jak ja lat około 30...
    • chaladia Skąd się biorą Polacy na Bliskim Wschodzie... 07.04.06, 21:44
      Cóż, mamy w całym świecie sporą disaporę, bo to i powstania, i emigracja "za
      chlebem" w okresie międzywojennym, i II Wojna Światowa i potem emigracja z PRL-
      u, jeszcze niedawno ekspatriackie włóczęgi kontraktowe, a teraz udział w
      różnych misjach wojskowych i obsługa turystyczna...

      W Kairze prawie wszystkie te emigracyjne grupy mają swoich przedstawicieli, to
      znaczy nie spotkałem nikogo z potomków emigracji popowstaniowej (choć
      Sienkiewicz chyba pisał "W Pustyni i w Puszczy" na podstawie jakichś
      faktycznych wydarzeń (choć niestety nie zakończonych happy endem).
      Zaraz po II Wojnie Światowej pewna grupa polskich żołnierzy osiedliła się w
      Egipcie. Wspomina o tym J.Meissner w "L jak Lucy". Spotkałem w Kairze jednego
      takiego całkiem zegipciałego Polaka w drugim pokoleniu w Egipcie. Po polsku już
      nie mówił... jego ojciec miał sporą farmę w Delcie, a on był lekarzem i
      mieszkał gdzieś pod Kairem. Ciekawe, że niespecjalnie się entuzjazmował
      spotakniem "rodaka" (w 1986 roku nie było w Egipcie zbyt wielu Polaków).
      Znacznie więcej było w Kairze Polek - żon Egipcjan i znacznie bardziej
      entuzjastycznie były one nastawione do osób przybywających z Polski. Same
      języka ojczystego nie zapominały i nawet potrafiły nauczyć polskiego swoje
      dzieciaki. Fajnie wygląda, jak taki młodzian w galabiji odzywa się najczystszą
      (i bez akcentu) poszczyzną...
      Misjonarzy i geberalnie księży też spotykałem, ale o tym już było.
      Emigrantów ekonomicznych z okresu powojennego nie spotkałem, trudno się
      spodziewać, by ktoś z Traiskirchen Flüchtlingslager decydował się na wyjazd do
      Egiptu... popularniejszym kierunkiem była już Południowa Afryka. NIe liczę
      jednego z inżynierów Bechtela, który był polskiego pochodziena, a do Egiptu
      przyjechał jako amerykański expat z USA.
      Spotkałem natomiast w Kairze Żyda, potomka polskich Żydów, którzy wejechali z
      Polski w 1968 roku. Mówił po polsku (sic!). Z Izraela wyjechał do Egiptu
      nominalnie "za geszeftem" po pokoju z Camp David, a tak naprawdę, to w
      poszukiwaniu "normalności", po tym, jak go rabini dwa razy zamknęli (tzn.
      zamknęła go policja na wniosek rabinów), bo grali z kolegami w piłkę w Szabes.
      Według niego w Kairze było znacznie "normalniej", miał tam przyjaciół, zaróno
      Arabów, jak i Koptów i podobało mu się. Ciekawe, co myśli i gdzie jest obecnie.
      Zupełnie osobną grupą był pesonel Ambasady PRL. Nie bez powodu mało kto miał
      ochotę na bliższe kontakty z tymi ludźmi.
      O dziwo, nie było mi dane trafić na przedstawicieli polskiej misji
      archeologicznej w Egipcie. A szkoda, bo podobno bardzo ładne dziewczyny się tam
      trafiają...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka