neochuan
14.01.05, 13:14
Hej!
jestem łodzianinem, ale babcię mam w słupsku. co roku od wielu, wielu lat
jeżdżę do niej przynajmniej 2-3 razy do roku. z zamiłowania lubię się
powłóczyć i zwykle to są góry. słupsk leży jednak jak wiecie daleko od gór,
zaś blisko morza. każdą wolną chwilę będąc u babci spędzam włócząc się
plażami wybrzeża środkowego, zwykle między darłówkiem, a Łebą. robię sobie
takie jednodniówki, jak np. rowy-ustka, czy jarosławiec-darłówko. latem
kilkukrotnie przeszedłem trasę łeba-rowy (ca. 40 km), w inne pory roku dzień
jest na to zbyt krótki.
drugą moją pasją jest rower – merida kalahari, a więc nie szosówka, tylko
raczej rower do jazdy po piachu i błocie.
w zeszłym roku postanowiłem pojechać do słupska nie PKP, jak do tej pory, ale
rowerem bocznymi szosami z łodzi i to przez trzebnicę koło wrocławia, gdzie
chciałem koniecznie odwiedzić kumpla, który właśnie miał urodziny, a w
dodatku wyjeżdżał do anglii na dłużej.
założenie jazdy na rowerze było też takie, że (ze względu na brak sakw
rowerowych) jadę z małym podręcznym plecaczkiem, czyli bez: namiotu, śpiwora,
karimaty, kurtki; jedzenie kupuję po drodze, śpię byle gdzie, mam jedną
koszulę z długim rękawem i jedną parę spodni do jazdy typu bojówki (z
odpinanymi nogawkami)+polarowe do spania pod gołym niebem. zabrałem też
srebrną folię NRC do owijania się, gdyby w nocy było zimno, latarkę typu
czołówka, atlas samochodowy, parę drobiazgów i ruszyłem w Polskę, czyli
nieznane...
a oto relacja z wyprawy, na którą (do słupska) wydałem bodajże 60 złotych:
z łodzi wyjechałem do trzebnicy 16.07. i jechałem 2 dni - 227 km jazdy
przez : lutomiersk, szadek, wartę, błaszki, wieś brzeziny (gdzie nocowałem w
sympatycznym ośrodku wypoczynkowym za 10 zł), dalej przez grabów nad prosną,
mikstad, antonin, międzybórz, goszcz, bukowicę, czeszów do trzebnicy. tu
poimprezowałem ;)
18.07. wyjechałem więc późnym popołedniem i gorąco w niedzielę było więc też
i suszyło ;) z trzebnicy skierowałem swoją meridę ku żmigrodu i dalej przez
wioski, gdzie nawet psi nie szczekają dobranoc, dojechałem do płaskiej wioski
zwanej z dumna Miejską Górką, dalej była krobia, gostyń, a spałem po 105km w
lubiniu koło śremu w PTSM-ie za 10,70 zł.
19.07. tego dnia, a był to poniedziałek, przecinałem jak przecinak (lekkim
łukiem, by wyminąć poznań): śrem, kórnik, kostrzyn i pobiedziska, gdzie
widziałem lisa (rozjechanego). ja też się na tyle rozjechałem, że przez
kiszkowo, gdzie akurat marszruty była większa połowa za mną, doszlusowałem do
wągrowca pod wiatr straszny, a i 138 km zrobiło z mła obojętne na uroki tego
w sumie dość niepięknego miasta warzywo. w dodatku nie było schroniska, więc
wylądowałem w noclegowni dla bezdomnych /czysta przyjemność po taaaakiej
jeżdzie/, co w sumie było i logiczne, zaś tam przegadałem ze stałymi
bywalcami pół nocy, o czym można by drugie pół przegadać, więc już zmilczę,
jakem miłośnik milki :)
20.07. wstałem z pierwszymi bezdomnymi i ruszyłem dalej przez margonin,
szamocin, most na noteci i białośliwie, a potem przez wysoką, co jest taka
sobie, krajenkę złotów lędyczek i tak to opuściłem wielkopolskę, a wjechałem
w pomorze, gdzie było czarne, a tam więzienie, a że wieczór nadjeżdżał
wielkimi kołami, przenocowałem tym razem jednak w lesie. tamże była śliczna z
bali wiata. o 3 minut 30 przyszła burza i lała przez szpary dziury i w tym
deszczu ruszyłem rano dalej...
21.07. rankiem padało i w południe padało, ale nic to, bo kierowałem się już
ku celu, czyli słupsku i nawet przez trochę słoneczko wyszło, a potem znów
się skryło i jeszcze 6km przed słupskiem kolejna burza mnie zlała i
dojechałem (przez koczałę kramarzyny kołczygłowy i dębnicę kaszubską) no
wreszcie po 497km z trzebnicy, a 724 nad morze i zmilczę moje odsiedziny od
siodełka :).
Między 22.07., a 9.08. pojeździłem trochę plażami wybrzeża środkowego i tak
mi się spodobało, że postanowiłem nie wracać rowerem do łodzi, a jeno
pojechać plażą, tak daleko, jak mi się będzie chciało, czyli z łeby do
władysławowa.
w dn. 10.08. wystartowałem ze słupska, gdzie to żyłem już na koszt rodzinki
trzeci tydzień. do łeby lądem dojechałem lądem prze główczyce, izbicę, gać,
tarnowska. Z Łeby już plażami się udałem dalej na wschód w kierunku stilon,
było coraz bardziej milo, bo jechałem przez dzikie plaże, i nawet widziałem z
całkiem bliska 2 kormorany (o rany! :). minąwszy lubiatowo (piękny wylot
kabla od światłowodu, wyglądający jako golden gejt donikąd) i białogórę,
spałem tej nocy na plaży nudystów pod dębkami, ale było zimno, więc nic nie
zobaczyłem, bo było cimno i nikogo na plaży i piękny wzchód słońca mnie
zaskoczył między innymi. romantycznie poniekąd ;P
dalej, a był to już dzień kolejny, 11.08., przez gęstniejące tłumy dębek,
karwii i jastrzębiej góry, częściowo prowadząc, a nie jadąc (najpierw ze
względu na tłumy, potem – kamienie) na rozewie i zanurzyłem rower po pachy w
tym to wysuniętym najbardziej klifie na północ, a było samo południe :).
wziąłem kamyk na pamiątkę – najbardziej na północ wysunięty kamyk w Polsce,
co to wystawał z morza, gdy fala się cofała... później jeszcze, ze względu na
grząskie podłoże doprowadziłem cały czas plażą rower do władysławowa, a potem
jeszcze dojechałem do pucka, przez piaśnicę (piękne lasy!) do wejherowa,
gdzie miało być schronisko PTSM, a nie było czynne, więc i nazad do rewy nad
morzem, gdzie to zakończyłem dzień rybą i kwaterą za 25 zł (ryba – gratis -
zacni gospodarze!!!).
a rano do gdyni przez kossakowo na pociąg do łodzi z rowerem, bo a jednak
jestem bardzo leniwy i do łodzi żadnej już motywacji nie znalazłem, by się
rowerem męczyć! :D