joseph.007
24.07.03, 16:40
Kilka tygodni temu szerokim echem nie tylko wśród naszych południowych
sąsiadów odbiła się sprawa „Czeskiego Snu”. Przypomnę, że kosztem dziesiątków
tysięcy dolarów z czeskiej państwowej kasy zorganizowano wszechstronną
promocję nowego hipermarketu – reklamy ukazywały się w telewizji, gazetach i
na autobusach, zaś pod drzwi praskich mieszkań dostarczane były ulotki
promocyjne, w których obiecywano kolosalne zniżki na atrakcyjne produkty w
dniu otwarcia sklepu. W tymże dniu kursował nawet specjalny autobus dowożący
klientów na samo miejsce, gdzie jednak okazywało się, że rzekome centrum
handlowe to jedynie atrapa fasady z desek i płótna, zaś całe przedsięwzięcie
jest artystycznym happeningiem pary młodych artystów-filmowców „w temacie”
wszechobecnego konsumeryzmu. Sami artyści twierdzili post factum, że ich
zamierzenie spotkało się ze zrozumieniem przybyłych, z których niektórzy
nawet dziękowali im jakoby za uświadomienie jakichś ważnych życiowych prawd.
Jednak będący na miejscu dziennikarz GW oraz reporter jednego z czeskich
dzienników internetowych zapamiętali nieco inny obraz: rozjuszony tłum
wygwizdujący artystów i grożący im sądem, wystraszonych ochroniarzy szczelnym
kordonem otaczających twórców, ciskanie kamieniami, płaczącą staruszkę o
kulach, która przebyła kilkadziesiąt kilometrów tamtejszym pekaesem pragnąc
kupić sobie wymarzony, pierwszy w życiu telewizor. Nie byłoby w tym wszystkim
nic dziwnego, gdyby wartość artystyczna całego zdarzenia była na tyle
wymierna, by zrekompensować wynikłe zeń niedogodności. Powstaje jednak
pytanie, co też właściwie artyści chcieli w taki sposób udowodnić? Że gdy
przeprowadzi się kampanię reklamową w związku z otwarciem hipermarketu to
przyjdą doń klienci? Takiej sztuki dokonują na co dzień wszystkie działy
marketingów na całym świecie, nie oczekując, że dostaną się kiedyś dzięki
temu do Prado lub Muzeum Guggenheima. Że postawy konsumpcyjne tak zaślepiają
ludzi, że nie zwracają oni uwagi na absurdalnie niskie i w związku z tym
oczywiście nieprawdziwe ceny? Jednak ceny owe – przynajmniej te, które
przytaczała później prasa – nie różniły się specjalnie od tych, które w każdy
weekend znajdujemy w ulotkach zawieszonych na klamkach. Kilkanaście groszy za
wodę mineralną, kilkadziesiąt złotych za telewizorek na baterie w pierwszym
dniu sprzedaży... Co w tym niemożliwego? A może dowodem konsumpcyjnego
zaślepienia miał być fakt, że klienci nie odczytali subtelnych aluzji w
towarzyszących reklamom hasłach: „Nie spieszcie się”, „Nie tłoczcie się”? Ale
czy te hasła różnią się jakoś gruntownie od „Wszystko i tanio” lub „Jak to
dobrze, że X jest tak blisko”? Sami artyści na konferencji prasowej mówili
dużo i mętnie: o historii idei performance, o konsumpcjonizmie jako takim, o
badaniu reakcji umysłów na oszustwa, które serwuje coraz bardziej
skomercjalizowany świat… Wszystko to bardzo ładnie, tylko kto teraz kupi
staruszce telewizor?
Cała ta historia nie jest skądinąd zbytnio oryginalna, bo wszak robienie Bogu
ducha winnych ludzi w balona za ich własne pieniądze nie jest niczym nowym
nie tylko w Czechach. Wzmianek w gazetach doczekała się zapewne z trzech
tylko powodów: po pierwsze skok na państwową kasę był większy niż w przypadku
innych tego rodzaju „dzieł”, po drugie sens artystyczny przedsięwzięcia
zagubił się wśród jeszcze większych niż zwykle truizmów, po trzecie wreszcie
idiotów zrobiono nie z pojedynczych ludzi zabłąkanych przypadkiem do galerii
sztuki nowoczesnej, ale z całego tłumu, który w żadnym akcie artystycznym
uczestniczyć wcale nie zamierzał. Jest to niestety kolejny etap w ewolucji
wielkiej hucpy, którą według mnie jest – przepraszam za szczerość – ¾
współczesnej sztuki na wpół ironicznie nazywanej „instalacyjną”.