palnick
24.09.06, 01:07
Taki pomysł padł w sieci:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=37555374&a=37555374
"A na czym ten pomysł polega?
Krótko - zwycięzca bierze wszystko - i nie ważne czy różnica między pierwszym
komitetem a następnym jest 0,01 czy 10%. Ma to natomiast znaczenie już dla
liczby mandatów, ponieważ właśnie ta różnica jest dodana do 50% przy
zwycięskiej partii
Jednocześnie do Sejmu wchodzą komitety (partie), które przekroczyły 1% w skali
kraju.
I może najlepiej na przykładzie jak wyglądałby parlament 2005 wg tego schematu
wg liczby mandatów:
PiS 243
PO 74
SO 35
SLD 35
LPR 24
PSL 21
SDPL 12
D.pl 8
UPR(PJKM) 5
RP 3
Jakie są plusy?
Partia, która wygrywa może rządzić bez zgniłych kompromisów
Nikt z wyborców (no może prawie) nie może powiedzieć, że jego głos był
stracony
Opozycja może silnie wyrażać swój głos
Minusy - wchodzą może dziwne partie , ale z marginalną liczbą mandatów. Mozna
to postrzegać również pozytywnie w tym sensie, że każda grupa społeczna
zdolna do samoorganizacji ma swojego przedstawiciela w parlamencie.
Co do podziałów mandatów - jest 16 okręgów z proporcjonalną liczbą miejsc do
ludności danego województwa i tak Mazowieckie ma 62 miejsca a Lubuskie 12
Mandaty uzyskują osoby, które uzyskały największą liczbę głosów w danej partii
w skali okręgu - przy minimalnej liczbie mandatów (np. 3) danej partii ważna
jest liczba głosów danej osoby w skali kraju"
----------
Uważam to za najlepszą możliwą propozycję.