Gość: V.C.
IP: *.czestochowa.sdi.tpnet.pl
24.08.02, 14:30
Aleksander Małachowski
Sześć tysięcy trupów na drogach
Nie chciałbym zostać posądzony o starczą maniakalność, ale muszę wrócić do
sprawy mordowania ludzi na drogach publicznych przez kierowców lekceważących
całkowicie zasady prawa drogowego, walnie wspomaganych przez organy policji
drogowej, której współudział w tej zbrodni polega na całkowitym prawie
zaniechaniu ścigania piratów drogowych. Miałem niedawno spotkanie z
najwyższymi czynnikami władzy rządowej. Poruszyłem sprawę gigantycznej liczby
ofiar śmiertelnych na drogach, ale usłyszałem w odpowiedzi, że to nasze
spotkanie jest poświęcone ważnym sprawom. Policzyłem zatem ofiary. Kilka dni
temu w mediach pojawiła się, nie po raz pierwszy, informacja, że codziennie
ginie na drogach średnio 17 (siedemnaście) osób. Pomnożone przez liczbę dni w
roku daje ni mniej, nie więcej jak 6205 trupów. Jeśli to nie jest "ważna
sprawa", zasługująca na uwagę i rozwagę najwyższych władz politycznych
państwa, to co mam o tym sądzić? Przecież to blisko trzy razy tyle ofiar, ile
zginęło w bestialskim zamachu terrorystycznym w Nowym Jorku 11 września 2001
r. Po tym strasznym wydarzeniu w USA wiele się zmieniło. U nas trzy razy
większa hekatomba nie zasługuje, by ją zaliczyć do ważnych spraw publicznych.
Zgroza.
Odbyłem w ostatnich dniach dwie długie podróże samochodowe po Polsce, których
celem był oczywiście Dom pod Ptakami w Puszczy Augustowskiej, ale jechałem
różnymi drogami, by przy okazji zobaczyć zniszczenia, jakich huragan dokonał
w Puszczy Piskiej. Larum w tej smutnej sprawie zostało, jak sądzę, nieco
wyolbrzymione. Duże zniszczenia lasu widziałem na trasie z Ełku do Orzysza i
stamtąd do Piszu. Tam rzeczywiście padła na ziemię połamana jak zapałki spora
liczba drzew, z tym że są to straty wyspowe. Tu kilka hektarów zniszczonych,
tam drzewostan znacznie przerzedzony, tu pojedyncze drzewa wyrwane z
korzeniami. Natomiast na długiej trasie z Piszu do Rozogów, czyli na obszarze
wielu tysięcy hektarów lasu, zniszczeń nie widać w ogóle. Nie wiem, jak jest
w północnej części puszczy, między Rucianem i Mikołajkami. Ten największy
kawał pięknego lasu, jaki widziałem, został nietknięty, ale wiatr musiał być
piekielny, skoro w okolicy mego domu, odległej od centrum kataklizmu, są
wyraźne i dotkliwe straty drzewostanu. Co najdziwniejsze, prócz drzew
złamanych w połowie są tysiące sosen i brzóz zgiętych w pałąk prawie koronami
do ziemi. Czy się kiedykolwiek wyprostują? Nikt nie umiał mi odpowiedzieć.
Wróćmy jednak do tych tysięcy zabitych. Nie widziałem przez wiele godzin
podróży, po setkach kilometrów dróg, patrolu policji sprawdzającego
zachowanie kierowców. Zaś oni pędzą jak szaleni w swoich szybkich
samochodach, nie respektując znaków zakazu ani ostrzeżeń. Tak zresztą dzieje
się pod bokiem najwyższych zwierzchników policji, w samej Warszawie.
Jest taki wiadukt nad trasą kolejową do Lublina w Wawrze. Coś tam jest
reperowane, bardzo długo i chyba niezbyt udolnie. Stoją znaki nakazujące
ograniczenie szybkości najpierw do 50 km/h, a po kilkudziesięciu metrach do
40 km/h. Te "czterdziestki" są powtórzone jeszcze w kilku miejscach. Jeżdżę
tą trasą codziennie. Nie zdarzyło mi się zauważyć, by którykolwiek z
rozwielmożnionych kierowców raczył w tym miejscu nacisnąć na pedał hamulca.
Jadą z szybkością bliską setki i ani im w głowie posłuchać nakazu zwolnienia.
Powtarzam: sześć tysięcy ofiar rocznie kosztuje nasz kraj ta karygodna
niefrasobliwość, plus koszty leczenia rannych, często bardzo wysokie.
Gdy patrzę, jako świadek uczestniczący w tych tragediach, ogarnia mnie złość
na nasze władze polityczne i rządowe, wykazujące niezależnie od tego, kto
rządzi (jaka partia), całkowitą bezradność wobec codziennie dokonywanych
jawnych zbrodni na obywatelach Polski. Wyobraźmy sobie, że pojawia się nagle
grupa terrorystów zabijająca planowo i systematycznie sześć tysięcy
przypadkowych ofiar. Jakiż krzyk w parlamencie, jakie zbrojenia przeciw
zbrodniarzom, jakie środki ostrożności przedsiębrane w celu ochrony życia
obywateli, ile pieniędzy z budżetu państwa byłoby bez czyjegokolwiek
sprzeciwu przeznaczane na walkę z tymi ludźmi.
Mamy, jako państwo, ochotę przeznaczać miliardy dolarów na zakup nowoczesnych
cudów techniki lotniczej, zwanych samolotami wielozadaniowymi, a nie możemy
się zdobyć na kilkaset sprawnych i dobrze wyposażonych patroli drogowych,
które, jak to się dzieje w większości krajów silnie zmotoryzowanych,
potrafiłyby poskromić zbrodnicze instynkty kierowców. Ciągle słyszymy o
blokadzie tej czy innej drogi, bo wywróciła się ciężarówka, czyli TIR.
Dlaczego one tak często się wywracają i zabijają ludzi? Prosta odpowiedź. Tak
się dzieje, gdyż rozwydrzeni kierowcy nie szanują prawa i nie ma nikogo na
większości dróg, kto by ich przywołał do porządku.
Nie ma innej rady, jak wprowadzić na drogach publicznych ten sam terror, jaki
niesfornym kierowcom fundują kraje superdemokratyczne w postaci dotkliwych
represji, materialnych i organizacyjnych (pozbawienie prawa jazdy itp.). W
USA za notoryczne przekraczanie dozwolonej szybkości na drodze można zostać
wpisanym na listę kierowców stwarzających szczególne ryzyko dla firm
ubezpieczeniowych, co pociąga za sobą kilkuletnie znaczne powiększenie
wysokości składki. Na przykład 1,5 tys. dolarów w ciągu trzech lat.
Łatwiej mi zrozumieć głupotę i niefrasobliwość kierowców niż obojętność wobec
sześciu tysięcy śmiertelnych ofiar wypadków drogowych, całkowitą obojętność
naszego państwa, ktokolwiek nim rządzi, obojętność wobec seryjnych zbrodni
popełnianych codziennie na drogach publicznych.
Apeluję z tego miejsca, skoro moje interwencje na najwyższym szczeblu władzy
są lekceważone, by panowie: komendant główny policji i szef policji drogowej
zaczęli się domagać usilnie środków materialnych pozwalających zorganizować
na drogach policyjny terror komunikacyjny, co w krótkim czasie oszczędzi
Polsce wielu, bardzo wielu śmiertelnych ofiar.
14 sierpnia 2002 r.