Dodaj do ulubionych

po 6 latach.....

23.03.08, 14:45
po 6 wspaniałych latach, 8 marca mój chłopak powiedział,że mnie juz
nie kocha. To był cios w samo serce. Na początku myślałam, to chyba
hjakiś żart, on sobie jaja ze mnie robi czy co?? Planowaliśmy
wspólne życie, dzieci. A tu niespodzianka, a najgorsze jest to ze
nieumiem sobie z tym poradzić, obiecalam sobie ze niebede plakac
oprzez niego ale niestety niepotrafie sie powstrzymac, nieumiem!!
jak wy sobie radziłyście w takich momentach, 6 lat to jest bardzo
dlugi okres w życiu, i teraz nieumiem sie odnależć w "nowym życiu"
bez NIEGO. POMÓŻCIE!! myslałam o samobójstwie nawet, jade na
proszkach, jest mi bardzo cięzko, a jest osobą która barzo sie
przyzwyczaja do ludzi, cieżko mi jest o tym zapomnieć, mieliśmy
takie cudowne wspomnienia:(
Obserwuj wątek
    • zakochanyenzo Re: po 6 latach..... 25.03.08, 08:14
      Jako że mam podobną sytuację, tylko po 8 latach związku mam pytanie: czy w
      Waszym związku każde z Was potrafiło przejąć inicjatywę ? Chodzi mi o to czy
      tylko Ty lub czy Tylko on czekał na to aż to drugie powie na co ma ochotę,
      zaproponuje wyjście do kina czy do knajpy ?
      • natkaa55 Re: po 6 latach..... 25.03.08, 14:23
        nie u nas to wszystko było tak spontanicznie, i jakieś wyjście do
        kina czy do pubu, nie czekalam na jego propozycje a on na moje. Jak
        mieliśmy jakiś fajny pomysł na spedzenie wieczoru, czy dnia to od
        razu sobie mowiliśmy, dlaczego pytasz?
        • zakochanyenzo Re: po 6 latach..... 25.03.08, 14:39
          Pytam bo moja dziewczyna stwierdziła że ostatnio było nudno. Jak ją zapytałem -
          dlaczego nigdy nie potrafiłaś mi powiedzieć że chcesz gdzieś wyjść, coś zrobić ?
          Odpowiedziała mi - bo lubię jak ktoś mi zaproponuje. Podsumowując - jak nie
          miałem siły, nastroju, pomysłu na wieczór (niepotrzebne skreślić) to
          siedzieliśmy w domu. Inicjatywa była tylko po mojej stronie. Zaczynam powoli
          rozumieć dlaczego nam się nie udało. Nie potrafię zrozumieć jednak dlaczego
          nadal ją kocham.
          • bellyda Re: po 6 latach..... 25.03.08, 14:44
            Przecież miłość nie jest racjonalna. Nie wytłumaczysz sobie, że od
            dziś od 15.30 już jej nie kochasz. Ale to w sumie pocieszające, żę
            męskie misie też umieją sie przyznac do uczuć :)))
            Pomyśl sobie: jestem super bo umiem kochać, niech płaczą ci co tego
            niepotrafią.
            :)
          • bigdzik Re: po 6 latach..... 04.04.08, 09:30
            dokladnie jak u mnie.. "bo to mezczyzna jest od proponowania i
            inicjatywy".. jak czasem *ja* mialem padniety humor, to nic tylko
            wspolnie siedziec i gapic sie w sciane.. i wiem, ze to tez byl jeden
            z powodow dla ktorych -nam- nie wyszlo po prawie polowie tego czasu
            co natka..
    • bellyda po 7 latach 25.03.08, 13:03
      po 7 latach rozpadło się moje małżeństwo, wiem jak to boli. Ja
      wiem, że zaraz spotkam się z oburzeniem ze strony męskiej, ale im
      to jakoś przychodzi i przechodzi łatwiej. Łatwiej im ułożyć sobie
      ponownie życie, znaleźć pocieszenie u kogoś innego. A my? Myślimy,
      że życie straciło sens (też to mam za sobą...), że już nic nas nie
      czeka, odcinamy sie od znajomych i żyjemy wspomnieniami.
      Powtarzaj sobie codziennie, że jak Bóg zamyka drzwi, to po to, żeby
      otworzyć okno.
      Trzymaj sie dzielnie, naprawdę czas leczy rany. Jakbyś miała złe
      myśli to pisz i KRZYCZ głośno!!!!!
      :)
      • natkaa55 Re: po 7 latach 25.03.08, 14:24
        tak masz racje, jest cięzko, ale zaczynam mieć pozytywne myśli:)
        dzikuje za dobre słowo
        • bellyda Re: po 7 latach 25.03.08, 14:40
          Wiesz, jeszcze parę dnie temu byłam w kompletnym dole. To wszystko
          wraca i wiem, że tak być musi, ale przecież damy sobie radę,
          musimy, bo nikt za nas tego nie zrobi. Jak się poddamy, to poprostu
          przegramy życie.
          Trzymaj się dzielnie
          "jakbyco" pisz....
          :)
          • yumicom Re: po 7 latach 26.03.08, 00:40
            myslałam o samobójstwie nawet, jade na
            proszkach, jest mi bardzo cięzko

            uwazam, ze zadne rozstanie nie zasluguje na to zeby odbierac sobie
            zycie.
            zawsze, ale to zawsze nastepny zwiazek jest lepszy od
            poprzedniego...
            • bellyda Re: po 7 latach 26.03.08, 00:49
              Zazdroszcze Ci pewności, że następny związek będzie...
              • maxrafal Re: po 7 latach 26.03.08, 12:58
                Bedzie lepszy bo nabyles/as doswiadczenie .....
                Moj zwiazek rozpadl sie po blisko 8 latach , 3 lata po slubie.
                Wspolne plany, wakacje, tysiace milych wsponien, kochalismy sie
                bardzo ... ale jednak cos peklo. Zona zakochala sie w innym
                facecie, to przyszlo jak wulkan ... Oczywiscie facet pojawil sie w
                momencie kiedy to pochlonienci praca, do konca nieswiadomie
                ochlodzilismy nasze stosunki, praca-dom, dom-praca ...
                U mnie bylo taz ze inicjatywa musiala byc po mojej stronie ...
                zreszta tak przyzwyczailem zone. Juz tego nigsy nie zrobie z inna
                osoba ... bo pozniej jak inicjatywa opadnie z mojej strony, z
                roznych przyczyn, chociazby rutyna i codziennosc, to ona mysli ze
                juz jej nie kocham i jej nie chce. Tak mi powiedziala odchodzac ...
                a to bylo kompletna nieprawda!
                Walczylem kilka miesiecy pomimo tego ze sie wyprowadzila ... jednak
                byla to tylko moja walka. W koncu wszystko ucialem z dnia na dzien,
                list pozegnalny, koniec. Mialem juz dosc karmienia nadzieji, to na
                dluzsza mete jest wykanczajace. Szkoda zdrowia, nerwow, siwych
                wlosow. Tez chce zyc ( mam 30 lat)....
                Wiem jedno. Z takim bagazem doswiadczen moze byc tyko lepiej.
                Bardziej poznalem siebie, kobiety, wiele ksiazek przeczytalem ...
                zycie toczy sie dalej, widac taki byl nasz los, takie bylo
                przeznaczenie.
                Pozdrawiam wszystkich
                • zakochanyenzo Re: po 7 latach 26.03.08, 13:33
                  Pytanie - czy Twoja żona potrafiła z Tobą usiąść i porozmawiać o tym co było
                  między Wami nie tak ? Czy zrobiła cokolwiek by uratować Wasz związek ? Pytam, bo
                  patrząc ze swojej perspektywy widzę obojętność drugiej osoby, i ucieczkę od
                  problemów zamiast prób ich rozwiązania... I to jest najbardziej dla mnie
                  bolesne, myśl że nasz związek nie był dla tej drugiej strony na tyle ważny by
                  próbować go albo uratować, albo zakończyć z szacunkiem i zrozumieniem dla partnera.
                  • bellyda Re: po 7 latach 26.03.08, 16:00
                    Przepraszam, że się wtrącam, ale nie moge się powstrzymać. Może źle
                    to odebrałam, ale chciałam (w ramach użalania się na eksówmałżonków)
                    zauważyć, że mężczyźni też bywają "nierozmawiający" a co gorsze
                    niesłuchający. Ja wytrzymałam wiele lat małżeństwa i wspólnego
                    życia z osobnikiem, któremu było wszystko jedno co się dzieję.
                    Błagałam, żebyśmy ratowali nas. NIC. Prosiłam. NIC. Zrobiłaby
                    dosłownie wszystko, ale oddalaliśmy się coraz bardziej. W końcu
                    odeszłam, a on NIC.
                  • maxrafal Re: po 7 latach 27.03.08, 14:18
                    Tak siedzielismy godzinami ... rozumialem jej żale , argumenty.
                    Wszystko bylo jasne jak naprawic i co trzeba zrobic. Nie bylo nawet
                    klotni o to , zrozumienie. Tylko problem jest taki ze ona sie
                    zakochala w kims innym i nie byla w stanie jego odrzucic. Tego nie
                    moge zrozumiec. Tym bardziej ze gosc tez nie jest taki "piekny", jak
                    sie wydawalo wczesniej, jak mnie zdradzila.
                    Nie zrozumiem nigdy tej kobiety tym bardziej ze nasze malzenstwo
                    bylo cudowne, kochalismy sie bardzi, sama to mowila po zdradzie.
                    Dla mnie to ucieczka od problemow i nic wiecej.
                    Podobnie mysle jak ty, "nie bylo to dla niej tak wazne aby to
                    ratowac".
                    Okazala sie kobietą poszukiwaczem, poszukiwaczem ideału ...

                    • natkaa55 Re: po 7 latach 28.03.08, 14:36
                      No właśnie, u mnie było podobnie, usiedliśmy, a on mi
                      powiedziałą,że już mnie nie kocha, łzy mi same leciały , a on nic
                      nawet nie zareagował, tylko coraz bardziej mnie ranił. Opowiadał,że
                      musi tak być , już do mnie nic nie czuje! Ja tego nierozumiem jak
                      mężczyźni mogą tak poprostu przestać kochać. ZXrozumiałam, że jemu
                      było już wszystko obbojętne, stał się jak kamień.
                      • martuska85 Re: po 7 latach 29.03.08, 18:08
                        Widzisz to pewnie dla Niego tez była trudna decyzja... trudno jest wyjasnic,
                        dlaczego kogos po tylu latach przestajemy kochać... Podziwiam go ze zdobył sie
                        na odwage bo ja tez jestem w zwiazku 7 lat i wiem ze to nie to ale nie umiem
                        tego zakonczyc, bo wiem ze Go zranie... zreszta teraz remontujemy mieszkanie on
                        w to wszystko tak sie wczuwa - cieszy sie ... a ja nie potrafie... jest bardzo
                        zwiazany z moja rodzina ja z jego ... Boze.... czemu tak musi byc... Tez mam
                        doła przez to wszystko ... nic mi sie nie chce - Mam nadzieje, że mi
                        przejdzie.... ehhhhhhhhhh
                        • zakochanyenzo Re: po 7 latach 30.03.08, 09:54
                          Pytanie - skąd wiesz że to nie to ? Ja w swoim związku też miałem chwilę
                          zwątpienia ale wiedziałem jedno - kocham, i lubię być z drugą osobą.
                          Powiedziałem jej wtedy że nie wiem czy potrafię z nią być, ale nigdy nie
                          powiedziałem że jej nie kocham. Najgorsze co możesz zrobić z mojego punktu
                          widzenia to ciągnąć tę sytuację bez porozmawiania ze swoim facetem. Najpierw
                          przemyśl to co Cię boli, pomyśl o tym co dla Ciebie jest ważne itd. Później
                          usiądź z nim i porozmawiaj. Powiedz mu szczerze o wszystkim co Cię dręczy.
                          Pewnie że to nie rozwiąże sprawy ale może dowiesz się od Niego czegoś co rzuci
                          nowe światło na Wasz związek. Jeżeli już masz wątpliwości co do tego czy to
                          właśnie ON to On na pewno to widzi. Dlatego porozmawiaj z nim jak najszybciej -
                          bo już go ranisz. Nigdy nie rób jednak tego tak jak moja narzeczona - "bo nie i
                          już". Po tym wszystkim wiem już co jest ważne - szacunek i zrozumienie dla
                          drugiej osoby, czego i Wam życzę.
                          • maxrafal Re: po 7 latach 31.03.08, 09:50
                            No właśnie, bardzo ważne są rozmowy i słuchanie ...
                            Ja miałem z żoną wczesniej rozmwowy, pewnie dużo za mało , ale przez
                            sekunde w myślach nie pojawiło mi się, że to może doporowadzić do
                            rozstania.
                            Nie mieliśmy żadanych poważnych problemów, byliśmy jak przyklejeni
                            do siebie...., a jednak pojawił sie ktoś kto nagle otworzył jej oczy
                            i wszystko w niej pękło.
                            Wiem, że gdyby nie ten gość to by nie odeszła, wiem to ...
                            Dlaczego jest tak, że ludzie potrafią kochać, a jednocześnie tak
                            ranić ukochana osobę. Miesiąc przed zdradą jeszcze mi mówiła jak
                            bardzo mnie kocha.
                            Myślę, że to ma podłoże psychiczne.... ona po prostu jest zupełnie
                            innej budowy psychicznej niż ja. Dlatego też jej to przszło w miarę
                            łatwo (wystarczył tylko impuls z zewnątrz), a ja nie potrafie tego
                            zrozumieć, dla mnie to inny świat.
                            • martuska85 Re: po 7 latach 31.03.08, 14:15
                              Tak naprawde facet z którym spedziłam tak duzo czasu zawsze bedzie mi bardzo
                              bliską osobą i zawsze w serduchu... Rozmowy były - mówiliśmy co nas dręczy co
                              byśmy zmienili.... ale nadal jest tak jak było... ten kryzys nie trwa 1 miesiac
                              czy 2 to sie ciągnie od wakacji...
                              Nie wiem co we mnie pękło... najgorsze, że już nawet sypiać z nim nie umiem... i
                              nawet spedzac wolnego czasu...
                              Nie mam ochoty na wyjscie do kina itd.... a jak siedzimy razem w domu ja
                              zaczynam zajmowac sie czyms innym niz nim... Wszystko zaczyna mnie denerwowac -
                              wkurzam sie tą całą sytuacją bo nie umiem jej naprawić ani zakończyć.... a takie
                              czekanie aż mi przedzie to wiem że też bez sensu... Nigdy w życiu Go nie
                              zdradziłam... Martwie się że jedyne co trzyma mnie w tym związku to
                              przyzwyczajenie i lęk przed reakcją innych (rodziny) ... tym bardziej że to
                              cudowny facet - nie mam mu nic do zażucenia ... wiec nie wiem o co tutaj
                              chodzi.... ehhhhh
                              • maxrafal Re: po 7 latach 31.03.08, 15:41
                                Niesamowite .... jak analizowalem mój czas spedzany z żoną to było
                                podobnie, oddalaliśmy się od siebie, zupełnie nieświadomie.
                                Nagle pojawił sie facet i w niej wszystko pękło i odeszła ... ale do
                                dzisiaj się jej śnie (sama mówiła), nie jest w stanie złozyć pozwu.
                                Tak bardzo jestem "w niej" ....
                                Uważaj bo w Twoim życiu też może pojawi się jakiś impuls i nie
                                zapanujesz nad nim. Ona nie zapanowała. Wiem, że nie czuje sie
                                dobrze ... ale też nie jest w stanie odrzucić tego gościa. Ja nie
                                będę nic robił na siłe .... czas pokaże jak potoczy się życie.
                                • martuska85 Re: po 7 latach 02.04.08, 20:57
                                  Mówią czas leczy rany .... ale ile czasu na to trzeba ehhh kto to wie....
                                  Widzisz wy byliscie (jestescie) małżeństwem my chyba naszczęście nie...
                                  Podobno Kryzys przychodzi po 7 latach .... nie jedna osoba mi to mówiła...
                                  ehhhhh chciałabym uciec najchętniej nad morze.... wyciszyć sie i przestać
                                  chociaż na chwilke myslec.... dołować sie...
                                  • bigdzik Re: po 7 latach 04.04.08, 09:37
                                    'magiczne' liczby to podobno 3miesiace, [cos], 3 lata i 7 lat..
                        • milaczek-k1 Re: po 7 latach 15.11.08, 19:05
                          >Spotkać ludzi, którzy czują to samo co my i tak samo odbierają świat - to
                          największe szczęście na Ziemi...<
                          Kurczaki!Jednak istnieją ludzie(kobiety )Które myślą (czują)jak my!Napisz !
                          Odpowiedz!Może znajdziemy Cień porozumienia!
    • sadaga Re: po 6 latach..... 06.04.08, 21:47
      cześć, moje małz. też rozpadło się w zeszłym roku po 6 latach bycia
      razem. powód banalny - inna kobieta, którą m znał podobno 3 tyg.
      bolało jak cholera. teraz już się pozbierałam, poukładałam i żyję
      dalej. i dobrze mi już.
      między nami tez było oki, moze dlatego taki szok i niedowierzanie.
      jak obuchem dostalam. długo nie mogłam uwierzyc. ze mówił kocham,
      pisal czule sms i nagle po 2 tyg zmiana totalna. nie moglam
      zrozumiem jak, dlaczego. i choc dalej tego nie wiem pozwoliłam mu
      odejsc. nie zadaję juz pytań. to co się stało zmieniło mnie.
      dojrzalam, przewartościowalam swoj świat. na szczeście zdrada nie
      podkopała mojego ja, wiem ze jestem wartosciową osobą. po rozstaniu
      zrobilam sobie rachunek sumienia, wiem ze bylam dobrą partnerką,
      choć rzecz jasna też mam wady, jak każdy :-) moze tylko za bardzo
      dbałam? nie można dawać z siebie za duzo. nalezy wyśrodkowac na
      linii biorę-daję. u mnie troche za daleko poszła opcja daję. ale
      byłam uczciwa w tym co robiłam i to jest chyba najważniejsze.
      i zgadzam się z tym, ze drugie związki są dojrzalsze, mocniejsze. bo
      obydwie strony wiedza co było nie tak i bardziej sie strają,
      bardziej im zależy.
      wierzę ze każdy z nas jeszcze będzie szczęśliwy w innym związku.
      tego Wam życzę. byle tylko za szybko nie wchodzic w cos nowego.
      no i jestem za tym by kochać głową. miłość romantyczna wg mnie nie
      sprawdza się.
      pozdrawiam
      • maxrafal Re: po 6 latach..... 07.04.08, 11:14
        Dokładnie, miłość za bardzo romantyczna powoduje, że kierują nami
        emocje, potrzeba chwili, serce ... ale jak sie pozniej okazuje jak
        to dochodzi do rozumu zdajemy sobie sprawe, że to nie było mądra
        decyzja i do końca nie przemyślana. Negatywy zawsze wychodzą
        później ...
        Moja żona doszła do takich przemyśleń po 3 miesiącach, ale to już
        było za późno. Ona sie za mocno zaangażowała w nowy związek i za
        dużo mnie zraniła, za bardzo się oddaliliśmy od siebie...
      • zakochanyenzo Re: po 6 latach..... 07.04.08, 16:45
        Coś w tym jest z tym dawaniem siebie. Ja po tym wszystkim wiem że nic o swojej
        byłej nie wiem. Nie potrafiła mi pokazać jaka jest naprawdę, czego ode mnie
        oczekuje itp. Gotów byłem dać jej wszystko gdyby tylko mi o tym powiedziała.
        Teraz wiem że kryzys nie wziął się tylko stąd że ona się mną znudziła (jak
        twierdzi). Wziął się też stąd że mi ręce powoli zaczynały opadać, bo już nie
        wiedziałem na czym stoję, z kim jestem i gdzie to wszystko prowadzi. Problem w
        tym że uświadomiłem to sobie dopiero teraz. Mam oczywiście nadzieję że kolejny
        związek będzie lepszy, ale jak patrzę po tym wszystkim na przedstawicielki płci
        przeciwnej to aż się boję, żeby znowu nie wdepnąć w coś takiego jak wcześniej.
        Dlatego przerwa jest wskazana - sam muszę z sobą dojść do ładu i życie sobie
        poukładać. Zakocham się znowu - to fajnie, jak nie... to trudno. A wracając do
        tematu dawania - lubię dawać gdy widzę że komuś sprawię tym radość. Daję wtedy
        bezinteresownie. Trudno jednak sprawiać radość komuś kto nie wie czego chce,
        albo nie potrafi o tym mówić.
        • maxrafal Re: po 6 latach..... 08.04.08, 12:35
          Wiesz to co piszesz to są podobne słowa jakie ja bym pisał o mojej
          sytuacji ... może odezwij się na maila ? refill@o2.pl
          • betina02 Re: po 6 latach..... 10.04.08, 15:40
            Dzień który zaczął się marnie
            I marnie skończy się
            Może strułem się jabłkiem
            Nie wyspałem
            Może siedzi we mnie wczorajsze
            A jeśli nie
            Może ktoś zapewni
            Jest dobrze jest dobrze jest

            A może sama powiesz mi
            Jak mam powiedzieć to tobie
            Że już nie kocham cię nie chce
            Że kiedy patrzę na to jak jest
            Już nie przechodzą mnie dreszcze
            Już nie brakuje mi powietrza
            Już nie wołam jeszcze, jeszcze, jeszcze

            Reszta chyba jest w porządku
            Jak kiedyś
            Kiedy pisaliśmy krwią
            Że od końców naszych stóp
            Po końce naszych dłoni
            Do końca świata aż po grób
            Że jakby coś - to nic

            I może sama powiesz mi...
            Jak mam powiedzieć to tobie
            Że już nie kocham cię nie chce
            Że kiedy patrzę na to jak jest
            Już nie przechodzą mnie dreszcze
            Już nie brakuje mi powietrza
            Już nie wołam jeszcze, jeszcze, jeszcze
    • cosminka Re: po 6 latach..... 16.04.08, 23:46
      Czas, czas, czas... Co prawda nie leczy ran, ale uodparnia. U mnie rowniez
      posypalo sie po 6 latach zwiazku. Oboje rozeszlismy sie z rozsadku nie patrzac
      na placzaca milosc, ktora przyniosla cierpienie.
      Sposobem na przetrwnie codziennosci jest jak najwiksza ilosc zajec. Zyj
      aktywniem spotykaj sie ze znajomymi, poznawaj nowych, zapisz sie na kursy,
      treningi, cokolwiek. Gdy czlowiek jest zabiegany, ma mniej czasu na myslenie. A
      wieczorem pada zmeczony spac. Po miesiach uczucia beda slabnac.
      Bedziesz o nim w kolko myslec, chciec dzwonic, szukac kontaktu. Jak tak robilam.
      Dzis wiem ze to nie pomaga. Tylko podtrzymuje smutne uczucia. Dzis jestem z kim
      innym. Wspanialym czlowiekiem. Istanieja jeszcze tacy! Trzyba tylko poszukac...
      Od tamtego rozstania minelo 1,5 roku a moge powiedziec ze nadal kocham tamtego.
      Do konca zycia pewnie bede miec do niego sentyment. Kocham obu, ale kazdego inaczej.
      • crouch27 Re: po 6 latach..... 05.05.08, 15:37
        mowia ze nie zapomina sie o milosci dopoki nie pojawi sie nastepna tylko ze to
        moze nigdy nie nastapic po 9 latach wcale nie jest lepiej niz po 3
        mozna przestac absolutyzowac milosc i chędożyć co sie da ale dlugoterminowo to
        zla strategia, mozna tez zajac sie robieniem pieniedzy tylko nie za szybko ale i
        tak odkladam to co nieuniknione
      • natkaa55 Re: po 6 latach..... 21.07.08, 15:44
        ja chyba bede go kochac do konca zycia bo nie potrafie o nim
        zapomniec:( to jest najgorsze, a boli jeszcze bardziej, ze ona ma
        nowa dziewczyne;(
        • free.julczas u mnie po 7 latach... 27.10.08, 21:31
          wszystko wygladalo na to ze bedzie juz cudownie po rocznej przerwie
          (ja w polsce,on w anglii)stesknilismy sie za soba strasznie,a ze
          roznie bylo z nami wczesniej(czesto od siebie odchodzilismy i
          rzucalismy sie sobie znow w ramiona)teraz myslelismy ze bedzie juz
          dobrze.stabilnie.nawet slub zaczelismy planowac i mieszkanie
          razem.cieszylam sie jak glupia,no i okazalo sie ze tylko ja-on sie
          bał.wyczuwalam to wczesniej i dopytywalam,ale on jak zwykle
          zamkniety w sobie.nic nie umial powiedziec...tylko żegnaj,mimo iz
          dzien wczesniej mowil ze kocha nad zycie.
    • tesknota31 Re: po 6 latach..... 15.11.08, 21:57
      Natkaa wspolczuje Ci bardzo, wiem, ze samotnosc jest
      przerazajaca.zapiera oddech w piersiach....wyplacz to , wykrzycz..a
      potem zasnij i odpoczniej..... wiem, nie mozna sie odkochac w ciagu
      dnia.....mozna w ciagu dnia podjac decyzje, ze nie jedzie sie
      dalej................na pewno wiem, ze nie jest wart Twojej milosci
      i ze nie warto walczyc o niego.........jest tylku cudnych mezczyzn
      wokol nas.na pewno zakochasz sie znowu ..wiem ze to malo
      podtrzymujace na duchu....ale zycie mamy jedno i nie mozemy go
      przeciez przeyzc zalujac,ze cos nie wyszlo.....
      trzymaj sie cieplo i badz dzielna!!!
      • drdi Re: po 6 latach..... 30.11.08, 20:54
        witam. To co przeczytałam dokładnie pasuje do mojej obecnej
        sytuacji. Jestem w związku 7,5 roku. Nawet zdążyliśmy się pobrać.
        Było cudownie. ale po ślubie coś zaczeło się psuć. I wiem, że oboje
        popełniliśmy dużo błędów.Stwierdziłam,że tak dłużej być nie może i
        że trzeba nad tym popracować. Niestety mój mąż nagle stwierdził, że
        coś w nim pękło i już mnie nie kocha. Nadal to ciągniemy, ale żyjemy
        obok siebie. Ja kocham go bardzo, nie mogę się z tym pogodzić, nie
        wiem jak dalej żyć i co robić. Wciąż się łudzę, że może jaszcze coś
        poczuje, ale on twierdzi, że nie jest w stanie się do mnie
        przekonac. Najbadziej mi żal tego, że po tylu latach bycia razem on
        nie chce nawet spróbować ratować nasz związek. No, ale nikt nie
        zmusi go do miłości.
        • fioreblu Re: po 6 latach..... 10.12.08, 20:38
          Czytam te posty i każdemu współczuję z osobna. Wiem jak to boli, a najgorsze to,
          że ten ból pamięta się bardzo długo...
          Ja byłam kiedyś z chłopakiem trzy lata i jeden telefon zmienił wszystko.
          Powiedział żebym na niego nie czekała. Myślałam że świat się skończył. Żyłam a
          raczej istniałam bez celu, było mi wszystko obojętne. Ale czas mijał. Po pół
          roku poznałam faceta-jak się okazało żonatego. Uczucie było tak silne że nie
          mogłam mu się oprzeć. Zdrowy rozsądek jednak wziął górę. Wyjechałam za granicę.
          Utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt, ja próbowałam ułożyć sobie życie od nowa,
          ale on nie dawał mi spokoju. Myślałam że już nasze drogi się nie zejdą... a
          jednak. Spotykaliśmy się przy moich powrotach do kraju, były czułe słówka,
          wspólne wyjazdy.... mówił że nie chce tak żyć, chce żebym była przy nim.
          Zaproponował mi wspólne mieszkanie. Rzuciłam pracę tam i wróciłam dla niego;
          tutaj znalazłam nowe zajęcie, czułam że świat jest piękny że każda następna
          miłość jest czymś wyjątkowym i że nie warto marnować tego uczucia. Nie zawsze
          było kolorowo, ale siłę dawało mi to że miłość ze wszystkim sobie poradzi.
          Od tego momentu minęły już 4 lata... są dni że żałuję że wróciłam, że szłam za
          głosem serca a nie za głosem rozumu. Ciągle prześladuje mnie myśl że jestem tą
          kolejną i nie wiadomo czy ostatnią. Chcę ślubu, dziecka, stabilizacji ale to są
          tylko chęci jednej strony. Druga nie robi NIC w tym kierunku. Każdy podejmowany
          temat kończy się słowami "mamy czas", a ja wiem że on ucieka. Nie chcę już
          czekać. Jestem już w środku wypalona, nie wiem jakie podjąć kroki, myślę żeby
          odejść, zacząć od początku... po raz kolejny. Problem w tym że kocham tak samo
          jak dawniej i bez niego świat stanie się taki jak kiedyś. Boję się tego bólu,
          rozstania, łez.. boję się być sama. Nie wiem czy dam sobie radę z tym uczuciem.
          • nubba Re: po 6 latach..... 04.01.09, 19:53
            Miłość jest trudna, głupia, nielogiczna. Dwa tygodnie temu mój mąż wyprowadził
            się ode mnie. Byliśmy razem 6 lat, 3,5 roku po ślubie. Tylko, że w naszym
            przypadku to on nie rozumie dlaczego. Bo to ja któregoś wieczora przyznałam, że
            nie wiem co czuję, że kocham go najbardziej na świecie, ale jako człowieka,
            przyjaciela, a już nie jako mężczyznę. Po tygodniu rozmów, maglowania tematu,
            podjęłam decyzję - stąd jego wyprowadzka. To, że to moja decyzja nie znaczy, że
            jest mi łatwiej. Czuję spokój... ulgę, bo wreszcie mogę żyć uczciwie, nie
            oszukując, nie udając. Od prawie roku to dojrzewało we mnie, oddalaliśmy się od
            siebie. Uciekałam głównie w pracę, wieczorami w domu robiłam cokolwiek, byle nie
            razem. Nie wiem dlaczego... On nie robił nic złego, może trochę zasiedział się
            na kanapie, ale poza tym był w porządku... tyle, że moja miłość gdzieś uciekła.
            Najgorsze jest teraz dla mnie to, że wiem, że jako osoba, którą kochał, której i
            w którą wierzył tak potwornie go zraniła... ale siebie też. To nie jest tak, że
            teraz cieszę się i bawię. Wiem, że on uciekł w imprezowe życie. A ja siedzę w
            domu, oswajam swoją nową przestrzeń, nową siebie. Nie wiem jak odnaleźć się w
            tym wszystkim. Umówiliśmy się, że pójdziemy do psychologa. Nie żeby ratować
            małżeństwo, bo ja tego chyba nie chcę... ale żeby wyjaśnić sobie, porozmawiać,
            wiedzieć dlaczego...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka