Dodaj do ulubionych

O wolności w sztuce słów kilka

24.07.03, 16:40
Kilka tygodni temu szerokim echem nie tylko wśród naszych południowych
sąsiadów odbiła się sprawa „Czeskiego Snu”. Przypomnę, że kosztem dziesiątków
tysięcy dolarów z czeskiej państwowej kasy zorganizowano wszechstronną
promocję nowego hipermarketu – reklamy ukazywały się w telewizji, gazetach i
na autobusach, zaś pod drzwi praskich mieszkań dostarczane były ulotki
promocyjne, w których obiecywano kolosalne zniżki na atrakcyjne produkty w
dniu otwarcia sklepu. W tymże dniu kursował nawet specjalny autobus dowożący
klientów na samo miejsce, gdzie jednak okazywało się, że rzekome centrum
handlowe to jedynie atrapa fasady z desek i płótna, zaś całe przedsięwzięcie
jest artystycznym happeningiem pary młodych artystów-filmowców „w temacie”
wszechobecnego konsumeryzmu. Sami artyści twierdzili post factum, że ich
zamierzenie spotkało się ze zrozumieniem przybyłych, z których niektórzy
nawet dziękowali im jakoby za uświadomienie jakichś ważnych życiowych prawd.
Jednak będący na miejscu dziennikarz GW oraz reporter jednego z czeskich
dzienników internetowych zapamiętali nieco inny obraz: rozjuszony tłum
wygwizdujący artystów i grożący im sądem, wystraszonych ochroniarzy szczelnym
kordonem otaczających twórców, ciskanie kamieniami, płaczącą staruszkę o
kulach, która przebyła kilkadziesiąt kilometrów tamtejszym pekaesem pragnąc
kupić sobie wymarzony, pierwszy w życiu telewizor. Nie byłoby w tym wszystkim
nic dziwnego, gdyby wartość artystyczna całego zdarzenia była na tyle
wymierna, by zrekompensować wynikłe zeń niedogodności. Powstaje jednak
pytanie, co też właściwie artyści chcieli w taki sposób udowodnić? Że gdy
przeprowadzi się kampanię reklamową w związku z otwarciem hipermarketu to
przyjdą doń klienci? Takiej sztuki dokonują na co dzień wszystkie działy
marketingów na całym świecie, nie oczekując, że dostaną się kiedyś dzięki
temu do Prado lub Muzeum Guggenheima. Że postawy konsumpcyjne tak zaślepiają
ludzi, że nie zwracają oni uwagi na absurdalnie niskie i w związku z tym
oczywiście nieprawdziwe ceny? Jednak ceny owe – przynajmniej te, które
przytaczała później prasa – nie różniły się specjalnie od tych, które w każdy
weekend znajdujemy w ulotkach zawieszonych na klamkach. Kilkanaście groszy za
wodę mineralną, kilkadziesiąt złotych za telewizorek na baterie w pierwszym
dniu sprzedaży... Co w tym niemożliwego? A może dowodem konsumpcyjnego
zaślepienia miał być fakt, że klienci nie odczytali subtelnych aluzji w
towarzyszących reklamom hasłach: „Nie spieszcie się”, „Nie tłoczcie się”? Ale
czy te hasła różnią się jakoś gruntownie od „Wszystko i tanio” lub „Jak to
dobrze, że X jest tak blisko”? Sami artyści na konferencji prasowej mówili
dużo i mętnie: o historii idei performance, o konsumpcjonizmie jako takim, o
badaniu reakcji umysłów na oszustwa, które serwuje coraz bardziej
skomercjalizowany świat… Wszystko to bardzo ładnie, tylko kto teraz kupi
staruszce telewizor?
Cała ta historia nie jest skądinąd zbytnio oryginalna, bo wszak robienie Bogu
ducha winnych ludzi w balona za ich własne pieniądze nie jest niczym nowym
nie tylko w Czechach. Wzmianek w gazetach doczekała się zapewne z trzech
tylko powodów: po pierwsze skok na państwową kasę był większy niż w przypadku
innych tego rodzaju „dzieł”, po drugie sens artystyczny przedsięwzięcia
zagubił się wśród jeszcze większych niż zwykle truizmów, po trzecie wreszcie
idiotów zrobiono nie z pojedynczych ludzi zabłąkanych przypadkiem do galerii
sztuki nowoczesnej, ale z całego tłumu, który w żadnym akcie artystycznym
uczestniczyć wcale nie zamierzał. Jest to niestety kolejny etap w ewolucji
wielkiej hucpy, którą według mnie jest – przepraszam za szczerość – ¾
współczesnej sztuki na wpół ironicznie nazywanej „instalacyjną”.
Obserwuj wątek
    • joseph.007 Re: O wolności w sztuce słów kilka - cd. 24.07.03, 16:40
      Aby uzmysłowić sobie ogrom gwałtu popełnianego na nas wszystkich przez artystów
      warto prześledzić ewolucję, jaką przez ostatnich kilkadziesiąt lat przeszło
      samo myślenie o sztuce. Przez stulecia artyści skrępowani byli gustami swoich
      klientów – czy byli to ich arystokratyczni sponsorzy czy uwieczniająca się na
      portretach burżuazja, czy wreszcie po prostu publika kupująca landszafty na
      jarmarkach. Artyści zawsze mieli oczywiście wewnętrzne przekonanie o tym, że
      ich klienci nie mają pojęcia o sztuce, a ich talent marnuje się i rozmienia na
      drobne przy chałturach zamiast skupić się na tworzeniu dzieł epokowych; to
      oczywiste, że mieli takie przekonanie, gdyż w przeciwnym wypadku nie byliby
      przecież artystami. Tym niemniej wymuszony kompromis zawsze w jakiś sposób
      satysfakcjonował obie strony: artyści wprawdzie ograniczani byli w procesie
      twórczym wymaganiami klientów, ale za to mieli zapewniony zbyt na swój talent,
      zaś klienci nie do końca wprawdzie rozumieli to, co od nich dostają, ale
      przynajmniej łatwiej im było odróżnić prawdziwą sztukę od artystycznego
      szmelcu. Przełom nadszedł wraz z XX wiekiem. Wprawdzie już pod koniec XIX
      stulecia „fędesjeklowi” artyści po raz pierwszy odważyli się publicznie
      oznajmić, że nie to jest sztuką, co się podoba, ale to co oni tworzą, tym
      niemniej ten pierwszy okres wyzwolenia z okowów gustu odbiorców trwał bardzo
      krótko i zakończył się dokładnie w momencie, gdy filistrowie znudzili się
      ciągłym wysłuchiwaniem, że są filistrami i schowali portmonetki. Dopiero
      ubiegłe stulecie, na fali wielkich przemian ekonomicznych i społecznych
      wytworzyło zupełnie nowy stosunek między artystą i społeczeństwem. Przynajmniej
      od czasów impresjonistów wiadomo było już, że dzieła nie rozumiane w chwili
      powstania mogą po pewnym czasie okazać się epokowe, zaś nie doceniani przez
      współczesnych twórcy umierający z głodu wcale często pośmiertnie osiągają
      status zapoznanych geniuszy. Wytworzyło to niestety drugą skrajność: obecnie
      nie ma chyba „zawodowego” artysty zajmującego się sztuką wysoką, który żyłby ze
      swojej twórczości – normą jest mecenat, w naszych warunkach najczęściej
      publiczny, przy czym jest to mecenat bardzo specjalny, gdyż opiekunowi artysty
      w żadnym wypadku nie wolno wtrącić się do jego twórczości – gwałciłoby to wszak
      wolność twórczą, wystarczająco często gwałconą jeszcze nie tak dawno przez
      skrajne totalitaryzmy. Artyści znaleźli się, po raz pierwszy bodaj w historii,
      w sytuacji, w której mogą tworzyć co chcą i jak chcą, nie będąc zagrożonymi
      śmiercią głodową ani społecznym ostracyzmem. Stanęli tym samym przed nieodpartą
      pokusą zlekceważenia ograniczonych potrzeb estetycznych zjadaczy chleba i
      zajęcia się tworzeniem wyłącznie wielkich, ponadczasowych dzieł. Pokusie tej
      niestety ulegli.
      Najważniejszym bodaj przejawem nowego myślenia o sztuce było twórcze
      rozwinięcie zasady nadrzędności twórcy nad odbiorcą sztuki: dziś już nie tylko
      tworzenie dzieła sztuki jest wyłącznym prawem artysty, ale też dziełem sztuki
      jest wszystko co artysta zrobi czy pomyśli, a nawet bywa nim sam artysta we
      własnej osobie – wystarczy w praktyce własna artysty deklaracja, że on tak
      właśnie uważa. Zasada ta jest dla artystów skądinąd bardzo wygodna, gdyż
      uwalnia ich od trywialnej konieczności posiadania jakichkolwiek talentów czy
      umiejętności. Okazało się zatem, jak dotąd, że artystą można być obierając
      publicznie ziemniaki, masturbując się lalką Barbie czy sprzedając własne
      odchody zapakowane w konserwy. Jednym z najszerzej reklamowanych dzieł sztuki
      ostatnich lat był film śmiało i bez ogródek ujawniający, że ludzie siedzą w
      łaźni na golasa, zaś instalacja polegająca na pokryciu ścian korytarza szarym
      mydłem była wśród krytyki tematem na kilka sezonów. Niestety, każdy kij ma dwa
      końce: wolności twórców do tworzenia dzieł nieinteresujących towarzyszy wolność
      potencjalnych odbiorców sztuki do nie zachwycania się tymiż dziełami, z którego
      to prawa publiczność korzysta tyleż skwapliwie, co masowo. W końcu nawet
      najbardziej oderwanym od spraw przyziemnych twórcom zaczęło dokuczać pytanie,
      czy tworzenie sztuki, którą zainteresowane jest wyłącznie szczupłe grono
      krewnych i znajomych, tudzież kilkunastu recenzentów prasowych i telewizyjnych,
      w ogóle zasługuje na miano twórczości sensu stricto, czy też raczej jest
      rodzajem intelektualnego samogwałtu. Nie oznaczało to, broń Boże, zniżenia się
      do płytkich gustów publiczności, ale raczej logiczną konstatację, że skoro
      odbiorcy nie interesują się naszą sztuką dobrowolnie, to należy za wszelką cenę
      ich do tego zmusić. Innymi słowy, jeżeli nie umiemy skusić kogoś erotycznym
      masażem, to w zamian chociaż przylejmy mu możliwie mocno w gębę, żeby
      przynajmniej w ten sposób nawiązać kontakt fizyczny i wywołać jakąś reakcję. A
      że reakcja ta będzie negatywna? Nieważne; byle jak, byleby mówili. W ten sposób
      współczesna sztuka przeszła do trzeciego stadium w swym rozwoju – po etapach
      odpowiadania na potrzeby odbiorców i lekceważenia potrzeb odbiorców przyszła
      pora na etap świadomego tychże potrzeb gwałcenia.
      • joseph.007 Re: O wolności w sztuce słów kilka - dokończenie 24.07.03, 16:41
        Robienie wrażenia przez łamanie kolejnych uświęconych zasad jest jednak
        zajęciem dość jałowym, gdyż, jak wiadomo, nie ma nic bardziej nudniejszego niż
        ciągłe szokowanie. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat przełamano już chyba
        wszystkie możliwe artystyczne tabu, no ale cóż, publiczne obnażenie się czy
        pomalowanie spreparowanego ludzkiego trupa szokują tylko po raz pierwszy;
        następnych razów już nikt nie zauważy. Twórcy znaleźli się zatem w sytuacji już
        kilkadziesiąt lat temu przewidzianej niezależnie przez Stanisława Lema i
        Sławomira Mrożka: rozpaczliwie szukają jakiegoś zakazu, który można by jeszcze
        złamać i jakiegokolwiek pomysłu na zaszokowanie skołatanej i odpornej już chyba
        na wszystko publiczności. Dlatego tak wdzięcznym tematem staje się ostatnio
        religia, która spośród wszystkich sfer życia publicznego wciąż przez wielu
        ludzi na świecie traktowana jest jeszcze najpoważniej. Mieliśmy już zatem
        Madonnę ulepioną ze słoniowych kup, Jezusa w pisuarze, teraz możemy napawać się
        ukrzyżowanym penisem. Co się szykuje na przyszły rok? Jest przecież jeszcze
        tyle możliwości, powiedzmy onanizujący się papież, czy Ostatnia Wieczerza
        przedstawiona w postaci homoseksualnej orgii; z pewnością moja nieartystyczna
        wyobraźnie jest zresztą zbyt uboga by takie przewidywania snuć. Myślę, że
        obrońcy p. Nieznalskiej samym faktem swej obrony wyrządzają jej wielką krzywdę –
        w końcu ma ona dziś niepowtarzalną szansę, by stosunkowo tanim kosztem
        półrocznego zamiatania trotuarów (jeżeli wyrok w ogóle się uprawomocni, w co
        szczerze wątpię) do końca życia chodzić w glorii ostatniej w Polsce osoby
        prześladowanej za sprawę wolności twórczej. Jeżeli dobrze wykorzysta sytuację w
        zasadzie będzie mogła rzucić nużące oddawanie się procesom twórczym i dobrze
        żyć z wywiadów i uczestnictwa w konferencjach. Ale to już ostatni dzwonek, za
        chwilę będzie wolno będzie już wszystko i, jak to mówi się w moim Krakowie,
        będzie „po ptokach”.
        Niestety, artyści i ich sprzymierzeńcy walczący o wolność do bezkarnego
        obrażania wszystkiego i wszystkich nie zdają sobie najwyraźniej sprawy z tego,
        że kręcą w ten sposób bat na własne pupy. Twórca nie odzyska w taki sposób
        rządu dusz, nie zrozumie też zapewne nigdy dlaczego publiczność coraz rzadziej
        dostrzega w nim artystę a coraz częściej niesfornego Dyzia na imieninach u
        cioci, który nie może znieść ani chwili gdy się o nim nie rozmawia, więc jak
        umie zwraca na siebie uwagę – a to akwarium rozbije, a to wujka w tyłek kopnie,
        a to do ponczu nasika. Natomiast zbliżające się wielkimi krokami zamknięcie ust
        wszelkiej krytyce sztuki, w imię dogmatu, że o jej wartości nie decydują
        dostarczane przezeń doznania estetyczne, a jedynie głębokie przekonanie jej
        twórców, jest niebezpieczne zarówno dla odbiorców sztuki, jak i dla samych
        artystów. Dla tych pierwszych dlatego, że twórcy nieuchronnie będą musieli
        stosować coraz dramatyczniejsze środki w celu skierowania na siebie uwagi,
        czego przykładem może być wspomniany na wstępie „czeski sen”. Dla tych drugich
        dlatego, że ktoś bez przerwy bity po gębie, choćby nie wiem jak długo
        przekonywany był o artystycznej wartości tegoż bicia, w końcu nie wytrzyma i
        odda.
        Kończę już te dywagacje, bo późno, i przepraszam za stronniczość ;-)
        Pzdr
        • Gość: jadwinia Re: O wolności w sztuce słów kilka - dokończenie IP: *.chello.pl 25.07.03, 01:20
          joseph.007 napisał:

          > Madonnę ulepioną ze słoniowych kup, Jezusa w pisuarze,
          czy moglbys podac nazwiska autorow i tytuły tych prac?
          • joseph.007 Re: O wolności w sztuce słów kilka - dokończenie 25.07.03, 09:45
            To pierwsze: Chris Olifi, The Holy Virgin of Mary, 1999, kolekcja Bates Saatchi
            & Saatchi w Londynie
            To drugie: Andres Serrano, Piss Christ (krucyfiks w moczu), 1989, prywatna
            kolekcja w USA
            Nasza "Irreligia" naprawdę może się schować ;-S
            Pzdr
            • Gość: jadwinia Re: O wolności w sztuce słów kilka - dokończenie IP: *.chello.pl 26.07.03, 17:04
              joseph.007 napisał:

              > To pierwsze: Chris Olifi, The Holy Virgin of Mary, 1999, kolekcja Bates
              Saatchi
              >
              > & Saatchi w Londynie
              > To drugie: Andres Serrano, Piss Christ (krucyfiks w moczu), 1989, prywatna
              > kolekcja w USA
              > Nasza "Irreligia" naprawdę może się schować ;-S
              > Pzdr
              czyli nie madonna z kup ale tylko obraz postawiony na polakierowanych kupach i
              nie chrystus w pisuarze tylko figura tego zanuzona w moczu i tak
              sfotografowana. tak sie wlasnie naciaga fakty pod tezy. nawet najbardziej
              koronkowe wywody podsypane retoryka wiezna w koleinach manipulacji w imie ideii.
              • joseph.007 Re: O wolności w sztuce słów kilka - dokończenie 28.07.03, 09:20
                Gość portalu: jadwinia napisał(a):

                > czyli nie madonna z kup ale tylko obraz postawiony na polakierowanych kupach
                i
                > nie chrystus w pisuarze tylko figura tego zanuzona w moczu i tak
                > sfotografowana.

                Ogrom różnicy jakoś mi umyka.
                A za koronkowy styl przepraszam, gdyż miłośnikiem poezji barokowej jestem ;-)
                Pzdr
                • Gość: jadwinia Re: O wolności w sztuce słów kilka - dokończenie IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 28.07.03, 14:22
                  roznica jest zasadnicza zwlaszcza jesli sa to przytaczane fakty. nie naciagaj
                  koronek bo pekna:)
        • Gość: karolajna Re: O wolności w sztuce słów kilka - dokończenie IP: *.dhcp212-198-173.noos.fr 25.07.03, 09:14
          fajnie pan to napisal, tylko faktycznie bardzo stronniczo.
          nie ma w tym czasem troche prowokacji;)?

          zwrocil pan jednak uwage na istotne moim zdaniem 2 rzeczy.
          po pierwsze zgodze sie z pana zdaniem na temat „czeskiego snu”. chociarz idea
          wydaje mi sie niezla, to powinna zostac tylko teoria. miala tu miejsce
          manipulacja ludzmi, ktorzy maja prawo czuc sie pokrzywdzeni. byc moze sztuka i
          przekaz ich nie interesuje, stracili wiec cenny czas lub pieniadze na bilet
          tramwajowy, czuja sie oszukani. a maja do tego prawo poniewaz nie wyrazili
          zgody na uczestnictwo w tym happeningu. porownojac to do sprawy nieznalskiej,
          trzeba zauwazyc istotna roznice. nikt nie zmusza do wejscia do galeri, idziemy
          tam przecierz z wlasniej i nieprzymuszonej woli! w dodatku byla to galeria
          studencka, do ktorej z reguly udaja sie osoby zainteresowane a nie przypadkowe.

          po drugie jest duzo prawdy w stwierdzeniu ze dawny kompromis pomiedzy artysta
          a klientem dawal obustronne korzysci.
          nasuwa mi sie inny przyklad- kino polskie i cenzura w latach komuny. jakos
          tworcom udawalo sie czesto „przemycic” inne tresci, film stawal sie
          wielowymiarowy. cenzura paradoksalnie pomogla polskiej kinematografi, zwlaszca
          jesli przyjzymy sie na knotom jakie przewazaja teraz, wsrod kilku zaledwie
          perelek, w czasach wolnosci slowa.
          czy na tej podstawie mozna jednak wyciagnac wniosek ze taka cenzura jest
          konieczna? oczywiscie nie!
          mozemy uznac ze nie interesuje nas taki przekaz ktory tylko prowokacyjnie
          pokazuje dosyc trywialne fakty, mozemy wymagac od sztuki wiecej. to jednak
          powinno raczej pozostac kwesia indywidualna.

          granice wolnosci w sztuce powinna istniec oczywiscie. z tym sie zgodze.
          calkowita wolnosc, do jakiej prawo uzurpowal sonbie np. wspominany na forum
          neron, prowadzi do tragedi.granica ta powinna byc zatem ewentualnosc krzywdy
          bezposredniej.

          • joseph.007 Dzięki za zrozumienie ;-) 25.07.03, 10:26
            Oczywiście, że to co napisałem jest stronnicze, bo większości dzieł sztuki typu
            nieznalskiego po prostu nie rozumiem. Być może w sztuce takiej tkwią jakieś
            ponadczasowe wartości, na które tacy ludzie jak ja, czyli nie dostrzegający w
            podobnych dziełach większej wartości, są po prostu ślepi jak krety. Jednak
            stosunkowo krótki żywot medialny takich "wydarzeń artystycznych" każe raczej w
            to wątpić.
            Powtarzam, nie zamierzam odmawiać twórcom prawa do wolnej twórczości i
            intelektualnej prowokacji. Protestuję natomiast gorąco przeciwko temu, by
            artyści nie ponosili odpowiedzialności za naruszanie prawa. Naprawdę, widziałem
            dzieło p. Nieznalskiej - dzięki cudom nowoczesnej technologii nie trzeba się
            zresztą fatygować by je obejrzeć osobiście - i nie rozumiem jak można nie
            dostrzegać w nim obrazy uczuć religijnych ludzi przywiązanych do symboliki
            chrześcijańskiej. Poza tym to bardzo źle, gdy prowokacja intelektualna jest
            jedyną treścią dzieła sztuki, które moim zdaniem nie ma w takim wypadku sensu,
            podobnie jak gulasz nie może składać się li tylko z wody i z pieprzu.
            Pzdr
            (a w tym, co piszę nie ma chyba prowokacji, bo nie jestem nikim na tyle ważnym,
            by kogokolwiek sprowokować ;-)
            • Gość: karolajna Re: Dzięki za zrozumienie ;-) IP: *.dhcp212-198-173.noos.fr 25.07.03, 11:18
              ludzie przywiozani do syboliki chrzesijankiej, doszukujacy sie swietosci w
              symbolu, zdaniem innych moga rownie dobrze bluznic. nie tego uczy nas w koncu
              nowy testament, nieprawdaz?
              to oczywiscie kwestia wiary, dla hindusa bostwem moze byc krowa, gdzies w
              buszu ktos moglby sie poczuc urazony dewastacja swietych lasow itd, itp...
              prosty relatywizm
              wspomnial pan w innej wypowiedzi o irreligi, ktora w koncu zadaje pytania dot.
              doktryny religijnej i jako taka nie powinna byc powodem do oskarzen, lecz
              dyskusji.
              mam wrazenie ze cale nieporozmienie zwiazane z praca nieznalskiej bierze sie z
              trywialnosci jej przekazu (cierpienia macho na sliowni spowodowane narzuceniem
              przez media wizerunku idealnego ciala jako wielkiej wartosci).
              byc moze sam jej krzyz, bez towarzystwa filmu video, mailby w tym kontekscie
              wystawy irreligia lepsze zastosowanie?
              jest bardzo wieloznaczny, to dla mnie najwieksza zaleta jej intslacji.
              nieznalska brala udzial w tej wystawie, z inna jednak praca.
              to juz nie bylaby prowokacja sama w sobie, lecz proba uwolnienia sie z
              dogmatu, pelna przy tym humanizmu. oprucz krytykowania pewnych zjawisk,
              dostajemy cos w zamain. tak to moge odebrac.
              troche sie boje ze po tym tekscie zostane obrzucona kamieniami;)


              (a moze pana tekst jest prowokacja niezamierzona? ;):)

              • joseph.007 Droga (drogi?) Karolajno, 25.07.03, 11:59
                Szermowanie hasłem relatywizmu kulturowego jest według mnie w tym miejscu
                nieuprawnione. To, czy katolicy zgodnie czy niezgodnie z Nowym Testamentem
                otaczają czcią krzyż nie ma tu nic do rzeczy - wystarczy sam fakt, że otaczają,
                gdyż istotą sporu nie jest sens ikonoklazmu lecz naruszenie uczuć religijnych.
                Wspomniany przeze mnie wyżej Olifi, gdy spotkał się z podobnymi co dziś p.
                Nieznalska zarzutami odnośnie swojej Matki Boskiej zrobionej z gówna, tłumaczył
                się, że użył odchodów słonia, które w jego ojczyźnie (jest z pochodzenia
                Nigeryjczykiem) mają jakoby walor sacrum. Nawet jednak gdyby w to uwierzyć, to
                pozostaje poza sporem, że dzieło swoje stworzył i eksponował w krajach
                cywilizacji zachodniej, w których gówno kojarzy się jedynie z gównem, mającym
                zupełnie jednoznaczne konotacje. Podobnie p. Nieznalska nie tworzy w miejscu, w
                którym wiara katolicka jest ciekawostką etnograficzną dla hobbystów, lecz w
                Polsce, zamieszkałej w większości przez katolików, traktujących symbole swojej
                religii bardzo poważnie; w kraju, w którym nawet osoby uważające się
                za "wolnomyślne" (jak np. ja) zwykle traktują krzyż z nieco większą atencją niż
                pisuar, choćby ze względu na tradycję. Dlatego też zdziwienie, że ktoś poczuł
                się obrażony dowodzi głupoty lub braku wyobraźni, albo też - co najbardziej
                prawdopodobne - proskandalistycznej premedytacji autorki.
                Zgadzam się oczywiście z Tobą, że sztuka, jakkolwiek by ją nie definiować,
                powinna być zaproszeniem do dyskusji twórcy z odbiorcą. Z tym że jeżeli
                pierwszym zdaniem w takiej dyskusji jest walnięcie w gębę (przepraszam za
                nadużywanie tego porównania, ale tak chyba wierzący katolicy musieli odczuć
                zastąpienie cierpiącego Chrystusa cierpiącym penisem) to fakt ten prowokuje
                raczej do oddania ciosu niż do otarcia się i zagajenia: "Czy mogłabyś łaskawie
                wytłumaczyć mi intencje walnięcia mnie w gębę, gdyż wydaje mi się, że nie do
                końca rozumiem cele stojące za tą czynnością?". Gwałt na uczuciach ludzkich
                dokonany przez artystkę odciska się w tym momencie gwałtem ze strony wymiaru
                sprawiedliwości, w czym zaprawdę nie dostrzegam niczego dziwnego ani
                niestosownego.
                Pzdr
                • Gość: karolajna Re: Drogi Josephie IP: *.dhcp212-198-173.noos.fr 25.07.03, 13:55
                  porownanie do walenia w gebe ja z kolei uwazam za nieuprawnione. mowi pan o
                  napasci fizycznej, bezposredniej, odroznijmy to jednak od obrazy jaka ktos
                  doznaje pod wplywem oglodania tak spreparowanego krzyza (bedacego zreszta
                  tylko czescia calosci)! przypominam tez ze mowimy o sztuce. to bardzo istotne.

                  zdaniem duchampa patrzacy sa tymi ktorzy tworza obraz. mozna powiedziec ze
                  czuje sie pan urazony obrazem tego krzyza, poniewaz takie sa pana, swiadome
                  lub i nie, intencje.

                  wiemy ze obraz jest tylko odbiciem, nasladownictem. to ze odbieramy go jako
                  pewne odbicie, nie zmienia nic w jego istocie.
                  odbior prze pana instalacji niezalskiej nie jest tez wcale godny potepnienia,
                  jednak sam obraz czyms zlym nie jest i podobnie potepiac go nie nalezy.
                  symbol jest tylko pewna umowa,i tak go odbierajmy, zwlaszcza ze jest to
                  wypowiedz arytystyczna a nie religijna.
                  sztuka jako wypowiedz artysty moze byc glupia albo madra, zawsze posiada
                  jednak pewna forme.
                  nie wazne czy jest to intslacja, happening, czy tradycyjne malarstwo. obcujac
                  z nia staramy sie to forme rozszyfrowac. dla kogos praca n. moze byc wiec
                  obrazliwa, ktos inny nie pomsli w ogule w takich kategoriach, nawet jesli
                  forma wyda mu sie wulgarna. ten kto sie obraza po prostu jej nie rozumie...

                  artysci sa swiadomi powszechnego swojego niezrozumienia, wlasciwie to radosnie
                  wykorzystuja ten fakt z pelna premedytacja, prowokuja. maja jednak przeciez
                  nadzieje ze do kogos w koncu ten istotny przekaz dotrze. dosyc to trudny
                  dialog z odbiorca, sam pan o tym zartobliwie napisal.
                  czy mozemy jednak kogos karac na podstawie nieporozumienia?
                  czy powinnismy tez karac za nieitencyjne obrazenie uczuc religijnych?
                  moim zdaniem stanowczo nie, to bylby bardzo grozny dla sztuki precedens.
                  powtorze, ze moim zdaniem, poki nie dochodzi do krzywdy bezposredniej (nie
                  wiec za posrednictwem obrazu) nie mozna jej nic poza ew. brakiem glebszych
                  wartosci lub tandeta zarzucic.
                  • joseph.007 Oczywiście... 25.07.03, 14:49
                    ...pisząc o biciu po twarzy użyłem przenośni, bo faktycznie nie chodzi o
                    skrzywdzenie kogoś w sensie fizycznym. Tym niemniej krzywdy psychiczne boleć
                    mogą nie mniej. W przytoczonej pezez Ciebie wypowiedzi autor "Fontanny" według
                    mnie dał właśnie wyraz temu swojemu przekonaniu, z którym w żadnym wypadku się
                    nie zgadzam. Według mnie to nie patrzący tworzą obraz, lecz właśnie obraz
                    tworzy patrzących, a raczej stara się ich stworzyć, ukształtować zgodnie z
                    zamysłem artysty - swego twórcy. Oczywiście, dzieło jest tylko przedmiotem,
                    który sam w sobie nie jest dobry ani zły. Jednak koncepcja pojmowania sztuki, w
                    myśl której za dobry lub zły odbiór dzieła sztuki odpowiada odbiorca (czy
                    dobrze zrozumiałem?) jest dla mnie nie do przyjęcia. Decydujący jest raczej
                    czynnik intencjonalny ze strony twórcy, bo to on wszak dzieło wymyślił,
                    uzasadnił, stworzył i do wierzenia publiczności podał.
                    Tak więc, jak uważam, za odbiór dzieła p. Nieznalskiej odpowiada przede
                    wszystkim ona sama, gdyż nieznajomości poglądów społecznych w kraju, w którym
                    dzieło stworzyła i wyeksponowała nie można jej zarzucić - nazwa męskich
                    genitaliów ma w naszej kulturze konotację jednoznaczną, podobnie jak krzyż z
                    przedłużonym dolnym ramieniem "stowarzyszony" z określeniem "Pasja". Obrażenia
                    przez p. Nienalską uczuć religijnych nie można zatem w żadnym wypadku uznać za
                    nieintencjonalne. Kto zaś dokonuje prowokacji intelektualnej, ten powinien być
                    przygotowany zarazem na wszelkie wynikłe z tego tytułu konsekwencje, również
                    prawne, gdyż prowokacja, za dokonanie której nie grozi żadne niebezpieczeństwo
                    przestaje przecież automatycznie być prowokacją. Skazanie zaś p. Nieznalskiej
                    na 120 godzin zamiatania ulic nie jest według mnie żadnym groźnym dla sztuki
                    precedensem. Przeciwnie, groźnym precedensem byłoby jej nie skazanie, gdyż od
                    tej pory praktycznie cały kodeks karny straciłby właściwie sens - można by
                    bowiem dokonywać wszystkiego co dusza zapragnie, przed sądem powołując się na
                    fakt uważania się za artystę i prawo do wyboru indywidualnej drogi twórczej.
                    Artyści - podobnie jakt nikt inny - nie mogą stać ponad prawem, niezależnie od
                    tego czy ich dzieła oceniamy dobrze czy źle, czy też może w ogóle się nimi nie
                    interesujemy.
                    Pzdr
                    • Gość: karolajna Re: Oczywiście... IP: *.dhcp212-198-173.noos.fr 25.07.03, 15:57
                      krzywdy psychiczne maga bardoz bolec, nie ma co do tego watpliwosci.
                      nie ma jednak w naszym przypadku czynnika intencjonalnego, jak pan to sugeruje.
                      to juz jest panska projekcja, pojecie czysto psychologiczne, polegajace
                      przypisywaniu innym wlasnych motywow dzialania. gdyby pan „poplenil” taki
                      krzyz z penisem, majac swoje przekonania, byloby jasne ze chce pan urazic
                      czyjes uczucia (zwlaszcza swoje).

                      artystka sama przyznala ze nie miala takich intencji.
                      mozna by jej zarzucic ew. naiwnosc. pan pewnie powie ze rowniez klamstwo. to
                      byloby jednak bezpodstawne oskarzenie, staralam sie to udowodnic.
                      nawet jesli zamiarem nieznalskiej byla prowokacja, co do tego zgadzamy sie,
                      dowodem w sprawie to nie jest.

                      poza tym urzyty przez nia krzyz byl grecki, a nie jak pan sugeruje „z
                      przedłużonym dolnym ramieniem”. prosze uwazniej przyjzec sie reprodukcjam w
                      necie. krzyz grecki to duzo bardziej uniwersalny sybol,
                      jestem pewna ze uzyty tu nie bez powodu.

                      to prawda ze prowokacja, ktora nie grozi niebezpieczenstwem, przestaje byc
                      prowokacja. prowokacja artystyczna laczy sie jednak przde wszystkim z
                      niebezpieczenstwem niezrozumienia.
                      nie powinna natomiast laczyc sie z niebezpieczenstwem naruszenia prawa
                      (...chyba ze dotyka kogos bezposrednio). wowczas artysci w ogule przestaliby
                      ze strachu prowokowac, w konsekwensji zasypaliby nas lagodnymi do bolu
                      landszaftami, a co madrzejsi uciekliby na zachod

                      odbiorca odczytuje dzielo przez swoj kod. mozna oczywiscie oceniac czy kod
                      tworcy, bo on tez sie pewnym posluguje, byl na poziomie (na tym chyba polega
                      dobra krytyka), jednak ocena dziela jest kwestia indywidualna. obraz, jak pan
                      napisal, oczywiscie w pewnycm sensie rowniez tworzy odbiorce, to jest
                      wzajemnie oddzialujacy na siebie trojkat: dzielo-obraz-odbiorca. tym niemniej
                      wazna jest zrozumienie faktu ze w obydwu przypadkach pomiedzy odbiorca a
                      dzielem istnieje wlasnie pewien obraz.
                      duchamp tez o tym wiedzial.

                      • joseph.007 Re: Oczywiście... 25.07.03, 16:31
                        Gość portalu: karolajna napisał(a):

                        > krzywdy psychiczne maga bardoz bolec, nie ma co do tego watpliwosci.
                        > nie ma jednak w naszym przypadku czynnika intencjonalnego, jak pan to
                        sugeruje.
                        > to juz jest panska projekcja, pojecie czysto psychologiczne, polegajace
                        > przypisywaniu innym wlasnych motywow dzialania. gdyby pan „poplenil”
                        > ; taki
                        > krzyz z penisem, majac swoje przekonania, byloby jasne ze chce pan urazic
                        > czyjes uczucia (zwlaszcza swoje).
                        > artystka sama przyznala ze nie miala takich intencji.
                        > mozna by jej zarzucic ew. naiwnosc. pan pewnie powie ze rowniez klamstwo. to
                        > byloby jednak bezpodstawne oskarzenie, staralam sie to udowodnic.
                        > nawet jesli zamiarem nieznalskiej byla prowokacja, co do tego zgadzamy sie,
                        > dowodem w sprawie to nie jest.

                        No cóż, można zawsze spojrzeć na sprawę od strony prawnej, gdyż - chcąc nie
                        chcąc - wszystko co robimy poddaje się uregulowaniom i ograniczeniom prawa. Tak
                        więc z faktu, że p. Nieznalska nie miała intencji naruszenia czyichś uczuć
                        religijnych w sensie prawnym niewiele wynika. Jeśli ktoś potrąci mnie na
                        pasach, to jego wina jest ewidentna, nawet gdyby nie miał intencji nikogo
                        przejechać.

                        > poza tym urzyty przez nia krzyz byl grecki, a nie jak pan sugeruje „z
                        > przedłużonym dolnym ramieniem”. prosze uwazniej przyjzec sie reprodukcjam
                        > w
                        > necie. krzyz grecki to duzo bardziej uniwersalny sybol,
                        > jestem pewna ze uzyty tu nie bez powodu.

                        Ciekawa sprawa z tym krzyżem; jednocześnie dyskutuję na ten sam temat na
                        www.spam.art.pl i tam pojawił się ten sam argument :-D Jakoś tak jest, że
                        obrońcy p. Nieznalskiej widzą krzyż równoramienny na tych samych zdjęciach, na
                        których jej przeciwnicy widzą krzyż katolicki. Postanowiłem zatem uciec się do
                        metod śledczych i zmierzyć przy pomocy linijki krzyż przedstawiony en face na
                        zdjęciu. Oto wyniki: górne ramię 1,5 cm, prawe ramię 1,45 cm, lewe ramię 1,35
                        cm, dolne ramię 1,85 cm.

                        > to prawda ze prowokacja, ktora nie grozi niebezpieczenstwem, przestaje byc
                        > prowokacja. prowokacja artystyczna laczy sie jednak przde wszystkim z
                        > niebezpieczenstwem niezrozumienia.
                        > nie powinna natomiast laczyc sie z niebezpieczenstwem naruszenia prawa
                        > (...chyba ze dotyka kogos bezposrednio). wowczas artysci w ogule przestaliby
                        > ze strachu prowokowac, w konsekwensji zasypaliby nas lagodnymi do bolu
                        > landszaftami, a co madrzejsi uciekliby na zachod

                        Tu masz oczywiście rację. Zresztą przecież zaledwie kilka dekad temu prawo
                        regulowało co artyście wolno stworzyć, a za co dostanie 10 lat bez zawieszenia,
                        zaś plon "artystyczny" tej epoki przyprawia dziś naprzemiennie o ataki smiechu
                        i depresji. Tym niemniej, co powtarzam, prawo artysty do prowokacji
                        artystycznej nie powinno być prawem nadrzędnym akurat wobec prawa do ochrony
                        imponderabiliów religijnych, które też jest przecież powstało w odpowiedzi na
                        prześladowanie Kościołów przez państwo totalitarne.

                        > odbiorca odczytuje dzielo przez swoj kod. mozna oczywiscie oceniac czy kod
                        > tworcy, bo on tez sie pewnym posluguje, byl na poziomie (na tym chyba polega
                        > dobra krytyka), jednak ocena dziela jest kwestia indywidualna. obraz, jak pan
                        > napisal, oczywiscie w pewnycm sensie rowniez tworzy odbiorce, to jest
                        > wzajemnie oddzialujacy na siebie trojkat: dzielo-obraz-odbiorca. tym niemniej
                        > wazna jest zrozumienie faktu ze w obydwu przypadkach pomiedzy odbiorca a
                        > dzielem istnieje wlasnie pewien obraz.
                        > duchamp tez o tym wiedzial.

                        No tak, ale czy obraz sam sie stworzył? czy można pociągnąć go do
                        odpowiedzialności?
                        Pzdr i przepraszam, ale muszę już niestety lecieć :-(
                        • Gość: karolajna Re: Oczywiście... IP: *.dhcp212-198-173.noos.fr 25.07.03, 16:47
                          nie ma sprawy ja tez juz musze leciec, upojny weekend sie zaczal, jak wroce
                          postaram sie odpowiedziec na pana list
                          rowniez pozdrawiam, milo bylo
                        • Gość: karolajna Re: Oczywiście... IP: *.dhcp212-198-173.noos.fr 28.07.03, 12:19
                          i znou pan porownal zaistniala sytuacje do krzywdy BEZPOSREDNIEJ
                          rozumiem doskonale pana przekaz, nienaumyslnie, wiec i nieintencjonalnie, ktos
                          potrocil mnie na ulicy. mam prawo zadac odszkodowania. jednak prawo rozpatrzy
                          te spawe troche wnikliwiej. moze odszkodoanie, ktore mi sie nalezy, dostane w
                          koncu ale nie od kierowcy? winna byc moze byla nawierzchnia.

                          pytanie pozostaje to samo: czy powinnismy sadzic artystow, ktorzy posluguja
                          sie „swoim” jezykiem, za nieintencjonalna obraze uczuc religijnych. a obraza
                          uczuc to troche co innego, cos bardziej wymykajocego sie definicji, niz
                          obtluczenia po kraksie.

                          wiem jakie jest prawo, jendak uwazam ze takie ujecie sprawy, jak czyni to
                          wymiar sprawiedliwosci, jest krzywdzoce. prosze nie zastanawiac sie czy
                          nieznalskiej przyda sie praca fizyczna pt. sprzotanie ulicy, praca dla
                          caritasu, a moze powinna myc podloge w biurze najbardziej pokrzywdzonej lpr?
                          prawo uznalo ja poki co winna, ja mam z kolei prawo sie z tym nie zgodzic.
                          nie watpie ze sediza byl w przyslowiowej kropce, lecz jak sam przyznal na
                          sztuce sie nie zna. trudno oczywscie wymagac aby sedziowie posiadali dodatkowo
                          kompetencje krytyka, historyka sztuki lub filozofa. to „tylko” prawnicy.
                          trudno tez liczyc na zrozumienie sztuki przez wszytskich, tak aby sprawa ta w
                          ogule nie miala finalu w sadzie. prawo jednak rowniez jak i sztuka podlega
                          ewolucji, bez tego nie byloby postepu.
                          isnieja eksperci ktorzy powinni wyrazic swoja opinie, a ta powinna byc
                          miarodajna dla sadu. czesto korzysta sie z opini ekspertow, dlaczego wiec nie
                          zrobiono tak teraz?
                          bardzo na to licze przy odwolaniu, miusialoby to rowniez doprowadzic do
                          krytycznego spojrzenia na obowiazujace prawo. nie zapominajmy ze prawo jest
                          pewna umowa i nie traktujmy go bezkrytycznie.

                          to co proponuje jawi sie pewnie dla pana jako stawianie artysty ponad
                          spoleczenstwo (bo jemu przyslugowalaby pana zdaniem jakas „taryfa ulgowa”?)
                          moze zatem powinnien pan ich potraktowac jako swoista "mniejszozsc"?
                          mniejszosc ma w koncu prawo mowic swoim jezykiem?

                          a apropo krzyza z ciekawocsci sama sprawdze, ale czy to nie jest czasem tzw „
                          fucking the fly”.... pierwsze wrazenie pozostaje chyba jednoznaczne, krzyz
                          ten blizszy jest greckiemu. no ale oczywiscie nie nalezy generalizowac, moze
                          faktycznie pana odczucia byly inne. prosze sie tylko zastanowic czy to wlasnie
                          pan nie chcial w nim ujrzec krzyza chrzescijanskiego? :)

                          • Gość: joseph.007 Re: Oczywiście... IP: *.interkom.pl 28.07.03, 12:53
                            Gość portalu: karolajna napisał(a):

                            > i znou pan porownal zaistniala sytuacje do krzywdy BEZPOSREDNIEJ
                            > rozumiem doskonale pana przekaz, nienaumyslnie, wiec i nieintencjonalnie,
                            ktos
                            > potrocil mnie na ulicy. mam prawo zadac odszkodowania. jednak prawo rozpatrzy
                            > te spawe troche wnikliwiej. moze odszkodoanie, ktore mi sie nalezy, dostane w
                            > koncu ale nie od kierowcy? winna byc moze byla nawierzchnia.

                            Nie nawierzchnia, ale urzędnik miejski który dopuścił do jej zaniedbania ;-)

                            > pytanie pozostaje to samo: czy powinnismy sadzic artystow, ktorzy posluguja
                            > sie „swoim” jezykiem, za nieintencjonalna obraze uczuc religijnych.
                            > a obraza
                            > uczuc to troche co innego, cos bardziej wymykajocego sie definicji, niz
                            > obtluczenia po kraksie.

                            To prawda, lecz nie oznacza niemożliwości zdefiniowania. Więcej powiem, wydaje
                            mi się, że taka definicja jest dość prosta. A prawu powinni podlegać wsyscy,
                            nie tylko artyści z ubliczności i - niestety częściej - własnego nadania.

                            > wiem jakie jest prawo, jendak uwazam ze takie ujecie sprawy, jak czyni to
                            > wymiar sprawiedliwosci, jest krzywdzoce. prosze nie zastanawiac sie czy
                            > nieznalskiej przyda sie praca fizyczna pt. sprzotanie ulicy, praca dla
                            > caritasu, a moze powinna myc podloge w biurze najbardziej pokrzywdzonej lpr?
                            > prawo uznalo ja poki co winna, ja mam z kolei prawo sie z tym nie zgodzic.

                            Nawet święte prawo, bo wszak na tym demokracyja polega. Od wyroku sądu w tej
                            instancji przysługuje zresztą długa droga odwoławcza, ze Strassburgiem włącznie
                            i nie wątpię, że koniec końców artystkę uniewinnią.

                            > nie watpie ze sediza byl w przyslowiowej kropce, lecz jak sam przyznal na
                            > sztuce sie nie zna. trudno oczywscie wymagac aby sedziowie posiadali
                            dodatkowo
                            > kompetencje krytyka, historyka sztuki lub filozofa. to „tylko” praw
                            > nicy.
                            > trudno tez liczyc na zrozumienie sztuki przez wszytskich, tak aby sprawa ta w
                            > ogule nie miala finalu w sadzie. prawo jednak rowniez jak i sztuka podlega
                            > ewolucji, bez tego nie byloby postepu.

                            Nie wątpię, żę wraz z postępem rozwoju cywilizacyjnego spadać będzie autorytet
                            wiary i jej symboliki, co zaowocuje również ewolucją prawa. Ale to w
                            przyszłości, a na razie zarówno prawo, jak i odczucia społeczne są, jakie są.

                            > isnieja eksperci ktorzy powinni wyrazic swoja opinie, a ta powinna byc
                            > miarodajna dla sadu. czesto korzysta sie z opini ekspertow, dlaczego wiec nie
                            > zrobiono tak teraz?

                            W opinii sądu fakt, czy dzieło p. Nieznalskiej miało czy nie miało wartości
                            artystycznej było kwestią nieistotną; ważne było czy prezez jego upublicznienie
                            nastąpiło złamanie prawa. Stąd i powoływanie biegłych sąd najwyraźniej uznał za
                            niepotrzebne.

                            > bardzo na to licze przy odwolaniu, miusialoby to rowniez doprowadzic do
                            > krytycznego spojrzenia na obowiazujace prawo. nie zapominajmy ze prawo jest
                            > pewna umowa i nie traktujmy go bezkrytycznie.

                            Nie ma oczywiście mowy o bezkrytyczności prawa, natomiast akurad zasada
                            egalitaryzmu (wszyscy są równi wobec prawa) jest dla mnie oczywista.

                            > to co proponuje jawi sie pewnie dla pana jako stawianie artysty ponad
                            > spoleczenstwo (bo jemu przyslugowalaby pana zdaniem jakas „taryfa ulgowa&
                            > #8221;?)
                            > moze zatem powinnien pan ich potraktowac jako swoista "mniejszozsc"?
                            > mniejszosc ma w koncu prawo mowic swoim jezykiem?

                            Ma prawo mówić swoim językiem. Ma obowiązek uważać co mówi, ze względu na prawo.

                            > a apropo krzyza z ciekawocsci sama sprawdze, ale czy to nie jest czasem tzw 
                            > 222;
                            > fucking the fly”.... pierwsze wrazenie pozostaje chyba jednoznaczne, krz
                            > yz
                            > ten blizszy jest greckiemu. no ale oczywiscie nie nalezy generalizowac, moze
                            > faktycznie pana odczucia byly inne. prosze sie tylko zastanowic czy to
                            wlasnie
                            > pan nie chcial w nim ujrzec krzyza chrzescijanskiego? :)

                            Z linijką nie zwykłem dyskutować ;-)
                            Psiokrew, system mnie wylogował :-(((
                            Pzdr
                            • Gość: karlajna Re: Oczywiście... IP: *.dhcp212-198-173.noos.fr 28.07.03, 14:31
                              prosze w takim razie podac panska definicje obrazy uczuc religijnych.
                              pamietajmy ze czasem imputujemy tylko komus nasz punk widzenia.
                              czy w pana definicji bedzie miejsce na wspomniana intencjonalnosc?

                              ponadto absoulutnie nie w celu osadzania wartosci dziela zatrudnilabym
                              ekspertow!
                              znowu pan robi projekcje. sad nie powinien byc inkwizycja, ktora ma narzucac
                              swoje wizje.
                              opinia ekspertow jest konieczna tylko po to, by wyjasnic roznice spojrzenia,
                              istote dziela sztuki, nie jakosc przekazu. jesli sad na tej podstawie zrozumie
                              sens wolnosci tworczej, to o to chodzi.

                              zaproponowalam panu traktwoanie artystwo jako mniejszosci dlatego ze
                              nie rozumie pan jezyka jakim sie ta mniejszosc posluguje. na podstawie
                              wlasnych domnieman traktuje ja pan jako winna. w dodatku jak juz sama stara
                              sie przetlumaczyc swoja wypowiedz, pan jej nie wierzy....

                              trodno zarzucic komus takliemu zbrodnie nie zatrudniaajac profesjonalnego
                              tlumacza przysieglego. takim wlasnie w tym procesie bylaby opinia ekspertow.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka