chaladia
21.05.03, 19:55
O misjonarzach.
Z misjonarzami spotykał się chyba każdy Expat na Bliskim Wschodzie (za
wyjątkiem może tych pracujących w Arabii Saudyjskiej). I, o dziwo, większość
tych ludzi pochodzi z Polski.
Ja trafiłem na polskiego księdza w Asjut w Egipcie (choć jest tam bardzo mała
kolonia katolicka, jako że dużo to tam jest Koptów) - prowadził swój mały
kościółek we własnym mieskzaniu (spore było. Gdy w 1985-7 roku w Asjut
pojawili się Polacy z różnych kontraktów, widać było, jaką mu to sprawiło
radość, nawet jeżeli większość z nas była raczej mało religijna.
Drugiego misjonarza spotkałem w Chartumie. I ten człowiek zrobił na mnie
ogromne wrażenie. Blisko 60-letni, a znakomicie radzący sobie z upałem i
spartańskimi warunkami bytowania człowiek. Sutanny nie miał, ale zawsze nosił
parasol, którym osłaniał się od słońca i to mu wystarczało. Żadnych
kilmatyzatorów, samochodów itp luksusów, jakie my (ludzie młodzi i sprawni)
uważaliśmy za oczywistość dla "chaładzi". Ksiądz rezydował w Chartumie, ale
jego owieczki były głównie na południu, na terenach objętych wojną, albo
w "strefie przyfrontowej". Głód, bieda i choroby. Zorganizowaliśmy system
zbiórki starej odzieży od osób wyjeżdżających do domu (nikt przecież nie
zabierał ze sobą do Polski łachów, w których chodził po budowie, a nawet do
miasta), praliśmy to, prasowaliśmy, pakowaliśmy w worki i dawliśmy Księdzu
dla jego parafian. Gość wyjeżdżał załadowany tak, że musieliśmy go odwozić na
postój ciężarówek jadących na południe, bo by się nie zabrał. Jego też zawsze
udało się wystroić w najlepsze z pozbieranych ubrań. A ZAWSZE po paru
tygodniach wracał - w jednej koszuli i jednych spodniach, bo wszystko rozdał
biednym. Tylko parasol zawsze miał przy sobie.
Kiedyś pojechaliśmy sobie na wycieczkę na VI Kartaraktę Nilu. To około 80 km
na pn. od Chartumu, czyli śmiesznie blisko, jak na tamtejsze warunki. Ksiądz
zabrał się z nami. Na Katarakcie urządziliśmy sobie barbecue, a w
międzyczasie, gdy mięsko się piekło, poszliśmy w góry zobaczyć przełom Nilu.
I okazało się, że 60-letni ksiądz, dla którego przejście pieszo po pustyni 50
km dziennie to "normalka" ze swoim parasolem szedł po rozpalonych do 50-60
stopni bazaltowych skałach lepiej niż my, 30-40 letni ludzie, z których
przynajmniej część pracowała fizycznie i naprawdę mogłą się pochwalić niezłą
kondycją...
Przed końcem mojego kontraktu nas stary ksiądz otrzymał emeryturę i wyjechał
do jakiegoś klasztoru na Cyprze, w którym misjonarze odpoczywają na starość.
Przysłali nowego, młodego, ale to już nie było to samo...